Walensee - południowym brzegiem.

NATURA - NAJLEPSZY ARCHITEKT KRAJOBRAZU


Styczeń.
Walensee to jedno z tych jezior, do których lubię często wracać. Jest nietypowe przez ten monstrualny głaz, pionowo wpadający do krystalicznie czystej wody.
   Jednak już kiedyś przybieżeliśmy jeden brzeg, więc tym razem, udaliśmy się bardzo prostym szlakiem po drugiej stronie. Trekking niewymagający i atrakcyjny... może nie tak bardzo jak szlak pod najwyższymi wodospadami, ale i tych nie brakowało w tej wędrówce (w mniejszej odsłonie).
   Zapraszam Was przy tej okazji do innej opowieści - TU - była to wędrówka w okresie bardzo ciepłym, szlakiem u stóp wysokiej skały, a więc pod samymi wodospadami, które dziś pokażę tylko z daleka, a do których udało nam się wówczas dojść bardzo blisko. To była niesamowita podróż, dlatego również zachęcam do tamtej notki.
   Tym razem naszą wędrówkę rozpoczęliśmy z miejscowości Walenstadt.



Powiększ.
Rzeka wpadająca do jeziora Walen.
Czy wracanie w ten sam plener jest czymś nieciekawym? Nawet jeżeli wybierałabym wciąż te same ścieżki, a nie jest tak... lecz czy to takie ważne? Wrażenia pozostają zawsze na długo, a jedno miejsce kryje tak naprawdę ogrom sekretów. Nowa perspektywa, choć ten sam punkt na mapie. To szlak dla miłośników żywiołu wody.
   A tym czasem nasza wędrówka przybrała iście lamerski wyraz. Lekka, spacerowa, dosłownie dla każdego. Ale ten drugi brzeg wciąż jakoś dziwnie ściągał mój obiektyw... Namagnesowany, czy co?





Był to pierwszy trekking w roku 2018. Po trzytygodniowej przerwie od ruchu fizycznego, należał nam się taki na pełnym luzie, dla rozchodzenia rozleniwionych mięśni. Dla mnie grudniowy pobyt w Polsce skończył się trzema tygodniami chorowania, z czego całe święta spędziłam w łóżku z wysoką gorączką.
   Zwykłe przeziębienia nie zdarzają mi się, jednak od kiedy przeżyłam przewlekłe zapalenie oskrzeli, organizm stał się relatywnie podatny na wirusy. Akurat wśród znajomych i w rodzinie panowała epidemia. To była kwestia czasu aż mnie dopadło i zmutowało... Paliło mnie od środka piekielnym ogniem, nie mogłam oddychać, oskrzela wymagały inhalacji, co definitywnie zostało mi przeznaczone na resztę życia.
   W sumie był to miesiąc bez nawet słabego treningu, bez choćby cardio, bez trekkingu - z tym się nie można patyczkować i trzeba wykurować do końca. Organizm po przebytej chorobie w stanie ciężkim, zdziera z siebie zbroję (wg lekarzy na zawsze) i jest stale narażony na jej powrót.
   Znacie mnie i wiecie, że ja się oszczędzać nie będę. Że teraz hasam dalej. Wierzę, że mogę zahartować się od nowa, że przewlekłe zapalenie oskrzeli z przeszłości w końcu nie będzie mnie dotyczyło, bo to już było, a teraz jest teraz.


Wodne szaleństwo w styczniu? Czemu nie?


Idąc doliną, jest okazja przyjrzeć się z bliska zabudowie. Szwajcarzy mają bzika w ozdabianiu swoich domów w najdziwniejszy sposób. Od stawianych w ogrodach figurek z kamieni i drutu, po gipsowe rzeźby, ale to nie wszystko.
   Czasami widok czegoś wprawia mnie w lekkie zakłopotanie... bo nie wiem nawet jak to nazwać, a co dopiero zrozumieć, co artysta miał na myśli. Sztuczna krowa i byk naturalnych rozmiarów, stoją sobie na trawniku, przystrojone w kwiaty. Gęba rodem z "Łowców duchów", uśmiecha się do mnie spod dachu, lecz te interpretacje pozostawiam Wam.




Przypominam, że to wędrówka ze stycznia 😛
W miejscowości Mühlehorn zboczyliśmy z trasy i ruszyliśmy pod górę. Początkowo przez centrum miasteczka, aż wreszcie dostaliśmy się do lasu, co dodaje zawsze specjalnego smaczku całej wycieczce.
   W lasach przecież krajobraz zmienia się diametralnie. Szliśmy wygodną ścieżyną, aż tu nagle trzeba przedzierać się przez zwalone drzewa. Za to widok z wysokości, choć niedużej, uświadamia nas, że było warto wyjść ze strefy komfortu i wreszcie odetchnąć w dzikiej przestrzeni. Liczne wodospady, potoki, nieustający szum wody, to wisienka na torcie. 

Na chwilę słońce wydobyło lazurową barwę jeziora.
Przechodzimy przez Mühlehorn.
Skała z drugiego brzegu w mocnym przybliżeniu.
Ten szlak, który wyłania się z lasu... widzicie go?
Nim szliśmy poprzednio. Zachęcam raz jeszcze do obejrzenia proponowanego posta (link we wstępie).
Z góry wszystko wydawało się cichsze, jakby uśpione. Miejski zgiełk uwolnił nas od siebie - przecież człowiek ma to na co dzień - gwar, ulice, samochody....
   Nie rozumiem dlaczego ludzie wyjeżdżają na wakacje do innych miast. Rozumiem zwiedzać piękne aglomeracje, starówki, inne kraje, inne lądy nawet... Ale nie spędzanie swojego - nierzadko - jedynego urlopu w całym roku w większym procencie w mieście. Choćby to było włoskie, hiszpańskie czy francuskie... ale dlaczego miasto? Przecież człowiek ma to na co dzień. Ludzie, ulice, odgłosy pracy. Na wsi też to jest, nie oszukujmy się. Ludzie, ulice, odgłosy gospodarstw.
   Nie muszę rozumieć. Mogę powiedzieć, że różnimy się gustami, co innego przyspiesza nasz puls, nad czym innym się wzruszamy... ale mnie ciągnie tylko do ciszy. I wiem, że niektórzy z kolei, nie rozumieją przez to wszystko mnie.
   Bo ludzie są różni i ma to wiele plusów.






Mam dziwnie słabą tolerancję do głośnych dźwięków. Nie w tym sensie, że od razu uszkadzają mój układ nerwowo-kurwicowy, bo na przykład bardzo lubię głośną muzykę - koncerty, kino itp. Sęk w tym, że czas jaki spędzam w dźwiękach, mam ograniczony. Czasami nawet głośne dyskusje rodzinne przy stole - na dłuższą metę - sprawiają, że muszę się wyłączyć, a najlepiej wyjść.
   Apogeum zaczyna się wtedy, kiedy odgłosy mieszają się w papkę, a w głowie mi szumi kakofonia. Wyjść do ciszy, nim szum zamieni się w ból. Tak już mam odkąd pamiętam. Jestem wrażliwa na długotrwałe decybele.

Trudny orzech... trzeba było troszkę się powyginać.
Tak to czasem bywa w górskich lasach, że nijak nie da się obejść przeszkody.

Krótka chwila kontemplacji.
Najbardziej charakterystyczna góra dla tego miejsca.

Mogłabym mieszkać gdzieś nad tym jeziorem. Z którego brzegu nie patrzeć, jest ładnie. Podoba mi się tutaj, podoba mi się ten wielki kamień, podoba mi się kolor tej wody i to, że w tej wąskiej dolinie często utrzymują się piękne dywany z chmur, które lubię podziwiać z góry.
   Choć może to i dobrze, że mam tam daleko... bo inaczej zmarnowałabym resztę życia na kontemplowaniu wody i gapieniu się w błękitną czeluść jeziora...

Most nad wodospadem.
Tym razem bez bohaterów drugiego planu 😜




Zeszliśmy na dól w Quarten, a stamtąd już prosto do Walenstadt na parking. W jednym z mijanych miasteczek... zapomniałam niestety w którym, aż mi wstyd 😓 stoi dom innej czarownicy. Moja konkurencja.
   Mam nadzieję, że moje demony nigdy nie będą musiały wchodzić w konszachty z jej demonami, a i nasze koty nie będą się... po krzakach... bo to nie wypada. 😵😳 Chyba...
   W kraju gdzie czarownice są zupełnie akceptowane, wszystko jest możliwe. To już nie te czasy, kiedy mogłam sobie być jedyna w mieście. 😪
   Kiedyś byłam szeryfem w Łodzi, a dziś mogę sobie co najwyżej zostać Bacą w Alpach. W sumie też nieźle, może zostanę Bacą na Marsie...(?)


I tutaj podróż dobiegła końca, a wyśnione marzenia zostają tradycyjnie (jak to u mnie) spełnione. Mam dwie listy marzeń - tych realnych i tych mniej. Do tej pierwszej puli zaliczam każdą podróż nad Walensee. Bo tak. Bo kto mi zabroni!?
   Na odwróconej mapie, południowy brzeg wykropkowany naszymi stópkami.

Powiększ.

27 komentarzy:

  1. Jak już pisałam, powroty w te same miejsca mnie nie dziwią, tez tak robimy, z sentymentu, dla odkrycia czegoś nowego lub po prostu coś nas ciągnie.
    Wirusy ostatnio powalają na łopatki, ja doświadczyłam, jak okropne moze byc przeziębienie, a te miewam rzadko...
    Ozdoby domów śmieszne, ale fajny miejscowy koloryt.
    Z hałasem mam podobnie, a biorąc pod uwagę, że pracuje w szkole, tym bardziej na wyjazdy wybieram miejsca zaciszne i małe pensjonaty, byle jak najmniejszy gwar i z dala od tłumów...
    piękna wycieczka, warta każdego wysiłku:-)
    A ta czarownica na końcu? Nie wierzę w przypadki:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tych samych powodów lubimy czytać po raz kolejny ulubioną książkę. Coś nas do niej ciągnie i każdorazowo zwracamy uwagę na coś zupełnie innego. Pół swego życia wracałam na Mazury. Cóż - ciągnie mnie do dużych jezior, ewidentnie ;)
      Pamiętam, że w szkole hałas z korytarza męczył mnie okropnie. Tylko że z tym nic zupełnie nie dało się zrobić. Uszy mnie bolały O_o
      Skoro to nie przypadek, to co to może być? :)

      Usuń
    2. Może znak, że znalazłaś swoje miejsce na Ziemi?

      Usuń
  2. Znakomite widoki, takie jakie lubię można powiedzieć w skrócie. :)

    Sam muszę się wysłać na badania, bo na maj potrzebne mi są wyniki. Czyli niedługo będę i tak wiedział wszystko co i jak z moim zdrowiem.

    Dzięki za polecenie muzyczne. :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I już zaplanowałam kolejną wycieczkę nad to jezioro jeszcze innym szlakiem. Tym razem bardziej górskim :)

      Opowiem Ci o kobiecie, która po usłyszeniu, że coś jest bardzo niedobrze, została odwieziona karetką do szpitala. Wyobraź sobie, że tam zawieźli ją na wózku na badania, pomimo że mogła chodzić. >> Jak coś jest strasznego, nie odwlekaliby, takie jest moje zdanie i mam tym samym nadzieję, że Cię to pociesza ;)

      Dzisiaj właśnie sama to odkryłam. :D Ty polecasz za każdym razem, to pomyślałam, że też Ci coś podsunę :)

      Usuń
  3. Och, ja zdecydowanie należę do miłośników żywiołu wody! Nie mogę napatrzeć się na zdjęcia, cudowne widoki, zazdroszczę wycieczki w tak piękne miejsce, mam nadzieję że samej uda mi się odkryć podobne perełki :)
    Doskonale rozumiem Twoją niechęć do hałasu, mam podobnie i chociaż mieszkam na wsi, to nawet tutaj bywa dla mnie czasami za głośno. Spędzanie wolnego czasu w naturze i rozkoszowanie się jej krajobrazami to chyba najlepszy sposób na wypoczynek, szczególnie w czasach gdzie wszędzie jest wszystkiego pełno, wszędzie tłoczno, głośno.
    Trzymam kciuki, żeby Twój organizm ponownie się zahartował i wrócił do odporności sprzed choroby! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale nie potrzeba szukać daleko. W Polsce również odnajdziesz prawdziwe perły, ja już kilka znalazłam ;)
      Dziękuję za miłe słowa i pozdrawiam ciepło :)

      Usuń
  4. Uwielbiam górskie krajobrazy. Właśnie w górach czuję się najlepiej, mimo iż pochodzę z terenów nizinnych. Zazdroszczę wyprawy, choć sama ostatnio miałam okazję być na trochę w Górach Stołowych. Zimą to miejsce jakby zamiera, wraz z porą roku. Coś przepięknego. Najpiękniejsza była jednak ta cisza. Idąc do Błędnych Skał nie słyszałam niczego oprócz kroków mojego towarzysza i moich, które zatapiały się w ogromnej ilości śniegu. Mamy więc zupełnie podobnie. :)

    Pozdrawiam
    Zuzanna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam.
      No to zapraszam na Szczeliniec latem.
      Michał

      Usuń
    2. Również jestem z nizin i nigdy wcześniej w góry nie jeździłam, zawsze ciągnęło mnie na Pojezierze. Góry w moim życiu pojawiły się nie z wyboru, długo nie mogłam się z nimi oswoić... jakoś tak... chyba się pokochaliśmy z nienawiści ;)
      Dopiero w górach ustaliłam definicję ciszy. Bo to jej absolut.

      Usuń
  5. Witaj Hexe.
    Wspaniała wedrówka ciekawą trasą z pięknymi widokami...
    Ba, nawet poływać można i na ławeczce posiedzieć.
    No i ta smpatyczna rozesmiana mordka z kamienia i tajemnicza wróżka na drzewie.
    W rewanżu zapraszam na moją wędrówke, nieco krótszą, ale tyz pikną.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Latem zdecydowanie można popływać, jest tam kawałek plaży nawet.
      Nie szkodzi, że krótka wędrówka. Zawsze wybierasz fajne miejsca :)

      Usuń
  6. nieważne, że wydeptane ścieżki. grunt, że dają radość. a góry każdego miesiąca są inne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się, byliśmy w tym regionie już o każdej porze roku, zimą szlak w śniegu został również wydeptany w rakietach :D

      Usuń
  7. Ja często wracam w te same miejsca i za każdym razem czuję się szczęśliwa z możliwości przebywania w nich :). Też preferuję łono natury, choć mając możliwość zobaczyć jakąś ciekawą mieścinę, czynię to z radością :)!!!

    Ależ u Was wiosennie w styczniu :)!!! Zielona trawka, bazie kotki... u nas luty przymroził, śniegu wczoraj napadało... brrrrr.... zima, panie, w pełni!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obecnie też jest bardziej zimowo niżeli wiosennie. Szkoda tylko tych pączków na drzewach, nie rozkwitłych jeszcze, szkoda boćków i kwiatków w trawnikach, bo mrozi ;)

      Usuń
  8. Jestem, wróciłam po przerwie i zabieram się za odwiedzanie blogów.
    Tak miło znów trafić na Twój blog i zaczytać się w jego lekturze:)
    Serdeczności zostawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezmiernie mi miło, że mogę sprawić przyjemność i cieszę się, że jesteś z powrotem :)

      Usuń
  9. Witam, witam i o zdrowie pytam.

    Widzę polskie powietrze Ci się nie przysłużyło. Ostatnimi czasy nie ma tu czym oddychać, tylko smogiem.

    Krajobrazy świetne jak zawsze.

    Różni ludzie mają różne potrzeby. Bywają miasta ciekawe, inne zupełnie od tych znanych na co dzień. Miasta są też doskonałą bazą wypadową dla ludzi, którzy muszą poruszać się komunikacją, ponieważ nie poruszają się samochodem. Najpiękniejsze przyrodnicze miejsca są dostępne jedynie dla samochodowych.

    Czarownice-uwielbiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. WRÓCIŁAŚ! :) :)

      Moje zdrowie ma się dobrze, jest moc! A Ciebie nie pytam, bo widzę, że jest nowy post, to się zaraz dowiem :)

      Najzabawniejsze jest to, że o Szwajcarii tyle się mówi, a każdy zapomina, że w dolinach smog potrafi się unosić tygodniami. Przypomnij sobie ostrzeżenia z Zakopanego o smogu. W dzisiejszych czasach to chyba tylko w Himalajach jeszcze jest czysto ;)

      Jako nie posiadacz samochodu i podróżnik po Polsce, stwierdzam, że to urządzenie potrzebnie mi nie było w żadnym regionie. Zaś za granicą (raz wówczas będąc) wypożyczyłam skuter, żeby móc koczować na wiosce, a nie w dużym mieście.
      Teraz samochód w domu jest i przyznaję, że to wygodne, choć w sumie w Szwajcarii chyba nie ma takiej góry, na którą by autobus nie wjechał... Serio, czasami mnie samą to zadziwia! ALE! Podróże komunikacją są cholernie drogie, więc dobrze, że ten samochód jednak jest, bo wychodzi taniej.
      Cała reszta to kwestia logistyki. Wybierając miejsce noclegowe, najpierw przeglądam mapy szlaków, czy jest blisko, czy jest ewentualny dojazd (i czy nie za długi).

      XD

      Usuń
    2. Tak ostatnio jest, że mało bywam, a często wracam :)

      Wspominałaś już o smogu, obecnie śmiem przypuszczać, że powietrze śmierdzi wszędzie. Kto wie, może nawet w Himalajach?

      Hmm..jak dotarłaś w Jurę Krakowsko-Częstochowską? Albo w Bieszczady? Albo na Jeziorka w Rudawach Janowickich? To nie jest takie proste. W Irlandii jest mnóstwo miejsc, w które trzeba wykupić zorganizowane wycieczki, ponieważ nigdzie tam nie dojedziesz. Po USA ciężko jest się poruszać komunikacją, ponieważ ona praktycznie nie istnieje..

      Usuń
    3. Nie jeździłam nigdy na południe, więc nie wiem jakbym sobie z tym poradziła, Bieszczady nadal są jedynie moim marzeniem.
      Na Jurę powiadasz, ale gdzie dokładnie? Raz wysiadłam z PKSa w Złotym Potoku i dalej poszłam na piechotę.
      Na Mazurach chcąc się dostać na jakieś zadupie - rower w pociąg i już byłam na miejscu mobilna.
      Nie byłam na Jeziorkach.
      Chyba zależy go jakim miejscu w USA myślisz. Tam mnie jeszcze nie widziano, więc mało wiem ;P

      Usuń
  10. :) Zmiana szlaku to jest coś, co można nazwać pewnym odświeżeniem powrotu. A to się liczy najbardziej.

    Co do badań i tego typu spraw to już jest ok.

    Ale dopiero od niedawna polecam muzyczne tropy. :)

    Też staram się właśnie do południa mniej więcej robić to, co mnie jakoś tam wkurza, a jednak musi być zrobione. Oczywiście nie zawsze mi to wychodzi ale się staram.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak naprawdę, żeby pójść wszystkimi szlakami w danym regionie, to by chyba trzeba pół roku chodzić codziennie... Jak patrze na mapę, wydaje się tego tak strasznie dużo. O_O

      No to wspaniale, możesz odetchnąć :)

      Jak kiedyś zostawiałam zawsze w poście link do jakiegoś ciekawego clipu, ale wiem, że nikt tego nawet nie otwierał, więc przestałam się tym zajmować.

      Usuń
  11. piękne miejsca, piękne zdjęcia, piękne chwile i będą piękne wspomnienia..

    OdpowiedzUsuń
  12. Też zdecydowanie preferuję ciszę zamiast rozgardiaszu, np. często za długo nie mogę wytrzymać w większym sklepie, centrum handlowym. Za to w ciszy na łonie natury, i to w takich cudownych okolicznościach przyrody mogłabym chodzić i oglądać, fotografować ciągle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tyle centrum handlowe co ogólnie ludzki gwar. Mam na to limity. Kiedyś w szkole nie mogłam wytrzymać na korytarzu, tam dopiero jest decybeli...

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.