Glaser Grat i Tguma - dwa szczyty na zalanym słońcem masywie.

"Jedną z ważniejszych lekcji, jakie dają wędrówki długodystansowe, jest zrozumienie jak niewielkiej ilości rzeczy potrzebujemy do przetrwania.
   Nie są nam potrzebne grube cztery ściany do ochrony przed pogodą. Zbędne są fundamenty i podłoga oddzielające nas od ziemi. Nie potrzebujemy zastawu naczyń, gdy wystarczy tylko jedno. Nie potrzebujemy głośników czy słuchawek, bo nie ma nic, co trzeba by zagłuszać. Ważna jest funkcjonalność, a nie luksus. A to, co „wartościowe” wcale nie musi oznaczać „drogie”. Na szlaku życie sprowadza się do prostych rzeczy i czynności, dając więcej miejsca na skupienie i odczuwanie.
   Nie chodzi o to, by bić rekordy w byciu minimalistą. Nie ma sensu wydawanie na sprzęt tysięcy złotych, by zmniejszyć jego wagę o kilkadziesiąt gramów. Rzecz w tym, by niosąc cały swój dom na plecach i przebywając w otoczeniu przyrody, zaufać jej i wtopić w nią. Kiedyś moim schronieniem byłby namiot i 1,5-kilowy śpiwór. Dziś garść puchu, skrawek dobrze rozpiętego materiału i krótka mata, ważące razem 950 gramów, są moim ulubionym domem."

- Łukasz Supergan


Listopad

A ile z Was byłoby w stanie opuścić swą domową strefę komfortu i pójść tam, gdzie nie czeka nas żaden luksus czy wygoda? Gdzie słońce opieka na czerwono albo z nagła przychodzi niespodziewany deszcz? Ile z Was byłoby w stanie ogarnąć się bez wszystkich przedmiotów, które cieszą Wasze oko na co dzień?
   Posiadam taką dziwną, podobno nieprzydatną cechę - potrafiłabym wyjść z domu bez walizek, gdyby trzeba było już do niego nie wracać. Nie jestem z nimi związana. Nasze ruchomości to rzecz nabyta i nigdy nie do zastąpienia.
   Nie przywiązuję się do przedmiotów, nie gromadzę, nawet niczego nie zbieram. Nie znam sentymentu. Niczego nie kolekcjonuję. Jestem wolna.

To w rzeczywistości zjeżdżalnia dla dzieci.
Te deseczki rozwijają się, tworząc drabinę.
Pewnego bardzo słonecznego dnia, wędrowaliśmy szlakiem na zachód od Thusis w kantonie Gryzonia. Plan na tę wyprawę powstał spontanicznie w trakcie innej wędrówki. Zaobserwowaliśmy wówczas niepozornie wyglądającą, jaskrawo-miedzianą górę, która obiecywała spokojny, łagodny trekking przez grzbiet.
   Ze względu na bliskość ośrodków narciarskich Tschappina Heinzenberg i Sarn-Heinzenberg, Tguma jest popularna zimą, dlatego w tym jesiennym miesiącu wydała nam się w sam raz. I faktycznie szlak nie był zbytnio zatłoczony.

W planach na przyszłość mamy Beverin - niebieski szlak alpinistyczny.
Początek naszej ścieżki.
Jestem jedną z niewielu osób, które odpowiadając standardowo na popularne pytanie "co zabrałbyś ze sobą na bezludną wyspę?" odpowiadam, że nic. Na survivalu zawsze znajdzie się jakieś zajęcie. Przede wszystkim trzeba przecież przetrwać.
   Tradycyjnie kiedyś odpowiadałam, że książkę i aparat. Ale bez gniazdka i ładowarki, jakikolwiek sprzęt nie ma sensu, zaś książka zamokłaby przy najbliższym deszczu. Musiałabym najpierw zbudować sobie dach i posłanie. Może więc tą rzeczą, którą dobrze byłoby zabrać, to namiot albo mata.

Po drodze mała luneta umożliwiła nam obejrzenie wejścia na Piz Beverin.
Tak na zachętę w przyszłości.
Przepięknie oblodzona roślinność przy strumieniu.
Ktoś dolał ludwika?
Postrzeganie świata bardzo się zmienia kiedy uwolnimy swoje jestestwo od kotwicy domowej. Mnóstwo ludzi nie wyobraża sobie opuszczenia domu, niektórzy nawet nie wyjeżdżają na wakacje.
   Ale i w tym miejscu nie wrzucajmy ludzi do jednego wora, wszak jedni nie wyjeżdżają, bo jak te smoki śpiące na garncach złota - pilnują swego domowego skarbu; a inni po prostu nie czują takiej potrzeby, są domatorami i zaklinają ciszę czterech ścian.
   W pewnym sensie też zaklinam ciszę. Źle bym się czuła mieszkając w głośnym domu. Górski absolut ciszy do spędzania dni i nocy, wydaje się idealny.



Widok ze środka.

Cisza jest moją obsesją. Przy gorliwych dyskusjach bardzo często mózg chce wyjść z czaszki i uciekać. Takie kuriozalne uczucie - słucham rozumu, wstaję i zrywam się byle gdzie.
   I teraz wyobraźcie sobie miejsce, w którym nic nie przerywa ciszy. Nie potrzeba donikąd uciekać, ani chować się przed żadną kakofonią.
   Natura ma dwie twarze. Jedna jest bardzo głośna ale w taki przyjemny, kojący sposób... (no chyba że spada na Was lawina, a to odgłos przynajmniej kilku armat odpalanych jednocześnie - będących ostatnim co usłyszycie), i tą poważną twarz, która nie mówi nic, ale jednocześnie wyraża wiele.





Wchodząc na bloga, na którym głównie opowiedziane są przygody ze szlaków, oczekuje się czegoś więcej w tym temacie. Ale czasami nie ma niczego więcej do powiedzenia, niż to, że cisza jest poezją świata. Naprawdę.
   Zmagania, walka z sobą samym, poznawanie swoich granic i przekraczanie ich, a także rosnące poczucie zadowolenia. Dla kogoś kto nigdy tego nie doświadczył, brzmi jak niepotrzebny absurd.



To wcale nie dziwota, że wędrowcy zawsze mają dużo do powiedzenia. W ogóle mnie nie dziwi też to, że tym znanym wędrowcom pozwala się mówić na specjalnie zorganizowanych spotkaniach z ich... jak właściwie nazwać ludzi zainteresowanych ich opowieściami? Kupujących ich książki? Oglądających ich albumy i strony w internecie?
   To dziwne, ale frekwencja na takich spotkaniach wskazywałaby, że jest popyt na takie opowieści. Ale czemu ci ludzie sami nie ruszają w świat? Jesteśmy mobilni - mamy nogi lub koła. Wielu śmiałków zaczynało od maleńkich osiągnięć - to żaden wstyd.

"...mało kto wierzy w możliwość jechania przez świat długo i tanio."

- Ł. S.

(...)Biura podróży, linie lotnicze, hotele czy przewoźnicy wbijają nam do głowy, że nie da się zwiedzić świata bez ich pomocy, a pieniądze jakie im zapłacisz są gwarancją niezapomnianych wrażeń, świetnej zabawy, spotkania z „prawdziwą” kulturą. Prawda? Nieprawda.(...)

Zapraszam Was do przeczytania bardzo ciekawego artykułu, zanim mi napiszecie pod spodem, że podróże są dla tych, co śpią na pieniądzach. KLIK


Witał nas bardzo długo...
Był problem by się oddalić i jednocześnie nie zabrać go ze sobą 😌
Pierwszy śnieg jakiego doświadczyliśmy w 17',
szeroka, cienka plama.
Wędrowanie wpływa na człowieka, na jego postrzeganie świata wokół - nawet miejskiego i tego domowego. Przykładowo: szafa. Już od dawna moje ubranie służy mi wyłącznie do ochrony (zimno, deszcz lub wiatr). Nie mogę więc nadziwić się, jak niepraktycznie ubierają się ludzie wokół mnie. Nie żebym była purytanką w tej dziedzinie, ale widok kobiety w cienkich rajstopkach zimą, nadal budzi u mnie wielkie zdziwienie, a przede wszystkim niezrozumienie.
   Co roku oddaję pełen wór ubrań na cele społeczne dlatego, że są niepraktyczne. Skąd więc biorą się u mnie?
   Jedyne ubrania jakie sobie sama kupuję, to rzeczy sportowe. Wszystkie nadają się tak samo na trekking po górach. Cała reszta mojej jedynej szafy to rzeczy nagromadzone dawniej albo, które dostałam od kogoś. Jeżeli uznaję, że w jakichś rzecz przestałam chodzić - to znaczy, że już nie będę w nich chodzić i oddaję bez żalu, że to ładne, albo miało ulubiony kolor. To bez sensu. Tak więc minimalizm i praktyczność.



Tutaj droga dobiega do celu numer 1. Przez rozgrzany słońcem grzbiet, wiedzie wąska ścieżka prosto na pierwszy szczyt masywu.
   Nie tak trudny do zdobycia i nie tak zwykły, by nie siąść sobie u szczytu, podziwiając kunsztowny krajobraz.

Glaser Grat
2,124 m

To niepozorny szczyt. Cały masyw pokazuje się jako trawiaste wzgórze, a w rzeczywistości jest skaliste i strome.
   Stopień trudności całego szlaku jest oznaczony jako T3.



W tym miejscu jednak, wbrew opisowi i oznaczeniu w skali trudności, jestem skłonna zaprzeczyć, bo ten konkretny fragment jaki mięliśmy do przejścia, nie był tak wymagający jak straszą. Ale za to dalej...
   Tymczasem - rozejrzyjmy się:

Powiększ.
Powiększ.
Powiększ.
 Byliśmy obserwowani!


Bardzo lubię chodzić grzbietem gór, choć to bardzo często wietrzne szlaki. Tym razem było spokojnie, pogoda pod tym względem dopisała.
   W drodze do kolejnego celu, podejście zyskało na dłużej balans wysokościowy. Można było porozglądać się i zrobić więcej zdjęć. Do tego doszła zabawa fotografią w czerni i bieli.
   Zazwyczaj żal mi kolorów, ale monochromatyczne zdjęcia uważam za jedne z lepszych w moich albumach. Mimo wszystko.


Beverin z bliska.

"Jeśli mamy ambicję kształtować sposób patrzenia ludzi na świat,
musimy mówić i pisać prawdę."

- Tomek Michniewicz

W zasadzie można by uznać, że niepotrzebnie opisuję swoje przemyślenia z wędrówek. Że powinnam wkleić tylko kilka najlepszych zdjęć, opis szlaku i do widzenia. Jednak wydało mi się to sztuczne do tego stopnia, że zastanowiło mnie - czy to ja na tych zdjęciach jestem? A skoro tak, to wyraź się, kobieto!
   Takie zwykłe farmazony opowiadać to każdy potrafi, ale bez wyrażenia z punktu widzenia własnego doświadczenia - o jakichś granicach i strefach komfortu? To wszystko brzmi tak strasznie, że aż niepotrzebnie.

Chcę opowiedzieć prawdę o wyjściu w świat, doświadczeniu drogi i wtopieniu się w naturę, oraz zachęcić innych, by spróbowali tego samego. Czy zachęciłam? A może jest odwrotnie, po tym jak marudzę o gorącu, stopniach trudności etc...?
   Cóż... podobno kiedyś mówiło się, że ktoś pierdzieli trzy po trzy, a dziś mówi się o takich samych ludziach, że piszą bloga 😂



Tam gdzie te dalekie góry, jest naprawdę świat z bajki.
Byłam tam. Zajrzyjcie → KLIK

Co dokładnie zachodzi w głowie wędrowca, że gdy wraca, zamienia się w gawędziarza? Wszystkie procesy myślowe sprowadzają się do dążenia do poczucia wolności, nic-niemuszenia i naciskania w "delete" przy słowie "wypada". Chyba wszyscy ci, którzy odnaleźli coś więcej w tej osobliwej, dzikiej stronie swojej natury, są tacy... porąbani pozytywnie 😜
   Nigdy nie mów nigdy, bo nie ma rzeczy niemożliwych. Nigdy nie mów, że dane miejsce leży w strefie nierealnych marzeń - skoro przecież miejsce istnieje naprawdę.


POWIĘKSZ
POWIĘKSZ
 Tguma
 2,163 m

To słowo pochodzi od greckiego słowa cauma oznaczającego ciepło słońca. Bardzo słusznie.
   Na szczycie spotykają się granice gminne między Safienem, a frakcjami Sarn i Portein.
   Spacer po grzbiecie Heinzenberger,  to przede wszystkim wspaniały, panoramiczny widok na Safiental, Domleschg, dolinę Albula. I znowu muszę postraszyć (uprzedzić, że...) podejście było uciążliwie, żmudnie, monotonnie wysokie. Na ten czas rozdzieliliśmy się z mężem o odległość dobrych 20 minut.
   Mój mąż jest napędzany na baterie słoneczne. 😯 Wyrwał pod tę górę jak szalony, a ja wlokłam się za nim jak zdychający w słońcu wampir... Na szczęście pod krzyżem nastąpiło resurrection.



A tam w dole jezioro.
Krótkie nagranie choć trochę pozwoli przybliżyć jak tam było:



Wędrowanie czyni człowieka na swój sposób nieprzeciętnym, choć blogerów podróżujących w znacznie trudniejsze tereny na znacznie dłuższe wędrówki, jest kilkaset (a tych niepiszących drugie tyle).
   Jednak śmiało można powiedzieć, że jest w tym jakaś kontrowersja. Jedni opowiadają o paznokciach ukrytych pod nowym lakierem, a inni o doświadczeniach. Jedni opowiadają o pięknie urządzonych domach, a inni o tym, ja wychodzą ze swoich i pragną nigdy się nie zatrzymywać.

Z samochodu podziwialiśmy te same góry z dołu:


Zatrzymaliśmy się wiedzeni chyba instynktem, bo głównie naszą uwagę przykuł czynny młyn wodny, a potem znalazłam to. Tartak.
   Żadne urządzenie nie było akurat włączone, więc mogłam bezpiecznie spacerować po pracowni, więc pokażę Wam na szybko 2 zdjęcia 😜



A przy autostradzie same perełki.



Niezmiernie mi miło, że wciąż do mnie zaglądacie, pomimo że często pojawiają się toporne, słoniowe posty, oraz że bywam monotematyczna.
   Cieszy mnie każda wizyta, każde zostawione słowo, bo wtedy wiem, że to wszystko nie idzie na marne, że ktoś poświęca mi swój czas. Dziękuję 😊💚

29 komentarzy:

  1. Kocham ciszę, bo w pracy mam głośno. W ciszy włączam czasem muzykę - spokojną, dostojną, klasyczną bądź delikatny smooth jazz. Wędruję, zwiedzam, ale po powrocie nie staję się gawędziarzem. Już miesiąc temu wróciłam z Meksyku, a nie mogę się zebrać, by podzielić się na blogu wrażeniami z wycieczki, choć zdjęcia już obejrzałam i zrobiłam wstępną selekcję. Nikomu też jeszcze zdjęć nie pokazywałam. Jeszcze sycę się wspomnieniami i w zasadzie tylko moja opalenizna zdradza, że byłam gdzieś, gdzie jest cieplej i bardziej słonecznie.
    Pozdrawiam serdecznie. Fotki śliczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam wcześniej bardzo głośną pracę, czasami specjalnie brałam zmianę w papierkologii, żeby na moment zamknąć gwar za drzwiami od biura albo od magazynu. Nie było wolno niestety słuchać muzyki.
      Co Ty, jak ja wracam skądś, od razu przeglądam zdjęcia i domyślam sobie co bym chciała przekazać w swojej opowieści. Powstrzymać się nie mogę :)

      Usuń
  2. ktoś powiedział, a ja uporczywie powtarzam:
    o tym, że się gdzieś było jest wiadomo, kiedy się wróci. i opowie - warto iść, żeby mieć skąd wrócić i co opowiadać.
    baw się dobrze - Szwajcarom gór nie ubędzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dodam od siebie, że Ci, którzy wędrują, są ciekawi świata i sami są ciekawi dla świata. Sam to chyba wiesz, ilekroć wracasz nawet ze zwykłego spaceru, zaczynasz pisać, jesteś jak natchniony.

      Usuń
    2. chyba zdumiony... bo to się zdarza często

      Usuń
  3. Wiele Twoich cech zauważam u siebie, ale nie wiem czy mogłabym wyjść ot tak i ruszyć gdzie oczy poniosą...nie mam takiej odwagi lub zbyt wiele zobowiązań. Opowieść podróżnika jest istotna, zdjęć jest wiele, gdy poszukać, ale chodzi nie tylko o fotki, bardziej o wrażenia i emocje.
    Czynne młyny dziś to rzadkość. Piękna ta Szwajcaria :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się nie miewać takich zobowiązań, które utrzymywałyby mnie długo w jednym miejscu. Do takich rzeczy należą np. kredyty.
      Gdybym miałam napisać książkę o swoich podróżach, byłoby w niej bardzo mało zdjęć. One odwracają uwagę. Blog to inna rzecz, jest nastawiony głównie na zdjęcia, treść rzadko kto czyta w całości.
      To teraz żałuję, że zdjęć młyna nie wstawiłam :P

      Usuń
  4. W końcu dotarłam.

    Potrafiłabym wyjść z domu i nie zabrać nic ze sobą. Miałam już kiedyś takie myśli. Wyjechałam na święto Św. Patryka do Irlandii. Byłam sobie w tej Irlandii, nieopodal Killarney National Park, gdzie chodziłam z plecakiem, na rozdrożach, na Półwyspie Dingle. To był jeden z tych czasów, kiedy chciałam uciec od wszystkiego. Szum oceanu, jeziora, drzewa i zwierzęta dookoła-wystarczająco dużo do szczęścia. Pomyślałam wtedy: a może by nie wracać? Zadzwonić do pracy, powiedzieć: pierdzielę, nie wracam. Zadzwonić do domu. I ułożyć sobie życie od nowa. Od zera.

    Górę wziął zdrowy rozsądek-w wynajmowanym mieszkaniu zostały moje rzeczy, ktoś będzie miał z nimi kłopot. W pracy jest przecież okres wypowiedzenia (jaka ja byłam absurdalnie lojalna!Dziś wiem, że w pracy lojalnym trzeba być tylko wobec siebie), a potem trzy miesiące później nie przedłużyli mi umowy o pracę i zostałam z ręką w nocniku. Dziś myślę, że instynkt samozachowawczy działał już w marcu, ale ja go jak zwykle nie posłuchałam.

    Nie potrafiłabym spać pod gołym niebem. Nie spałam jeszcze nigdy pod namiotem. Nie znaczy to jednak, że nie chciałabym. Moim marzeniem jest przejście Camino, więc w końcu trzeba będzie się z tym zmierzyć.

    Nadal boję się ludzi, którzy nie potrafią chociaż chwili spędzić w ciszy. Długo dojrzewałam do zaakceptowania ciszy. Do tęsknoty od zgiełku świata.

    Lubimy gawędzić trzy po trzy, ponieważ podczas wędrówek prostuje nam się głowa. Kreśli nam się na widnokręgu życia światopogląd. Schodząc ze ścieżki do świata nie jesteśmy już tacy sami. I mamy ochotę o tym innym ludziom opowiedzieć. I wtedy wszyscy ci w kapciach i w fotelu stukają się w czoło i myślą: wariatka!:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiele razy myślałam tak jak Ty, choć te momenty zdarzały mi się jeszcze wtedy na rozdrożach w Polsce. Marzyłam by zacząć od zera. Wszystko po swojemu, bez niczyjej sugestii, żyć tam gdzie zostawiłam swoje serce. Bardzo garnęłam się do tego planu i niejednokrotnie o mały włos, a bym została. Ale wiesz, że moja sytuacja domowa skutecznie odraczała realizację. Nawet do sąsiedniego miasta nie było mi dane wyprowadzić się na dłużej niż jeden miesiąc. Trochę żal.

      (...)ktoś będzie miał z nimi kłopot(...) - też o tym myślałam w taki sposób. Nie że ich potrzebuję.

      Spałam już nie raz pod namiotem, dużo młodsza wtedy byłam. Kiedyś rodzice zawsze tak podróżowali. I to było fajne. Obawiam się jednak (a nawet jestem pewna), że ja nie nadaję się na wyprawę ze spaniem pod chmurką dłuższą niż miesiąc.

      Podczas wędrówek prostuje nam się głowa. Ciekawie to ujęłaś :D

      Usuń
    2. Tak naprawdę zabrakło odwagi. No bo ludzie takie rzeczy robią i nie myślą wtedy o nikim i niczym. Prawda?

      Nie spałam nigdy. Niestety. Pod chmurką można spać jak warunki atmosferyczne sprzyjają. Mam znajomą, która w ostatnim roku objeżdżała wybrzeże śpiąc w namiocie. Zabawa się skończyła, gdy deszcz zaczął namiot podmywać;)

      A nie jest tak? Ja mam wrażenie, że podróże przywracają mnie do pionu. Sprowadzają moje wewnętrzne ja na właściwe tory. Życie, praca, ludzie dookoła sprawiają, że tak bardzo oddalam się od siebie.

      Usuń
    3. Wtedy tak, wtedy skupiamy się na swoich własnych priorytetach, na tym co ważne dla nas. Ja zostałam uziemiona mimo posiadanej odwagi.

      Kiepski namiot :P

      Odchodzimy od siebie prosto do absurdu życia miejskiego. Dlatego ja nie spędzam nigdy urlopu w innym mieście, nawet jeśli miałoby leżeć za granicą.

      Usuń
  5. Przepiękne widoki!
    Serdecznie pozdrawiam :))

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj Hexe.
    Nie bedę mędrkował, ale jestem pod wrażeniem.
    Lubię z Tobą wędrować i choć wirtualnie, ale zawsze.
    Boże, jak ja czekam na wiosnę.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje serdecznie za te słowa :)
      Twoich wędrówek również nie sposób marnie ocenić. Zawsze z podziwem patrzę, cóżeś znów odkrył, bo to zawsze ciekawe i zawsze ładne miejsce.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  7. Najlepsza dla mnie była ta górska obserwacja przez zwierzaki. :)

    Można pomyśleć sobie, że kiedyś będzie ciszej i spokojniej, bez remontów itd. Nic więcej nie da się zrobić chyba.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama nie wiem kto miał więcej zabawy w tamtej sytuacji - my czy te kozy :D

      Pomyśleć i pomarzyć zawsze można ;)

      Usuń
  8. Same zdjęcia przekazują ten spokój i ciszę, relaks. Przepiękne góry, prawdziwe słowa. Ile bym dała, żeby spakować plecak i po prostu wyjść. Razem z drugą połówką zastanawiamy się nad spędzeniem w ten sposób wakacji. Mojemu Pawłowi marzy się wędrówka szczytem gór. Myślimy nad tygodniowym, może dwutygodniowym resetem od telefonów, miasta i ludzi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chodzi o trekking granią, od szczytu do szczytu? To najbardziej spektakularne szlaki, bardzo je lubię :)
      Tylko potem z tych gór tak dziwnie wraca się do miasta... wszystko wydaje się dziwne i ludzie są dziwni... ;)
      Tak jak napisała jedna bloggerka wyżej w komentarzach - wędrówki w takie miejsca prostują głowę.

      Usuń
  9. Bardzo widowiskowa ta trasa, każde zdjęcie przykuwało wzrok. Osobiście nie lubię chodzenia po szczytach z uwagi na lęk wysokości i to nie jest dla mnie zbyt bezpieczne, ponieważ pojawiają się zawroty głowy :-( Góry tak, ale nie wędrówka szczytami. Jesteś urodzonym wędrowcą :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zdecydowanie niebezpieczne wtedy tak chodzić. Czytałam kiedyś opowieść bardzo nieodpowiedzialnej dziewczyny, która chwaliła się, że mimo lęku wysokości weszła na szczyt (już nie pamiętam jaki, ale nie prosty), w trampkach. Nie dość, że ślizgała się w butach (co zaznaczyłam w którymś zdaniu), to miała zawroty głowy i mogła patrzeć tylko sobie na ręce. Kurczowo trzymała się łańcucha. Na koniec opowieści cieszyła się, że była silna i weszła na górę. Była z siebie dumna.
      Nie pomyślała, że mogła się zabić, ba nie pomyślała, że może narazić czyjeś życie, że może wymagać akcji ratunkowej za własną lekkomyślność. A komentujący jej bloga, dopingowali ją, że musi wrócić tam itd, że będzie tylko lepiej. Absurd jakiś.
      Czy jestem urodzonym wędrowcem? Nie wiem, na pewno nie stanowię zagrożenia na drodze, bo mierzę siły na zamiary.

      Usuń
  10. Tak trochę wiosennie :) Aż czuć ten klimat przez monitor!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To akurat wędrówka z listopada :P

      Usuń
  11. jejku, jak pięknie! po prostu chciałoby się rzucić wszystko i poczuć się tak wolnym jak na szczycie:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Oj Aniu... nie każdy potrafi tak gawędzić jak Ty. Niemniej jednak nie zamierzam zrezygnować ze sprawiającej mi frajdę działalności blogowej tylko dlatego, że napisanie 3 zdań to nieraz katorga ;P!!!

    Piękna wyprawa... kolejna :)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórzy potrafią gawędzić jeszcze więcej i jeszcze ładniej ;) Dużo ich czytam, są dla mnie wielką inspiracją, nie przez samą gawędę, ale podziwiam ich za doświadczenie.
      Kolejny szlak, który kiedyś może przesz przeciąć :)

      Usuń
  13. Ja, ja jestem w stanie. hehe Kocham wspinaczki górskie. Ileż razy wracałam wyglądając, jak potwór z bagien. haha Uwielbiam to. :D
    Hmmm Czy potrafiłabym tak wyjść z domu bez niczego...no na bank wzięłabym aparat i setki baterii. ;D haha

    Choć masz racje, na bezludną wyspę to lepiej wsiąść namiot. :D

    Buhahaha Jeziorko z dodatkiem ludwika jest zachwycające. :D

    Nie znoszę gwaru, nie wiem, ale zaraz mnie wszystko denerwuje. Albo zwiewam, albo się wyłączam.

    Chętnie przeczytam artykuł, coś serce do podróży się rwie już, jak oszalałe. :)

    Zdjęcia są olśniewające, post świetny. Ja bardzo się cieszę, że opisujesz swoje przeżycia. Właśnie dlatego Twój blog mnie przyciągnął. Pełno jest „pustych' blogów, programów. Twój blog, Twoje podejście do życia bardzo wiele mnie nauczyły. Naprawdę!!! Serducho mi otwierasz, rozumie więcej, samą siebie lepiej rozumie. Kocham góry, kocham po nich wędrować. Czuję się taka wolna, czuję przypływ wiary, siły i miłości.

    Te Twoje słoniowe posty są warte czasu, jaki spędzam na przeczytaniu. Zawsze, ależ to zawsze dodajesz mi energii. Duży uścisk przesyłam. :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "...posty są warte czasu..."

      I za te słowa dziękuję Ci najbardziej.
      Uściski!! :)

      Usuń
  14. Obejrzałam widoki z tej Waszej wędrówki, świetna drewniana chatka-szałas. Sama bym sobie w niej przysiadła. :)
    Wiesz, masz wielkie szczęście, że trafiłaś do miejsca, gdzie masz takie góry w zasięgu nóg i oka. Dla mnie to by była daleka wyprawa, więc pewnie nigdy tam nie pojadę, ale przynajmniej nasycę oczy widokami :)!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty nie masz wcale daleko. Kiedyś busem przyjeżdżałam do Szwajcarii ;)

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.