Campi - okazałe ruiny z XIII wieku.

- Czuję w sobie - zasyczał wampir, uśmiechając się koszmarnie - taką siłę, że mógłbym chyba cały zamek rozpieprzyć.
   Wiedźmin spojrzał na niego podejrzliwie.
- Aż tak to może nie...

- Andrzej Sapkowski "Saga wiedźmińska"


Październik
Nie lubię się powtarzać. Dlatego głodnych historii tego zamku, skieruję do opowieści o wiosennej wędrówce, w której na początku trafiliśmy w te własnie ruiny - TUTAJ.
   Zamek Campi stoi na okazałej, bardzo wysokiej skarpie, wiszącej nad wąwozem, którego dnem przepływa krystalicznie czyta rzeka Albula. To stanowi swoistą wyjątkowość dla tego typu obiektów, ale dodam, że nie jest ona rzadka dla zamków w Szwajcarii, gdyż wiele budowano nad urwiskami, a prawie wszystkie na wysokich wzniesieniach.
   Z tego miejsca pragnę zapowiedzieć na przyszły weekend opowieść szlakiem szwajcarskich zamków w gminie Domleschg, już w ten weekend 😊


Oficjalna nazwa zamku brzmi Campell. Ruiny są znakomicie zachowane i całkowicie dostępne dla amatorów średniowiecza. Była to pierwsza rezydencja panów z Campell (rodzina rycerska) i ostatecznie stanął w swej pełnej okazałości dopiero w XV wieku.
   Kolejne etapy budowy wlokły się i wlokły... (począwszy od XIII w.) Widoczne są: potężna wieża, różne budynki mieszkalne i cysterna.
   Pomieszczenia od strony zachodniej zbudowano po tym, jak zamek przestał być fortyfikacją, a stał się domem szlacheckim. To dlatego ma tak duże okna, które oświetlały niegdysiejsze, wygodne pokoje.


Ruiny zamkowe mają w sobie duszę. Nie te wybłyszczone gresem i przypudrowane tynkiem, gdzie neonowa światłość prowadzi zbłąkanych turystów przez meandry hotelowe... umówmy się, że to już mało ma wspólnego z historią i że średniowiecze to nie tylko kształt dawnej warowni i kopia zbroi u wejścia.
   Dawniej w świecie buzdyganów i innych obuchowych elementów konwersacji, gdzie ludność miała podstawowe priorytety [czym głównie było wyżywienie i po prostu przetrwanie], luksusem cieszyli się tylko dostojnicy na zamkach, oraz okraszone sławą rycerstwo.
   A propo... średniowiecze nie było epoką miecza. Tak na prawdę rzadko kto posiadał miecz.


Cofnięcie się w czasie niektórych mogłoby przejmować lękiem. Szczególnie kobiety. Jak przetrwać w obcym miejscu gdzie w kupie siła, a w sile szansa? Potrzebne jest jeszcze gadane i silny tupet. I nie myślcie sobie nawet, że niewiasty nie miały najmniejszych szans.

"Dzięki Sienkiewiczowi utrwalił się malowniczy, choć bardzo nieprawdziwy obraz szlachcianki z Kresów Wschodnich. Przez dziesięciolecia staropolska kresowianka była sienkiewiczowską Heleną, czarnobrewą mimozą, która czeka na swego Skrzetuskiego. Do obrony ma tylko franta-Rzędziana i złożone w proszalnym geście białe rączki dziewicze. Lękała się wszystkiego, zwłaszcza pohańbienia i nie umiała odróżnić prawa od lewa."

"Prawda była zgoła inna. Rolle, słynny badacz kultury staropolskiej, który wiele miejsca poświęcił kobietom, pisał tak: Tutaj [tj.na Kresach] na zagrożonem stanowisku, wypadało często białogłowie stawać w obronie ogniska domowego, w obronie własnego drobiazgu... toteż rozpatrując się w dziejach kresowych prawincyj z XVI a nawet XVII stulecia; w tej przewadze jaką posiadała kobieta, imająca się często oręża, zakuta w pancerz ciężki, mimo woli przychodzą na myśl owe bajeczne Amazonki, których siedzibę oznaczali historycy między Bałtykiem a Dnieprem… Kobietopodobne wymysły Sienkiewicza i wielu innych, XIX wiecznych pisarzy nie przetrwałby długo."

- medycejska.wordpress.com
polityka.pl


Z dawien dawna najprzebieglejszym i bezwzględnym wrogiem zamków był ogień. I tej budowli nie poszczęściło się, gdyż epizod pożarowy pozostawił na murach swoje okrutne ślady. (Wprawnym okiem można było je dostrzec).
   Teren zamkowy doskonale nadaje się pod spotkania z przyjaciółmi, jest też specjalne miejsce z ławami i grillem, wyznaczone pod kulturalną zabawę. Jak dotąd jeszcze nikt nie puścił z dymem zamku po raz drugi, więc państwo ma słuszne zaufanie do mieszkańców.


Zamek stoi nad Rivierą Albula (Romansh Alvra). Rzeka ta, jest największym dopływem Hinterrhein w szwajcarskim kantonie Gryzonia. Nazwa pochodzi od łacińskiego albulus (białawy). 
   Albulatal (dolina) charakteryzuje się częstym występowaniem wąwozów; (pokazuję je w proponowanej w pierwszym akapicie opowieści, długiej i niezwykłej).
   Trasa kolejowa biegnąca przez ten region jest wpisana do światowego dziedzictwa UNESCO. Szczerze? Musieliby drzewa pouginać, żeby człowiek był w stanie coś zobaczyć przez szyby wagonu.


Ponadto, zamek stoi w przepięknej okolicy, której miasteczko (normalnie zamieszkiwane), słusznie kojarzy się z dawnymi czasami. Pośród nowych domów (a jednak), stoją zabytkowe okazy rodem z czasów pana Skrzetuskiego, (a więc są trochę młodsze niż fundamenty zamku).
   Dokładnie chciałam pokazać inną zabudowę, ale żeby się zbytnio nie powtarzać, po prostu musicie zajrzeć do starszej, wiosennej opowieści.


Zgodnie ze słowem danym już na samym początku tejże treści, jeszcze nie wychodzimy z epoki średniowiecza, jeszcze mam Wam wiele w tym temacie do opowiedzenia i oczywiście do pokazania 😊 Cierpliwości.

20 komentarzy:

  1. Zaje... miejsce. Już się tam widzę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Prezentuje się fantastycznie, widzę tam sesję zdjęciową :)

    Pozdrawiam
    Sara's City

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już dwa razy próbowałam zrobić tam sesję. Mury są bardzo wysokie i wąsko stoją, potrzeba statywu i długich otwarć migawki. Tak z ręki nie ustawisz dobrze aparatu.
      Musiałabym tam pojechać specjalnie na tę okoliczność i uzbroić się cierpliwość, żeby wyszło naprawdę O.K.

      Usuń
  3. wiekowe domy mają urok
    a nowoczesne - komfort

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo lubię zamki i stare domy i zawsze mnie zadziwia, jak dawniej tak wysoko budowano te wszystkie wspaniałości?
    czekam na ciąg dalszy!

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapowiada się ciekawie dalszy ciąg. Bo na razie to taki wstęp, czyli tak zwana przygrywka jak to kiedyś w ,,Śpiewających fortepianach" mawiał Rudi Schubert. :)

    Ważne jest to, że nadal są dostępne dwa wyjścia, ekran dotykowy lub telefon z klawiszami.

    Fiu, fiu, to ten mój śnieżek wczorajszy to widzę pikuś jest.

    Hmmm... nie za bardzo kojarzę człowieka i zespół. Jednak też parę razy miałem dziwne wrażenia, gdy lubiany przeze mnie wykonawca szedł jakąś niezrozumiałą ścieżką. Tak jak Agnieszka Chylińska, do dziś nie umiem się przekonać do jej odsłony disco.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest akurat zakończenie, nie wstęp. Wędrówka z naszymi znajomymi dotyczyła "Alp Sura" i tego zamku.
      W środku tyg. nigdy nie daję topornych opowieści, bo ludzie też mniej siedzą w internecie.

      Również nie potrafię przekonać się do nowej twórczości Agnieszki, ale szanuję decyzję. Z tego co pamiętam z wywiadów, ona zawsze chciała tego spróbować, tak z czystej potrzeby odmiany artystycznej. I tą ścieżką poszło wielu artystów, np. Darek Maleo Malejonek, który grał rocka, a obecnie wydaje płyty Reggae i powiem Ci, że wychodzi mu to genialnie. Bywałam na jego koncertach, wprowadza świetny klimat.

      Usuń
  6. Z chęcią bym się tam wybrała :) Niesamowite miejsca :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Witaj Hexe.
    Ruiny, to moje klimaty.
    Są super.
    Pozdrawiam i zapraszam.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jeszcze nie wychodzę z Twoich klimatów, zapraszam już wkrótce :)

      Usuń
  8. ruiny zawsze napawają mnie smutkiem,że tego co było nie ma..no ale takie to życie....chocja jednak stanowczo wolę jak już zwiedzać ocalałe zamki:)Ostatnio miałam okazję prawie,że wtargnąć na teren wykupionego zamku{ Anglia}widziałam jak stoi taki biedny opuszczony ale jednocześnie dumny i zadowolony,że ktoś go odnowi:):A pięknie odnawiają ,widziałam część tego odnowionego dzieła..a że weszłam tam nielegalnie nie robiłam zdjęć:):): Wędrowanie i przygody są cudne..Udanych wypraw dalej zyczę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ruiny maja duszę. Tak mi się wydaję. One pachną historią prawdziwą, odległym, nieistniejącym życiem. Ocalałe zamki, nie wszystko są ocalone jak należy i do tego piłam w jednym z akapitów.
      Niektórzy ludzie kupują zamki, odrestaurowują je na modłę starych wieków i mieszkają w nich. To musi być dopiero magia...

      Usuń
    2. myślę, że ten ,który widziałam taki będzie,,,,,,,tak czułam jak tam byłam..mimo widocznego remontu było czuć magię..kiedyś tam zaglądnę jak już skończą....zamki w Anglii dopiero przede mną:):

      Usuń
  9. Witaj, zaszczyciłaś mnie swoją wizytą na moim blogu, więc się odwzajemniam. Uwielbiam opowieści o starych zamkach, choć o diabłach i Wiedźminach już nie. nie wiem czy mieszkasz w Szwajcarii, czy tylko zwiedzasz? Ja podziwiam Szwajcarów za banki, zegarki i czekoladę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szlachta zaszczyca, ja jestem tylko brudnym barbarzyńcą. O_o'
      Mieszkam w Szwajcarii i zwiedzam przy okazji. Podziwiam ich głównie za czekoladę XD

      Usuń
  10. Zamki to kolejne miejsca, w które tak jak i Ty lubię się zapuszczać :)!!!

    P.S. Od poniedziałku jestem na ,,Twojej" diecie. Jem między 12 a 20. Moje pierwsze wrażenia: wytrzymanie do południa to pestka. Niestety po pierwszym posiłku przez resztę dnia już mi się jeść nie chce. Zagryzam jakieś jabłko, lub banana. Głód odzywa się o 22 ;P... dzięki temu chodzę wcześniej spać.
    Jak Ty dajesz radę wcisnąć w 5h czas karmienia 3 posiłki???
    Pozytywne w tej diecie jest to, że do pracy będę nosić tylko jeden posiłek :D!!!

    O... papu za 5 minut :)

    Pozdrowionka :)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 16:00 - omlecior z kopcem owoców :D
      19:00 - zupka :)
      21:00 - coś na wzór drugiego dania z obiadu. :D

      Tak się przyzwyczaiłam i choć sprawia wrażenie monotonii, to wiedz, że codziennie zjadam coś innego, to na co mam ochotę. :) Małżonek też nie narzeka, bo ma codziennie coś innego na obiad ;)
      Wielki plus jest taki, że w góry nie muszę tachać całej spiżarni jak kiedyś :D:D:D

      Długo przyzwyczajałam się do tego modelu, krok po kroku. Wstając o 6:00, śniadanie miałam najpierw na 9:00. Potem przesuwałam co godzina i wyszła 12. Przez ponad pół roku żyłam na tym modelu (12:00 - 20:00) bez zamiaru na zmienienie tego w przyszłości. Tak było mi dobrze. A później jakoś tak... z automatu zaczęło mi być wygodnie jedząc coraz później i później... i wyszła 16. Z tym że między 12, a 14 strzelam dużą kawę z odżywką białkową, więc można powiedzieć, że troszeczkę oszukuję ;)

      Usuń
    2. Właściwie to co tu napisałam jest Ci niepotrzebne, jeżeli w całości przeczytałaś tamte notki o IF'ie.

      Inaczej:

      Pomyśl sobie, że po południu czeka Cie wyśmienita uczta. To nie tak, że ja w ciągu tych 5 godzin jestem przed każdym posiłkiem ogromnie głodna (tylko troszeczkę). Czasami nawet nie mam ochoty na kolację, ale pominięcie jej, byłoby nierozważne.
      Uczta, tak dokładnie - jak podczas wesel, imienin cioci czy urodzin dziadka. I wtedy uwierz mi - zjedzenie tego wszystkiego JEST MOŻLIWE :D

      Indianie i ludzie z bardzo odległych czasów jadali o podobnych porach. Faceci szli z rana na polowanie, a po południu wracali z mięsem. Babeczki ogarniały zwierzynę i pod wieczór była sjesta.
      Indianie (nawet dzisiejsi) jedzą ile jest - nie póki nie zaspokoją głodu, tylko do kości. Bo jutro na polowaniu może im się nie udać, więc nażerają się dosłownie. Po ich ucztach nie zostaje nawet ochłap. Czy sądzisz, że to grubi ludzie z problemami gastrycznymi? Wręcz przeciwnie.
      Dlatego ucztuj i niczym się nie przejmuj :)

      Usuń
    3. Hmmm... Wychodzi na to, że jestem cholernie niecierpliwa :)... muszę po prostu przyzwyczaić organizm do tej diety :)...

      Ale spodobał mi się ten model żywienia, więc... jedziemy dalej :D!!!

      Usuń
    4. Tak, tutaj potrzeba zdecydowanie dużo cierpliwości i stopniowego przyzwyczajania się (szczególnie głowy) krok po kroku.

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.