Z pasją do końca życia.

- Jaki jest Pani przepis na radzenie sobie z upływem czasu?
- Bardzo dużo daje zachowanie w sobie młodzieńczości. Trzeba ciągle mieć w sobie słońce, jakąś taką młodzieńczą młodzieńczość. Im dłużej ma się młodość w sobie, tym dłużej jest się młodym. Ale też zaczęłam dostrzegać, ile jest we mnie mądrości życiowej i to jest naprawdę olbrzymia wartość, uważam ją za coś niezwykle cennego, bo wartość człowieka buduje nie tyle jego physis - ile jego wnętrze. Myślę sobie, że może i mam tę 50 na karku, ale ile za to stworzyłam pięknych rzeczy, ile ja w ogóle stworzyłam w życiu.

- z wywiadu przeprowadzonego przez Urszulę Abucewicz.
Odpowiadała Anna Kumala
znana w świecie rock'owym wokalistka.



Człowiek niestety żyje krótko. Moim zdaniem zbyt krótko. Musi wybierać w co mógłby jeszcze zainwestować swoje siły. A co jeśli tak naprawdę etap, w którym należy zwolnić, nie istnieje?
   Uważam, że jestem obecnie w najlepszym momencie swojego życia aby dokonać wszystkich tych rzeczy, o których najbardziej marzę. I ten etap będzie jeszcze trwał może 20 lat, nie wiem. Sił wciąż mi przybywa, ale proporcjonalnie zdrowa ubywa. Mam tego świadomość, wiem, że wiele kwestii wyklucza się wzajemnie, dlatego póki jeszcze mogę, pragnę wleźć tam, gdzie mnie jeszcze nie było - i leźć do samego końca.
   A co będzie potem?


Na pewno nie pofarbuję siwych włosów.

Podobają mi się te dojrzałe kobiety, naturalnie piękne, chociaż pomarszczone. Wczoraj widziałam staruszkę prowadzącą samochód. Miała białe dready i wielkie okulary korekcyjne. Pół roku temu inna staruszka, "kasowała" swoje zakupy zaraz po mnie, więc miałam okazję jej się przyjrzeć. Srebrno-szare dready do pasa, pełno w nich było koralików. Ubrana na kolorowo, jak hipi. Była piękna.
   Co mi w tych dwóch paniach zaimponowało? Czy rzeczywiście chodziło o wygląd i pierwsze wrażenie? Wierzę, że nasza osobowość wytapia się z nas na zewnątrz. Że jeżeli mamy młode, pozytywne dusze w środku - będziemy zewnętrznie budzić sympatyczne wrażenie osoby pogodnej. I takie były te panie. Odważne wizualnie, śmiałe w środku. Wewnętrznie młode.
   A ponadto, po prostu podobają mi się siwe włosy. Może nawet wróciłabym wtedy do dread'ów. Albo zostałabym wiedźminką W KOŃCU! 😁



Nie wstrzyknę sobie niczego do wygładzania zmarszczek.

Samoakceptacja jest albo jej nie ma. Można nie akceptować bycia człowiekiem i pragnąć zostać żółwiem, wtedy pod łuską nikt nie zobaczy naszego wieku, ale ukrywanie tożsamości to znów przywdziewanie masek, a maski to więzienie psychiczne. No chyba, że jesteś żółwiem ninja i pragniesz żyć wśród ludzi, nie wzbudzając sensacji. Spiłowujesz skorupę i kładziesz fluid na łuskę - O.K.! Złego słowa nie powiem o fluidzie, ale skorupy żal...
   W przypadku starości nie widzę takiej potrzeby. Starość jest różnie odbierana. Przez kobiety - znienawidzona. Mam wrażenie, że mężczyźni w ogóle się nią nie przejmują (lub nie gadają o tym w kółko). Kobieta powinna być jak wino. Miast tego wmawia się nam poprzez czasopisma, że zmarszczki to początek zielonej mili i musimy kupić na nie krem. Że przekwitanie, że obwisła skóra, że słabość, choroby... ogółem - uwierzyliśmy, że cała paleta nieszczęść zdarza się każdemu. A nie jest tak. Owszem, pewnych przeszkód nie przeskoczymy, choroby bywają dotkliwie wredne, ale nie będę sobie powtarzać, że od trzydziestki w dół i coraz bliżej do kaplicy.
   Nie wstydzę się, że skóra bez nawilżającego kremu, nie wygląda już jak u nastolatki. Nie ma czego się wstydzić. Nie sądzę, by mnie coś naszło na używanie kremów przeciwzmarszczkowych, bo preferuję inne, nie lubię z resztą kombinować.



Ubiór nie świadczy o wieku.

To jest w ogóle zabawny temat. Podobno niektórych rzeczy nie wypada już nosić. Ta problematyka ma szeroką gamę niebanalnych przykładów, a dziwią mnie one i mimo upływających mi lat, jakoś nadal nie potrafię tego zrozumieć. Co to w ogóle znaczy "nie wypada mi już tego założyć"?
   Dziś przeciętna babcia zakłada na co dzień garsonkę i buty-połówki. Nim skatalogujemy garsonkę jako geriavit-style, pomyślmy, że kiedy ta pani była młodą kobietą, tak jak ona dzisiaj - tak kiedyś ubierano się i to był elegancki styl z najwyższej półki. Na tej podstawie mam jednak cichą nadzieję, że gdy będą babcią, moje rówieśniczki nie będą chodzić w legginsach-biodrówkach... aczkolwiek jeśli ktoś ma dobry smak, to może wyglądać całkiem szykownie, jak powyższe zdjęcie. Ja się widzę w przyszłości jak na tych dwóch fotkach poniżej:



Wiek nie zabrania nam robić pięknych rzeczy.

To co głównie zmienia się wraz z naszym wiekiem to nasza wiedza, doświadczenie, mądrość życiowa - to są sprawy, dla których warto pożyć jak najdłużej i korzystać z tego. Możemy zostać mistrzami w swoich ulubionych dziedzinach, nauczycielami dla młodszych, wzorami dla zagubionych.
   Od zarania dziejów najstarsi zostawali mędrcami, szamanami, nauczycielami życia etc... Dziś starość kojarzy się z niedołęstwem, brakiem poczucia kontroli własnego życia, a przecież nie każdy człowiek traci siły. Historie są różne, niektóre bardzo smutne, a inne wprost zdumiewające. I tymi drugimi pragnę się inspirować, mając ciągłą nadzieję na to, że Bóg da mi szansę.



Samorozwój nie jest domeną wyłącznie młodych.

Pamiętam jak z podziwem obserwowałam kiedyś pewną amazonkę. To było w stajni na obrzeżach Łodzi. Siodłała właśnie konia, sama była pięknie ubrana w doskonale przylegający strój do jazdy, a ciało miała prężne. Wskoczyła na konia niczym walkiria, odwróciła twarz w moim kierunku, promiennie się uśmiechnęła.
   Na oko mogła mieć około siedemdziesięciu lat. Mocno pomarszczona twarz, spod kasku wystawały krótkie, siwe włosy. Pamiętam jak mnie ten widok wtedy poruszył. Obiecałam sobie, że pod koniec życia będę taka jak ona.
   Inspiracje są pomiędzy nami. Nie każdy dał się zniewolić temu, "co wypada w pewnym wieku".

I to jest kwintesencja.


Stary ale jary.

Opowiadałam Wam wielokrotnie o emerytach zalewających mnie wstydem, którzy wyprzedzają mnie na szlakach górskich, nawet na bardzo stromych podejściach. Mijają mnie siwowłosi panie i panowie, wesoło ze sobą dyskutujący, podczas gdy ja łapię dech na szlaku dotykającego moich granic kondycyjnych. I wtedy myślę sobie tak: jeżeli ja przez dwa lata osiągnęłam taki progres w chodzeniu po górach (pierwszy rok był totalną porażką), to jak będę śmigać za dwadzieścia lat? Ano, będę wyprzedzać trzydziestolatków nucąc coś wesoło pod nosem. 😉
   Opowiadałam też, jak starsi panowie wyprzedzają mnie na rowerach, o to już mistrzostwo. Emeryci potrafią mieć naprawdę kondycję level killer. Mam przed sobą bardzo dużo czasu, aby móc pracować na taki efekt. To, że w pewnym wieku należałoby się zatrzymać, to mit. Jeżeli tylko będę mogła, jeżeli tylko zdrowie będzie domagać - warto sprawić sobie radość i być lepszym, mocniejszym i silniejszym niż kiedykolwiek wcześniej.



Ciało można wstrzymać.

Pod warunkiem, że pracujemy na to od młodości. Wtedy takie historie jak sześćdziesięcioletni kulturysta startujący w zawodach, albo najstarsza gimnastyczka na świecie, która w 2012 roku (w wieku 87 lat) została oficjalnie najstarszą gimnastyczką świata; przestaną nas zadziwiać. To jest możliwe i ci ludzie pokazują to całemu światu.
   Mijałam kiedyś emeryta na rolkach. Podziwiałam kiedyś relację sportową z maratonu biegowego, w której startował najstarszy maratończyk. Znacie na pewno już dość popularną historię 69-letniego podróżnika, który jako pierwszy człowiek w historii, samotnie przepłynął przez Ocean Atlantycki KAJAKIEM! Dosyć znaną historią była też ta o człowieku, który po raz pierwszy zdobył Mont Everest w wieku 70 lat. Dostał tytuł najstarszego zdobywcy najwyższej góry świata. Poprawił rekord dziesięć lat później pomimo przebycia operacji na sercu.
   Polacy również mają swoich rekordzistów, jednym z nich jest Jan Morawiec, który przebiegł ponad 130 maratonów. Ma już ponad osiemdziesiąt lat i nadal trenuje.
   Najstarsza paralotniarka świata ma 107 lat. "Co ciekawe" - jak podają informatory - "kobieta zaczęła swoją przygodę z paralotniarstwem dopiero po 80-tce, kiedy to rodzina sprezentowała jej voucher na skok na bungee."



Jestem sobie dopiero na początku drogi zapoznawania się z tym tematem, autopsja przyjdzie kiedyś w przyszłości, ale wierzę, że na zmarszczkach życie się nie kończy, że siwe włosy są piękne i że z metryki można być dumnym.
   O tym czy się na tym nie przejadę i czy wyjdę brawurowo jak ci staruszkowie wymienieni wcześniej, opowiem Wam dopiero za może jakieś trzydzieści lat...

Dlaczego Wam to opowiedziałam? Bo to co na piśmie - jest prawomocne. 😛 Taki jest plan, takie mam inspiracje, a czy będzie mi dane tak dożyć końca, to zależy jaki plan ma wobec mnie Bóg. Bo ja tu mam najmniej do powiedzenia. Daj Boże zdrowie, a resztę zrobię sama. Skieruj mnie tam, dokąd w tym celu trzeba iść, bo tam gdzie nie trzeba, to sama trafię.

Strasznie mi się podobają takie skarpety, ale takich z długim włosem jak ona ma,
nigdzie nie mogę trafić! No szałowe są!! 😮

Do tego tematu jak ulał pasuje mi piosenka cudownie zaśpiewana przez Marylę Rodowicz. Dopiero w tym utworze usłyszałam, jak kobieta ma potężne gardło...
   Wiekowa kobieta śpiewa o nieśmiertelności, a przy okazji mamy pełnię 😉 a więc po trzykroć trafiony utwór. Obejrzałam go znów z wielką przyjemnością. Mam nadzieję, że sąsiedzi wybaczą mi ten kilkuminotowy bit.

"Młodość... wieczna młodość... jeszcze więcej młodości!
Nie da ci tego nawet krem ani fotoshop."


"...wesoło żyj
jak co dzień nam nie wypada!"

Glaser Grat i Tguma - dwa szczyty na zalanym słońcem masywie.

"Jedną z ważniejszych lekcji, jakie dają wędrówki długodystansowe, jest zrozumienie jak niewielkiej ilości rzeczy potrzebujemy do przetrwania.
   Nie są nam potrzebne grube cztery ściany do ochrony przed pogodą. Zbędne są fundamenty i podłoga oddzielające nas od ziemi. Nie potrzebujemy zastawu naczyń, gdy wystarczy tylko jedno. Nie potrzebujemy głośników czy słuchawek, bo nie ma nic, co trzeba by zagłuszać. Ważna jest funkcjonalność, a nie luksus. A to, co „wartościowe” wcale nie musi oznaczać „drogie”. Na szlaku życie sprowadza się do prostych rzeczy i czynności, dając więcej miejsca na skupienie i odczuwanie.
   Nie chodzi o to, by bić rekordy w byciu minimalistą. Nie ma sensu wydawanie na sprzęt tysięcy złotych, by zmniejszyć jego wagę o kilkadziesiąt gramów. Rzecz w tym, by niosąc cały swój dom na plecach i przebywając w otoczeniu przyrody, zaufać jej i wtopić w nią. Kiedyś moim schronieniem byłby namiot i 1,5-kilowy śpiwór. Dziś garść puchu, skrawek dobrze rozpiętego materiału i krótka mata, ważące razem 950 gramów, są moim ulubionym domem."

- Łukasz Supergan


Listopad

A ile z Was byłoby w stanie opuścić swą domową strefę komfortu i pójść tam, gdzie nie czeka nas żaden luksus czy wygoda? Gdzie słońce opieka na czerwono albo z nagła przychodzi niespodziewany deszcz? Ile z Was byłoby w stanie ogarnąć się bez wszystkich przedmiotów, które cieszą Wasze oko na co dzień?
   Posiadam taką dziwną, podobno nieprzydatną cechę - potrafiłabym wyjść z domu bez walizek, gdyby trzeba było już do niego nie wracać. Nie jestem z nimi związana. Nasze ruchomości to rzecz nabyta i nigdy nie do zastąpienia.
   Nie przywiązuję się do przedmiotów, nie gromadzę, nawet niczego nie zbieram. Nie znam sentymentu. Niczego nie kolekcjonuję. Jestem wolna.

To w rzeczywistości zjeżdżalnia dla dzieci.
Te deseczki rozwijają się, tworząc drabinę.
Pewnego bardzo słonecznego dnia, wędrowaliśmy szlakiem na zachód od Thusis w kantonie Gryzonia. Plan na tę wyprawę powstał spontanicznie w trakcie innej wędrówki. Zaobserwowaliśmy wówczas niepozornie wyglądającą, jaskrawo-miedzianą górę, która obiecywała spokojny, łagodny trekking przez grzbiet.
   Ze względu na bliskość ośrodków narciarskich Tschappina Heinzenberg i Sarn-Heinzenberg, Tguma jest popularna zimą, dlatego w tym jesiennym miesiącu wydała nam się w sam raz. I faktycznie szlak nie był zbytnio zatłoczony.

W planach na przyszłość mamy Beverin - niebieski szlak alpinistyczny.
Początek naszej ścieżki.
Jestem jedną z niewielu osób, które odpowiadając standardowo na popularne pytanie "co zabrałbyś ze sobą na bezludną wyspę?" odpowiadam, że nic. Na survivalu zawsze znajdzie się jakieś zajęcie. Przede wszystkim trzeba przecież przetrwać.
   Tradycyjnie kiedyś odpowiadałam, że książkę i aparat. Ale bez gniazdka i ładowarki, jakikolwiek sprzęt nie ma sensu, zaś książka zamokłaby przy najbliższym deszczu. Musiałabym najpierw zbudować sobie dach i posłanie. Może więc tą rzeczą, którą dobrze byłoby zabrać, to namiot albo mata.

Po drodze mała luneta umożliwiła nam obejrzenie wejścia na Piz Beverin.
Tak na zachętę w przyszłości.
Przepięknie oblodzona roślinność przy strumieniu.
Ktoś dolał ludwika?
Postrzeganie świata bardzo się zmienia kiedy uwolnimy swoje jestestwo od kotwicy domowej. Mnóstwo ludzi nie wyobraża sobie opuszczenia domu, niektórzy nawet nie wyjeżdżają na wakacje.
   Ale i w tym miejscu nie wrzucajmy ludzi do jednego wora, wszak jedni nie wyjeżdżają, bo jak te smoki śpiące na garncach złota - pilnują swego domowego skarbu; a inni po prostu nie czują takiej potrzeby, są domatorami i zaklinają ciszę czterech ścian.
   W pewnym sensie też zaklinam ciszę. Źle bym się czuła mieszkając w głośnym domu. Górski absolut ciszy do spędzania dni i nocy, wydaje się idealny.



Widok ze środka.

Cisza jest moją obsesją. Przy gorliwych dyskusjach bardzo często mózg chce wyjść z czaszki i uciekać. Takie kuriozalne uczucie - słucham rozumu, wstaję i zrywam się byle gdzie.
   I teraz wyobraźcie sobie miejsce, w którym nic nie przerywa ciszy. Nie potrzeba donikąd uciekać, ani chować się przed żadną kakofonią.
   Natura ma dwie twarze. Jedna jest bardzo głośna ale w taki przyjemny, kojący sposób... (no chyba że spada na Was lawina, a to odgłos przynajmniej kilku armat odpalanych jednocześnie - będących ostatnim co usłyszycie), i tą poważną twarz, która nie mówi nic, ale jednocześnie wyraża wiele.





Wchodząc na bloga, na którym głównie opowiedziane są przygody ze szlaków, oczekuje się czegoś więcej w tym temacie. Ale czasami nie ma niczego więcej do powiedzenia, niż to, że cisza jest poezją świata. Naprawdę.
   Zmagania, walka z sobą samym, poznawanie swoich granic i przekraczanie ich, a także rosnące poczucie zadowolenia. Dla kogoś kto nigdy tego nie doświadczył, brzmi jak niepotrzebny absurd.



To wcale nie dziwota, że wędrowcy zawsze mają dużo do powiedzenia. W ogóle mnie nie dziwi też to, że tym znanym wędrowcom pozwala się mówić na specjalnie zorganizowanych spotkaniach z ich... jak właściwie nazwać ludzi zainteresowanych ich opowieściami? Kupujących ich książki? Oglądających ich albumy i strony w internecie?
   To dziwne, ale frekwencja na takich spotkaniach wskazywałaby, że jest popyt na takie opowieści. Ale czemu ci ludzie sami nie ruszają w świat? Jesteśmy mobilni - mamy nogi lub koła. Wielu śmiałków zaczynało od maleńkich osiągnięć - to żaden wstyd.

"...mało kto wierzy w możliwość jechania przez świat długo i tanio."

- Ł. S.

(...)Biura podróży, linie lotnicze, hotele czy przewoźnicy wbijają nam do głowy, że nie da się zwiedzić świata bez ich pomocy, a pieniądze jakie im zapłacisz są gwarancją niezapomnianych wrażeń, świetnej zabawy, spotkania z „prawdziwą” kulturą. Prawda? Nieprawda.(...)

Zapraszam Was do przeczytania bardzo ciekawego artykułu, zanim mi napiszecie pod spodem, że podróże są dla tych, co śpią na pieniądzach. KLIK


Witał nas bardzo długo...
Był problem by się oddalić i jednocześnie nie zabrać go ze sobą 😌
Pierwszy śnieg jakiego doświadczyliśmy w 17',
szeroka, cienka plama.
Wędrowanie wpływa na człowieka, na jego postrzeganie świata wokół - nawet miejskiego i tego domowego. Przykładowo: szafa. Już od dawna moje ubranie służy mi wyłącznie do ochrony (zimno, deszcz lub wiatr). Nie mogę więc nadziwić się, jak niepraktycznie ubierają się ludzie wokół mnie. Nie żebym była purytanką w tej dziedzinie, ale widok kobiety w cienkich rajstopkach zimą, nadal budzi u mnie wielkie zdziwienie, a przede wszystkim niezrozumienie.
   Co roku oddaję pełen wór ubrań na cele społeczne dlatego, że są niepraktyczne. Skąd więc biorą się u mnie?
   Jedyne ubrania jakie sobie sama kupuję, to rzeczy sportowe. Wszystkie nadają się tak samo na trekking po górach. Cała reszta mojej jedynej szafy to rzeczy nagromadzone dawniej albo, które dostałam od kogoś. Jeżeli uznaję, że w jakichś rzecz przestałam chodzić - to znaczy, że już nie będę w nich chodzić i oddaję bez żalu, że to ładne, albo miało ulubiony kolor. To bez sensu. Tak więc minimalizm i praktyczność.



Tutaj droga dobiega do celu numer 1. Przez rozgrzany słońcem grzbiet, wiedzie wąska ścieżka prosto na pierwszy szczyt masywu.
   Nie tak trudny do zdobycia i nie tak zwykły, by nie siąść sobie u szczytu, podziwiając kunsztowny krajobraz.

Glaser Grat
2,124 m

To niepozorny szczyt. Cały masyw pokazuje się jako trawiaste wzgórze, a w rzeczywistości jest skaliste i strome.
   Stopień trudności całego szlaku jest oznaczony jako T3.



W tym miejscu jednak, wbrew opisowi i oznaczeniu w skali trudności, jestem skłonna zaprzeczyć, bo ten konkretny fragment jaki mięliśmy do przejścia, nie był tak wymagający jak straszą. Ale za to dalej...
   Tymczasem - rozejrzyjmy się:

Powiększ.
Powiększ.
Powiększ.
 Byliśmy obserwowani!


Bardzo lubię chodzić grzbietem gór, choć to bardzo często wietrzne szlaki. Tym razem było spokojnie, pogoda pod tym względem dopisała.
   W drodze do kolejnego celu, podejście zyskało na dłużej balans wysokościowy. Można było porozglądać się i zrobić więcej zdjęć. Do tego doszła zabawa fotografią w czerni i bieli.
   Zazwyczaj żal mi kolorów, ale monochromatyczne zdjęcia uważam za jedne z lepszych w moich albumach. Mimo wszystko.


Beverin z bliska.

"Jeśli mamy ambicję kształtować sposób patrzenia ludzi na świat,
musimy mówić i pisać prawdę."

- Tomek Michniewicz

W zasadzie można by uznać, że niepotrzebnie opisuję swoje przemyślenia z wędrówek. Że powinnam wkleić tylko kilka najlepszych zdjęć, opis szlaku i do widzenia. Jednak wydało mi się to sztuczne do tego stopnia, że zastanowiło mnie - czy to ja na tych zdjęciach jestem? A skoro tak, to wyraź się, kobieto!
   Takie zwykłe farmazony opowiadać to każdy potrafi, ale bez wyrażenia z punktu widzenia własnego doświadczenia - o jakichś granicach i strefach komfortu? To wszystko brzmi tak strasznie, że aż niepotrzebnie.

Chcę opowiedzieć prawdę o wyjściu w świat, doświadczeniu drogi i wtopieniu się w naturę, oraz zachęcić innych, by spróbowali tego samego. Czy zachęciłam? A może jest odwrotnie, po tym jak marudzę o gorącu, stopniach trudności etc...?
   Cóż... podobno kiedyś mówiło się, że ktoś pierdzieli trzy po trzy, a dziś mówi się o takich samych ludziach, że piszą bloga 😂



Tam gdzie te dalekie góry, jest naprawdę świat z bajki.
Byłam tam. Zajrzyjcie → KLIK

Co dokładnie zachodzi w głowie wędrowca, że gdy wraca, zamienia się w gawędziarza? Wszystkie procesy myślowe sprowadzają się do dążenia do poczucia wolności, nic-niemuszenia i naciskania w "delete" przy słowie "wypada". Chyba wszyscy ci, którzy odnaleźli coś więcej w tej osobliwej, dzikiej stronie swojej natury, są tacy... porąbani pozytywnie 😜
   Nigdy nie mów nigdy, bo nie ma rzeczy niemożliwych. Nigdy nie mów, że dane miejsce leży w strefie nierealnych marzeń - skoro przecież miejsce istnieje naprawdę.


POWIĘKSZ
POWIĘKSZ
 Tguma
 2,163 m

To słowo pochodzi od greckiego słowa cauma oznaczającego ciepło słońca. Bardzo słusznie.
   Na szczycie spotykają się granice gminne między Safienem, a frakcjami Sarn i Portein.
   Spacer po grzbiecie Heinzenberger,  to przede wszystkim wspaniały, panoramiczny widok na Safiental, Domleschg, dolinę Albula. I znowu muszę postraszyć (uprzedzić, że...) podejście było uciążliwie, żmudnie, monotonnie wysokie. Na ten czas rozdzieliliśmy się z mężem o odległość dobrych 20 minut.
   Mój mąż jest napędzany na baterie słoneczne. 😯 Wyrwał pod tę górę jak szalony, a ja wlokłam się za nim jak zdychający w słońcu wampir... Na szczęście pod krzyżem nastąpiło resurrection.



A tam w dole jezioro.
Krótkie nagranie choć trochę pozwoli przybliżyć jak tam było:



Wędrowanie czyni człowieka na swój sposób nieprzeciętnym, choć blogerów podróżujących w znacznie trudniejsze tereny na znacznie dłuższe wędrówki, jest kilkaset (a tych niepiszących drugie tyle).
   Jednak śmiało można powiedzieć, że jest w tym jakaś kontrowersja. Jedni opowiadają o paznokciach ukrytych pod nowym lakierem, a inni o doświadczeniach. Jedni opowiadają o pięknie urządzonych domach, a inni o tym, ja wychodzą ze swoich i pragną nigdy się nie zatrzymywać.

Z samochodu podziwialiśmy te same góry z dołu:


Zatrzymaliśmy się wiedzeni chyba instynktem, bo głównie naszą uwagę przykuł czynny młyn wodny, a potem znalazłam to. Tartak.
   Żadne urządzenie nie było akurat włączone, więc mogłam bezpiecznie spacerować po pracowni, więc pokażę Wam na szybko 2 zdjęcia 😜



A przy autostradzie same perełki.



Niezmiernie mi miło, że wciąż do mnie zaglądacie, pomimo że często pojawiają się toporne, słoniowe posty, oraz że bywam monotematyczna.
   Cieszy mnie każda wizyta, każde zostawione słowo, bo wtedy wiem, że to wszystko nie idzie na marne, że ktoś poświęca mi swój czas. Dziękuję 😊💚