NOWY ADRES

Mam niniejszym zaszczyt zaprosić Was na mój nowy blog.

Podjęłam dziwną decyzję o rozstaniu z "Drogą Donikąd", a dziwną dlatego, że choć to nowe miejsce, powolutku przenoszę archiwum. Jednak nie bezmyślnie.
   Pozbywam się rozgardiaszu. (Nie piszę ich od nowa co prawda, bo pół wieku by mi to zajęło...) Pozbywam się też treści niepotrzebnych, reklam po współpracy z firmą wysyłkową, nieudanych notatek, ani też – co chyba najważniejsze – nie pozwalam prześlizgnąć się na nową stronę depresji.
   Ogólnie mówiąc odsiewam cały galimatias z blogosfery, jaki nazbierał mi się przez te 4 lata.

Co się zmieniło technicznie? Przejrzystość strony. Pojawiły się zakładki tematyczne, a zniknęło archiwum. Nieco zmniejszyłam rozdzielczość zdjęć, bo część osób mówiło mi, że się nie wczytują do końca. Zlikwidowałam cały chaos jaki wprowadziłam na samym początku istnienia strony, w końcu muszę zdecydować o czym piszę w jednym poście, a nie pisać o wszystkim i do tego zalewać ogromem zdjęć z jakieś wycieczki... mętlik znika na zawsze.

Jeszcze nie wszystko tam działa, jeszcze nie każda zakładka jest zapełniona, jeszcze niektóre posty są pozbawione treści (np. same tytuły bez posta), częściowo blog jest nadal w budowie, ale krok po kroku się uzupełni.
   Co ważniejsze – bieżący ciąg dalszy pojawia się od dziś już na nowej stronie, gdzie zapraszam do zapowiadanego ostatnio posta:

adres, jakby link nie zadziałał: ekstraktzycia.blogspot.ch

Rzeka Simmi - jej dziki żywioł.

"...Niech porwie Cię ta rzeka, daj się nieść daleko, daleko
Wiesz, nie ma sensu czekać tak z boku gdzieś..."


– Closterkeller "To albo to"



Pewnego dnia w miesiącu lutym w środku tygodnia, wybrałam się na niezobowiązujący spacer tam gdzie jeszcze nigdy wcześniej mnie nie poniosło. Zostawiłam rower w miejscowości Gams i przeszłam całe osiedle domów aż dotarłam do szlaku mającego prowadzić mnie do wyżej położonych dróg górskich. Nie były one jednak moim celem. Ja poszłam tylko tam zajrzeć.
   Hasengut położone na wysokości 547 m → rozdroże niepopularnych szlaków do popularnych miejscowości. Buchs ↔ Wildhaus oraz w przepiękny krajobrazowo region ↔ Voralp. Nie sądziłam, że "przeddroże" może się wydać takie fascynujące.



W daleko idących zamiarach, zaplanowałam następne samodzielne szlaki, za którymi już bardzo tęskniłam. Bardzo długo nie byłam sama w górach, więc myśli te pochłonęły mnie bez pamięci.
   Prawdziwa wolność jest wtedy, kiedy polegać musisz wyłącznie na sobie, decydujesz wyłącznie za siebie i za nikim się nie oglądasz. To stan umysłu, który dosięga nirwany za każdym razem kiedy postanawiasz usiąść z dupskiem na kamieniu i gapić się w nicość ile tylko zechcesz, (bez przejmowania się tym, że takie przystanki "bez potrzeby", nie są respektowane przez współtowarzysza).
   Po powrocie do domu od razu otworzyłam mapę i zlustrowałam wszystkie trzy możliwości. Na co padło i jak mi poszło, opowiem innym razem.



Podziwianie regulowanej rzeki, która z wolna zamieniała się w dziką i nieokrzesaną, napawało mnie wielką frenezją. Niezliczona ilość wodospadów przemieniała się w naturalne, kamienne twory, które zaszczycały mnie urokiem w bladym dniu dość chłodnej i wietrznej zimy. Wciąż jednak temperatura trzymała się okolic cyferki "0", więc przy takim intensywnym marszu pod górę, było całkiem przyjemnie.
   Trochę wyżej leżał cienki śnieg. Zastanawiałam się, czy on za następnym zakrętem nie powiększy swych rozmiarów, gdyż granica suchej drogi i tej zamarzniętej, wytyczona była jasno i nie pozostawiała złudzeń – wkraczasz w teren królowej zimy.



Z wysokiej ściany zwisały długie sople. U stóp imponująco wiła się między skałami rzeka. Dłonie już trochę mi marzły, nie byłam przygotowana do trekkingu, wszak to tylko krótki rekonesans. Mijali mnie inni spacerowicze, pan z psem albo starsza pani. Wymijała mnie też grupka czterech kobiet w wieku emerytalnym, jak najbardziej wyposażonych w potrzebne w górach przymioty. One szły dalej na cały dzień.
   Cieszyłam się, że mogłam to wszystko zobaczyć, a jeszcze bardziej radowała mnie myśl o rychłym powrocie w to miejsce. O obraniu którejś z dróg i wejściu w wysokie góry.



Wracałam z niepełną jeszcze koncepcją swojej dalszej wędrówki, którą w niedalekiej przyszłości zrealizowałam w bardzo srogich warunkach, co kusi mnie, by dodać kilka słów o tym jak poradzić sobie z dużym mrozem. To był prawdziwy test zimowych ubrań w góry. Jest to więc jakby taka zapowiedź wędrówki właściwej 😉

Wielkanoc biblijnie i nie tylko

"Dla tego kto nie mówi dobrze, milczenie jest lepsze od słów."
- przysłowie arabskie


Jest to najważniejsze święto w całym roku liturgicznym Kościoła katolickiego, upamiętniające zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Mówi się też, że jest pierwszym i najdawniejszym świętem, obchodzonym nawet w czasach apostolskich. I rzeczywiście słowo "wielkanoc" pojawia się w paru wydaniach Biblii, lecz w tamtych czasach tradycja noszenia święconki jak i palemka, nie istniały.
   Prawdziwy rodowód zwyczaju świecenia pokarmów, jest tak naprawdę znacznie młodszy niż Wielkanoc starożytna, o której chcę dziś opowiedzieć. Mam nadzieję, że natchnieni przygotowaniami do tego wiosennego, barwnego święta, znajdziecie troszkę czasu na przeczytanie o tym ogniwie, łączącym nas prawie na całym świecie – jak wielką, rodzinę – rokrocznie w kościele.


Ruchomy termin.

Wielkanoc obchodzimy w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca. Wg kalendarza żydowskiego to 14 dzień (pełnia księżyca) miesiąca Nissan (marzec-kwiecień). Różnice w naszym, a ich kalendarzu wynikają z tego, że nasz jest słoneczny, natomiast hebrajski – księżycowy.

Dlaczego nie obchodzimy świąt wtedy gdy nasi bracia w Wierze?

Zmiany uchwalono na soborze nicejskim w 325 roku. Uznano wówczas, że żadne święta nie mogą trafić na ten sam dzień, byśmy nie świętowali z „zabójcami Jezusa”.

"Wielkanoc" w Biblii:

Słowo „Wielkanoc” nie występuje w oryginalnych manuskryptach hebrajskich i greckich. Istnieją jednak przekłady Biblii, w których można to słowo znaleźć: wydane w języku angielskim – "King James Version", oraz nasza Biblia Gdańska.
   Wyraz „Wielkanoc” sam w sobie nie jest biblijny. Wyjaśnienia powstania tego słowa w tych wydaniach, można z łatwością doszukać się w internecie, jest mnóstwo artykułów na ten temat.

W czasach mojżeszowych Żydzi obchodzili Paschę. Celebrowali w ten sposób wyjście Izraelitów z Egiptu. Greckim odpowiednikiem słowa Wielkanoc jest własnie Pascha (Passover) Święto Paschy.  Jednakże Pascha i nasza Wielkanoc to nie jest to samo.
   Nie był to czas oczekiwania na przyszłe pokutne pojednanie z Bogiem, ale – czas wspominania o tym, że On, poprzez Chrystusa – dostarczył zapłaty za grzechy Swego ludu.

W późniejszych czasach powstała idea mówiąca o tym, iż Chrystus już Prawo wypełnił, a więc nikt nie musi dłużej przestrzegać Prawa (Zakon Mojżeszowy). Tak samo apostolskie listy Pawła wykazały jasno, że uczestnictwo w świętach żydowskich nie jest już niezbędne.


Dzisiejsza Wielkanoc. Skąd się wzięła?

Historia miała swój początek za pontyfikatu papieża Grzegorza Wielkiego. Rozkazał on krzewicielom Chrześcijaństwa, aby dyplomatycznie adaptowali kulty pogańskie. Wielce to zaszczytne, że nie wszędzie wchodzili z ogniem.
   Tutaj mamy jawny dowód złamania nakazu św. Piotra z listu do Koryntian, aby nie mieszać nauk Jezusa ze starymi religiami.


Etymologia Wielkanocy.

Germanie nazywali ten czas świętem Ostary, ichniejszej bogini wiosny i płodności. Odpowiednikami tej samej bogini były też Syryjska Isztar i egipska Astarte. Ta sama pani, wśród Anglosasów nosi miano Ēostre i to własnie od niej wyprowadzono wyraz Easter – angielską nazwę Wielkanocy.


Z czego składa się święconka?


Z jajeczek.

Malowano je także w sumeryjskiej Mezopotamii, w Cesarstwie Rzymskim i w Egipcie. Kościół Katolicki skojarzył w jakiś sposób jajko ze zmartwychwstałym Jezusem (!¿), czy ktoś mądrzejszy mógłby mnie oświecić jak?
   Tymczasem wśród innych wierzeń był to symbol płodności i rodzącej się wiosenki. Wiązało się to ściśle z kultem solarnym.


Z kurczaczka.

Jasna sprawa ⇀ z jajeczka będącego symbolem płodności, wykluwa się kurczaczek symbolicznie powiązany z wierzeniami o zaświatach. W kulturze słowiańskiej najczęściej wyobrażano sobie, że dusza ludzka wygląda jak ptak. Wierzono też, że ptaki/dusze, wracały na ziemię na czas tych świąt.


Czasami wplatamy w koszyczek bazie.

Współcześnie to nawiązanie do wjazdu Chrystusa do Jerozolimy. (Witano zbawiciela oliwnymi bądź palmowymi gałązkami.)
   U Słowian magiczną moc przypisywano właśnie wierzbowym witkom. Wierzba utożsamiała płodność i siły nieczyste.
   Istniała tradycja smagania witkami panów przez panie i odwrotnie (to miało obdarzać ich płodnością) z czego Kościół Katolicki zrobił ze coś zupełnie innego znaczeniowo, bowiem twierdzi się, iż dawniej robiono tak na wspomnienie biczowania Jezusa.


Z zajączka.

To również symbol płodności, ulubione zwierzątko bogini Ēostre, która w księżycową noc mogła zamieniać się w zająca. Obraz zoomorficznego wcielenia anglosaskiej bogini, należy do kultu lunarnego, ściśle związanego z seksualnością człowieka.
   Zające towarzyszyły również bogini Frei, najpiękniejszej pośród nordyckich osobowości. Bóstwo wegetacji, miłości, płodności i magii. W mitach Freja jest przedmiotem pożądania olbrzymów, bogów i ludzi.
   Od jej imienia pochodzi nazwa piątego dnia tygodnia: Friday (ang.), Freitag (niem.)

Cześć zającom oddawano także wśród Celtów, ludów syberyjskich i w Egipcie. Wśród Greków istniało przekonanie, że jedzenie mięsa z zająca wzmaga libido.
   Warto w tym miejscu przypomnieć, że wg Biblii mięso zająca i królika, jest uznane za nieczyste.


A rzeżuchę siejemy na watce.

Zwyczaj siania rzeżuszki przejęto od Rzymian jako symbol zdrowia i siły.


Święconka.

Naukowcy, archeolodzy i inni badacze (bynajmniej nie teolodzy ani biblioznawcy, bo tego tam nie ma) twierdzą, że jedzenie błogosławi się już od VII w., a tradycja wywodzi się z obszaru romańskiego. Jest to też echo dawnych pogańskich uczt, bowiem żercy (nazwa kapłana w religii słowiańskiej) także błogosławili jedzenie.
   Czy wiecie, że początkowo Kościół próbował zwalczać tę tradycję? Nie był zachwycony szczególnie pisankami i zwalczał to aż do XII wieku. Nie udało się to jednak i powstał kompromis – spożywanie jajeczek dopiero po wcześniejszej modlitwie.


Konkluzja:

Bóg objawił, że zewnętrzna manifestacja nie jest tym, czego On wymaga, lecz wewnętrzne poświęcenie serca.
   Mimo nakazu św. Piotra, zmixowaliśmy pogańskie religie z naukami Jezusa. W dobie modernistycznego świata nie zważamy już na to, co działo się daleko za nami. Myślę, że warto zajrzeć w naszą tradycyjną przeszłość i zainteresować się jakich bogów co roku zanosimy w naszych koszyczkach do kościoła.


"Niechaj każdy pozostanie przy swoim zdaniu", każdy człowiek jest wolny, każdy ma prawo do własnego życia, tradycji, obrządków – jak woli, jak uważa.
   Życzę Wam wszystkim wzajemnej miłości, szacunku do bliźniego jak i pogodnego ducha przy rodzinnym stole.
   Na ten czas złożono u mnie zamówienie, więc będę gotować żur z białą kiełbasą (UWAGA: towar deficytowy na emigracji). A co u Was znajdzie się na stole? Będzie tradycyjnie czy planujecie jakąś odmianę?
   My "tradycyjnie" uciekamy z domu. 😉

Arvenbuel - Flügenspitz. Mój pierwszy szczyt zimą!

"Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś,  niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj."
~ Mark Twain


Trasa wysokogórska Amden to świerkowe i sosnowe lasy oraz bogata alpejska roślinność. Znajduje się tam chronione torfowisko o znaczeniu krajowym, bogata flora wysokogórska... ale tego Wam nie pokażę, bo nijak się nie da. Wczłapaliśmy się tam w lutym.
   Nasza wędrówka miała swój początek w Amden na wysokości około 1300 m. Jest to mała wioska na słonecznym płaskowyżu, wysoko nad Walensee, które już dobrze znacie z moich poprzednich, licznych opowieści o tym jeziorze.
   Kolejka linowa Mattstock zapewnia wygodną podróż do punktu początkowego wędrówki, górskiej stacji Walau, gdzie stoi restauracja (chciałam zobaczyć ofertę w sieci, ale okazuje się, że jest teraz nieczynna). My sobie do ścieżki podjechaliśmy samochodem jest tam elegancki parking graniczący z samym szlakiem.
   Niby nic nie zapowiadało idealnych warunków pogodowych, wjechaliśmy prosto w gęstą, szarą chmurę, ale wedle mojej "górskiej dewizy": jak się nie ma widoczności, to się jej szuka gdzie indziej - zajechaliśmy do celu i wzuliśmy stopy w rakiety śnieżne. Szukamy - GO!


Jak widać na poniższej mapce, szlak prowadzi przez szerokie alpejskie łąki w kierunku Hintere Höhe, dalej kieruje dookoła chronionych wrzosowisk. Jest to naturalny teren bagienny, pokryty górskimi sosnami i myślę, że warto, zamiast gadać od rzeczy - bo widzimy, że tu biało wszędzie - po prostu zaplanować sobie powtórkę na kolorową jesień.
   Tymczasem pora na skorzystanie ze szlaku śnieżnego, najdłuższego (4,5 h), oznaczonego kolorem czarnym na mapie, a później pod szczytem podjąć decyzję o tym czy wchodzimy, czy nie. I później powiem Wam skąd ta wątpliwość.






Początkowo szlak jest ocieniony przez wysoki masyw, ale i tak jasność śniegu okrutnie razi w nasze delikatne oczęta. O tym, że nie przepadam za pełnym słońcem, wieść Was nie zaskoczy.
   Zimą promienie same w sobie są bardzo nieprzyjemne gdy nie ma się okularów przeciwsłonecznych, bo tu nawet daszek nie odmieni naszej sytuacji. Odbite od śniegu promienie terroryzują wzrok co jest bardzo męczące, bo świeci praktycznie z każdej strony. Czy znacie termin "śnieżnej ślepoty"?
   Eskimosi także nie bagatelizowali nigdy tego problemu. Jako ciekawostkę, dołączę fakt, że dawniej robili okulary z kości zwierząt, które ograniczały dostęp światła do niezbędnego minimum. Dziś łatwa technologia pozwala nam wyposażyć się w okulary z filtrem UV, ale jakie będą do tego najlepsze?
   Moim zdaniem polaryzacyjne, a ramka powinna każdym brzegiem przylegać do twarzy. Okulary na "noskach", lub takie typu "amerykański policjant", nie sprawdzą się w żaden sposób.


Kierunek ↗ "Flügenspitz Süd"

W pewnym momencie zauważycie na zdjęciach, że wędrowaliśmy po warstwie dwu, w porywach trzy-metrowego śniegu. Ledwie wystające na powierzchni znaki fotografowałam dla zabawy, śmieszyło mnie to... Żeby przeczytać na jakiej wysokości się znajdujemy, czasem trzeba było znak trochę odkopać.
   Normalnie w Stöckliriet pod Furgglen - kolejnym punkcie orientacyjnym - znajdują się torfowiska i niewielkie osuwiska ziemi skrywające małe jeziorka. Żyją tam żabki, traszki alpejskie i kolorowe, wodne owady. Szlak wysokogórski kończy się w Arvenbüel, przez cały jednak czas rozpościerał się nieskazitelnie biały krajobraz. Piękny, czysty, mający w sobie taką osobliwą głębię niepokalanego porządku.
   Na niektóre tereny nie wolno wchodzić ludziom, rezerwaty są ścisłe, co każe wyobrażać, że dziewicza natura żyje i rozmnaża się w świętym spokoju. O ciepłej porze roku musi tu być naprawdę zachwycająco.
   A poniżej jak widzicie, mglisty mrok zostawiliśmy w dolinie.



Powiększ.
Ledwie wystający spod śniegu znak.

Przed nami pojawił się Flügenspitz. Wzrok męża powędrował od razu na mnie, czas bowiem podjąć decyzję o tym, czy się tam wspinać i ta należy zawsze do mnie. Chodzi o moje stawy kolanowe, które mogą robić problemy przy schodzeniu ze szczytu. Jednak podjęłam wyzwanie!
   Flügenspitz okazał się stosunkowo łatwy w podejściu. Na szczycie mogliśmy cieszyć się wspaniałą panoramą.


Flügenspitz (1701 m)


Säntis


W dole mglista połać, nieruchoma, wisiała nad miasteczkami, snując za ludzi ich ponure myśli i wyobrażenia. Mgła, chmury, niby kropla na wietrze, a jednak nazbyt ciężko opada na barki ludzie, przyciskając do ziemi zbyt boleśnie i zgorzkniale.
   Plecy ugięły się pod ciężarem szarego widoku niczym garby śpiących sennych z przymrużonymi oczami w kolorze rudo-oranżowym. U ludzi to pewnie przez zmęczenie, bo sępy po prostu mają taki kolor.
   I tak zwykła i bezpieczna, nader spokojna i harmonijna pogoda - przejmuje władzę nad światem i wszelką kontrolę nad ludzkością.





A my uprażeni i ukojeni w ostrym słońcu, ze spokojem obracamy się o 360 stp., próbując ogarnąć to wszystko wzrokiem ze zbyt ciasnego szczytu. Jakoś jednak na swej maleńkiej powierzchni, upchnęliśmy się z jeszcze kilkoma wędrowcami, których usta rozciągały się w uśmiechu pełnym szczerego zadowolenia.
   Dookoła wspaniałe widoki na Toggenburg, góry Alpstein i Alpy Glarneńskie.





Zejście mile mnie zaskoczyło, bo w rakietach śnieżnych stopy były wystarczająco stabilne i poczułam się bardzo pewnie. Nie bałam się już o to, że nogi same się pode mną ugną, bo pomagały mi dodatkowo kijki.
   Wygląda na to, że osiągnęłam balans przy zejściach i że chyba jeszcze pochodzę po górach dłużej niż sądziłam, mając cały czas na uwadze stan swoich kolan. I wiecie co? Chyba to czniam. Te moje błękitne podpieraczki do amortyzowania stawów naprawdę działają!


Zejście już nie wymagało takiego ogromu wysiłku, jednak czasami pojawiały się wyższe pagórki, które trzeba było grzecznie pokonać, bo żadne z nas nie chciało nagle wpaść w puchatą pułapkę. Śnieg zawsze jest zróżnicowany, mimo to ja zawsze będę próbować pójść inaczej. Mam tak od dziecka, że chodzę własnymi drogami.
   Muszę pójść inaczej, zobaczyć więcej, doświadczyć czegoś indywidualnie. Bywało, że takie samowolki kończyły się bardzo niedobrze, ale to nie potrafiło mnie nigdy oduczyć głupoty.




Już pod koniec trasy, kiedy zbliżyliśmy się do popularnych obiektów, wzmógł się ruch. Szlak w sezonie zimowym ogólnie oceniłabym na średnio-załażony, ale w tej części to już zaawansowane wydeptanie. Powstało nawet coś takiego jak droga główna, twarda i szeroka jak asfaltówka.
   Cywilizacja! 😎

Powiększ.




Alp Looch


Kilka idyllicznych miejsc do grillowania oraz górska restauracja, przyciągają wielu turystów.
   W "Alp Looch" przez prawie niezliczone lata Anni i Toni Gmür gościły tutaj przechodzących wędrowców. Ta okazja skusiła i nas do chłodnej zupki chmielowej. Mąż wciągnął dodatkowo danie gorące. Dla mnie było jeszcze za wcześnie na żarcie, więc nie dałam się skusić.

Chleb, kiełbasa i piwo - niczego więcej nie trzeba mężczyźnie. 😁

Za przykładem wszystkich odpoczywających, rakiety poszły na słońce. Dalej zakładanie ich nie miało już sensu, droga ubita nie stanowiła żadnego problemu dla poruszania się.
   Siedząc i spożywając na zewnętrznym tarasie, wrażeń dla bystrego oka nie brakowało. Obserwowałam innych piechurów, zdobywających inne szczyty. Choćby taki widowiskowy, któremu płat śniegu oderwał się z brzega. Dobry motyw jako cel kolejnej wędrówki.



Jeżeli uważacie, że to wszystko wygląda na trudne i ciężkie, to Was teraz osłabię. 80% wędrowców to byli starsi ludzie.
   Nazwałam ten szlak "Geriawit-Maraton". Pragnę w przyszłości założyć "Geriawit-Club", aby spotykać takich ludzi i wspólnie wędrować. Zapamiętajcie tę nazwę, bo będziemy sławni!!
   Uważam, że to jest COŚ! Młoda osoba na szlaku to pikuś w porównaniu z taką siłą w podeszłym wieku. Wielki szacun!




Lokalizacja:

Czerwone kropki to nasz szlak, obejmuje Flügenspitz.
Umiejscowienie szlaku w terenie.