Carschina - Rätikon. O tym jak popłynęłam tratwą. (cz. I)

Październik

Wycieczka wzdłuż wspaniałej, wysokiej ściany skalnej piaskowca Rätikon, z widokiem na szeroki i głęboki obszar po przeciwnej stronie. By się tam dostać, trzeba pokonać długie podejście, a w finale, przeżywamy same przyjemności. Na już spokojnym, wiodącym łagodnie szlaku, aż do schroniska Carschina, mnie udało się nawet spełnić jedno z wielu marzeń 😊 
   Autorami tego posta są 4 osoby. Dzieła graficznego dokonały 4 różne sprzęty. Punkt widzenia i treści przypisuję sobie. Nasi dzielni towarzysze wytrzymali nasze towarzystwo - jak powiedzieli - głównie z uwagi na spektakularne zakończenie tej wędrówki, na które wszyscy z radością czekaliśmy. (Pół żartem, pół serio). Chyba nie tacy straszni jesteśmy, skoro wybrali się z nami raz jeszcze w inną podróż. 😉 Ale o tym opowiem kiedy indziej.






Powiększ.
Słońce dawno było już na niebie, a my rozpoczęliśmy wędrówkę przez surowy świat wypalony ogniem dnia. Potem okazało się, że wypaliło mi dziurę w głowie, ale o tym wspomnę na sam koniec (w następnej części).
   Droga główna, ciągnąca się wzdłuż rozległego masywu, metaforycznie ujmując, była definicją ciszy. Na jej podstawie można by określić także przestwór. To, co jest odpowiedzialne za istnienie agorafobii (choroba ma szerokie spektrum lęków, nie wiem co huczy w najnowszych badaniach, mnie uczono, że to także lęk przed przestrzenią).




Trasa prowadzi poniżej wapiennych skał, dokładnie wzdłuż monumentalnej ściany. Schesaplana (2,964 m), Kirchlispitzen (2,551 m) i Drusenfluh (2,830 m), to atrakcja dla wspinaczy.
   Klif zwracał uwagę już z oddali. Nie sposób przegapić jego kontrastującą barwę i monumentalny rozmiar.
   Schesaplana (nazwa oznacza "gładki kamień") skała wapienna nie jest w rzeczywistości gładka, ale krucha i spękana. Z daleka wygląda jak grafitowa gładź.

A to jest Sulzfluh (2,817 m), przechodzi od łupków na północy do śnieżnobiałego wapna. Oprócz słynnych jaskiń Kirchhöhle Sulzfluh (800 m długości), Seehöhle (1500 m długości) i Herrenhöhle (Herrenbalme) istnieją tam duże systemy jaskiń Górnego Seehöhle i jaskini Apollo (o długości 3080 m) na wschodnim zboczu góry, powyżej głębokiego dołu, między Sulzfluh i Weißplatte.
   Potężna i stosunkowo dziurawa góra wapienna ze stromo opadającymi skałami ze wszystkich stron jest jedną z najpiękniejszych gór w Rätikon. W południowej ścianie między głównym szczytem Sulzfluh a zachodnim szczytem biegną liczne trasy wspinaczkowe o wysokim stopniu trudności. Podobnie w zachodniej ścianie i północno-zachodniej ścianie sąsiedniego małego Sulzfluh (2.708 m).



Widok po drugiej stronie nad doliną.

To wędrówka daje szczęście, nie jej cel. Na szlaku wystarczy obrócić twarz w stronę słońca, a cienie zostawiasz za sobą.
   Czas spędzony w drodze nie raz mnie zdumiał. Niby już wiele widziałam, doświadczyłam, lecz nie da się nigdy w całym ludzkim życiu powiedzieć - znam świat i nic mnie nie zaskoczy. Owszem, góry dają niezły wycisk, generalnie trzeba stoczyć w głowie potężną walkę z samym sobą, by się nie poddać i iść dalej zgodnie z założonym celem. Ale osiągnąwszy zwycięstwo w tej dziedzinie, możemy być pewni, że nie poddamy się w innej, bowiem góry hartują nie tylko ciało.
   Tak jak każdy, solidny trening (np. na siłowni) ciężkie wędrówki odmieniają zupełnie spojrzenie na świat, budują poczucie niezależności i dodają odwagi. Wpływ takiego wycisku dzieje się nie tylko pod skórą, w mięśniach, ale i w naszej głowie. Obcowanie z naturą, niecodzienne widoki, ciekawe spotkania i przygody - już dawno ośmieliłam się napisać, że góry są doskonałymi terapeutami.
   Niejedna osoba potwierdziła, że można wypocić na nich nawet depresję. Wypocić poczucie bezsensu, oraz większość problemów prywatnych. To takie miejsce, gdzie osoba cierpiąca na depresję, po raz pierwszy od bardzo dawna doznaje poczucia dumy. Jest dumny z samego siebie - to bardzo ważny krok.
   To tam wpadłam dwa pomysły na książkę. To tam wymyślałam większość przygód do mojej powieści.
   Od nienawiści, po miłość. Niegdyś przeklinałam każdy czas na szlaku. Dziś szanuję.






Carschinasee

Aby tu trafić, można łatwo dostać się od centrum miejscowości St. Antönien. Łatwo, tzn. droga jest świetnie oznaczona i na pewno nikt tam się nie zgubi.
   Szlak wiedzie w kierunku Bärgli. Stamtąd już tylko 2,5 godziny marszu dzieli nas od restauracji Carschina.
   Nad jeziorem o tej samej nazwie, istnieje możliwość wypożyczenia tratwy lub łodzi wiosłowej. Wrażenie płynięcia po tej idealnie gładkiej tafli jest wspaniałe. Z jednej strony widzimy góry, z przeciwległej zaś, przestrzeń nieba.
   I tu miało miejsce spełnienia jednego z moich marzeń, bowiem zawsze chciałam przepłynąć się tratwą, a nigdy nie miałam ku temu sposobności. Ten pomysł ma swoje korzenie w dzieciństwie, kiedy naoglądałam się "Przygód Hucka Finna". Wreszcie spełniło się! W wieku lat trzydziestu, zrealizowałam marzenie z dzieciństwa.
   Aby móc skorzystać z takiej atrakcji, należało uiścić drobną opłatę, wrzucając monety do skarbonki przy zejściu na pomost. Kolejny, szwajcarski kredyt zaufania - nikt tego pilnuje, nikt tam nie stoi. Wszelkie szczegóły wraz z mapą TUTAJ.


Ktoś inny właśnie pływał łodzią.





Carschina

Na wstępie, zapraszam Was do obejrzenia tego: KLIK. Filmik to wielki skrót będący jednocześnie wesołą formą opowiedzenia o tym, czego można oczekiwać w tym punkcie.
   Jest to rzecz jasna nie tylko restauracja ale i schronisko. Wyłoniło się nam na horyzoncie, stojące dumnie pod wielką skałą, a wokół same piarżyska. Ogólnie uznałam, że już za tym schroniskiem, szlak wiódł przez istny kamieniołom...



Zasłużona przerwa na obiad. I na zdjęcia 😏

I AM BOSS.
Przy samej restauracji krajobraz zmienia się z miękkiego stepu w... jak już wspomniałam: kamieniołom. Jest ładnie. Szaro-białe kamienie kontrastowały z rdzawym terenem góry. To czyniło trochę mętlik w oczach, później na zdjęciach zauważyłam, jak mocno wszystko poszło w kontrast.
   Niestety robiąc zdjęcia w pełnym słońcu, posługuję się ustawieniami intuicyjnie. Nie wszystko wyjdzie tak jak chcę, bo po prostu nic nie widzę na wyświetlaczu. Niekiedy musiałam zdawać się na automat, niektóre zdjęcia w domu przeobrażałam w czerń i biel, by uspokoić wrażenie.





Ładna chata przywodziła na myśl jakąś przyzamkową zabudowę. A potem zostawiliśmy groźną skałę za sobą i udaliśmy się wzdłuż imponującego klifu, na którym czasami można spotkać ludzi, idących niczym człowiek-pająk, na swych linach.
   Kamory nie opuszczały nas jeszcze długo, zanim doszliśmy do większego jeziora o niewyobrażalnym kolorze. I przysięgam (już teraz), że nie robiłam żadnego fotomontażu.





W tym tygodniu z całą pewnością większość z Was dysponuje mniejszą ilością czasu, jednakże mam nadzieję, że będziecie mieli czas na chwilę odpoczynku przy pełnych słońca opowieściach. Ciąg dalszy zapowiadam jeszcze na ten tydzień. Tak wyjątkowo, bo znajdując czas dla siebie, znajduję go także dla Was.
   Mam nadzieję, że poprzednio popełniona przeze mnie notatka, nie sprawiła wrażenia zbrodni i uprzedzenia. Serdecznie pozdrawiam z mroźnej Polski i spod cieplutkiego kota 😉🐈

17 komentarzy:

  1. Super - mniej więcej tak wyobrażam sobie raj ;-)
    Teren, klimat, widoki... wszystko jak z mojej bajki.

    Tratwą po "sadzawce"? Na pierwszy raz, fajnie, ale przygoda to spływ tratwą Bugiem, Sanem lub Dunajcem (to ostatnie takie ciut ekstremalne).

    Agorafobie - to głównie lęk przed ekspozycją, coś co sprawia że czujemy się bezbronni niczym bezskrzydła mucha na białej ścianie ;-) paskudne uczucie, myślę że w jakimś stopniu dopada kiedyś każdego.

    wędrówka, siłownia, basen - to wszystko wysiłek, a wysiłek to endorfiny (w końcu babka ewolucja, jakoś nas musiała zmotywować do działania, bo bodziec samego głodu, był zbyt późny i często nasi niedoszli przodkowie umierali z wyczerpania nim udało im się znaleźć coś do zjedzenia, lub schronienie - natomiast, ludzie pchani ciekawością i endorfinami dokonywali odkryć nim jeszcze widmo głodu zajrzało im w oczy) a endorfiny to wszak szczęście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od czegoś trzeba zacząć, to był mój pierwszy raz na tratwie ;)

      Endorfiny przede wszystkim. I to one mają wielki wpływ na wspomnianą depresję. Coś się psuje, już nie tak działają hormony. To się nie bierze z charakteru człowieka, czy podatności na smutek - to są objawy. Czegoś brakuje organizmowi, a to zawsze odbija się na myśleniu. Zwykły niedobór witamy B12 może sprawić podobne symptomy. Dlatego tak ważne jest, by nie lekceważyć żadnych objawów. Dobrze, że w dzisiejszym świecie już mówi się o tym głośno.

      Usuń
  2. Kochana Hexe!
    Chętnie tutaj przybyłam, jak zawsze:)
    Wspaniałe miejsca i fotki, wędrowałam razem z Wami i było mi przyjemnie, po trudzie pracy w dzisiejszym dniu:)
    Szanuję Twoje zdanie do do świętowania.
    Pozdrawiam cieplutko i serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że wstrzeliłam się słoneczną notatką w Twój ciężki dzień, ale... szkoda, że Cię zgnębili w pracy, bo praca powinnam być tym w życiu, co przynajmniej nie przeszkadza (już nie wspomnę, że powinna dawać satysfakcję).

      Każdy ma prawo żyć podług własnego uznania, lecz niektórzy lubią zawzięcie powalczyć z przeciwieństwami. Jak to moja blogowa znajoma mówi - masz określone zdanie, ale daj żyć innym.
      Lubię opowiedzieć o własnych przekonaniach, nie znaczy to jednak, że wszystkimi dookoła gardzę ;)

      Pozdrowienia!

      Usuń
  3. pierwsze co przyszlo mi do glowy to wow
    zaatakowalas mnie nadmiarem piekna

    OdpowiedzUsuń
  4. To miejsce wygląda jak Dolina Rohanu z Władcy Pierścieni... (połączone z Mordorem ;)). Przepięknie :)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż musiałam to sobie wyGooglać, bo nie pamiętałam... i rzeczywiście!

      Usuń
  5. No niestety, niczego odkrywczego nie wymyślę: przepięknie, surowo, świetne pole dla wyobraźni - bajecznie.

    OdpowiedzUsuń
  6. kamieni kupa - to lubię
    szczególnie te, które się piętrzą i zasłaniają widnokrąg.
    ale mogą się również wydziurzać w dół - to też jest niesamowite przeżycie.
    a stare przysłowie mówi -chcesz stracić przyjaciela - zabierz go w góry
    odważna kobieta z Ciebie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Także bardzo lubię kamory. Na różnych wysokościach bywa zupełnie różnie, im wyżej, tym środowisko przypomina Marsa. Tam są moje ulubione szlaki.
      Przyszły mi na myśl dwie interpretacje tego porzekadła. Że przyjaciel gdzieś spadnie, albo rozkocha się w górach i braknie mu dla nas czasu, bo będzie ciągle chodził po górach. ;)
      Dzięki za miłe słowa :)

      Usuń
    2. zasadniczo chodziło o to, że w górach wychodzi naga prawda z człowieka i wszelkie pozory zostają w dolinach - wychodzi się razem, a wraca już zaledwie obok, bo góry zweryfikują.

      Usuń
    3. Pierwsze słyszę o takim powiedzeniu. Przyjaźń najczęsciej weeryfikują najzwyklejsze problemy dna codziennego, choć zdarza się iż czasami są to dramatyczne przeżycia w górach, na lodowcu, pustyni itp. (Ale z moich niemalych już latek wiem że człowiek calkiem nieźle radzi sobie w czasie próby i calkiem marnie w próbie czasu...)

      Usuń
  7. Ta tratwa tak mocno kojarzy mi się z muminkowym Włóczykijem. No Włóczykij jak nic! Zostałaś prawdziwym Włóczykijem. Super!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie - archetypiczny motyw wyruszenia... gdzieś! Heyerdahl też o tym pisał.

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.