piątek, 29 grudnia 2017

Rätikon - szczyty Chrüz i Alpbüel.

"...lekkie obuwie zmniejsza obciążenie mięśni i stawów, zredukuje zmęczenie. „Stara szkoła” mówi, że wysokie i sztywne obuwie zmniejsza ryzyko skręcenia kostki. Przykład tysięcy ludzi, co roku pokonujących długie szlaki w niskich butach, kompletnie temu zaprzecza. Wbrew pozorom, to właśnie wysokie buty odpowiadają za część kontuzji kolan u turystów."


- Łukasz Supergan


Październik;
Kiedy dni stają się krótsze, a zenit słońca jest już coraz niżej, (ale smaży nadal - słowo!), wzrok koncentruje się na wspaniale zabarwionych, ośnieżonych grzbietach. Południowe klimaty Rätikonu obiecały nam słońce. Dużo słońca. Bardzo dużo słońca.
   Lecz nim stanęliśmy na właściwym szlaku, udaliśmy się najpierw innym (powtórzyliśmy początek drogi poprzedniej wędrówki), wysuniętym w stronę wschodnią. Tam wspinaliśmy się z latarkami, by przywitać słońce z tej bardziej spektakularnej perspektywy.
   Dużo jednak mocniej zainteresowało mnie to, co działo się po przeciwległej stronie rażącej gały. Ładnie pomalowała świat. Fiolet i pomarańcz nad białymi górami to powidok na długo.

To jedno zdjęcie, to akurat fotomontaż 😝


Byliśmy pod stałą obserwacją.
Na naszym celowniku znalazł się szczyt Chrüz w Prättigau. Po drodze zdobyliśmy jeszcze jeden, no bo akurat stał nam na drodze, a zowie się Alpbüel.
   Z masywu, na który się wspięliśmy, można zobaczyć cały grzbiet Rätikon. Jest też świetny widok na Silvrettę i przeciwny Plessuralpen.
   Droga do parkingu, na którym zostawiliśmy samochód, nie jest z pewnością dla osób o słabym sercu: wąska, wąska, krętacka i myląca i wąska. Pokażę ją Wam na samym końcu.
   Płaskowyż Stelserberg powitał nas z rana przenikliwym chłodkiem. W takie dni doceniam pojemność mojego plecaka, w który weszły wszystkie ciepłe ubrania, kurtka i długie spodnie. Zdjąwszy to wszystko później, poczułam ogromną ulgę. Możecie mi wierzyć, było naprawdę gorąco.


Jesień dobarwiona światłem złotego poranka.

Tu jeszcze w pełnym rynsztunku.
Zrobiliśmy małą przerwę na rozbieranie wstępne. Dookoła zachwycające widoki pięknej jesieni. Horyzont przesłaniały inne, znacznie wyższe góry, dlatego to nie stąd obserwowaliśmy wschód. Im jest się wyżej, tym lepiej, wtedy dopiero da się doświadczyć roztańczonych na wierzchołkach, pierwszych promieni.
   Zabawne, bo nigdy nie pamiętam żadnych nocnych podejść. Nawet teraz kiedy wspominam wszystkie nasze wschody, nie wiem jak weszłam, nie wiem jak się tam znalazłam. 😮




Powiększ.
Powiększ.
Październik, a jednak jeszcze raz w tym roku poszły w ruch szorty. I nadal krótkie buty, za co niezmiernie jestem tej pogodzie wdzięczna.
   Zgodnie z dzisiejszym cytatem z początku posta, kiedyś dawno temu w wysokich butach zrobiłam sobie kontuzję, która uaktywnia mi się czasem, ilekroć znów założę te usztywniające kostkę. Jednak one też są niezbędne - zimą. Grzeją i chronią przed śniegiem.


Powiększ.
Powiększ.



Bunkry

Znaleźliśmy coś, na co bardzo długo czekałam. Prawdziwa okazja do podziemnej penetracji tajemniczych korytarzy. Nirvana! 😵 Otwarty bunkier wojskowy! I to jaki!
   Korytarze rozwidlały się, a potem łączyły z powrotem, toteż zabłądzić się nie dało, ale zabawa była. W podziemiach panował przemiły chłód.
   Na zdjęciu widnieje malutki stalaktyt. W jaskiniach alpejskich przyrost takiego dziubaska, szacuje się od ok. 0,25 mm do ok. 3 mm, bowiem wszystko zależy od ogólnie panujących warunków.









Alpbüel

Przed nami w oddali już widać Chrüz. Możemy oglądać także Schesaplana i południowe mury Drusenfluh i Drusentürmen. Później Sulzfluh i Schafbergiem.
   Nic tylko kręcić głową jak sowa, aż się kark nie ukręci 😉 A tym czasem stajemy na wierzchołku Alpbüel.
   Szczyt ma zacne 2022 m n. p. m. Nie jest wcale jednym z większych szczytów w Prättigau, ale dzięki łatwemu dostępowi, jest popularnym celem wędrówek. Szczyci się jedną z najpiękniejszych panoram w całej dolinie: od wapiennych murów Rätikon na północy nad górami Silvretta i Davos, południowy szczyt Prättigauer do widoku w kierunku doliny Renu i dalej w kierunku Oberlandu Bündner i Glarner Alp.
   Południowe stoki i średnia wysokość zapewniają długi sezon wędrówkowy, możliwy od maja do listopada. Wspaniały opis, a tylko jedno zdjęcie, bo widok nie różnił się od wcześniej robionych panoram. Całe to podejście jest dosyć widowiskowe.


Czas na rundę - WYZWANIE w drodze na ChrüzNie można lekceważyć tego podejścia (południowo-zachodnią stroną) wąskiego, częściowo nierównego i stromego grzbietu. Jest wymagający i powinien być unikany zimą.
   Poziom trudności oscyluje gdzieś pomiędzy T2, a T4. Konieczne jest używanie rąk i nóg. Kiedy jest mokro, musi tu być niezły hard core, nie chciałabym się tu wtedy znaleźć...
   Szlak prowadzi stromo od pastwiska Gauis. Z uwagi na moje problemy ze stawami kolanowymi, wybraliśmy inną drogę powrotną, o wiele łagodniejszą, dlatego uspokajam mniej odważnych śmiałków - aby dostać się na szczyt jest jeszcze kilka innych możliwości.
   Końcówka naszej drogi to czysta przyjemność, wiedzie samiutkim grzbietem. Podobają mi się takie szlaki, to niecodzienne móc spacerować wąską dróżką, mając po obu jej stronach rozległe tereny opadające w dół. Nie było tak strasznie jak być potrafi. W oczach się nie motało, to nie ten level grani. 😈😉
   Ostatnia prosta wiodła jednak bardzo ostro pod górę. Można było wypluć płuca, całą wodę na tym odcinku wypiłam!! ☂

Przejście "siodłem" prosto na szczyt. (ten fragment jeszcze lekki)

Powinniście pamiętać te skały z poprzedniej wyprawy 😉
Fragment - terminator.
Momentami wspinaczkowy.



Chrüz

Ma 2,196 m. Tego dnia na obłym, łagodnym szczycie, panowała sielanka i absolut ciszy. Jakaś dziewczynka czekając na rodzinę, grzebała w książce gości. Jakiś starszy pan drzemał na ławeczce pod krzyżem. Jakaś staruszka czytała książkę. Padłam i ja.
   I bym zasnęła, ale mąż zaczął pakować manatki. I dobrze, bo to dla mnie mało bezpieczne, zasypiać na słońcu. Nie po ostatnim prze-słonecznieniu.
   Jak widzicie, góry zdobywają ludzie w przeróżnym przedziale wiekowym. Procentowo zdecydowanie najwięcej spotykamy na szlakach emerytów.





Powiększ.
Droga powrotna to już był light. Na sam koniec zeszliśmy do rolniczej drogi, którą jeżdżą tylko bryki farmera. Nie ma jej na zwykłych mapach z oznaczonymi szlakami, tutaj przydał nam się GPS.
   Jestem staroświecka i wolę papierowe wydanie mapy, ale mąż ostatnio ewoluował elektronicznie. Nie wiem jaki ma postęp, czy stanie się cyfrowy i święcący, ale muszę przyznać z całym szacunkiem, że na drogi powrotne znajdujemy teraz ciekawe skróty, więc trudno tego nie docenić. I jeziorko nawet było.
   A w przyszłości będziemy mięli anteny wmontowane w głowy i pójdziemy w góry wystylizowani na Cyber Goth. 👽





A to zdjęcia tej kłopotliwej, wąskiej drogi, o której wcześniej wspominałam. Na niej co najwyżej, mieści się tylko jeden samochód. Dodam, że trasa była dwukierunkowa.
   Wymijanie następowało, kiedy pojawiała się możliwość skorzystania z czyjegoś podjazdu albo akurat było poszerzenie drogi na jakimś zakręcie. Zdjęcia robiłam przez szybę. Ładnie widać stąd miejscowości wysokogórskie.




A to już panorama z doliny. A ostatnia góra (ta poniżej) z autostrady.
POWIĘKSZ.


Nawigacja:

Powiększ.

wtorek, 26 grudnia 2017

Geneza nienawiści.

– Co sprawia, że człowiek zaczyna nienawidzić sam siebie?
– Może tchórzostwo. Albo nieodłączny strach przed popełnianiem błędów, przed robieniem nie tego, czego inni oczekują.


~ Paulo Coelho "Weronika postanawia umrzeć"


Nastawienie anty. Nie mam nadnaturalnych mocy, nie potrafię nikomu wejrzeć w serce ani czytać myśli, (chociaż niektórzy podejrzewają, że jest inaczej 😔...], więc skąd mam wiedzieć, że dana osoba nie żywi do mnie z jakiegoś powodu nienawiści? Mogę tylko analizować na podstawie tego co widzę i słyszę. Jak my wszyscy.
   Z takiego wątku wyprowadzę temat mający zakończyć się na miłości do najbliższych. Miłość będzie tutaj moją inwokacją, zacznę natomiast od tego, co najbardziej mnie nurtuje.


Słuchałam zawsze wielu ludzi. Nie wiem dlaczego, ale zwierzać mi się, przychodziło im zawsze łatwo, choć nigdy tego nie oczekiwałam... Wiecie jak to jest, dochowywać od groma cudzych tajemnic? Nigdy nie byłam plotkarą, ale zawsze czułam się dziwnie zobowiązana...
   Pod tym względem jestem trochę jak Deanna Troi...; a może byłam, kiedy wokół mnie stało mnóstwo ludzi...
   Jednak pomimo doświadczenia, nie potrafię zinterpretować cudzej nienawiści. Skąd bierze się ta negatywna aura? Najgorszą kwestią z jaką mierzyłam się w relacjach międzyludzkich to historie dotyczące nienawiści domowej. Wiadomo, każdej innej jest łatwo unikać, ale tej rodzinnej...?
   Intrygowały mnie jeszcze historie o nienawiści od pierwszego wejrzenia.


Liczy się w dzisiejszym świecie tzw. 'pierwsze wrażenie', oraz 'uprzedzenie'. Wychowałam się na takich naukach, by nie oceniać człowieka od razu. Dla mnie prywatnie liczy się drugie wrażenie. Co to jest?
   Rozmawiam. I to zawsze wszystkim radzę. Wtedy to człowiek poznaje człowieka (bez grubszej analizy, nie przesadzajmy). Rys charakterologiczny stawia się sam. Ale jednak czasami dochodzi do takich dziwnych zdarzeń, że ujawniają się jakieś dzikie emocje. Wychodzę z założenia, że "do tanga trzeba dwojga". Życzliwość jednostronna zawsze zdycha samotnie.
   To są takie problemy, w których nie potrafię niczego doradzić. Człek na mnie liczy, a ja rozkładam ręce. Bo ani nie potrafię podać remedium na problemy rodzinne, ani na niezdefiniowane uprzedzenia zupełnie obcej osoby. Czyli tam gdzie przyczyny nie ma. A jak nie ma przyczyny, objaw nie powinien zaistnieć. Czarna magia psychiki ludzkiej.



Nienawiść jest dla łajz.
Hate is for losers. (ang.)
~ Patrick Condell



Nie nienawidzę. To niszczycielska forma objawiania swojej złej twarzy wobec danej osoby. A tak naprawdę największą krzywdę wyrządzamy sobie my sami, zalewając się jadem niekorzystnych uczuć, przejmując się, wymyślając cuda niewidy, podczas gdy znienawidzona osoba najpewniej w ogóle o nas nie myśli i żyje sobie w najlepsze.
   Nienawiść to autodestrukcja. Trzeba być łajzą dla samego siebie, żeby robić sobie takie coś. Nienawiść zawsze źle kończy. Od nienawiści radziłabym trzymać się z daleka. Przez nienawiść jeszcze nikt niczego nigdy nie zyskał. I w sumie... współczuję ludziom, którzy obmawiają innych, bo to znaczy, że muszą mieć nudne życie, by zajmować się stale czyimś.
   Wobec tego, czy nienawiść do bliźniego nie jest czasem uczuciem biorącym się z nienawiści do samego siebie?



"Kto trzęsie drzewem prawdy,
temu padają na głowę obelgi i nienawiść"

~ Konfucjusz



Moja rodzina w pewnym sensie mnie definiuje, jeżeli można tak powiedzieć, bo przecież każdy z nas stanowi jednostkę autonomiczną. Ale jesteśmy sumą genów naszych krewnych o czym nie wolno zapominać. Jednakże jesteśmy z innej mieszanki, oraz nosimy pamięć innych doświadczeń, lecz cieszę się, że mogę uważać, iż obraz mojej rodziny mnie definiuje. Rodziny się nie wybiera. Ja urodziłam się szczęśliwie.


Człowiek ma smętnie krótkie życie. Najpierw połowę naszego życia zajmuje rodzina, w której się wychowujemy. Całe nasze dzieciństwo jest oparte na wspomnieniach związanych z najbliższymi. Drugie pół, to najbardziej świadome pół i zajmuje je rodzina, którą człowiek sam tworzy.
   Rodzina może być największym bogactwem. Może być także przekleństwem, bo nic tak skutecznie nie niszczy obrazu samego siebie, jak brak wsparcia najbliższych.
   Sprawmy, aby dom nie zamienił się w schron. 💜💚

sobota, 23 grudnia 2017

Partnunsee. Do domu na hulajnogach. (cz. II)

"Góry są przede wszystkim miejscem szczególnym, gdyż jako środowisko stanowią zagęszczenie wszelkich przyrodniczych zjawisk i form. Są niejako koncentracją prawdy o przyrodzie, albo wręcz jej kwintesencją.[...] Góry są zatem miejscem, gdzie przyrodę tej planety doświadczamy najzupełniej. Dlatego sam pobyt w górach może stać się wielkim odkryciem."

- Wojciech Kurtyka


Zgodnie z zapowiedzią, czas na ciąg dalszy wędrówki przez złote stepy. Jej drugi etap ciągnie się przez istny kamieniołom. Bardzo lubię takie pejzaże, to taki idylliczny landszaft górski - tak sobie zawsze wyobrażałam ciekawe szlaki. Bardzo często w filmach niestrudzeni bohaterzy przemierzali podobne uroczyska w siodłach zwinnych koni huculskich (lub im podobnych).
   Wędrówka należy do udanych w każdym calu. Dosłownie wszystkie jej etapy były jakąś widowiskową przygodą, od pływania tratwą, przez unikalne schronisko, aż do tego przepięknego jeziora, które zaraz Wam pokażę. Wcale nie mniejszą atrakcją był ekstremalny zjazd w dolinę na hulajnogach, więc nie ma na co czekać - ruszamy, bo mam dużo do opowiedzenia!

Część pierwsza → TUTAJ.




Oto Sulzfluh (2,817 m), góra w Alpach Rätikon, położona na granicy Austrii i Szwajcarii. Najbliższa miejscowość to St. Antönien, od strony południowej (z której ruszaliśmy na naszą wyprawę). Skała jest dobrze znana wspinaczom. Na wapiennej górze znajduje się sześć znanych jaskiń o długości od 800 do 3000 jardów (wymieniałam je kolejno poprzednim razem). Wszystkie wejścia znajdują się po wschodniej stronie.
   Do tego dodam, że szlak (od wschodu) ma górskie oznaczenie klasy T4, pozwalającą "nie-wspinaczom" na osiągnięcie szczytu.
   Jest to również część wielodniowej trasy pieszej wzdłuż całej długości łańcucha Rätikon po słonecznej stronie, zwanej "Prättigauer Höhenweg".
   Żadne zdjęcie nie odda wiernie jego ogromu, jego majestatu.


Lotnicy znają najłatwiejszy sposób na zdobywanie pewnych wysokości.
Z widokiem na Schronisko, ostatni raz.
Te góry, pomimo swej surowości i wydawałoby się, nieprzychylności człowiekowi, są normalnie zamieszkałe. Chociaż sezonowo, ale jednak człowiek udobruchał sobie to miejsce również.
   Zawsze mi się podobały te drewniane domki porozrzucane w skalistym pejzażu.





A tutaj mamy początek tej sławetnej trasy dla odważnych. Może i bym wlazła, ale kto by mnie stamtąd zdjął? 😉
   Obserwowaliśmy tego człowieka jakiś czas z dużym zainteresowaniem. Nawet zrobiłam mu pełną foto-dokumentację do pewnego poziomu, ale szkoda było nam stać i czekać. Jego ścieżka była znacznie krótsza od naszej, ale dużo mozolniejsza, natomiast przed nami czekały jeszcze dwie przygody.



To w końcu kto robił zdjęcie? 😏

Kamieniołom dobiegał z wolna końca lecz wydawał się coraz bardziej imponujący. Dziś, jak patrzę na te zdjęcia, myślę sobie - naprawdę warto było - gdyby jednak nie ta spiekota...
   Już u końca ścieżki, gdzie wystarczyło tylko wychylić się zza skały, dojrzeliśmy to, co można śmiało nazwać rajskimi wodami. I po co jechać w tropiki? 😉




I wyłoniło się nam to:


Partnunsee znajduje się na 1869 m n.p.m. Oferuje masę możliwości na spędzanie czasu, znajdzie się także coś dla śmiałków.
   Przy małym pomoście są przycumowane łodzie (można wypożyczyć za małą opłatą). W okresie letnim stoi tam zjeżdżalnia i nawodne bungalowy, w których można nocować. Stale istnieje możliwość skorzystania z paleniska, są również stoły, ławki i przygotowane drewno. O bungalowach jeszcze wspomnę.
   Jezioro leży między wapiennymi skałami Sulzfluh i Schijenflue. Szlak wiedzie do jeziora z wysoka, dzięki czemu można obserwować zachwycające barwy wody i obserwować ludzi na via ferrata. Końcówka drogi prowadzi wzdłuż skał, a następnie ścieżką Tilisuna aż do jeziora.




Do krystalicznie czystego, malowniczo położonego Partnunsee, można dojechać z domów górskich w Partnun w około 25 minut. Trasa nadaje się również dla wózków terenowych. Stamtąd (jeżeli jedziecie samochodem) nie zapomnijcie okazać drobnej pomocy i zabierzcie ze sobą drewno na grilla. 😉 Jest to praktyka stosowana coraz częściej na terenie całej Szwajcarii. Nie dawno idąc stromym podejściem do zamku, mijaliśmy znak, "zabierz na górę". (Chodziło o produkty do restauracji zamkowej). Akurat wtedy nie uszykowano żadnych rzeczy (mięliśmy więc pusty przebieg), ale jak wieść niesie, to się sprawdza zawsze.


Jest nowy szeryf w mieście. 
Zasłużony relaks.
Jeśli lubicie przyrodę i lubicie ją zwiedzać pieszo, na rowerze górskim lub podczas wspinaczki, tutaj dostaniecie to wszystko. W tym regionie bowiem, rozciąga się siatka szlaków o różnej skali trudności, a tych odważniejszych, znaki poprowadzą na skaliste ścieżki dla zaawansowanych alpinistów.
   Co więcej, prócz możliwości popłynięcia łódką, można wynająć sobie lekcję z alpinistyki, a także przerzucić wąski pas przez szerokość jeziora i zrobić sobie nietypowy spacer... Chodzących po linie w Szwajcarii nie brakuje. Spotkałam już wielokrotnie amatorów tego sportu. Ten pan zdecydowanie miał fantazję.


Nauka wspinaczki.


Tutaj nawet najbardziej szalone sny, mogą się ziścić. Spójcie na to (wspomniane bungalowy):




Na sam koniec atrakcja - pierwsza klasa! Zjazd na hulajnodze. Ekstremalne przeżycie, szkoda, że z każdej góry nie można tak zjechać 😎
   Zasady takie same jak przy łodziach - kredyt zaufania. Regulamin i instrukcja obsługi w języku niemieckim. Jest także skarbonka, do której uiszczasz opłatę. Skrzynia, w której są różnych rozmiarów kaski (dla dorosłych i dla dzieci). Krok ostatni to wybranie sobie hulajnogi. Jak widzicie, one niczym się nie różnią.
   Nadmienię, że one są każdorazowo sprawdzane i testowane u mety, gdzie specjalna ekipa ładuje je na kipę półciężarówki i wwozi je z powrotem na górę, co daje kilkadziesiąt sprawdzianów technicznych dziennie (a może kilkaset...?). Panowie jeżdżą tak w kółko z nimi przez cały dzień non stop. Stan - idealny. Dwa hamulce.



Okolica naszego startu równie śliczna 😀





Ekipa gotowa, można ruszać. Gdyby nie kręty schemat drogi, prędkość jaką można by tam osiągnąć, byłaby zawrotna. Trzeba było jednak uważać aby nie spaść, aby nie rozjechać pieszych no i samochody... ale muszę Wam przyznać, że zjazd w tamtych warunkach odbył się na spokojnie, bez nerwów, kierowcy na prawdę uważają i nie spieszą się. Przepuszczają, poczekają jeśli trzeba, słowem kulturka jest.

START: 1,869 m n. p. m.
META: 1,459 m n. p. m.




ZAPRASZAM:


Nawigacja:

Powiększ.
Odchorowałam tę wędrówkę. Już w samochodzie poczułam silne mdłości. Znam ja już dobrze te reakcje ciała, kiedy wystawione na zdradliwe słońce, tak blisko jego będąc, w późniejszym czasie jeszcze długo terroryzuje organizm lekką gorączką.
   Przez doświadczenie wiem co robić i jak sobie pomóc, ale niestety nadal nie umiem temu zapobiegać. A może ja mam krewnych na Plutonie? Wszak wciąż szukam swoich korzeni i od kiedy utraciłam trop (a nawet kilka), poszerzyłam kręgi poszukiwań na całą galaktykę. 😂
   Nazwę dla tego ciała niebieskiego wymyśliła 11-letnia wówczas Venetia Burney. "Skoro znajduje się ono bardzo daleko i panuje tam bardzo duży mróz, to niech przyjmie imię od rzymskiego boga zaświatów – Plutona" [podaje Wikipedia].
   Skoro jest tam lód, można się pokusić o stwierdzenie, że jest tam i woda. Można by ciepłym dupskiem wysiedzieć jakieś jeziorko 😂Mam więc szansę na przetrwanie gdzieś w odległej galaktyce...