wtorek, 31 października 2017

4 szwajcarskie przełęcze w jeden dzień, cz. II - Teufelsbrücke - wąwóz Schöllenen - Andermatt

"W tajemnicy każdego człowieka istnieje wewnętrzny krajobraz: z nietkniętymi równinami, z wąwozami milczenia, z niedostępnymi górami, z ukrytymi ogrodami."

- Antoine de Saint-Exupéry



A gdyby tak spróbować poszukać we własnym milczeniu samego siebie? Odkryć mapę uczuć, pragnień i talentów, iść jaskrawo zaznaczoną drogą - to nasz indywidualny szlak. Każdy człowiek rodzi się z pewnym pakietem cech - predyspozycji. Rób to, co kochasz, nie próbuj wiecznie zadowalać innych. Ja tylko chcę poznawać ten świat, bo kiedyś... kiedyś tutaj był Raj, a ja go pragnę odnaleźć.
   Opuszczając Oberalppass, udaliśmy się prosto do wąwozu Schöllenen, przez którego przechodzą drogi łączące przełęcze Gotarda, Furka oraz Oberalp. To miejsce miało kiedyś bardzo wysokie znaczenie. Pierwszy most został zbudowany w 1585 roku i nazwany diabelskim. Po sześćdziesięciu latach wielki sztorm zniszczył most i zatopił całą dolinę, ale po zebraniu odpowiedniej sumki (ma to też swoją długa historię) udało się go odbudować.




Z tym nietypowym miejscem, które aż zapiera dech w piersiach, związana jest pewna legenda. Najpierw jednak trzeba sobie wyobrazić jak trudna była sytuacja samej budowy.
   Historia opowiada o daremnych wysiłkach ludzi, chcących stworzyć szlak przez tenże wąwóz i przerzucić kamienny most na drugą stronę wartkiej rzeki Reuss, płynącej w dole pionowych ścian. W desperacji, burmistrz wypowiedział te słowa: "Tam tylko diabeł, mógłby zbudować most!" I wtedy pojawił się... on.




Po trzech dniach most nad Reuss stanął w pełnej krasie. Gdzie był kruczek? Ano po drugiej jego stronie siedział sobie diabeł i czekał na swoje wynagrodzenie. "Chcecie most zachować? Dajcie mi duszę!" - krzyczał do nich. Spodziewał się oczywiście poświęcenia jednego z ludzi, natomiast oni wysłali mu... psa. Rzucili kawałkiem chleba na drugi koniec mostu, aby ten pobiegł do diabła. Nowsze wersje tej legendy mówią o wysłaniu kozy.
   Diabeł, pełen wściekłości, zabił zwierzę (czymkolwiek było) dosłownie rozrywając je na strzępy, a następnie schwytał ogromny kamień, którym zamierzył zniszczyć most. Odnalazłam dwie wersje ciągu dalszego tej legendy:
   Na szwajcarskiej stronie Andermatt'u jest napisane, że diabeł był tak zmęczony, że nie zauważył jak pewna kobieta podeszła go i namalowała na kamieniu krzyż, który gdy diabeł zobaczywszy, głaz odrzucił i uciekł, zaś angielska Wikipedia głosi, że pojawił się Holy Man i skłonił diabła do porzucenia swych zamiarów. Spójne jest jedynie to, że ów kamień, diabeł cisnął gdzieś dalej i - co ciekawsze - dziś możemy go nadal oglądać. Kamień zowie się Teufelsstein [diabli kamień] i leży dokładnie tu:


Nie wiadomo kto w końcu było bohaterem.
Holy Man, czy Woman?


Żołnierze mieli w tym czasie ćwiczenia w pokonywaniu wąwozu zjeżdżając na linie nad przepaścią.
Na zdjęciu - dopiero maszerowali do punktu "A".
W tym miejscu znajduje się także wielki pomnik poświęcony rosyjskiemu generałowi, Aleksandrowi Suworowowi. Ma on upamiętnić walkę, która miała miejsce 25 września 1799 w tym wąwozie. Wojska rosyjskie pod generałem Alexandrem Wassiljewitschem Suworowem, zwalczyły wojska Napoleona i ostatecznie pokonały Francuzów.
   Pomnik został wzniesiony w 1899. Prezydent Rosji Dmitrij Medwedew, odwiedził go podczas wizyty w Szwajcarii 22 września 2009.
   Chyba byłam jedną z bardzo nielicznych turystek, która potrafiła to przeczytać 😉


Obiekt wojskowy znajduje się u szczytu wąwozu.


Szlak turystyczny w wąwozie Schöllenen, nie jest dostępny w miesiącach zimowych. Dla zmarzniętych turystów (nawet mnie tam zmarzły ręce) pociechą staje się restauracja oferująca rozmaite przekąski i gorące oraz zimne dania. Oprócz tego, można wybierać z szerokiej gamy napojów, także wyskokowych.
   Jako że obecnie nie prezentuję Wam szlaków wymagających dla wędrowców z kondycją, postanowiłam również wspomnieć o gastronomicznych atrakcjach. Nie stołowaliśmy się, bo czas gnał nas dalej, a z resztą, co pyszna wałówa, to jednak własna wałówa 😋 Ostatnio coraz częściej w drogę zabieram jakieś ciasto domowej roboty 😁


Ja tam jestem!


Przydałoby się umieć zrobić panoramę jednocześnie w pionie i w poziomie. Jakże ciężko jest przedstawić dobrze takie miejsce, jego głębię, ogrom...
   Czy jednak można wierzyć, że powstaniu pierwszego mostu sprzyjała nadnaturalna siła? O diabłach znamy prawdę z niejednej naszej polskiej legendy. Co wiemy? Że są skore do pomocy i pojawiają się dokładnie wtedy, gdy człek straci kompletnie nadzieję. Nie warto z nimi współpracować, bo gdy powieje sprzyjający wiatr, na bank ucichnie na wieczność kiedy znajdziemy się na środku morza. Bez sensu, prawda?
   Ale most stoi, a legenda przyciąga turystów.





Już pod koniec tygodnia zaprezentuję Wam następną przełęcz i jej niesamowitą atrakcję, dzięki której mogłam spełnić jedno ze swoich marzeń (z bardzo długiej listy). Będzie to piękna opowieść (głównie graficzna) i dodam, że lokalizacja także będzie dostępna z łatwością dla każdego.
   Obiecuję też, że zrobi się widowiskowo i niezwykle 😀 i będę czarownicować 😎


piątek, 27 października 2017

4 szwajcarskie przełęcze w jeden dzień, cz. I - Oberalppass.

Siedział tak długo w kontemplacji wspaniałego widoku. Chciał to zamknąć w sobie, uczynić swoją własnością, utrwalić na zawsze – nie mógł. Piękno wymykało mu się, przesączało się przez jego zmysły, niknęło – był bezsilny. "W takich chwilach ludzie malują naturalistyczne pejzaże i fotografują – to daje im złudzenie, że złapali przemijającą chwilę zachwytu nad światem" – pomyślał, ale nie był z tej myśli bardzo zadowolony.

-  Stanisław Ignacy Witkiewicz



Przełęcze stały się moimi ulubionymi miejscami od kiedy zobaczyłam pierwszą w swoim życiu. Jeszcze mocniej upewniłam się w tym uczuciu, kiedy stanęłam na jednej w porze jesiennej. Złote runo istnieje! Złote trawy, ogromne przestrzenie i szum ukrytych w głębokich rowach, potoków.
   Zapraszam Was na małą/wielką wędrówkę samochodową - cztery szwajcarskie przełęcze w jeden dzień - udało nam się to zrobić, a przy okazji poznać ich prawdziwe oblicze. Czym różnią się one od siebie, oraz jakie atrakcje skrywają? O tym dowiecie się w kilku najbliższych notatkach od teraz.
   Dziś pierwsza na ruszt idzie Przełęcz Oberalp.




Jest to przełęcz w Alpach, będąca połączeniem kantonów Uri i Gryzoni. Droga ta, jest zamknięta w okresie zimowym z uwagi na bardzo ciężkie warunki i olbrzymią ilość śniegu. Jedyny, działający transport to linia kolejowa, łącząca przełęcze Oberalp i Furka z dworcem Gothard. Kolej w zimie oferuje transfer samochodów, lecz wymagana jest uprzednia rezerwacja.
   Droga otwierana jest po roztopach (i po ewentualnych remontach) pod koniec kwietnia albo nawet i maja. Dla zainteresowanych ważna wiadomość - dojeżdżając autostradą do każdej z przełęczy, długo przed zjazdem pojawiają się znaki informujące o tym, czy dana przełęcz jest otwarta.
   W pobliżu Tomasee, jeziora, przy którym stoi latarnia, istnieją drogi prowadzące do źródeł Renu. Planujemy nimi pójść już w przyszłym roku.





Z tego przejścia korzystano już w czasach średniowiecza jako małej ścieżki handlowej (wąska ścieżka mieszcząca gęsiego konie z wozami). Była uczęszczana głównie przez miejscową ludność od wielu setek lat. Później zrobiła z niej użytek fala emigrantów, uchodząca tędy ze swych kłopotliwych terenów rodzinnych. (Być może ma to związek z nieobecnością graniczników w tamtych czasach.)
   Przełęcz wysokogórska stała się dla nich przepustką na lepsze życie, dlatego w okolicznych miejscowościach można zaobserwować ciemnoskórą ludność, żyjącą tam z dziada pradziada.




Był to również słynny konny pas pocztowy, który nierzadko zabierał na wóz turystów. To z tej własnie okazji, od 1921 roku (na niektórych liniach) zwykłe autobusy zostały zastąpione przez autobusy pocztowe, mające kultywować bardzo stary zwyczaj. Dziś żółte autobusy z trąbką na boku (często są to piętrusy) jeżdżą po całej Szwajcarii.
   W 1926 roku zaczęła działać kolej, łącząca przełęcze Furka z Oberalp - linia: Matterhorn-Gotthard. Trasa została zelektryzowana w roku 1942 roku, ale nadal największą atrakcją pozostają pociągi parowe.

Kto się dobrze przyjrzy, zobaczy śmigłowiec 😊


Jeżeli lubicie motoryzację, a szczególnie stare wozy, które wciąż są sprawne, odpalają za pierwszym razem i wyglądają jakby dopiero co wyjechały z fabryki, zdradzę Wam sekret: miłośnicy takich pojazdów, bardzo często spotykają się w restauracjach na przełęczach.
   Co takiego jest w tych asfaltowych serpentynach? Przygoda, frajda, zabawa! Przełęcze to raj dla hobbystów motoryzacji, fanów nie tylko czterech kółek. Równie często można tu spotkać motocyklistów, kładących się na zakrętach - ALE! - żeby była jasność - osobiście nie odnotowałam tam nigdy żadnego szaleństwa. Brawura mogłaby w takim wypadku skończyć się katastrofalnie. Są takie odcinki, gdzie zakręt po zakręcie, łamie się pod niebotycznym kątem.
   Na przełęczach spotyka się tak samo wielu kolarzy, których podziwiam za siłę, determinację i kondycję nie z tej ziemi.




Zdarza się wypatrzyć w tych górach jakieś tajemnicze zabudowy, albo dziwne wejścia do wnętrza ziemi... krótko mówiąc bunkry i budynki wojskowe. W cieniu skał, w kolorze ziemi, niektóre nawet nie opisane na żadnej z map.
   Swoją drogą to właśnie po to zawsze mam przy sobie latarkę. Bunkry bardzo często są opuszczone i otwarte, a wnętrza odłączone od energii. Te długie korytarze to wspaniała gratka dla poszukiwaczy tajemnic, choć powiem szczerze, że w żadnym bunkrze nie znalazłam nic więcej prócz echa 😉
   W tej przełęczy nie zwiedziłam żadnej, ale pewnikiem wszystko przede mną.

Być może jest to przykład tego, o czym powyżej opowiedziałam,
ale nie mam pojęcia co to akurat za budynki.
Zamieszkałe sezonowo chaty, stoją całkiem licznie w takich miejscach. Mogłoby się wydawać, że tu nie da się żyć, co tu w ogóle robić, często nie ma elektryczności, a bieżąca woda, to tylko ten ledwie cieknący kran ze studni...
   Tu, w okresie letnim, kiedy trawy już dojrzeją, pracują pastuszkowie, doglądając swej trzody przez całą dobę. Wczoraj w sklepie rzucił mi się w oczy artykuł w gazecie o pastuszku, który rzekł, iż nigdy nie jest sam. Na okładce widniała twarz siwego mężczyzny z bujną brodą. Chciałoby się rzec - pasterz i pustelnik. Być może. Tytuł jednak temu przeczy.
   Artykułu nie poznałam w całości, więc nie wiem co pan w wywiadzie miał na myśli. Dojeżdżających do niego pomocników? Turystów pytających o drogę? A może same zwierzęta? Macie jakiś pomysł?



Na Oberalppass byliśmy krótko, ale dalej - obiecuję - będzie jeszcze piękniej. Przed nami czeka jeszcze sześć opowieści, które zaserwuję Wam jedno po drugim, bez przerywania opowieściami o innych wydarzeniach.
   Dodatkowo pod każdym postem będzie pojawiała się mapka zbierająca po kolei wszystkie te punkty razem. Komu w drogę, temu sandały! Następna przełęcz to...



wtorek, 24 października 2017

Dlaczego nie lubię ZOO, ale i tak do nich chodzę?

Zwierzęta w klatkach - to już na samym początku robi się jakoś... niedobrze... I całkowicie rozumiem taką reakcję, bo gdyby można było przegłosować istnienie ogrodów zoologicznych, nie wahałabym się. Ale one istnieją już od czasów starożytnych i istnieć będą.
   Pierwsze ZOO na świecie zbudowano w egipskim Hierakonpolis, w roku 3500 p.n.e. Od 1235 w londyńskiej wieży Bulwark, trzymano dzikie lamparty. Najstarszy istniejący nadal ogród zoologiczny to wiedeński Tiergarten Schönbrunn, wybudowany na rozkaz cesarza Franciszka I w 1752 r.
   A jeżeli zajmują już miejsce na miejskich planach, to do nich chodzę, wykładam na drogi bilet bez żalu, niech im idzie na paszę i na dobrych weterynarzy. Kiedyś posiadałam niezłą menażerię w swoim domu. Jest taka dziwna sprawa, dość kontrowersyjna, że czasem ludzie muszą chronić zwierzęta przed ludźmi.
   Dziś na zdjęciach: łódzkie ZOO. Zwiedzaliśmy je w sierpniu, było piekielnie gorąco! I o dziwo, nie tylko nam - ludziom. Zwierzęta (nawet te z sawann i pustyń), wpadły w tajemniczy letarg...




Gdyby wyidealizowane głosowanie umożliwiło kompletną kasację tego typu obiektów "rozrywki", wiele musiałoby nadal istnieć, póki nie zdechłyby ostatnie, wychowane w niewoli sztuki. Większość z  nich, urodziła się w niewoli, a wolność dla nich mogłaby skończyć się różnie...
   Problemem jest np. karmienie zwierząt w ZOO. Po pierwsze, drapieżniki nie muszą polować, a po drugie, dostają pokarm o stałych porach. Z biologicznego punktu widzenia, nieregularność jest istotna.
   Wszystkie duże, inteligentne zwierzęta (niedźwiedzie, słonie, koty) fatalnie znoszą niewolę i zbyt małe przestrzenie z ograniczeniami. Te gatunki nie powinny być trzymane w zoo w ogóle! Lecz przecież właśnie te są najbardziej atrakcyjne.

To co zawsze podziwiam z przyjemnością, to akwaria. Kiedyś miałam pod opieką biotop afrykańskiego jeziora Malawi, duże gatunki ryb, wybarwione wcale nie gorzej niż ryby morskie. Dziś Wam tych konkretnych nie pokażę, ale samo akwarium w ZOO, które nawet wejście do środka ma nieziemskie, robi wrażenie.



Staw zewnętrzny. Zbiornik ciśnieniowy, do którego ryby dobrowolnie wpływały i wypływały.
Jak widać, bardzo lubiły ten kwadrat.
Roślinożercy zaś, wszystko mają podkładane pod pyszczki, nie szukają, bo nie muszą. Nie migrują, nie zachowują się już tak, jak w naturze. Tracą swój spryt i wigor, robią się ospałe.
   Chcąc wypuścić takie gatunki na wolność, powinno się uprzednio zapewnić im jak najbardziej naturalne warunki, aby obudzić w nich instynkty samozachowawcze, a przede wszystkim ducha poszukiwacza i zbieracza pokarmu, oraz czujność - zdolności do przeżycia w dziczy. 
   Ukrywanie jedzenia skłoniłoby roślinożerców do zdobywana, ale często ich klatki są na to za małe.
   Wybiegi można okrasić nowymi zapachami. Warto też wprowadzić nieregularne pory karmienia, a także na jeden wybieg wprowadzić różne gatunki. Ogród zoologiczny powinien stwarzać zwierzętom naturalny biotop, a tymczasem mamy beton, fosy, druty pod napięciem i jeszcze raz beton.


Na wielką uwagę zasługują terraria. Mam zamiłowanie do gadów, płazów i mięczaków, doświadczenie z lądowym żółwiem i kilkoma mięczakami, a także chwilowymi hodowlami jaszczurów i niektórych płazów. Wszystkie pochodziły z naszej sfery klimatycznej (prócz żółwia) i wszystkie zostały wypuszczone na wolność (prócz żółwia).



Nie mam pojęcia po co w ZOO jeden osobnik takiego wielkiego kalibru.
To z pewnością nie jest chów celem przywrócenia naturze.





Jestem całkowicie przeciwna odławianiu dzikich istnień z przyrody, o ile nie ma to na celu dobrej ingerencji... choć to nadal ingerencja - słowo sporne i wywołujące konflikty.
   Wśród moich dawnych znajomych była taka osoba, która zajmowała się odratowywaniem gatunków, którym groziło wyginięcie. Z tego co wiem, zajmuje się tym nadal i robi to skutecznie.
   Wyłapywanie zwierząt tylko po to aby zamknąć je w klatce i dać radość dzieciom, uważam za pozbawione humanitaryzmu.








Istnieją safari i rezerwaty, w których życie zniewolonych stworzeń wygląda lepiej niż w ZOO. Ich idea ochrony gatunku jest zaszczytna, choć na prosty rozum, można by to naprawdę robić inaczej.
   Ciekawą ofertą byłoby obdzieranie ze skóry kłusowników, albo zamykanie w ciasnych klatkach, pracowników cyrków. Brzmi okrutnie? Powiecie, że nie rozróżniam ludzi od zwierząt?
   Za to widzę różnicę między hodowaniem, a znęcaniem się. Uważam, że skoro już ogrody zoologiczne istnieją, powinno się zaostrzyć przepisy dot. przebywania na ich terenie.
   Zasadniczą funkcją ZOO miała być edukacja. Dziś jest to wyłącznie rozrywka, oraz miejsce, gdzie dzieci mogą się wyszaleć.

Na zdjęciu, kwitnąca przyjaźń z dzioborożcem. Notabene, te ptaki są kompletnie szalone. 😳



To się nazywa zalotne spojrzenie...

  1. Absolutny nakaz ciszy, żadnych wrzasków i innych tego typu wynurzeń emocjonalnych.
  2. Zakaz biegania na terenie ZOO czy safari. Żadnych gwałtownych ruchów, podskoków i innych wykazań euforycznych. I nie mówicie, że zwierzęta są przyzwyczajone.
  3. Zakaz stawiania placów zabaw (powiązane z punktem pierwszym). To nie miejsce na hulanki.
  4. Rezygnacja z restauracji, nie widzę sensu w psuciu powietrza fast-food'ami. Z resztą zawsze mnie zastanawiały te rodziny z tortillami w łapach, ucztujące np, przy hipopotamach... Smacznego.
  5. Dokarmianie zwierząt własnym jedzeniem powinno być karalne. Wiecie, że nadal trzeba o tym przypominać? Może właśnie likwidacja barów i sklepów by uchroniła przed "przypadkowym" wrzuceniem czipsa do pingwinów.
Pięć prostych punktów, a tak ciężko je ludziom przestrzegać.

Dzikie koty, najbardziej znienawidzone przeze mnie miejsce. Beton, fosa, druty pod napięciem i beton, oraz beton. Nic dziwnego, że ilekroć tu jestem, zwierzęta chowają się pod jedynym krzakiem na wybiegu. Rzadko można zobaczyć lwice, jeszcze rzadziej tygrysy.
   A pan lew miał na nas wywalone jaja...




Mnóstwo gatunków zwierząt zniewolonych za cenę stania się atrakcją, ze względu na swój behawior powinno otrzymać teren jak najbardziej zbliżony rozmiarem do tego, który mógłby dostać od natury. Zamiast tego lokum zwierzęcia jest zbyt ciasne i nierzadko pozbawione kryjówek, aby ludzie mogli lepiej widzieć.
   Uważam też, że powinna powstać lista gatunków niezdolnych do odchowywania w niewoli. Dobrym przykładem będzie niedźwiedź polarny, którego warunków jak i ogromu terenu, po jakim poruszałby się na wolności, zwyczajnie nie da się odtworzyć w innych strefach klimatycznych. Pingwiny, duże koty - tego powinno się zakazywać.



Żyrafy chyba wzięły mnie za małą żyrafę, bo był moment, że stadko zaczęło za mną iść wzdłuż płotu...
Później mąż uświadomił mnie, że miałam na sobie barwy żyraf!
Okazało się też, że mam dokładnie tyle samo wzrostu,
co świeżo urodzona żyrafka.


"Wiele na temat rzeczywistego stanu ogrodów dowiadujemy się z ostatniego raportu „The EU Zoo Inquiry 2011”. Jest to przedsięwzięcie brytyjskiej Born Free Foundation oraz ENDCAP, czyli koalicji 27 organizacji i specjalistów z 20 państw europejskich, których celem są działania na rzecz polepszenia standardów w ogrodach zoologicznych. Raport analizuje również sytuacje w polskich instytucjach, a ich ocena nie jest przychylna."

- info ze strony ulubiency.wp.pl

Sępy mnie... rozwaliły po prostu. Pamiętam przy poprzedniej wizycie kilka lat temu, te ich złowieszcze spojrzenia, to ich zaglądanie mi do obiektywu i patrzenie tak bardzo... głęboko... w oczy... jakby mówiły - "umrzyj..."
   A tymczasem:


Można bardzo łatwo poznać, że zwierzęciu w klatce jest bardzo źle. Już krótka obserwacja może ujawnić, np. że stworzenie chodzi w kółko, kiwa się, albo ciągle liże łapy. Jeśli zaś zwierzę wyrywa sobie sierść (tudzież pióra), sytuacja jest już naprawdę zła.
   Wielu ludzi burzy się przeciwko powstawaniu kolejnych ogrodów zoologicznych, jednak nie przynosi to żadnego efektu. Szkoda więc, że nikt nie stara się stworzyć im godniejszych warunków.


Ogólnie nie mam nic przeciwko trzymaniu zwierząt, póki ma to naprawdę jakiś dobry cel. I niech to będzie naprawdę mądrze przemyślane.
   Mając akwarium biotopowe z pielęgnicami, nie pchałam na siłę wodorostów (a wiem, że niektórzy próbują), bo ich naturalny świat to piach i kamory. Tak samo uważam, że jak ktoś decyduje się na psa średniej bądź dużej rasy, a mieszka w bloku, nie zapewni mu wystarczającej opieki, bo to nie tylko pełna miska i pieszczoty. Nie wiem kto wpadł na pomysł, aby trzymać np. Husky w bloku, gdzie przy centralnym ogrzewaniu jego organizm po prostu wariuje.
   Czasami przechodzi mi przez myśl, że biorąc zwierzę ze sklepu zoologicznego, ratuję je przed dziecięcym maltretowaniem. Niestety nadal małe zwierzątka kupuje się do zabawy. Rodzice wtedy mówią, że chcą je nauczyć odpowiedzialności, jednak w pewnym wieku takie działanie nie załącza się, sorry Memory, ale instynkty opiekuńcze przychodzą do młodego człowieka trochę później.


Opowiedziałam się bardzo krytycznie na temat łódzkiego ZOO i bardzo przepraszam jeżeli czyta mnie dyrektor albo jego poczciwy pracownik. Mam nadzieje, że przyszłość przyniesie lepsze życie już dawno przecież ogłoszono przetarg na rozbudowę ogrodu. Oby wszystko ułożyło się dobrze.


A co Wy o tym wszystkim sądzicie? Czy takie miejsca powinny istnieć, oraz czy trzymanie zwierząt w domach uważacie tylko za zwykły kaprys? A może sami macie jakieś ciekawe gatunki w domach, o czym też chętnie poczytam.