piątek, 25 sierpnia 2017

Urodziny według Hexe.

"...oddalił się w cień masywu górskiego, pod którym rosły kosodrzewiny, kępki wściekle purpurowego wrzosu, a nawet cierń wijący się daleko po ziemi, gęsto porośnięty szarymi liśćmi.(...)
   ...Znieruchomiał, rozejrzał się i uśmiechnął. Wiedziony swoim osobliwym instynktem, wypatrzył jeszcze kilka gryzoni, które w kompletnym bezruchu obserwowały go z bezpiecznej odległości, stercząc na tylnych łapkach.(...)
   ...przystanął na moment przed czerniącą się jamą niewysokiej jaskini. Popatrzył krótko na górującą nad nim grafitową skałę, błyszczącą i tak gładką, że wydawała się być wielką, szlifowaną ozdobą świata."
- Frag. z mojej książki.
Jeszcze trochę mi zostało, ale już blisko.



W swe urodziny postanowiłam zdobyć liczbę z mojej metryczki. Zakupy z tej okazji zrobiliśmy po drodze, po wejściu na 1542 m n.p.m., aby długo później uczcić moment, na wierzchołku z widokiem na przyszłość. Z ponurym widokiem na zębate góry Dziada...
   TUTAJ napisałam obszernie wszystko na temat spędzania przeze mnie urodzin. Powtórzę tylko jedną kwestię: "nie obchodzę urodzin tradycyjnie. Nie urządzam imprez, nie chcę nikogo angażować w "obowiązkowe" kupowanie głupot na prezent. Ja mam wszystko, moi drodzy, wszystko, co mi jest niezbędne do przeżycia." Poza tym imprezy to nie jest wymarzona przeze mnie forma spędzania czasu...
   Uważam, że w swoje święto powinno się zrobić coś wyjątkowego, coś co przynosi radość, zrobić dokładnie to, co się kocha i z całą pewnością, nie jest to robione na pokaz. Daleko mi do mentalności chwalipięty, który cokolwiek czyni - to z rozmachem, tylko dlatego, że musi być widać.
   Jedni opowiadają o swoim życiu poprzez książki, inni na łamach bloga, a jeszcze inni opowiadają nocą przy ognisku. I wszystkie formy są piękne, ciekawią, bywają natchnieniem i motywacją dla innych. W ten sposób otwieramy też drogę do siebie, niestety także zawistnikom.
   Zawsze znajdą się na Waszej drodze tacy, którzy będą mówili "zatrzymaj się, po co to robisz?". Jak odróżnić troskę od zazdrości? Nie starajcie się nawet, nie zastanawiajcie, tylko róbcie swoje!

Świetna fontanna z obracającą się kulą.
Startowaliśmy z miejscowości Alt St. Johann. Niedaleko wyciągu kolejowego i rzeki Thur, znajduje się darmowy parking.
   Co ciekawsze, w miejscu tego niewielkiego miasteczka, istniała w czasach paleolitu osada. Później w wieku XIII istniał tutaj zamek należący do hrabiego z Werdenbergu. Niestety sto lat później wymieciono stąd hrabiów, a został na gruzach szlachetnej architektury klasztor św. Jana, od którego późniejsze miasteczko wzięło nazwę.
   Podobno gdzieś tutaj mieszka Simon Ammann, który pochodzi z Grabs (to jest niedaleko mnie). Jestem tak wielką miłośniczką sportów zimowych, że pewnie gdybym spotkała go w sklepie, nie poznałabym. Nawet jakby z nartami przyszedł, no way!

Wejście do klasztoru. Później pokażę go Wam w całej okazałości.

Lütispitz to góra zachodniej części Alpstein. Jego szczyt wynosi się na dumne 1987 m n.p.m. Masyw jest całkowicie pokryty trawą, a podejście technicznie nie jest trudne. Prócz pokonania stromego zbocza, do którego potrzebna jest dobra kondycja, szlak ten należy do najprostszych w górach.
   Było gorąco, a do lepkiego ciała przyssawały się muchy, na które mam alergię. Właściwie nie wiem co to dokładnie jest, Googl nie potrafił mi pomóc. Szare, przypomina bardziej ćmę niż muchę i pije krew. Ma ktoś może wiedzę na ten temat?
   Generalnie na tej wędrówce spotkały mnie wszystkie plagi. W pewnym sensie coś na kształt szarańczy też było... choć te akurat lubię. Notabene tak napuchłam od tych much, że aż idący z naprzeciwka ludzie zwrócili na to uwagę. Koszmar...



Skąd zdziwienie? Przecież to naturalne, że latem na pastwiskach są muchy. Tyle że... ja już dawno nie wędrowałam w upał po takich ternach, a w lipcu chyba nigdy... Rokrocznie w tym czasie zwiedzaliśmy jakieś atrakcyjne miasteczka albo penetrowaliśmy wąwozy bądź zimne jaskinie, lub też zdobywaliśmy lodowiec.
   Ugryziona wielokrotnie zaczęłam mieć problemy ze zginaniem kolan (tak mi napuchły). Dopiero w domu nałykałam się wapna, które względnie zmniejszyło obrzęki, ale i tak (już w Polsce) nie obyło się bez specjalnej, skondensowanej mikstury na te moje alergie.
   Jako ciekawostkę dodam, że muchy gryzły tylko mnie. Męża chyba dziabnęła jedna. Ktoś mi to rozumnie wyjaśni?
   Już w lesie mogłam odpocząć od tego dziadostwa, a im wyżej, tym naturalnie było insektów mniej. One z jakiegoś powodu nie lubią obszarów po tysięcznym metrze wzwyż.
   Słońce grzało, wiatru brak. Później cienia też było brak... oj bardzo brak... Moją sytuację ratowało szerokie rondo kapelusza.




Widzicie to samo co ja? Oczom wierzyć mi się nie chciało... Ja tam muszę kiedyś wejść!
Chatka, w której zrobiliśmy zaopatrzenie.
Koniki polne czyli małe, skaczące szarańczaki. W przeciwieństwie do pasikoników, rosną mniejsze. Wspaniale urozmaicają wrażenia ze spaceru po łące. Pięknie grają pocierając o pokrywy swoich odnóży, do tego wyglądają troszkę jakby były z plastiku...
   Nie spotkałam niestety żadnego pasikonika, a są niesamowite i wdzięcznie pozują przed obiektywem. Można zaobserwować ich funkcje życiowe, jak porusza się ich zielone ciałko z każdym oddechem. To niesamowite stworki. Koniki też 😉





W szwajcarskich Alpach (nie mam pojęcia jak jest gdzie indziej) występuje takie szlachetne zjawisko jak chata dla wędrowców. Stoi ona zwykle na jakimś kompletnym wygwizdowie, gdzie przeważnie da się dotrzeć tylko o własnych nogach. W takiej chacie jest dosłownie wszystko, czego trzeba, by móc przeżyć, łącznie z miejscem do spania, więc można tam spędzić noc, albo kilka. Jest to ogromny kredyt zaufania, nikt tego przecież stale nie pilnuje...
   Zaopatrzenie nie jest zupełnie podstawowe, mamy wybór: suchy prowiant, chipsy, ciasteczka, czekolada, cukierki. Woda, kawa i herbata. Do tego stoi piec (trzeba sobie w nim napalić, albo użyć butli gazowej), na którym można gotować normalne posiłki. Jest też coś dla koneserów alkoholi, czyli regionalne trunki.
   Kiedyś w jednej z takich chat, natrafiliśmy na Żubrówkę 😉 Sami zobaczcie TUTAJ jak wygląda inna chata przygotowana specjalnie dla wędrowców.
   Zasada jest taka - weź co chcesz, ale zostaw pieniążek (co łaska). Byłoby też świetnie gdyby zostawić coś od siebie, aby inni mięli też uciechę, stąd pojawiały się na pólkach domowej roboty nalewki albo bimber. No i ta Żubrówka 😉








Takie ciastko wybrałam sobie jako tort urodzinowy.
Galaretka w środku była zaskakująco pyszna!
Mąż prawie całe mi zjadł, musiałam interweniować!


Ekspresówka, w której widać, że dają porządne, dorodne składniki, a nie pył na wietrze.
Wszystkie herbaty były bardzo intensywne. Pycha!
Posłania na poddaszu.
Dbałość o takie detale jak posłanie i miski dla pupila, to małe zaskoczenie.
Ci ludzie myślą dosłownie o wszystkich podróżnikach!
Na ostatniej prostej nawet nie mogłam się spodziewać, co mnie jeszcze za plaga czeka... Najpierw były krowy, które ani myślały przepuścić dwunożnych! To ich królestwo, ich góry i ich trawka, a my im tu w michę w buciorach włazimy!
   Alpejskie krowy, choć łagodne i ciekawskie (uwaga - potrafią rozwiązywać buty przechodniom), stanowią nie lada przeszkodę. Omijanie ich czasami wygląda dość akrobatycznie, szczególnie jeśli po jednej stronie krowy jest stromizna, a po drugiej stronie krowy przepaść. Na szczęście tutaj było w miarę do przejścia.









A potem nastała ostatnia plaga: latające mrówki. Te przynajmniej nie gryzły, ale... oblazły nawet pod ubraniem. Metodą Indian, rozebrałam się i przestały już tak swędzieć.
   A oto co sobie nabyłam w górskiej chacie:

Był to zero-procentowy napój winny. W smaku pyszny sok, lekko gazowany. 

Impreza się rozpoczęła, ale z przyczyn powyższych prawie na golasa 😛 Było tak gorąco, że to nawet się przydało. Miło było wysuszyć pot pod słońcem... taka rzeczywistość. Wędrowiec w górach nie może się pochwalić, że pachnie jak milion dolców 😜


A wokół nas piękne, strzeliste góry. W żyłach przyspieszała tętno satysfakcja ze zdobytego szczytu (w mojej krwi była jeszcze owadzia toksyna), a w głowie rozmaite myśli dotyczące najbliższych dni, które mięliśmy spędzić w Polsce.
   Spoglądając przed siebie, widziałam jednak przede wszystkim - Dziada... (pieszczotliwa nazwa dla szczytu Säntis), z którym wiążę swoją przyszłość. Powiedziałam kiedyś, że jak wejdę na niego, to wejdę już wszędzie. Ewentualnie się zabiję i Dziad stanie się górą przeklętą gorzej niż Pilatus. (To znaczy, że zamierzam aktywnie nawiedzać szlak.)
   Prężenie muskułów przed Dziadem jakoś poprawia mi zawsze humor...







Szybowce oraz paralotniarze mają genialne widoki. Gdybym mogła latać, pewnie nie schodziłabym z nieba przez długie godziny. Chciałabym kiedyś spróbować takiego czystego lotu, bez żadnych konsekwencji. Poczuć niepewność tego, czy ja w ogóle istnieję, bo to przecież musi być jak sen!
   Jeśli latanie byłoby językiem, to szybownictwo byłoby poezją.






Była to ostatnia podróż lipca. Już nazajutrz miałam ruszać na swoją ojcowiznę, aby tam spotkać się z bliskimi i odpocząć we wszędobylskiej mowie polskiej. To na co miałam nadzieję, to życzliwość. Zwykła, prosta życzliwość ludzka, mile spędzony czas i fajne wspomnienia.
   Dziś zastanawia mnie, dlaczego tylko dla mnie to takie proste i oczywiste? Dlaczego powstają przykre sytuacje, dlaczego na tle rodzinnej sielanki pojawia się czysty szablon prowokacji?
   Stojąc na tym szczycie, byłam naprawdę pełna nadziei i jak najbardziej pozytywnie nastawiona do niedalekiej przyszłości. Nie wszystko jednak zależy od nas. I tak za każdym razem.. ech...

"Kiedy myśl się staje ciałem
Widzisz coś co już widziałeś
Czy nasz świat kreują sny?
Deja, deja vu"

- Closterkeller

Nie czuję zawodu. Zaczęłam się już przyzwyczajać do tego. Ale nie ważne, bo tam gdzie to naprawdę jest dla mnie istotne, miłość i życzliwość istnieją.



No dobra, dość tego wietrzenia pach... Nadeszła pora aby zmierzać w doliny. Nadchodzącą noc należało porządnie przespać, a opowieściami zająć się już później w wolnym czasie.
   Z jednej drogi w drugą - która jest bardziej męcząca? To monotonia wykańcza człowieka podczas długiej jazdy samochodem. Aby to zmienić, wsłuchujemy się za każdym razem w różne audiobooki i to znacznie poprawia jakość podróży, odpychając znużenie jednakowym widokiem szarej autostrady.
   Zaś góry nie potrzebują żadnego urozmaicenia. Aż wierzyć się nie chce, że niektórzy wspinają się z muzyką w słuchawkach, kiedy przyroda tak przecież pięknie gra. Ale może to zależy od formy jaką się przybiera na szlaku? Jak się traktuje ten szlak? Ja np. nie wyobrażam sobie długiego joggingu bez MP-trójki, chociaż... wbiegając las, zawsze wyłączałam muzykę.




W drodze powrotnej, pastwiska z muchami szybko przemaszerowałam, momentami biegłam... Ale jak tylko przystawałam, znów sytuacja obracała się w dramaturgię...
   Mimo wyraźnie odczuwalnej poprawy swojej odporności na upał i słońce, nadal jestem za tym, aby we dni zaciągnięte barwą krwi i owadzich toksyn, odpoczywać na miejskich ulicach pełnych cienia albo przechadzać się wilgotnymi wąwozami etc... jest naprawdę wiele możliwości spędzania czasu aktywnie, bez narażania się na podobne przykrości. Musimy to z mężem przemyśleć.









Alt St. Johann z lotu ptaka. W roli pierwszoplanowej ptaszysko budzące spory. Na kanię rudą mi nie pasowało, bo tutaj od cholery fruwa tych ślicznych rudzielców. Początkowo obstawiałam, że to może myszołów, ale zapomniałam, że jaskółczy ogon należy zdecydowanie do gatunków Milvus.
   Zatem albo to jego bura samica, albo doświadczyłam spotkania z kanią czarną. Tak czy siak, jakaś kania to była na pewno.





Klasztor św. Jana.

Od tego momentu zamykam cykl szwajcarskiej przygody. Przyjazdy do Polski wiążą się głównie ze spotkaniami z rodziną i przyjaciółmi. Ale to nie wszystko, bo ja - duch zdecydowanie niespokojny, co to nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu - urozmaiciłam sobie pobyt w ojczyźnie, co na pewno przyczyni się do powstawania interesujących opowieści na blogu.
   Pokażę Wam kilka wartych odwiedzenia miejsc w Polsce, tym razem po raz pierwszy tak wnikliwie penetrowałam Pomorze (ale nie była to nadmorska klasyka) i jak się już pewnie orientujecie - to nie było leżakowanie za parawanem na plaży 😜
   Pokażę Wam także moje miasto rodzinne Łódź, zakątki, do których lubię chodzić. Planuję jedną opowieść o spotkaniach z najbliższymi, bo przecież to podstawa każdego wyjazdu do Polski, a musicie wiedzieć, że stereotyp świadczący o tym, iż z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciach, definitywnie do nas nie pasuje 😁
   Zatem czeka Was sporo mojej prywaty.

Nawigacja:

44 komentarze:

  1. Zdjęcia wyjątkowej urody, niedawno obejrzałam także mnóstwo zdjęć ze Szwajcarii z pobytu mojego brata u bratanka, który zabrał rodziców na wspaniałą wycieczkę w Alpy.
    Przeczytałam notkę o urodzinach, zgadzam się ze wszystkim, a że jestem dużo starsza, to mogę powiedzieć, że życie w każdym przedziale wiekowym moze być ekscytujące, o ile sami o to zadbamy. Jak ktoś powiedział - człowiek nudny nudzi się nawet w Paryżu.
    bardzo podoba mi się idea domów dla wędrowców, chylę czoła i jednocześnie myślę lub raczej wątpię czy u nas byłoby to możliwe. Widuję wiaty odpoczynkowe w naszych górach i bulwersuje stan, w jakim pseudoturyści je zostawiają.
    Zatem, spóźnione życzenia urodzinowe, abyś za 20,30 lat czuła sie podobnie jak dziś i sukcesu wydawniczego życzę oczywiście :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Człowiek nudny nudzi się nawet w Paryżu" - trafiony tekst! Uważam, że ludzie zbyt często odpuszczają sobie marzenia, dlatego że dużo wygodniej jest osiąść ospale na swej werandzie z widokiem na prywatny kampus. Wiem, że tak też można być szczęśliwym, niektórzy cenią sobie właśnie taki spokój domowy, ale mnie by brakowało życia w życiu. Nie krytykuję, niemniej jeżeli ktoś tak wybrał, to po jaki drut wiecznie narzeka?

      Już omówiłam temat chat z paroma znajomymi i żadne z nich nie wierzy, aby te domy przetrwały choć jeden sezon. Jeśli nie zdewastowane, to byłyby ograbione. Skarbonka na pieniądze w pierwszej kolejności.

      Dziękuję serdecznie :) i przesyłam gorące pozdrowienia :)

      Usuń
    2. Jotka, w Szwajcarii mnie wiele rzeczy wprost zszokowało, tak jak te chatki, w które trudno uwierzyć. Niektóre swoje "szoki" spisałam na blogu.

      Hexe, a gdzie fioletowe krowy? ;) :)

      Usuń
    3. Od początku jak tu jestem, szukam ich intensywnie! :D

      Usuń
    4. Narzekać zawsze wygodniej, niż przyznać, że się po prostu nie chce...
      kto chce - szuka sposobu, komu się nie chce-szuka wymówki :-)

      @ alElla, muszę nadrobić Twoje posty w wolnej chwili :-)

      Usuń
  2. Klik dobry:)
    Przychodzę z rewizytą i oczom nie wierzę. Łaaałłłłłłłłłłłł. Zatapiam się wprost, choć morza nie ma...

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale będzie ;) Jednak cierpliwości.

      Usuń
  3. Jeszcze mam pytanie. Kto mi wytłumaczy, dlatczego Alpy nie wyglądają na zadeptane? Nie mogę tego pojąć, gdy porównuję do naszych gór.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nigdy nie chodziłam po naszych rodzimych górach, dlatego nie mogę ich porównywać do Alp inaczej niż oglądając zdjęcia innych wędrowców.
      Sądzę, że odpowiedź na Twoje pytanie znajduje się w różnicach kultury osobistej i mentalności ludzi. A Alpach nie uświadczysz żadnych śmieci, ani horrendalnych kolejek na szczyt, czy też niemądrych turystów wybierających się na stok w klapkach.

      Usuń
  4. Czytam, czytam i mam sto myśli w głowie, od czego by tu zacząć? Hmmm...

    Nie no, nie wierzę! Hexe ekshibicjonistka! Tego jeszcze nie było na blogu! To jest zdecydowanie historyczna notka! Ale nie krępuj się, jak dla mnie to ciekawszy widok niż Alpy, nie mam nic przeciwko, byś za każdym razem wychodziła w góry w takim stroju ;) W tym szaleństwie jest metoda - obezwładnienie "Dziada" swoimi wdziękami.

    Dobrze wiedzieć, że już dobijasz do końca swojej powieści. Masz już jakieś wstępne plany związane z debiutem? Jakiś termin w głowie? Ile stron będzie liczyć Twoja książka? A skoro o stronach mowa, to na której jesteś w "Starciu Królów"? Zaczęłam ją ponownie czytać, po tym, jak przerwałam lekturę na samym początku, bo mnie znudziła, i muszę powiedzieć, że drugie podejście do niej jest bardziej owocne. Jestem na 286 stronie, ale mam zamiar wytrwać do samego końca, a co więcej, przeczytać resztę tomów. Jestem spragniona polskojęzycznej literatury. Zatem z braku laku dobra i fantastyka :) Pozostając w temacie: jak tylko przeczytałam o zamku w Werdenbergu, to od razu pomyślałam o... Yennefer z Vengerbergu. Ciekawa jestem, czy Sapkowski nie inspirował się właśnie tym szwajcarskim miastem? Bo że są tam irlandzkie inspiracje, to już wiem.

    Piękne kwiaty na trzeciej fotce. Bez nich nie byłoby tak ładnie. Flower power! :)

    Pentagram! Widzę pentagram! Czy ta góra nie jest Twoją siedzibą? ;)

    A te męczące Cię owady to może gzy bydlęce albo bąki? Skoro było bydło w pobliżu, to mogły być i gzy.

    Galaretka w Twoim urodzinowym "torcie" skojarzyła mi się z bursztynem i zatopionym w nim owadem ;) Kolor by się zgadzał, potrafię się dopatrzeć nawet owadziego kształtu ;) Wiem, niesmaczne.

    W Irlandii nie spotkałam się z takimi chatkami, raczej ich tu nie ma, wiem za to, że na 100% są np. w Szwecji [choć raczej nie ma w nich takich smakołyków]. Patrząc na fotki, nie mogłam wyjść z podziwu! od razu rzuca się w oczy dbałość o szczegóły - jak tylko o tym pomyślałam, parę sekund później natrafiłam na Twój podpis pod fotką z legowiskiem dla psa. Tam pomyślano o wszystkim! Widać też, że ktoś włożył w to dużo, dużo serca. Flakon z kwiatami mnie rozczulił ;)

    Spóźnione życzenia przesyłam. Skoro masz wszystko, czego potrzebujesz do szczęścia, to pozostaje mi jedynie życzyć Ci dużo zdrowia i wielu wspaniałych przygód.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisałam, że chodziło o mrówki! :P I trochę o wietrzenie pach... -_-' ;P
      A prawda jest taka, że doszedłszy na miejsce, w którym planuje się dłuższy postój, NALEŻY zmienić koszulkę na suchą. Niby gorąco, niby człowiek spocony, ale jak się tak zasiedzieć na górce, to moment i już wiatr robi swoje. Nie można tak 'stygnąć' w mokrych rzeczach, a uwierz mi, po wejściu na szczyt wyżymać je można...
      Zaś mrówki uniemożliwiły mi ubranie się. Najpierw musiałam wyschnąć, potem jak już skończyliśmy piknikować i robić zdjęcia, trzeba było zejść trochę niżej, poza rewir mrówek, a następnie strzepać z siebie wszystkie, które pojechały na nas i dopiero się ubrać w świeżą koszulkę. Inaczej nie dało rady ;)
      Tak się tłumaczę, ale w gruncie rzeczy niepotrzebnie, te moje staniki sportowe zasłaniają więcej niż bikini przecież. Dlatego nie mam problemu z przebieraniem się, nawet jak wokół są ludzie.

      Termin wydania nie jest ustalony. Postanowiłam sobie, że skończę pisać do końca roku, a nawet wcześniej. Zaś już po napisaniu, przede wszystkim muszę znaleźć sobie wydawnictwo, czyli prawdopodobnie pójdę za radą pisarki B. Miszczuk i wyślę do kilku, by mieć porównanie, zanim podpiszę umowę. Tak się napalam, a kto wie, może będą odrzucać? :P Przecież nigdy nie wiadomo. Niemniej jednak rozpoczęcie poszukiwań mogę zacząć dopiero gdy skończę, bo nigdzie nie chcą samych próbek, chcą zobaczyć całość.

      Co do ilości stron, będzie dużo. Obecnie mam 300 str. maszynopisu- w oprawie książkowej rozepcha się na sporo więcej... I to jest taki prolog do całej historii, bo mam w planach kolejne tomy. Mam nadzieję, że grubość książki nie będzie przerażać :P
      Piszę ją w taki sposób, w jakim lubię by była książka gdy sama czytam. Na nikim się nie wzoruję, raczej odwrotnie, wiem, kim się nie inspirować.

      Usuń
    2. Masakra, nie chciało mi komentarza opublikować...

      c.d.:

      "Starcie Królów" już kończę, zostały mi 3 rozdziały. Na półce leżą dwie następne części, ale chyba sobie przerwę sagę, bo niedawno nabyłam drogą kupna 4 tom sagi autorstwa Magdaleny Kozak. Trochę Sci-Fi, trochę sensacja. Wampiry w ABW. ;) Dobrze się czyta, fabuła niebanalna i zdecydowanie dla dorosłych.
      Wracając do "Starcia Królów", ogólnie cała seria jest dosyć trudna, jeśli nie przepadasz za fantastyką, to wyobrażam sobie jak Cię to męczy :P Nie jest to moim zdaniem typowa fantastyka, więcej dialogów, kłótni rodzinnych, polityki... z fantazji to właściwie chyba tylko smoki są, ci umarli, co męczą Nocną Straż no i Czerwona Kapłanka.
      Podobno im bliżej końca tym gorzej... Moja Chrzestna ma przedostatni i nie wie czy kupi następny, bo ją tamten zanudził, więc nie wiem jak będzie, czy doczytam, też też rzucę w kąt.

      Kiedyś odtworzyłam sobie mapę potencjalnych miejscowości jakie pojawiają się w sadze wiedźmińskiej (dosłowne lub podobnie brzmiące) i wyszło mi, że Geralt prawdopodobnie był w naszej Europie. Niemcy, Szwajcaria i kawałeczek Francji. To widać także po nazwiskach bohaterów. Mamy Angouleme (imię od francuskiego miasteczka), mamy też Regisa, którego pełne nazwisko czyta się po niemiecku, oraz pochodzi on z Dillingen, które leży w Niemczech.
      Kiedy przechadzam się ulicami Werdenbergu, jak ulał pasowałaby mi wtedy postać Yenn w swej czarno-białej kreacji na tle tego dziedzictwa historii, (bo to jest antyczne miasto). Z resztą o tym już kiedyś nawet pisałam, przy okazji opowiadania o tym miasteczku, bo mam takie samo skojarzenie jak Ty. :)

      Rozważałam, czy by po środku pentagramu nie wybudować sobie zamku. Patrzyłam już na szlaki, można się tam dostać jedynie wspinając, nie ma zwykłego szlaku pieszego, więc mało ludzi by mi się kręciło pod oknami.

      Wpisałam w googla tego owada. To co mnie pogryzło, nie przypominało wgl. zwykłej muchy. Często to w stajniach jest, ale wtedy gryzło konie, nie mnie.
      Ogladałam też listę owadów gryzących i pijących krew i do licha, nic nie wyglądało ja ta plaga.

      Jeśli był w galaretce jakiś robal, mąż go zjadł XD

      Te chaty są tak wyposażone, jakby ktoś tam mieszkał i przed chwilą wyszedł. Zawsze jak do takich wchodzę, jestem ciekawa jak będzie urządzone, bo naprawdę przykładają się żeby było przytulnie. Może kiedyś w takiej chacie przenocujemy jak będzie kilka dni wolnego :)
      Choć plan jest ryzykowny, bo możemy się nastawić, a tu się nagle okaże, że już ktoś sobie chatkę zajął ;) Nie, nie ma rezerwacji :P

      Chyba własnie zdrowie jest tym, na co nie całkiem mamy wpływ. Dziękuję Ci i serdecznie pozdrawiam :)

      Usuń
    3. Oficjalnie chodziło o wietrzenie i mrówki, a tak nieoficjalnie - o obezwładnienie "Dziada" ;) W końcu - jak śpiewała Anna Jantar: "Sex appeal - to nasza broń kobieca, sex appeal - to coś, co was podnieca. Wdzięk, styl, szarm, szyk - tym was zdobywamy w mig" ;)

      To żeś mnie pocieszyła z tą Pieśnią Lodu i Ognia ;) Im dalej, tym nudniej ;) Na razie się nie poddaje, doczytam do końca, choć dopiero 1/5 za mną. A potem? Potem się zobaczy.

      Po "Starciu Królów", które liczy ponad 1000 stron, Twoja "cegła" nie będzie mi już straszna :)

      Jeśli był w galaretce jakiś robal, mąż go zjadł XD - hahaha! Nie mów, że oddałaś galaretkę mężowi! Przecież to najsmaczniejsza część Twojego ciastka! Musisz go naprawdę kochać ;)

      Dokładnie tak! Wygląda to tak, jakbyście weszli do cudzego domu pod nieobecność gospodarza. Jedyne, co mi się nie podoba w tej konkretnej chatce, to posłania. Dla mnie nie wyglądają zachęcająco, ale rozumiem, że w pewnych sytuacjach się nie wybrzydza i nawet takie łóżko może być wybawieniem dla strudzonego wędrowca.

      Usuń
    4. Starcie królów waży ponad kilogram, ważyłam! Okrutnie mnie nadgarstki bolały po czytaniu tego! Muszę na pewno zadbać o wagę jednego egzemplarza O_o A przecież są lżejsze tomiszcza po 1000 str., więc się da!

      To nie zupełnie tak... On by mi zjadł całe ciastko przez tą galaretę, gdybym nie zwróciła mu uwagi... :P

      W tej chacie to były zwyczajne materace, jeden obok drugiego i kocyki. W tamtej drugiej, do której podawałam link w tekście, było normalne łózko piętrowe.

      Usuń
  5. wow jak tam cudnie :)
    rozmarzyłam się oglądając zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ekspansja owadów na moim ciele, trochę odejmowała wolność umysłu, ale i tak warto było tam się wybrać :)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  6. Pięknie u Ciebie!!!
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam Ciebie w moich skromnych progach.
      To nie "u mnie", świat jest cały "nasz" - cały na wyciągnięcie ręki ludzkiej i nigdy o tym nie zapominaj :)
      Pozdrawiam ciepło.

      Usuń
  7. Witaj Hexe.
    Jestem pod wrażeniem. W szczerym polu biały krzyż....
    A tak przy okazji, na tej miotle to ty latałaś?
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie latałam, bo to dość ryzykowne. Nasa by mnie zwinęło. :P
      Podobno monitorują cały świat i wyszykują niezidentyfikowane obiekty latające, w obawie przed ekspansją Ziemi.

      Usuń
  8. Normalnie pentagram... Szatańska sprawka ani chybi.

    Zdjęć nie będę komentował, ale chyba muszę przyspieszyć chwilę kupna aparatu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś lustrzanka mi nawaliła, miałam taki żal do samej siebie, że opisać trudno. Stuknęłam obiektywem o skałę, coś tam poszło nie tak, balans bieli był nie do ustawienia.
      Mój wnerw był zbyt wielki, by nie poratować się już wkrótce zmianą obiektywu, co przyniosło oczekiwany skutek (na szczęście sam aparat był O.K.).
      To doświadczenie nauczyło mnie, by bardziej uważać na sprzęt podczas wspinaczki, a nawet chować go do plecaka gdy robi się mniej komfortowo - nawet za cenę świetnych ujęć. Coś za coś.
      Dlatego niektóre zdjęcia są robione kompaktem, który mąż może wyjąć z kieszeni z każdej chwili.

      Usuń
  9. Ja jednak od zdjęć zacznę, bo mnie zachwyciły i pewnie jeszcze wrócę, by oglądać te niesamowite widoki. Nie wiem, co za owady kąsały, ale z pewnością męża także, tylko śladu nie było, ponieważ nie jest uczulony na ich jad. Tak mi powiedział lekarz, kiedy narzekałam, że po wyprawie do lasu ląduję na pogotowiu, a męża żaden owad nie ukąsił.
    Zasyłam serdeczności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te muchy, jak gryzły, to aż bolało. Nie mają zbyt subtelnych ssawek tak jak komary, których raczej nie czuć. Stąd przypuszczam, że mąż by wiedział, gdyby go pogryzły, tymczasem odnotował jedno wkłucie.
      Ale nie będę się starała być mądrzejsza od lekarza, uznam to za wskazówkę - w lipcu w góry zdecydowanie w długich spodniach.

      Usuń
  10. Wspaniałe urodziny. Ja swoje ostatnie spędziłam z chorym dzieckiem na pogotowiu :(
    Najlepszego! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życie rządzi się priorytetami. Zdrowia dla Was wszystkich.

      Usuń
  11. Dobrze spędzone urodziny. Podzielam Twoje zdanie. Ja już od dobrych kilku lat w urodziny wyjeżdżam. Nie bawi mnie impreza, picie za swoje zdrowie (ktoś serio wierzy, że to pomaga?) i sprawianie dobrego wrażenia. Lepiej jest odkrywać lądy nieodkryte, sprawiać sobie prawdziwe szczęście, no bo kto nas kocha bardziej niż my sami siebie? Hę?

    Krowy, widzę krowy z czekolady milki! Świstaka zawijającego sreberka też kiedyś widziałaś?:D

    Fiu, fiu. Widzę, że dużo nas, ekshibicjonistów. W górach to może nie, ale jak w pobliżu jest jakaś woda, to jestem pierwszą osobą, która zrzuca ubrania.

    Mogę sobie wyobrazić jak pachniałaś. Mniej więcej tak samo, jak ja często na moim dopiero co zakończonym urlopie:P Cudowna jest wtedy kąpiel po takim dniu. Sam fakt, że masz dostęp do wody i możesz to wszystko z siebie zmyć.

    Moją bronią na owady są zioła, głównie tymianek i czystek. Często używam do różnych potraw tymianek i komary pogryzły mnie pierwszy raz teraz, na urlopie. Logiczne-nie jadłam w ostatnich dniach wtedy tymianku. Picie czystka działa też podobno odstraszająco na kleszcze.

    Podziwiam Cię za takie postępy w pisaniu. Ja wzięłam za sobą laptopa, obiecywałam sobie, że zacznę i nie było czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kto o nas zadba lepiej niż my sami? Często tak jest, nawet jeżeli mamy wokół siebie bliskich, ale nie ma cudów, nasze serca są pełne rozmaitych porywów serca i nikt nie załapie ich tak szybko jak my sami.

      Świstaki widywałam stadami, ale żaden nie miał ze sobą sreberka ;) Fioletowych krów też nie było :P

      Tak, kąpiel po wędrówce jest wspaniała. Kawa po udanej podróży też :D

      Czystek piję codziennie, tymianku także nie skąpię, a jednak gryzą. Kiedyś się mówiło, że witamina B odstrasza. Łykałam ją długo, długo przed urlopem i żarły mnie tak samo. Od tamtej pory w nic takiego nie wierzę.

      Ja też wzięłam na urlop laptopa. Napisałam aż jeden akapit w Polsce ;] Powiadam Ci - zabieranie go, nie miało sensu.

      Usuń
    2. Przyjaciel Oscar Wilde mawiał, że romans wszechczasów zaczyna się od miłości do samego siebie.

      Może już wszystkie pozawijał?;) No jak to? Nie ma tam fioletowych krów? Złamałaś mi teraz serce. Milka na pewno nie kłamie!

      Kawę piję zwykle do godziny 14, więc raczej nie wiąże się ona dla mnie z miłym wspomnieniem po podróży. W trakcie ostatniego tygodnia pod koniec dnia czułam nogi, mięśnie, stopy. Kładłam się po powrocie do pokoju na podłodze. Miałam dwa łóżka, ale to właśnie podłoga dawała mi wytchnienie. Dla mnie te bolesne objawy schodzenia się, poniszczone stopy świadczą o tym, że dobrze przeżyłam dzień. Trochę masochistycznie to brzmi, ale to prawda. Uwielbiam tą myśl, że moje ciało jest rozchodzone, rozruszane.

      U mnie tymianek i czystek zdecydowanie działają. Wiem, że odstraszająco też działa bazylia, ale tą jem rzadziej.

      To ja pisałam prawie codziennie poza dwoma ostatnimi dniami. Wiem, że jak sobie w głowie nie poukładam na czas, to potem już będzie za późno;]

      Usuń
    3. Ja mawiałam coś podobnego - że jak nie pokochasz siebie, to jak może pokochać Cię ktokolwiek inny?
      (Ale najpierw gdzieś usłyszałam coś w podobie... całkiem sama tego nie wymyśliłam O_O)

      Jak pierwszy raz w życiu wyjechałam do Szwajcarii, wtedy jeszcze wakacyjnie na 2 tyg., wytyczyłam sobie misję - "znaleźć fioletową krowę". A potem się okazało, że Milka jest bawarska i z tym alpejskim mlekiem to ściema.

      Ja piję kawę do południa, ale jak wracamy z gór, wyjątkowo ją sobie zaparzam. (Nie zawsze, ale przeważnie. Zależy o jakiej porze wracamy do domu). I jest jeszcze jedna zasada: zimą kąpiel ma pierwszeństwo. Latem kawa.
      Mnie podłoga daje wytchnienie na kręgosłup. Tzn. teraz już takich katuszy nie przeżywam, dawniej jak pracowałam, to po robocie obowiązkowo na jakieś minimum 20 min. musiałam położyć się na podłodze na plecach.
      Trafiłaś pod dobry adres z tym wynurzeniem, bo Cię doskonale rozumiem ;) Bardzo często bolą mnie mięśnie i lubię to, mimo że czasem potrafię dać sobie taki wycisk, że nie mogę nawet /za przeproszeniem, że taki temat.../ usiąść na kibel, że o wstawaniu nie wspomnę...
      I za każdym razem jestem mega zadowolona, że zrobiłam kawał dobrej roboty.

      Czego bym się nie chwyciła, nie działa nic. Po prostu jakby mogły, to by mnie wszystkie gryzące gatunki owadów zeżarły całą.
      Nawet jak mówią, że na danym terenie nie ma nic gryzącego, nawet jak faktycznie nic nikogo nie ugryzie, to dla mnie zawsze znajdzie się jakiś pasożyt.

      Pisałam pamiętnik z wakacji w cienkim zeszycie. To taka tradycja z moją przyjaciółką, że po wakacjach dostaje przesyłkę ode mnie z pocztówką (albo kilkoma) wraz z tym pamiętnikiem. Tak, jeszcze są ludzie, którzy coś ręcznie piszą i wysyłają :D A Ty masz jeszcze jakichś korespondentów? Pamiętasz, że ja miałam ich sporo? Wszyscy się wypięli, jak adres zamieniłam na droższy. (Na poczcie wyjaśniono mi, że przesyłki do CH są takie drogie, bo Polska ma podpisaną ...ujową umowę pocztową.)

      Usuń
    4. O właśnie. To głównie o kręgosłup chodzi. Jak pracowałam 12h w sklepie nie przeszkadzały mi nogi, to na kręgosłup nie potrafiłam wytrzymać.

      To ja już nie mam pomysłów, co Ci może pomóc.

      Nie mam niestety, a szkoda. Chętnie bym popisała sobie. Nie wiem jak wyglądają przesyłki do Szwajcarii, ale wiem na pewno, że nie mam Twojego adresu. Mailowo nawet też już pisać przestałyśmy. Staram się wysyłać kartki świąteczne, ale to też nie zawsze mi wychodzi.

      Usuń
    5. Ja już wgl. nie wysyłam kartek świątecznych. Kiedyś jak jeszcze była tzw. magia świąt, to wysyłałam do każdego. Jakby... wraz z przeinstalowaniem swojej wiary, straciło to dla mnie sens.
      Ale pocztówki z wakacji ślę :) Mam notes z adresami, a tak kilka Twoich miejsc zamieszkania, z żaden już nieaktualny. A kartki od Ciebie są w moim rodzinnym domu, bo takich, jak Ty robisz, to się nie wyrzuca.

      Usuń
    6. Nie wiem czy żaden. Jakiś aktualny powinnaś mieć. Da się to naprawić:-)

      Usuń
  12. Ja traktuję urodziny jako moje własne święto, raz w roku :)

    Przepiękne zdjęcia, piękne widoki! Jestem fanką krówek ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli wcale nie jestem odosobniona. Już z samych komentarzy tutaj wynika, że to norma nie obchodzić urodzin publicznie i z toastem ;] A słyszałam, że dziwna jestem :P

      Te krowy by Ci się spodobały. Tzw. full contact ;)

      Usuń
  13. Piękne zdjęcia i dobre podejście do urodzin - w końcu to Twój dzień, więc powinnaś robić to, co daje Ci radość :)
    Opis owadów przypomina końskie muchy. Ich ugryzienia tak bolą bo zamiast delikatnie wkłuć się jak komary, te małe paskudztwa rozcinają skórę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owady nie przypominają much i zdecydowanie mają rurkę, którą wbijają tak jak komar, zadając ból tą grubą igłą.

      Spotykam się z rosnącą ilością osób pozytywnie zakręconych, bardzo się cieszę z tego powodu :) i jest mi niezmiernie miło, że nietradycyjne urodziny przypadły Ci do gustu.
      Zapraszam częściej i pozdrawiam :)

      Usuń
  14. Czarownice rodzą się w sierpniu? Dobry to czas na wycieczki pod niebiosa, chociaż to trochę perwersyjne pchać się tam z miotłą zamiast aureoli. Z tego co widziałem, to Stwórca jednak zaakceptował podejście szczytowe i o żadnym gromowładnym zabiegu nie pomyślał nawet. Tylko pogratulować zostaje. Powodzenia w ciągach dalszych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W lipcu. To spóźniona notatka ;)
      Latanie w tych czasach odpada, jeszcze by mnie wojsko namierzyło...
      Dziękuję, a ciągi dalsze już są w planach.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  15. Urodziny spędzone w idealny sposób :)!!!

    Haha... ja też sobie zrobiłam taki prezent. W prawdzie tydzień po urodzinach, ale udało się i w ostatnią sobotę wlazłam na Kościelec :)!!!! Zacna górka :)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta wyprawa, tak naprawdę została zrealizowana dzień przed urodzinami. Ale czy to aż takie ważne? ;) WAŻNE, że się udało!
      Kościelec podglądałam na innych blogach. Zacna, bardzo zacna góra. Może kiedyś... :)

      Usuń
  16. Droga Hexe!
    Skoro urodziny, to przyjmij moc serdeczności od mnie:)
    Buziaczki:)

    OdpowiedzUsuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.