wtorek, 29 sierpnia 2017

Miejskie iluminacje. - Moje rodzinne strony (odsłona nocna).

"Życie w mieście wygląda tak,
że w oczach ludzkich
szczęścia i miłości brak.
Życie w mieście wygląda tak,
ciągle czujesz spalin
i betonu gorzki smak"


- kontrowersyjny utwór,
dostępny w całości pod tym linkiem: Mesajach.



Zgodzę się z nim... ale nigdy nie lubiłam szufladkowania i choć bliski jest mi ten kawałek, opowiem o moim mieście w jaśniejszych barwach. Utwór pojawił się dla kontrastu.
   Moja Łódź żyje. Byłam uzależniona od kina, koncertów, okresowych wystaw sztuki, galerii fotografii, wydarzeń sezonowych... mogę tak wymieniać bez końca. Miasto stale dba o to, aby człowiek nigdy się nie nudził.
   Idąc przez Łódź, zawsze warto zadzierać wysoko głowy. W górnej przestrzeni zabytkowe elewacje, choć nie wszystkie są tak pięknie odrestaurowane jak pokazuję dziś na zdjęciach, to uwierzcie mi - wszystkie kamienice mają swój potencjał. Gdyby tylko o nie zadbać...
   W TYM poście, możecie zobaczyć kilka miejsc z bliska, a także idylliczny "Koci szlak".







Marzy mi się, by zrobić Łodzi fotograficzną sesję industrialną. Mnogość fabryk z czerwonej cegły jest tu ogromna, a każda ma niebywały potencjał. Chciałabym w tym celu móc wejść do środka każdej z nich.
   Lubię ten brudny styl. To nie byłaby papka zdjęć rodem z folderu turystycznego. Myślę o sesji ze smakiem. Surowej ale z duszą.



Miasto wykłada na coraz to nowsze renowacje i cieszy mnie to. Jednak one nie zmienią mentalności ludzi, a szkoda. Nadal niestety, w bramach czają się niemiłe zapachy i nie ma się ochoty odwiedzać podwórek.
   Kilka z nich miałam przyjemność podziwiać na zdjęciach dobrych, łódzkich fotografów. Wielu Łodzian nie wie, że prócz burych "studni", niektóre podwórka starych kamienic, kryją całkiem ciekawe perełki.
   Spójrzcie sobie na takie projekty jak TEN, czy chociażby TUTAJ, gdzie szczególną uwagę przykuwa świetna inicjatywa artystyczna, wprowadzająca w nudną rzeczywistość, wielkie murale, których jestem absolutna fanką. Za każdym razem gdy przyjeżdżam do mojego miasta, odkrywam nowe dzieła.

Przykład jednego z murali. Niektóre są bardzo specyficzne.
"O łódzkich muralach pisały media na całym świecie! W 2013 roku amerykańska stacja CNN wyemitowała specjalny materiał poświęcony muralom w Łodzi. Ze względu na murale, amerykański HUFFINGTON POST w 2014 roku nadał Łodzi tytuł „The artsiest city”. Ogólnoświatowy portal BOREDPANDA.com umieścił Łódź na drugim miejscu wśród 20 miast z najciekawszą sztuką w przestrzeni miejskiej.
   O muralach informowały główne programy informacyjne w Polsce: FAKTY TVN, POLSAT NEWS, TELEEXPRESS, TVN24, TVP INFO. Magazyn POLITYKA umieścił łódzkie murale na liście 10 najciekawszych wydarzeń w kategorii „sztuki wizualne” w 2013 roku w Polsce. Łódzkie murale kilkukrotnie były bohaterami popularnego programu DZIEŃ DOBRY TVN oraz znalazły się na setkach stron i portali internetowych na całym świecie."

- portal Łódzkie Centrum Wydarzeń


Moje dni w Polsce mijają zawsze pod znakiem licznych spotkań. I tak niestety nie z każdym zdołałam się zobaczyć, a paru z nich nawet nie fatygowałam do telefonu, bo już wiedziałam, że nie uda się umówić. Kalendarz jak zwykle był wypełniony po brzegi.
   Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, iż nie każdy dla mnie rzuci wszystko i przybiegnie na spotkanie, dlatego nie wszystek udawało mi się zrealizować. Nie martwię się o to, ponieważ w Polsce przecież bywam, jak nie tym razem, to zobaczymy się następnym.
   To jest genialne kiedy widujemy się po pół roku i rozmawiamy ze sobą jakbyśmy widywali się codziennie. Pozytywne osobowości zawsze odnajdą do siebie drogę, pomimo czasu i odległości. 😊
   I tak też się stało, że wynikiem kolejnych spotkań, znalazłam się na tejże iluminującej ulicy po zmroku.



U samego dołu pomnik Reymonta w skali 1:1, któremu zabobonni poganie wybłyszczyli nos sobie na szczęście.

Łódź rozwija się cały czas i chyba nigdy mnie nie znudzi. Mój kuzyn jest zainteresowany rozwojem naszego miasta, dlatego regularnie (via net) docierają przez niego do mnie, różne ciekawe koncepcje. Uważam, że jest się czym chwalić i można być dumnym z takiego domu.
   Zapraszam Was do zeszłorocznej opowieści z Łodzi o tym, ile się zmieniło po wielkiej rozbudowie miasta: TUTAJ. Wiecie, że mamy Stajnię Jednorożców w centrum? 😉 Tam właśnie o tym pisałam.
   Tak, miasta są brudne. Tak, miasta są niebezpieczne, szczególnie po zmroku, ale to ludzie są nie w porządku, zaś kawał historii zaklęty w tych murach, ma wielki, turystyczny potencjał.
   Nasza ul. Piotrkowska, którą dziś Wam pokazuję, wygrała nawet kiedyś w konkursie na najfajniejszą promenadę miejską 😁





Łódź do późna nie chodzi spać. Jeśli zamarzyłoby się Wam wyjść gdzieś na spacer z przyjaciółmi o jakieś nieprzyzwoitej porze, jest kilka miejsc, gdzie warto obejrzeć je właśnie pod gwiazdami. ul. Piotrkowska należy właśnie do nich, a i nic nie stoi na przeszkodzie, by o letniej porze zasiąść w jednym ze słynnych ogródków ulicznych i napić się złotego trunku.
   Ulica oferuje nie tylko monumentalną zabudowę i knajpki. Są tutaj także muzea, chociaż przede wszystkim jest to strefa handlu. Uczulam skowronki - sklepy otwierają się tutaj dopiero około 11.
   O innych atrakcjach będę jeszcze pisać.





W absurdalnie gorące lato, rozstawiają na tej ulicy kurtyny wodne. Pamiętam, że kiedy ukrop ciążył mi okrutnie, wjeżdżałam na rowerze dosłownie w każdą, a i tak wracałam do domu sucha.
   Jednym z interesujących miejsc jest manufaktura zbudowana w ceglanych ścianach starej fabryki. Za jej świetności pracował tam mój dziadek, o czym wzmiankowałam w notatce poświęconej seniorom mojej rodziny. Jeżeli ktoś jest ciekaw, zapraszam TUTAJ.
   Niestety nocnych marków zawiodę, bo manufaktura zamyka się już o 21. Jest nastawiona głównie na handel, ale nie zabraknie w niej wyśmienitych restauracji, oraz świetnych kawiarni i lodziarni. Sala handlowa jest ogromna, a przestrzeń sprawia, że tłumy ludzi rozpierzchają się w jej środku i nie przeszkadza mi to w ogóle (a musicie wiedzieć, że jestem uczulona na hordy ludzi). Jest to jedyne tego typu miejsce, które mnie nie denerwuje.
   Kiedyś bardzo często tu przychodziłam, głównie przez bliskość od domu, oraz że mogłam tam załatwić wszystkie ważne sprawy ze spożywczakiem na czele. Jest tam poczta, filia banku, do którego kiedyś należałam (mój bankomat), moja niegdyś telefonia komórkowa, no i oczywiście arcyważny Empik i Leroy Merlin, na którym zwykle kończyłam swoje łażenie po manufakturze. 😐 Hexe złota rączka 😁
   Manufaktura czynna jest od 10, butiki od 11. Zobaczcie ją w świetle dziennym TUTAJ na 100x lepszych ujęciach, bo np. z dachu 😏 To była ciekawa notatka, na której końcu pokazuję jedyne w swoim rodzaju, domy lustrzane, więc nie omijajcie tego linku, bo wiele stracicie. 😊








Park Źródliska, w którym znaleźliśmy się nie bez powodu, jest jednym z tych ładniejszych w Łodzi. Ogrody, zadbane trawniki, bardzo stare, potężne drzewa, stada wiewiórek, kilka pomników i elegancki dworek, to coś, co przykuwa oko na każdym kroku krętych alei.
   Park jest na noc zamykany, ale tym razem otwarto go dla widzów teatru plenerowego, o czym opowiem Wam przy innej okazji. Sztuka bowiem, dała mi bardzo dużo do myślenia.
   Poniższe zdjęcia świadczą o tym, że nie umiem robić nocnych zdjęć bez statywu. 😕 Bezpieczeństwa widzów w parku, pilnowała Straż Konna.


Palmiarnia z najwyższymi w Europie, drzewami egzotycznymi.
O niej opowiem już niebawem 😉 uwierzcie, warto do niej wstąpić.
Oczywiście tylko za dnia.


Na koniec przedstawię Wam mojego ulubionego fotografa Łodzi. Zawsze gdy on publikuje nowe zdjęcie, myślę sobie "WOW!" niby banalne, ale niesamowite w każdym calu. Przedstawia się jako Fałszerz Rzeczywistości, zapraszam do JEGO GALERII. Facet ma WIELKI talent!

piątek, 25 sierpnia 2017

Urodziny według Hexe.

"...oddalił się w cień masywu górskiego, pod którym rosły kosodrzewiny, kępki wściekle purpurowego wrzosu, a nawet cierń wijący się daleko po ziemi, gęsto porośnięty szarymi liśćmi.(...)
   ...Znieruchomiał, rozejrzał się i uśmiechnął. Wiedziony swoim osobliwym instynktem, wypatrzył jeszcze kilka gryzoni, które w kompletnym bezruchu obserwowały go z bezpiecznej odległości, stercząc na tylnych łapkach.(...)
   ...przystanął na moment przed czerniącą się jamą niewysokiej jaskini. Popatrzył krótko na górującą nad nim grafitową skałę, błyszczącą i tak gładką, że wydawała się być wielką, szlifowaną ozdobą świata."
- Frag. z mojej książki.
Jeszcze trochę mi zostało, ale już blisko.



W swe urodziny postanowiłam zdobyć liczbę z mojej metryczki. Zakupy z tej okazji zrobiliśmy po drodze, po wejściu na 1542 m n.p.m., aby długo później uczcić moment, na wierzchołku z widokiem na przyszłość. Z ponurym widokiem na zębate góry Dziada...
   TUTAJ napisałam obszernie wszystko na temat spędzania przeze mnie urodzin. Powtórzę tylko jedną kwestię: "nie obchodzę urodzin tradycyjnie. Nie urządzam imprez, nie chcę nikogo angażować w "obowiązkowe" kupowanie głupot na prezent. Ja mam wszystko, moi drodzy, wszystko, co mi jest niezbędne do przeżycia." Poza tym imprezy to nie jest wymarzona przeze mnie forma spędzania czasu...
   Uważam, że w swoje święto powinno się zrobić coś wyjątkowego, coś co przynosi radość, zrobić dokładnie to, co się kocha i z całą pewnością, nie jest to robione na pokaz. Daleko mi do mentalności chwalipięty, który cokolwiek czyni - to z rozmachem, tylko dlatego, że musi być widać.
   Jedni opowiadają o swoim życiu poprzez książki, inni na łamach bloga, a jeszcze inni opowiadają nocą przy ognisku. I wszystkie formy są piękne, ciekawią, bywają natchnieniem i motywacją dla innych. W ten sposób otwieramy też drogę do siebie, niestety także zawistnikom.
   Zawsze znajdą się na Waszej drodze tacy, którzy będą mówili "zatrzymaj się, po co to robisz?". Jak odróżnić troskę od zazdrości? Nie starajcie się nawet, nie zastanawiajcie, tylko róbcie swoje!

Świetna fontanna z obracającą się kulą.
Startowaliśmy z miejscowości Alt St. Johann. Niedaleko wyciągu kolejowego i rzeki Thur, znajduje się darmowy parking.
   Co ciekawsze, w miejscu tego niewielkiego miasteczka, istniała w czasach paleolitu osada. Później w wieku XIII istniał tutaj zamek należący do hrabiego z Werdenbergu. Niestety sto lat później wymieciono stąd hrabiów, a został na gruzach szlachetnej architektury klasztor św. Jana, od którego późniejsze miasteczko wzięło nazwę.
   Podobno gdzieś tutaj mieszka Simon Ammann, który pochodzi z Grabs (to jest niedaleko mnie). Jestem tak wielką miłośniczką sportów zimowych, że pewnie gdybym spotkała go w sklepie, nie poznałabym. Nawet jakby z nartami przyszedł, no way!

Wejście do klasztoru. Później pokażę go Wam w całej okazałości.

Lütispitz to góra zachodniej części Alpstein. Jego szczyt wynosi się na dumne 1987 m n.p.m. Masyw jest całkowicie pokryty trawą, a podejście technicznie nie jest trudne. Prócz pokonania stromego zbocza, do którego potrzebna jest dobra kondycja, szlak ten należy do najprostszych w górach.
   Było gorąco, a do lepkiego ciała przyssawały się muchy, na które mam alergię. Właściwie nie wiem co to dokładnie jest, Googl nie potrafił mi pomóc. Szare, przypomina bardziej ćmę niż muchę i pije krew. Ma ktoś może wiedzę na ten temat?
   Generalnie na tej wędrówce spotkały mnie wszystkie plagi. W pewnym sensie coś na kształt szarańczy też było... choć te akurat lubię. Notabene tak napuchłam od tych much, że aż idący z naprzeciwka ludzie zwrócili na to uwagę. Koszmar...



Skąd zdziwienie? Przecież to naturalne, że latem na pastwiskach są muchy. Tyle że... ja już dawno nie wędrowałam w upał po takich ternach, a w lipcu chyba nigdy... Rokrocznie w tym czasie zwiedzaliśmy jakieś atrakcyjne miasteczka albo penetrowaliśmy wąwozy bądź zimne jaskinie, lub też zdobywaliśmy lodowiec.
   Ugryziona wielokrotnie zaczęłam mieć problemy ze zginaniem kolan (tak mi napuchły). Dopiero w domu nałykałam się wapna, które względnie zmniejszyło obrzęki, ale i tak (już w Polsce) nie obyło się bez specjalnej, skondensowanej mikstury na te moje alergie.
   Jako ciekawostkę dodam, że muchy gryzły tylko mnie. Męża chyba dziabnęła jedna. Ktoś mi to rozumnie wyjaśni?
   Już w lesie mogłam odpocząć od tego dziadostwa, a im wyżej, tym naturalnie było insektów mniej. One z jakiegoś powodu nie lubią obszarów po tysięcznym metrze wzwyż.
   Słońce grzało, wiatru brak. Później cienia też było brak... oj bardzo brak... Moją sytuację ratowało szerokie rondo kapelusza.




Widzicie to samo co ja? Oczom wierzyć mi się nie chciało... Ja tam muszę kiedyś wejść!
Chatka, w której zrobiliśmy zaopatrzenie.
Koniki polne czyli małe, skaczące szarańczaki. W przeciwieństwie do pasikoników, rosną mniejsze. Wspaniale urozmaicają wrażenia ze spaceru po łące. Pięknie grają pocierając o pokrywy swoich odnóży, do tego wyglądają troszkę jakby były z plastiku...
   Nie spotkałam niestety żadnego pasikonika, a są niesamowite i wdzięcznie pozują przed obiektywem. Można zaobserwować ich funkcje życiowe, jak porusza się ich zielone ciałko z każdym oddechem. To niesamowite stworki. Koniki też 😉





W szwajcarskich Alpach (nie mam pojęcia jak jest gdzie indziej) występuje takie szlachetne zjawisko jak chata dla wędrowców. Stoi ona zwykle na jakimś kompletnym wygwizdowie, gdzie przeważnie da się dotrzeć tylko o własnych nogach. W takiej chacie jest dosłownie wszystko, czego trzeba, by móc przeżyć, łącznie z miejscem do spania, więc można tam spędzić noc, albo kilka. Jest to ogromny kredyt zaufania, nikt tego przecież stale nie pilnuje...
   Zaopatrzenie nie jest zupełnie podstawowe, mamy wybór: suchy prowiant, chipsy, ciasteczka, czekolada, cukierki. Woda, kawa i herbata. Do tego stoi piec (trzeba sobie w nim napalić, albo użyć butli gazowej), na którym można gotować normalne posiłki. Jest też coś dla koneserów alkoholi, czyli regionalne trunki.
   Kiedyś w jednej z takich chat, natrafiliśmy na Żubrówkę 😉 Sami zobaczcie TUTAJ jak wygląda inna chata przygotowana specjalnie dla wędrowców.
   Zasada jest taka - weź co chcesz, ale zostaw pieniążek (co łaska). Byłoby też świetnie gdyby zostawić coś od siebie, aby inni mięli też uciechę, stąd pojawiały się na pólkach domowej roboty nalewki albo bimber. No i ta Żubrówka 😉








Takie ciastko wybrałam sobie jako tort urodzinowy.
Galaretka w środku była zaskakująco pyszna!
Mąż prawie całe mi zjadł, musiałam interweniować!


Ekspresówka, w której widać, że dają porządne, dorodne składniki, a nie pył na wietrze.
Wszystkie herbaty były bardzo intensywne. Pycha!
Posłania na poddaszu.
Dbałość o takie detale jak posłanie i miski dla pupila, to małe zaskoczenie.
Ci ludzie myślą dosłownie o wszystkich podróżnikach!
Na ostatniej prostej nawet nie mogłam się spodziewać, co mnie jeszcze za plaga czeka... Najpierw były krowy, które ani myślały przepuścić dwunożnych! To ich królestwo, ich góry i ich trawka, a my im tu w michę w buciorach włazimy!
   Alpejskie krowy, choć łagodne i ciekawskie (uwaga - potrafią rozwiązywać buty przechodniom), stanowią nie lada przeszkodę. Omijanie ich czasami wygląda dość akrobatycznie, szczególnie jeśli po jednej stronie krowy jest stromizna, a po drugiej stronie krowy przepaść. Na szczęście tutaj było w miarę do przejścia.









A potem nastała ostatnia plaga: latające mrówki. Te przynajmniej nie gryzły, ale... oblazły nawet pod ubraniem. Metodą Indian, rozebrałam się i przestały już tak swędzieć.
   A oto co sobie nabyłam w górskiej chacie:

Był to zero-procentowy napój winny. W smaku pyszny sok, lekko gazowany. 

Impreza się rozpoczęła, ale z przyczyn powyższych prawie na golasa 😛 Było tak gorąco, że to nawet się przydało. Miło było wysuszyć pot pod słońcem... taka rzeczywistość. Wędrowiec w górach nie może się pochwalić, że pachnie jak milion dolców 😜


A wokół nas piękne, strzeliste góry. W żyłach przyspieszała tętno satysfakcja ze zdobytego szczytu (w mojej krwi była jeszcze owadzia toksyna), a w głowie rozmaite myśli dotyczące najbliższych dni, które mięliśmy spędzić w Polsce.
   Spoglądając przed siebie, widziałam jednak przede wszystkim - Dziada... (pieszczotliwa nazwa dla szczytu Säntis), z którym wiążę swoją przyszłość. Powiedziałam kiedyś, że jak wejdę na niego, to wejdę już wszędzie. Ewentualnie się zabiję i Dziad stanie się górą przeklętą gorzej niż Pilatus. (To znaczy, że zamierzam aktywnie nawiedzać szlak.)
   Prężenie muskułów przed Dziadem jakoś poprawia mi zawsze humor...







Szybowce oraz paralotniarze mają genialne widoki. Gdybym mogła latać, pewnie nie schodziłabym z nieba przez długie godziny. Chciałabym kiedyś spróbować takiego czystego lotu, bez żadnych konsekwencji. Poczuć niepewność tego, czy ja w ogóle istnieję, bo to przecież musi być jak sen!
   Jeśli latanie byłoby językiem, to szybownictwo byłoby poezją.






Była to ostatnia podróż lipca. Już nazajutrz miałam ruszać na swoją ojcowiznę, aby tam spotkać się z bliskimi i odpocząć we wszędobylskiej mowie polskiej. To na co miałam nadzieję, to życzliwość. Zwykła, prosta życzliwość ludzka, mile spędzony czas i fajne wspomnienia.
   Dziś zastanawia mnie, dlaczego tylko dla mnie to takie proste i oczywiste? Dlaczego powstają przykre sytuacje, dlaczego na tle rodzinnej sielanki pojawia się czysty szablon prowokacji?
   Stojąc na tym szczycie, byłam naprawdę pełna nadziei i jak najbardziej pozytywnie nastawiona do niedalekiej przyszłości. Nie wszystko jednak zależy od nas. I tak za każdym razem.. ech...

"Kiedy myśl się staje ciałem
Widzisz coś co już widziałeś
Czy nasz świat kreują sny?
Deja, deja vu"

- Closterkeller

Nie czuję zawodu. Zaczęłam się już przyzwyczajać do tego. Ale nie ważne, bo tam gdzie to naprawdę jest dla mnie istotne, miłość i życzliwość istnieją.



No dobra, dość tego wietrzenia pach... Nadeszła pora aby zmierzać w doliny. Nadchodzącą noc należało porządnie przespać, a opowieściami zająć się już później w wolnym czasie.
   Z jednej drogi w drugą - która jest bardziej męcząca? To monotonia wykańcza człowieka podczas długiej jazdy samochodem. Aby to zmienić, wsłuchujemy się za każdym razem w różne audiobooki i to znacznie poprawia jakość podróży, odpychając znużenie jednakowym widokiem szarej autostrady.
   Zaś góry nie potrzebują żadnego urozmaicenia. Aż wierzyć się nie chce, że niektórzy wspinają się z muzyką w słuchawkach, kiedy przyroda tak przecież pięknie gra. Ale może to zależy od formy jaką się przybiera na szlaku? Jak się traktuje ten szlak? Ja np. nie wyobrażam sobie długiego joggingu bez MP-trójki, chociaż... wbiegając las, zawsze wyłączałam muzykę.




W drodze powrotnej, pastwiska z muchami szybko przemaszerowałam, momentami biegłam... Ale jak tylko przystawałam, znów sytuacja obracała się w dramaturgię...
   Mimo wyraźnie odczuwalnej poprawy swojej odporności na upał i słońce, nadal jestem za tym, aby we dni zaciągnięte barwą krwi i owadzich toksyn, odpoczywać na miejskich ulicach pełnych cienia albo przechadzać się wilgotnymi wąwozami etc... jest naprawdę wiele możliwości spędzania czasu aktywnie, bez narażania się na podobne przykrości. Musimy to z mężem przemyśleć.









Alt St. Johann z lotu ptaka. W roli pierwszoplanowej ptaszysko budzące spory. Na kanię rudą mi nie pasowało, bo tutaj od cholery fruwa tych ślicznych rudzielców. Początkowo obstawiałam, że to może myszołów, ale zapomniałam, że jaskółczy ogon należy zdecydowanie do gatunków Milvus.
   Zatem albo to jego bura samica, albo doświadczyłam spotkania z kanią czarną. Tak czy siak, jakaś kania to była na pewno.





Klasztor św. Jana.

Od tego momentu zamykam cykl szwajcarskiej przygody. Przyjazdy do Polski wiążą się głównie ze spotkaniami z rodziną i przyjaciółmi. Ale to nie wszystko, bo ja - duch zdecydowanie niespokojny, co to nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu - urozmaiciłam sobie pobyt w ojczyźnie, co na pewno przyczyni się do powstawania interesujących opowieści na blogu.
   Pokażę Wam kilka wartych odwiedzenia miejsc w Polsce, tym razem po raz pierwszy tak wnikliwie penetrowałam Pomorze (ale nie była to nadmorska klasyka) i jak się już pewnie orientujecie - to nie było leżakowanie za parawanem na plaży 😜
   Pokażę Wam także moje miasto rodzinne Łódź, zakątki, do których lubię chodzić. Planuję jedną opowieść o spotkaniach z najbliższymi, bo przecież to podstawa każdego wyjazdu do Polski, a musicie wiedzieć, że stereotyp świadczący o tym, iż z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciach, definitywnie do nas nie pasuje 😁
   Zatem czeka Was sporo mojej prywaty.

Nawigacja: