wtorek, 18 lipca 2017

Mój tajemniczy ogród ma kolce.

"Na świecie musi być oczywiście mnóstwo czarów - powiedział pewnego dnia z powagą - ale ludzie nie potrafią ich rozpoznać ani ich odprawiać. Może na początek wystarczy mocno uwierzyć, że stanie się coś dobrego i wtedy się spełni. Muszę to wypróbować"


- Frances Hodgson Burnett "Tajemniczy ogród"




Przybyło mi roślin w domu. Jakby mi ich mało było... ale Aloe vera jeszcze nie miałam. Pamiętam, że mama hodowała mały krzaczek. Pamiętam również jak przecinała liść na pół i przykładała miąższ do skaleczenia.
   Jest to roślina lecznicza Aloe barbadosiensis, ceniona od starożytności jako lek na trudno gojące się rany, jest bakteriobójczy.
   Mimo iż to sukulent kochający bardzo dużo światła, nie wolno go wystawiać na bezpośrednie słońce, np na balkon. Tak właśnie ugotowałam trzy gatunki eszewerii (także sukulenty). Gdybym ich nie wystawiała, miałabym je do dziś... - także piszę ku przestrodze. 😐
   Aloesy lubią suche powietrze, w końcu pochodzą z Arabii, dlatego doskonale im się żyje w blokach.
   Podlewać... czasem... Jeśli gatunek jest rozetowy (tak jak mój), nie wlewać wody do rozety. Nie spryskiwać i w ogóle trzymać z daleka od mokrości. Liście nie powinny stykać się z wilgotnym podłożem, dlatego sadzi się je dość płytko.
   Aloe vera bardzo mi się podoba, jednak inne jego odmiany dużo bardziej przykuwają wzrok. Np ostatnio widziałam w sklepie Aloes ościsty. Kusi mnie, ilekroć wchodzę na zakupy... Jeszcze poczekam, może będzie w przecenie.



"Gdzie zasadzisz, chłopcze, róże, oset nie wyrośnie"
- "Tajemniczy ogród"

Jak widzicie, postanowiłam trzymać się założonej przed laty zasady, że to blog life-stylowy, a nie podróżniczy. Urozmaicenie go o prywatę, może sprawić (mam taką nadzieję), że wyrośnie z niego całkiem ciekawa stronka. Opowieści ze szlaku wcale mniej nie będzie, bo my z mężem wędrujemy bardzo dużo. Blog tym samym nie zubożeje, jemu przybędzie. Macie okazję zajrzeć mi do chałupy 😝 Co podać? Kawę czy herbatę?
   A to część mojego domowego ogrodu:


"Przestanę być dziwadłem, jeśli będę co dzień chodził do ogrodu – mówił. – Tam panują czary, wiesz, takie dobre czary. Pewien tego jestem."
- "Tajemniczy ogród"


Mimo słabej wytrzymałości na słońce, kiepskich ku temu uwarunkowań biologicznych itd., ustawicznie ciągnie mnie do klimatu pustynnego, stepowego czy sawann. Od małego dziecka lubię obserwować pustynne jaszczury w sklepach specjalistycznych i w ZOO. Sama hodowałam kiedyś żółwia stepowego, a marzyłam jeszcze mieć Molocha Straszliwego. Jednakże kot wyeliminował żółwia i na tym się skończyło.
   Do tego kaktusy. Kiedyś miałam kilkanaście doniczek z tymi kolczastymi pięknościami. Obecnie mam dwa - przerzuciło mi się na sukulenty. I jeszcze mój ulubiony krzew ciernisty - rozwija się i kwitnie pięknie pod ostrym słońcem na balkonie.
   Marzy mi się chatka na odludziu, gdzie mają być wyłącznie kamienie i piasek. Im częściej bywam w takich miejscach, tym bardziej przekonuję się, że TO JEST TO! Ewentualnie dzieci z podstawówki miały rację - pochodzę z Marsa i podświadomie tęsknię za domem ;]

Cierń.


Takie hobby ma swoje plusy, można wyjechać na bardzo długo i mieć pewność, że nic nie zdechnie. Jabłonki są posadzone w specjalnych doniczkach samonawadniających (mojej roboty). W przyszłości zostaną podarowane mojej mateczce chrzestnej do jej sadu. Ma tam już moje sosny wyhodowane z nasionek. Początkowo wysiałam je w domu jak jeszcze mała byłam - moje pierwsze rośliny to były właśnie jakieś chwasty z łąki i te sosenki.

Kiełkująca jabłoń.
Podobają mi się także rośliny mięsożerne. Próbowałam wyhodować muchołapkę, ale dwie zjadł kot, zaś trzecia zdechła po pożarciu osy. Nie mam do nich farta...
   Takie gatunki to jednak inna galaktyka, ale nie znaczy to, że nie będę jeszcze próbować.

Pierwszy owoc mojego drzewka cytrynowego.
Niedawno przestrzegałam Was przed wydawaniem pieniędzy na niebieskie storczyki. Ich wygórowana cena bierze się stąd, że pędy, na których dopiero pojawiły się pąki, zaszczepia się błękitnym barwnikiem. Efekt zostaje na jedno kwitnienie, potem okazuje się, że nasza roślina jest po prostu biała. Co nie oznacza, że nie jest piękna.
   Ten storczyk ma największe kwiatostany ze wszystkich jakie posiadam w domu.


Pewnego dnia nabyłam drogą kupna storczyka miniaturowego. Głównie z ciekawości, oraz że kwitł tak jak jego większy odpowiednik, który już miałam w domu. W ten sposób zbudowałam bardzo miłą dla oka kompozycję:


Mały okazał się mieć intensywniejsze kolory od dużego brata. Zrobił się taki po roku, osobiście uważam, że to kwestia prawdziwych promieni słonecznych i dobrego nawozu. Widocznie gdy go kupowałam, za długo wcześniej stał w sklepie, a teraz wybarwił się tak mocno, że przyćmiewa urodą nawet wielki, dorodny storczyk za nim.
   W uprawie nie różni się niczym od zwykłych, większych braci.

Mój pierwszy storczyk. W tej chwili siedzi w największej donicy jaką udało mi się kupić.
Dostałam go od męża, kiedy dopiero próbował mnie poderwać ;)
To był szczęśliwy wybór, bo nie lubię dostawać kwiatów ciętych. Są przecież bezużyteczne...

"Zdaje mi się, że nikt nie potrzebuje kaprysić, gdy ma wkoło siebie takie śliczne kwiatki i tyle cudnych, dzikich roślin, co tu się pną i zwieszają, i takie miłe stworzonka, co sobie budują domki i gniazdka i ćwierkają a śpiewają."
- "Tajemniczy ogród"

Nastąpiły zmiany. Podjęłam decyzję o skasowaniu strony Mad House. Oficjalnie odpowiadam, że po prostu nie lubię się rozdrabniać, że chciałam mieć JEDEN blog. To także prawda, ale nie jedyna:
   Mad House był jedynie kumulacją wielu przeczytanych przeze mnie prac, z których wyodrębniałam i publikowałam tylko konkretne, interesujące mnie fakty, a te zawsze podpisywałam nazwiskiem autora. (Taki skrót wszystkiego, co znajdowałam w Internecie na dany temat)
   Mad House prowadziłam w sposób dość powszechny - zbierałam informacje do kupy i podawałam w postaci jednego, zwięzłego artykułu. Tak naprawdę ciężko było wynaleźć coś oryginalnego, bo nie tylko ja tak robiłam. Zawsze otwierało się pół tuzina stron, na których widniało dokładnie to samo, więc zasępiłam się pewnego dnia nad trafnym pytaniem - po co mam to powielać?

Nad Renem.
"Zauważono ostatnio, że myśl - po prostu myśl - może być silna jak prąd elektryczny, dobroczynna jak promienie słoneczne lub zabójcza jest trucizna. Dopuszczenie do siebie myśli smutnych lub złych jest tym samym, co zakażenie organizmu, na przykład zarazkiem szkarlatyny. Skoro więc dopuści się do osiedlenia takiej myśli na stałe, może to mieć zgubny wpływ na całe życia."
- "Tajemniczy ogród"

Mad House to nie był portal autorski, a prowadzenie go, sprawiało, że przy okazji sama uczyłam się nowinek w dziedzinie sportu i dietetyki. Natomiast nigdy nie ukrywałam, że to nie jest moja wiedza.
   Mimo iż postępuję w zgodzie z literą prawa, mimo iż znam świat praw autorskich (publikując - muszę), do którego się stosuję i zawsze pilnowałam aby podawać adresy stron, z których korzystałam, angażując się w każdy, kolejny artykuł, pewnego dnia zdarzyło się, iż ktoś doczepił się o kopiowanie, a nawet groził mi.

Sezon plażowy rozpoczęłam na początku czerwca.
Oczywiście najlepsza plaża to kamienista 😜

To nie znaczy jednak wcale, że mnie ze świata sportu wywieje. W końcu "w drodze donikąd" to blog lifestyl'owy, a nie stricte wędrówkowy. Droga przez życie ma wiele nazw, a przecież chcę pisać głównie o tym, jak kreuję swój świat.
   Wiedzę w dziedzinie sportu i dietetyki nabywam nadal, to jedne z moich większych pasji. Czytam masę artykułów pisanych przez osoby znające się na rzeczy i nie uważam siebie za kompletnego laika, toteż dałam sobie prawo do skumulowania informacji w postaci bloga sportowego, po to właśnie, aby inni poszukiwacze mieli łatwiejszy dostęp również do źródeł mojej wiedzy. Kiedy więc to straciło sens?
   Na łamach "w drodze donikąd" zawsze pojawiały się rozmaite wtrącenia, nie zawsze pisałam tylko o wędrówce, a nawet chciałabym, aby pojawiało się znacznie więcej postów z życia wziętych. Chętnie dalej będę dzielić się z Wami sztuką dbania o biologię i fizykę ludzką ale tutaj i w mega przyswajalnym skrócie.

Rzeka Simmi.
Zawsze miałam ochotę prowadzić blog w taki właśnie sposób, a mimo to, rozpoczęłam szturmowanie odbiorców szlakami. ;) Też dobrze, nawet bardzo dobrze, chcę pokazywać jak najwięcej pięknych miejsc, bo cała Ziemia jest piękna.
   W moich oczach nasza Polska jest wyjątkowa, lecz pragnę poznać także jak najwięcej reszty świata, który dla nas wszystkich stworzył Bóg efektem... niszczenia... Nigdy nie zobaczymy świata jakim był przed wielkim potopem. Przychodzi mi na myśl stwierdzenie: przepięknie Bóg poniszczył ten świat 😏 I skoro teraz jest taki monumentalny, to wyobraźcie sobie jaki musiał być niedługo po stworzeniu go jako idealnego...

Zachód słońca nad Mordorem.
Chcąc przekazywać tak samo wiele informacji jak wtedy gdy publikowałam na Mad House, czasem będę udostępniać ciekawe źródła wiedzy na FP, który jest przecież bieżącą stroną do publikacji bloga.
   Wszystkich, którzy lubili Mad House, gorąco przepraszam za skasowanie i obiecuję, że mimo wszystko nie zawiodę i o sporcie lub dobrym żarciu skrobnę tutaj nie raz. Być może nawet, dzięki temu zrobi się na tym blogu ciekawiej :)



"Tak to już bywa, że tylko czasami odczuwa się, jakby się miało żyć zawsze, zawsze. Opanowuje owo czucie niekiedy, gdy człowiek się ze snu zbudzi o jutrzence, znajdzie się sam wobec natury i głowę w tył odrzuciwszy spojrzy ku niebu, ujrzy, jak jego blady seledyn z wolna się rozjaśnia, gdy tymczasem na wschodzie dzieją się cudowne rzeczy, aż wszystko narasta jakby w jeden okrzyk triumfu. Wtedy to serce bić przestaje wobec onego niezmiennego, potężnego majestatu wschodzącego słońca, chociaż zjawisko powtarza się każdego ranka od tylu milionów lat. Wtedy - na chwilkę - zapomina się o wszystkim. Czasem znów opanowuje owo uczucie, gdy się człowiek znajdzie sam w lesie o zachodzie słońca, a tajemnicza, przesycona złotymi promieniami cisza przenika poprzez konary drzew, jak gdyby z wolna opowiadała o rzeczach jakichś dawnych a cudnych. Nieraz poczucie ogromu ciszy nocnej z miliardami gwiazd mrugających i patrzących na nas daje nam pewność, że żyć będziemy zawsze, czasem utwierdzają nas w tej wierze dźwięki pięknej muzyki, czasem spojrzenie drogich nam oczu."
- "Tajemniczy ogród"

U mnie trwają przygotowania do obchodów Święta Włóczykija, które wedle kalendarza wypada w niedzielę, jednakże termin może mi się troszkę przesunąć. Jest jeszcze taki aspekt jak pogoda, więc będę obchodzić swoje święto wtedy, kiedy Bóg pozwoli.
   Przygotowuję także specjalny materiał do poczytania dla Was, który pojawi się deczko przed czasem, a będzie zakrawał o dwa tematy - Włóczykija i życie po trzydziestce, o tym czy coś się zmienia oraz ile jest prawdy o istnieniu legendarnej depresji trzydziestych urodzin.


17 komentarzy:

  1. Witaj Hexe.
    Czary mary... czarować to my, a nie nas, takie było kiedyś motto za komuny.
    Co prawda w czary nie wierzę, ale w parapsychologię i owszem.
    Kwiecia wszelakiego u Ciebie dostatek parafrazując Jagiełłę pod Grunwaldem.
    A te kaktusy.... Bodaj byś konusie usiadł na kaktusie, to moje marzenie w stosunku do pewnego facia z metra ciętego....
    Kamienista plaża może i fajna, przynajmniej piasek się tu i tam nie nasypie.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby czarów nie było, nie zabraniałby ich Bóg. Parapsychologia rajcuje mnie tak samo jak wszystko związane z naszym mentum, od telepatii począwszy, choć to wcale niebliskoznaczne tematy.
      Przypomniał mi się kaktus o zacnej nazwie Fotel Teściowej. Takiego jeszcze nie mam.
      Kamienista plaża ma tylko jeden minus - od chodzenia po niej, bolą stopy. Ale za to nie parzy tak jak rozgrzany piasek.
      Pozdrawiam wakacyjnie :)

      Usuń
  2. Witaj Hexe !
    Witaj w świecie miłośniczek roślin i min: storczyków i kaktusów:)
    Móc pobrodzić w tak czystej wodzie- marzenie.
    Mile pozdrawiam w chwilce relaksu i przygotowań do wesela:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to w mieszkaniu upchnęłam tyle kwiatów. Ty wiesz, co by było, gdybym miała jeszcze ogród do dyspozycji? Na jesień planuje siać więcej pomidorów i jeszcze chcę spróbować wyhodować bakłażan. Mąż się pytał czy już ma dzierżawić ziemię od rolnika obok.
      Tak, w Szwajcarii woda jest lazurowa, tylko może na zdjęciach rzek tego tak dobrze nie widać. Ale każde jezioro jest tutaj po prostu krystaliczne. Na Karaiby wcale nie trzeba jeździć.

      Usuń
  3. Z dwojga złego to lepiej, że kot zjadł muchołówkę, a nie muchołówka kota :)

    Dla mnie tematyka posta jak najbardziej na plus, bo ja lubię wiedzieć co nieco o autorze. Zatem wpisy takie jak ten sprawiają, że czytelnicy poznają Cię lepiej, a i strona przy tym zyskuje, bo nie jest monotonnie i monotematycznie, tylko i wyłącznie o górskich wędrówkach. Ja osobiście chętnie zobaczyłabym tu więcej wycieczek po miastach i wioseczkach, bo choć bardzo lubię góry i podziwiam ich piękno, to jednak po jakimś czasie mam mały przesyt nimi, co między innymi sprawia, że wszystkie wydają mi się takie same. Wiem jednak, że to jedna wielka bzdura i wcale takie nie są. Ale to tylko taka moja uwaga na marginesie. Nie odbieraj tego jako wysyłanie Cię na wycieczki, które Cię nie interesują :)

    Ja z kolei bardzo lubię cięte kwiaty - uważam je za świetny prezent dla mnie :) - i dość często sobie na nie pozwalam. Mają pozytywne działanie na moją psychikę, a zatem po co pozbawiać się czegoś, co lubimy i co w niczym nikomu nie szkodzi? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo ja chciałam wyhodować taką wielką muchołówkę, żeby móc karmić ją małymi dziećmi...

      A pamiętasz jak kiedyś przy pewnej wycieczce zacytowałam Kubę Sienkiewicza "i wszystko chuj"? XD Tak, zgadzam się z Tobą, wszystkie góry wyglądają podobnie, nawet nie widzę różnicy między Alpami, a Tarami. Dlatego ostatnio znacznie zmieniliśmy region do podróżowania, adekwatnie do potrzeby zmiany otoczenia. Ale cierpliwości... XD I do tych opowieści dojdę.

      Też lubię zwiedzać miasta i małe miasteczka. Szczególnie, że w Szwajcarii są naprawdę bardzo urokliwe. I Włoskie, pamiętam przygraniczne Włochy, miłe dla oka otoczenie. Lubie historię, lubię zabytki, nawet moje miasto Łódź pod tym względem bardzo mi się podoba. Podobała mi się Praga, taka wielka i tłoczna, ale architektura po prostu bajeczna.
      Tylko, że... XD Mój mąż... nie lubi... zwiedzać... miasteczek. ;] Dlatego to u nas takie rzadkie. I nie mam nic przeciwko, bo zdobywać ostatni kamień jakiejś góry, też jest przyjemnie :)

      "po co pozbawiać się czegoś, co lubimy i co w niczym nikomu nie szkodzi?" uznaję to za cytat. Proste, uniwersalne, bo pasuje do każdego tematu. Szczególnie jak się pisze o hobby, którego niewielu rozumie Np Gady pustynne. :D

      Usuń
    2. P.S. Otoczenie zmieniliśmy na w ogóle inną planetę. To te fotki w głównym obrazku bloga :)

      Usuń
  4. Aniu odpowiem Ci szybko na Twoje pytanie dotyczące ciekawych miejsc w okolicy Słowińskiego Parku Narodowego.
    1. Wydma Czołpińska - zróbcie sobie taką traskę jak my - warto :)!!!
    2. Pozostałości dawnego lasu - my tam nie dotarliśmy, jednak gdybym była bez dziewczynek na pewno odwiedziłabym to miejsce. Możliwe jednak, że w tym momencie piasek przysypał już pnie i miejsce może wyglądać mniej spektakularnie niż na zdjęciach w necie.
    3.Skansen w Klukach.
    4. Góra Rowokół.
    5. Góra Łącka - ruchome wydmy od strony Łeby.
    6. W Rąbce możecie się przepłynąć małym stateczkiem po Jeziorze Łebsko - nie braliśmy w tym jednak udziału.

    Bardziej na południe:
    7. Zamek Bytów.
    8. Węsiory - kamienne kręgi - tu niestety nie dotarliśmy (więc liczę na Ciebie ;)).
    I o chyba tyle :)!!!
    Udanych wakacji życzę :)!!!






    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Posta przeczytam jutro bo dziś padam na ryjek... muszę się wreszcie wyspać :).

      Usuń
    2. SUPER!! Dzięki wielkie, ja to sobie zanotuję i oblookam na mapie :D
      Dobrej nocki życzę :)

      Usuń
  5. Przyjemny masz ten domowy gąszcz :)!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja myślę, że gdybyś osiadła już na tej pustyni to tęskniłabyś do lasu. W końcu włóczykije nie osiadają w jednym miejscu.

    Ty tu gadu gadu, wielowątkowo jak zwykle, a mnie to najbardziej zastanawia jedno: jak to Cię ten Twój mąż podrywał?;)

    No może jeszcze znajdzie się druga kwestia-jak to się stało, że masz w domu cytrynę?

    Ja uwielbiam kwiaty pod każdą postacią. Długo miałam jedynie storczyki. Ostatnio mam bluszcz, paprotkę i anginkę. Anginka w tym tygodniu uratowała moje ucho.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że nie zamurowałabym się w tej chatce. To by była baza wypadowa, tak jak to zwykle bywa, kiedy mówię o jakimś miejscu "dom" ;)

      Poderwał mnie zabierając na nocną wędrówkę okolico-znawczą [w Polsce kawałek za miastem] :) Wszystkie randki wyglądały podobnie - gdzieś z dala od cywilizacji i ludzkości.

      A cytrynę mąż nabył drogą kupna w zwykłym sklepie typu "liroy merlin".

      Usuń
    2. Jednak z pustyni wszędzie daleko:P

      Ha! Wiedział co lubisz najbardziej;) No i ile on się biedny do Polski musiał najeździć!

      Myślałam, że sama wyhodowałaś z pestek czy cuś. Podobno są ludzie, którzy tak robią i potrafią. Ja do nich niestety nie należę.

      Usuń
    3. Zależy od punktu widzenia, czy masz szklankę do połowy pustą, czy do połowy pełną? Główną drogą (do której oczywiście trzeba było dojść), jeździ autobus. A skoro nie mam pracy, to znaczy, że potrzebowałabym wyrywać się stamtąd jedynie po zakupy i na jakieś dalsze wyprawy. No problem :D

      Na początku najeździliśmy się oboje. Każdy urlop i każde dłuższe wolne ja do Szwajcarii jeździłam PKSem. On 2/3x rocznie przyjeżdżał do Polski, dało się jakoś przetrwać, ale to trudne na początkach znajomości tak żyć. W gruncie rzeczy bardzo szybko podjęliśmy decyzję o wspólnym mieszkaniu. Albo wóz albo przewóz.

      Z pestek wyhodowałam dwie jabłonie. Mam jeszcze nasiona z pomidorów, które będę wysiewać na przyszłą wiosnę, a pochodzą z krzaka, który także nabyliśmy drogą kupna.

      Usuń
    4. Pustynia nie dla mnie. Nie znoszę upałów, ale domkiem z oceanem za winklem bym nie pogardziła;)

      Miłość na odległość jest niczym fatalne zauroczenie. Przeżyłam to raz w życiu i nie chciałabym nigdy więcej. Podziwiam. To jest coś takiego jak PKS-y do Szwajcarii? To musiało kosztować majątek.

      Ale to tych jabłoni chyba nie trzymasz w domu? Czy to jakaś taka wersja miniaturowa (może głupie pytanie, ale nie znam się).

      Usuń
    5. Upałów nie znoszę, ale nieopodal było jezioro ^_^
      Trzy / cztery stówki w Łodzi, nie pamiętam teraz dokładnie. Jechał 15 godzin na noc.
      I dlatego, że to fatalna sytuacja, trzeba było podjąć decyzję. ;)

      Powyżej w notce jest zdjęcie jednej, największej jabłoni. ;> Podpisane. :P Na przyszły rok przywożę ją do Polski i wsadzam na działce.

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.