piątek, 28 lipca 2017

Flüelapass - początek.

„Nowe przykazanie daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem; Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną mieć będziecie”


- Ew. Jana 13:34–35



Poprzednim razem zrobiłam mały wstęp do opowieści z Flüelapass. Przypomnę tylko, że jest to szwajcarska przełęcz w Alpach Retyckich łącząca Davos z Susch, zlokalizowana na wysokości 2383 m n.p.m.
   Aby nie zamęczyć, pozwolę sobie na podzielenie ekspedycji na kilka etapów, dziś Wam pokażę jak zaczyna się piesza wędrówka przez ten surowy krajobraz i opowiem czy ciało ludzkie wymaga jakichkolwiek przygotowań do wędrówki na takiej wysokości. Pokusiłam się też o rozwinięcie poruszonego niedawno wątku o pustelnictwie, którego temat został nawet poruszony w komentarzach, czyli: jak to by mogło wyglądać z mojego puntu widzenia?
   Zatem kapelusz na głowę i W DROGĘ!




O odczuciach fizycznych więcej mogłabym opowiedzieć przy okazji zdobywania jednego z tamtejszych szczytów, ale niżej różnica klimatyczna dla mieszkańca dolin, jednak jest delikatnie odczuwalna. Była to wędrówka po szlaku ciągnącym się serpentyną po wzgórzach przełęczy. Tylko i aż, lecz czy to na tyle wysoko, by powiedzieć WOW!?

   Moje ciało reagowało. Przede wszystkim na samym początku potwornie dużo ziewałam, a że jest to koszmarnie zaraźliwe, ziewał i mąż. Wlekliśmy się więc jakiś czas z rozdziawianymi co chwila paszczękami z odgłosem głębin naszego układu oddechowego. Myślę, że mimo tej krótkiej niedyspozycji, płuca zdecydowanie były zadowolone. Przełęcz powyżej dwóch tysięcy jest na pewno tym miejscem, do którego smog nie ma dostępu, więc te głębokie hausty były na korzyść.


Przepiękna i różnorodna roślinność, która zajmowała wolne miejsca w trudnej glebie, interesowała mnie - jak się domyślacie - ze względu na swoją kolczastość, bo pięknie tu rosły osty 😛 Kształty tutejszej flory zatrzymywały mnie wiele razy z nosem przy ziemi. Np. rozetowe skalniaki, które akurat kwitły. Ale to nie wszystko, bo zwyczajne kwiaty również znalazły swoje miejsce w tym surowym biotopie.




Niby nic nie widać, a jednak z każdym następnym metrem i z coraz donośniejszym szumem, a potem nawet hukiem, rozbijała się woda wartkich potoków. Niektóre grzmiały pod gruzami kamieni, nie sposób wtedy takie dojrzeć, ale wiadomo było, że właśnie kroczy się po jakichś kaskadach.
   Poza tym jak okiem sięgnąć, trawa, kamory i nic więcej. A jednak liczne, wąziutkie żyły biły spod ziemi chyżo. To właśnie tutaj miały swe źródła.





Wije się tędy jedna, dwupasmowa nitka. Żadna sieć autostrad. W dolinach, jak już kilkakrotnie wspominałam, istnieje zjawisko smogu fotochemicznego. Jest on domeną górskich dolin na cywilizowanych obszarach całego świata. Ostatnio popularna była w Zakopanem.
   Chodzi o to, że wszelkie zanieczyszczenia z kominów i rur wydechowych, nie mają gdzie sobie pójść. Dolina jest otoczona wysokimi górami (właśnie odkryłam Amerykę w puszkach) i trujące gazy nie mają gdzie się ulotnić - nie trzeba być biegłym z chemii i fizyki, by to wiedzieć. Ciężkości i gęstości gazów, takie tam. Taki obłok wisi w powietrzu średnio do ośmiuset m n.p.m (powyżej nie sięga). Wisi i truje.
   Powietrze robi się klarowne i czyste w dolinach tylko podczas silnych wiatrów.






Szwajcaria jest na liście najbardziej zanieczyszczonych krajów Europy. Nie będę Wam podawać na którym miejscu, bo statystyki są zmienne. I niestety wcale nie jest gdzieś na końcu... Polska ze swym zakurzonym Wrockiem i Katowicami są dalej, niż górzysta Szwajcaria - właśnie dlatego, że jest górzysta. To jednak logiczne, że tam gdzie autostrady i miasta - jest totalny syf w powietrzu, a jak to nie ma gdzie wylecieć, to zawisa wokół naszych domów. W dodatku Szwajcaria ma (chyba...) największą sieć autostrad w Europie.
   Ja mieszkam przy autostradzie, a moja miejscowość buńczucznie zowie się wioską, co na początek brzmi sielankowo. 'Na wsi przy samiutkiej autostradzie' - prezentuje się już nieco gorzej. Uprawiam sport przy spalinach, jem posiłki na balkonie przy spalinach, ale z jakże pięknym widokiem na Alvierkette, albo na Alpstein - zależy w którym fotelu usiądę.
   Ciekawostka: Aby udowodnić powagę sytuacji, kiedy zaczęłam przyjeżdżać do Szwajcarii, nabawiłam się zapalenia oskrzeli. Nazywa się to chorobą palaczy, lub chorobą ludzi pracujących przy skażeniach chemicznych. Moja mateczka chrzestna także dostała zapalenia oskrzeli, kiedy zaczęła przyjeżdżać do tego kraju, więc nie jest to żadna moja jakaś tam wrażliwość.
   O wszystkim z resztą świadczą szerokie badania lokalnych lekarzy.





Ale na przełęczy JEST z całą pewnością CZYSTO. Jest tak czysto, że gdybyście chcieli, to może z porządnym teleskopem zobaczylibyście pałac kultury... chyba jednak odrobinę przesadziłam.
   Powietrze pachnie wybornie. Pachnie świeżością, jest surowe, jest rześkie i chłodne. Nawet w pełnym słońcu w gorący dzień jest jak podmuch z klimatyzacji.
   Przełęcze są wyjątkowymi miejscami na ziemi nie tylko przez atmosferę. Różnią się pod względem geologicznym jak i botanicznym. Czy również zoologicznie? Trudno mi się wypowiedzieć, bo nie widywałam żadnych zwierząt, może prócz ptaków - standardowe wieszczki i jakieś drapieżniki kołujące niczym sępy.
   Cisza jest kwintesencją tego, co przedstawia jej definicja. Jestem człowiekiem ciszy, chłodu i kamorów, dlatego czuję się tam idealnie. Co więcej - w tej przełęczy na początkowym pułapie, wszystko, łącznie z ziemią i skałami jest zupełnie zielone, co nadaje ciekawego efektu. Przyczyną tego są zielono-żółte porosty.






To jest miejsce bardzo spektakularne. Ludzie, którzy często chodzą po górach, których teoretycznie nie da się zaskoczyć żadnym szlakiem, kiedy przyjeżdżają tutaj, są zachwyceni. Oto krajobraz zmienia się ze standardowego w zupełnie różny, a przeciętny trekking nagle staje się osobliwą wędrówką w nieznane.
   Sami już pewnie zauważyliście, że poza miejscem na mapie, tak naprawdę zmienia się niewiele. Pokazuję Wam zawsze podobne zdjęcia, podobne pejzaże i podobnie opowiadam o swoich wędrówkach. Góry są sobie bliźniacze, czasami tak do siebie podobne, że można się pomylić w próbach określenia położenia "na oko". Czasami wędrując, śpiewam sobie utwór Kuby Sienkiewicza, "I wszystko chuj", na pewno dobrze go znacie 😉
   A tu proszę: coś kompletnie innego. Po tych górach wędrowaliśmy pierwszy raz.






Nadmienię, że ta podróż w połowie zostanie przerwana. Wsiądziemy bowiem do statku kosmicznego i polecimy na planetę Mars, zgodnie z zapowiedziami w wielu, wielu minionych notkach. Obserwatorzy FP już dawno widzieli Mars na zdjęciach 😀 a pierwsze zdjęcie z kosmosu pokażę Wam pod koniec tej notatki.
   Stacja stoi na wyżynie, do której trzeba dotrzeć przez szmat pięknej, kamienistej i zielonej drogi. Przekroczyć lazurowe jeziora, wyglądające jakby ktoś w kamiennych nieckach rozlał rozcieńczony płyn Ludwik i podświetlił. I z tego miejsca pragnę zapewnić, że nie kombinowałam zbyt wiele ze zdjęciami, że kolory są naturalne. Jedynie co musiałam poprawić, to kadr, poziom i powstrzymać przed psuciem efektu, prześwietlony horyzont. Niestety czasami miałam z nim problemy, natężenie światła ze względu na różniste chmury, utrudniało pracę. Praktycznie dla wykonania każdego, jednego zdjęcia, musiałam zmieniać ustawienia.
   Chmury tańcowały pięknie, kłębuszki jednakże nadawały przeróżnych odcieni i poświaty. Czasami wychodziło słońce. Było umiarkowanie ciepło, choć w przerwach na posiłek można było odczuwać dreszcze. Jednak dla piechura temperatura była po prostu doskonała.






Tajemnicą tej pozornie zwyczajnej kanapki, jest skład produktów, które zużyto na jej wykonanie, bowiem nie myślcie sobie, że mnie pociągają teraz pszeniczne ciabatki. Co to, to nie, jestem rzetelna 😝
   Pieczywo zrobiono z mąki ryżowej. Posmarowane zwykłym masłem, a muszę dodać, że mają tutaj wyborne masło, smakuje i pachnie jak za dawnych czasów. Ser żółty z tłuszczy roślinnych, smak ma nawet zbliżony do sera z mleka. Kotlecik zrobiłam sama, klasyczny, domowy z wołowiny z cebulką. Sałata i twarożek sojowy ze szczypiorkiem, (w Szwajcarii nie modyfikują genetycznie soi).


Taka przełęcz to nie jest męczarnia. Drogi nie są zbyt strome, choć wąskie i kamieniste. Spokojnie mogłabym tej przełęczy nadać stopień T1, ale zdecydowanie wymagane są odpowiednie buty ze względu na liczne piarżyska.
   Dla wytrawnego piechura jest to niemalże spacer, zaś widoki tak bardzo różnią się od tych już dobrze znanych, alpejskich szlaków, że nie sposób powstrzymać się od ustawicznego fotografowania. Ten szlak sprawił mi ogromnie dużo radości, co tu dużo mówić... podobało mi się i już mogę Wam powiedzieć, że wróciliśmy tam jeszcze raz, ale po to tylko, by wspiąć się jeszcze wyżej i to było nie lada wyzwanie. Mówię poważnie, wtedy nie był to niewinny spacer, lecz na razie jeszcze nie będę Wam zdradzać szczegółów... no może prócz tego, że pobiliśmy kolejny, własny rekord 😎 Ale cierpliwości, chronologia musi być zachowana!




Oto przyczyna zieloności z bliska.

Przestrzeń robiła mega wrażenie. Jeśli ktoś ma agorafobię, niech tu w ogóle nie przyjeżdża. Za to mnie zachciało się nawet w pewnym momencie biegać... Podobno Bolesław Prus miał agorafobię. Zdarzyło mu się na przykład wyskoczyć z dorożki w akcie paniki na widok tego co rozciągało się w przestrzeni za oknem. W jego czasach niestety nie było jeszcze terapii poznawczo-behawioralnych.
   Ja także mam swoje lęki, ale dotyczą one miast i większych skupisk ludzkich. Chodzi o zachowania i reakcje, choć... w zasadzie nie tylko.
   Spacerując przez miasto, odbieram takie bodźce jak np. hałas. Ogromny hałas, który czasami sięga nieznośnych decybeli. Jest też ludzki pośpiech, najtrudniejszy jest do zniesienia, kiedy niespiesznie przemierzając żyły miast, przechodnie potrącają mnie, szturchają. Zdarza się usłyszeć znikające niczym w tunelu "przepraszam" z ust pędzącej osoby, ale nerwówka już potrafi się udzielić.
   Wielokulturowość kryje się szczególnie za takimi nazwami jak Łódź czy Warszawa. Słychać zewsząd kilka języków, widać ludzi o różnych kolorach skóry, przemieszanie z poplątaniem, harmider, rejwach, gwar.
   Czasami czułam się przytłoczona i zmęczona tym wszystkim, wtedy zawsze musiałam choć na kilka godzin uwolnić się z betonowych oków.
   Zbiorowiska ludzkie jak np mecze - są jak emocjonalne struny napięte do granic możliwości. Rażące w oczy reklamy, niby mnie to nie interesuje, ale i tak... o zgrozo... mimowolnie je czytam.

I przychodzi mi na myśl wtedy jeden termin - bagno behawioralne. W gruncie rzeczy na ulicach nie jest bezpieczne. Ludzie - jak zbyt liczne stado szczurów - zabijają się w bramach o zmierzchu i gwałcą zabłąkane kobiety o świcie. Do czego to nas doprowadzi?
   Dlatego tak lubię puste, bezludne przestrzenie. Ciche i samotne aż do utraty tchu.





Czasami spotykaliśmy głazy zupełnie niepasujące do otoczenia.
W mojej bujnej koronie trzydziestoletniego drzewa życia, wyrosły różne rozgałęzienia. Niektóre elegancko rozwinięte, inne zaś tylko ledwie wykiełkowały, a już obumarły. Wielokrotnie opowiadałam, że potrafiłabym wytrzymać w życiu pustelniczym. Otóż pisałam Wam także kiedyś, dość szczegółowo, że bardzo bliskie jest mi życie ascetyczne. Pewnie teraz to zdanie wywołuje śmiech...
   Prawdziwa asceza nie polega na rezygnacji, lecz na ćwiczeniach w stawaniu się wolnym człowiekiem oraz na nauce odczuwania przyjemności. Prawdziwy bój ze ściągającymi duszę w dół przywarami, do których należy także gniew. Od lat uczę się na przykład wybaczać (a tak się składa, że ja mam komu wybaczać) i nadal tego nie potrafię, tak w sercu. To nie jest sprawa z innej epoki i tylko dla zakonników.
   I dalej twierdzę, że wytrzymałabym sama ze sobą na pustkowiu. Na przykład takim, jak to, które tu pokazuję. Obłożyłabym się książkami, zeszytami, długopisami, ołówkami, brystolami i papierami na listy.






Za jedno z ciekawszych rozgałęzień wspomnianego drzewa, uważam myśli, a nawet rozpoczęte onegdaj starania o - życie konsekrowane. Ostatecznie nigdy nie planowałam na poważnie odsuwać się od świata w milczenie - przeciwne. Choć jak już wiecie, mogłabym.
   Pragnęłam podjąć surowe życie oparte na modlitwie i pokucie z jednoczesnym podjęciem prac społecznych. Chciałam pomagać, być profesjonalistką w składaniu rad ewangelicznych. Chciałam douczyć się jeszcze tego i owego i zostać dobrym przykładem zadowalającego życia, pomimo rezygnacji z tego, co człowiek powszechnie uważa za niezbędne.
   I w zasadzie, poza tym że odsunęłam się od Kościoła Rzymskiego, wszystko to pozostało:

Dawno temu wyrzekłam się tej doli. Nie chcę posiadać. Nie przyozdabiam się biżuterią (za wyjątkiem kolczyków, bo nie lubię chodzić w samych dziurach 😝); ani modnymi ciuchami. Nie mam własnego samochodu, nie ciułam bogactw pod poduszką, nie zbieram przedmiotów dla samego ich posiadania, nie znam też sentymentu, nie zbieram pamiątek ani innych niepotrzebnych pierdół. Bardzo się staram w swoim środowisku świadczyć o Chrystusie swoim życiem i dało mi to ogromnie wiele korzyści. O tym jednak za momencik.
   Myślałam o dziewictwie konsekrowanym. Na próbę żyłam jak jedna z nich, by po roku czasu zgłosić się już oficjalnie i wejść na tę długą "drogę próbną", i byłam w tym postanowieniu niesamowicie szczęśliwa.
   Aż niewiarygodne, kiedy o tym wspominam, jednocześnie patrząc na zdjęcia mojego męża, który w środku lipca budował bałwana.






Kwestia dziewic i wdów konsekrowanych starsza jest nawet od zgromadzeń zakonnych. Gdzieś około drugiego wieku młode lub owdowiałe kobiety decydowały się na złożenie przysięgi życia w czystości. W dzisiejszych czasach wiąże się to także z aktywnością na rzecz działań charytatywnych, na czym także mi zależało. Chciałam pomagać.
   W dawnych epokach niestety dziewicami konsekrowanymi zostawały kobiety nie mające szans na małżonka ani na utrzymanie. Zwykle były zbyt stare albo były sierotami, które w dorosłym i samodzielnym życiu nie potrafiły sobie poradzić, a po złożeniu ślubów, utrzymywał je Kościół.
   Współcześnie jest to w pełni świadoma decyzja świadcząca o powołaniu. Dziewictwo konsekrowane bardzo różni się o tradycyjnego życia zakonnego. Można bowiem zachować dotychczasową codzienność, na przykład pracować tam, gdzie pracowało się do tej pory i mieszkać w swoim mieszkaniu. Różnica jest taka, że dziewica konsekrowana ma obowiązek dbania o czas na codzienną modlitwę, Eucharystię i ogólny rozwój duchowy.
   Gdybym wtedy poszła tą drogą, ta ślicznie kwitnąca gałąź pewnikiem doprowadziłaby mnie w zupełnie inne miejsca na Ziemi. Znacie mnie już przecież na tyle, by wiedzieć, że ja nie zatrzymałabym się nigdy. Ja muszę być z drodze, tułać się od czasu do czasu i... być może dlatego taka forma konsekracji odpowiadała mi najbardziej.



Na tym odcinku przełęczy, który Wam obecnie prezentuję, rozwidlenie dróg było najwyższym punktem wędrówki. Nie stanowi to jednak końca podróży, bowiem droga była naprawdę dużo dłuższa. Przypuszczam też, że to, co dalej dziś zobaczycie, może się Wam mega spodobać.
   To te wody, jak magiczna substancja, zapuszczone w kamieniach i zastygłe niczym świecąca rtęć. Radioaktywna ciecz, neonowa aż nienaturalna i te bajecznie poruszające się cienie chmur na jej powierzchni, jak na syntetycznej tafli z magicznych eliksirów.


Podobno w dzisiejszych czasach przyznać się do tego, że jest się osobą wierzącą, to nie lada wyzwanie. Czyżby? Okres zbuntowanej młodzieży mam już zdecydowanie za sobą, rówieśnicy to dorośli ludzie, a z młodszymi pokoleniami nie trzymam. Tak też problemu z przyznawaniem się do wiary już nie ma.
   Chrześcijaństwo to naśladownictwo Chrystusa. Aby móc się tego nauczyć, najlepiej samemu przeczytać Nowy Testament, czego wreszcie udało mi się dokonać, a powiem Wam, że przebrnęłam przez stare wydanie pisanie w staropolszczyźnie z wielką przyjemnością. To jest napisane po prostu pięknie...
   Przez ostatnie lata, mniej więcej na początku wchodzenia w dorosłe życie, moja świadomość Wiary rosła. Uczyłam się walczyć z negatywnymi cechami młodego i próżnego człowieka. Przede wszystkim chyba najgorsze dla młodej dziewczyny w wieku ubóstwiającym zewnętrzną prezencję, było wyzbycie się potrzeby korzystania ze środków upiększających i zrozumienie wreszcie, że Bóg stworzył naturę ładną samą w sobie i nie trzeba się tuningować. Długo mi zajęło nim przekonałam się do tego odkrycia. I choć doszłam do tego sama, nie potrafiłam się jeszcze długo dostosować. W dodatku hobbistycznie byłam Industrial Goth 😈 a potem Szeherezadą. 😯

Znaleźliśmy sekretne, podziemne miejsce, niestety zakratowane i zamknięte na klucz.
A na końcu tego tunelu... wiały przeciągi i rósł grzyb na ścianach.
Nic wielkiego.

Jedyny moment, gdzie T1 zamieniło się na kilka metrów w T3.
Naśladownictwo Chrystusa to nie tylko dobre uczynki, codzienna modlitwa, anty-materializm i altruizm. To przede wszystkim wyzbycie się nerwowości. Byłam choleryczką z czego nawet rodzice mogli nie zdawać sobie do końca sprawy... chociaż, nie wiem, muszę zapytać z ciekawości.
   Już od dawna doskonale wiedzieli, że ze sobą samą muszę poradzić sobie sama. To mnie w pewnym sensie ukształtowało. Nie interweniowali także w depresję, bo ja MUSIAŁAM sama. Bez psychologa, bez psychotropów. I dziś jestem dużo silniejsza o to ważne przeżycie i przede wszystkim dumna z siebie. Wiem też, że nic lepiej nie uodparnia na nieszczęście i zwykły szary smutek niż własne doświadczenie i siła jaką musiałam się wówczas wykazać. Może dlatego zwykła proza życia nie ma nade mną żadnej mocy, bo wiem czym jest istota cierpienia duszy. I wiem, kiedy to się zaczyna.
   Jezus uczy ciszy, cierpliwości i wybaczania. Nadal jednak mam problem z tym ostatnim. Tak w sercu. Potrafię pocieszyć, powiedzieć, że wybaczam, ale nie potrafię uczynków typa wywalić z pamięci.


To nie jest amator rowerów. On jeździł po tych kamorach. Wielki respekt i szacun!




To właściwie styl życia. Wiem, że jego elementem powinno być wybaczanie krzywdzącym nas, ale... serce nie chce mnie nadal słuchać.

„Bądźcie wy tedy doskonali, jak Ojciec wasz niebieski doskonały jest”
- Ew. Mateusza 5:48

W listach Jakuba lubiłam oczytać o tym jak być człowiekiem mądrym. Opisywał go cechując łagodnością i ustępliwością. Pan nikogo nigdy nie potępiał - On upominał. Nie unosił się gniewem, nie krzyczał... no dobra, zdarzyło się, np. jak wywalał handlarzy z kościoła. Jednak nie wrzeszczał na ludzi jak opętany, nie zachowywał się jak 'Jedyna Prawda', wiecie co mam na myśli "tylko ja mam rację".
   Łagodność i ustępliwość, ot co. W tym tkwi siła serca.







Jednakże nie widzę, by KrK podążał tą ścieżką. To już temat na zupełnie inny wpis, który już kiedyś popełniłam. Jeżeli ktoś jest zainteresowany moją ewakuacją z Kościoła Kat., zapraszam do lektury TUTAJ.
   Jeszcze zanim poznałam mojego męża, już wzbogaciłam się o świadomość błędu w wierze rzymskiej. Zawsze bardzo wnikałam w Słowo Boże i poszukiwałam Prawdy, toć mnie trochę bolało, jak dostrzegałam skrajności różnic w postępowaniu KrK.
   Trafiliśmy z mężem na siebie mniej więcej w tym samym czasie, (małżonek również oddalił się o tej instytucji), jednak oboje pozostaliśmy w Wierze i staramy się żyć zgodnie z naukami Chrystusa. Jest ciężko, dlatego że to nieakceptowalne w środowisku Katolickim, w jakim bytujemy.
   Paradoks polega na tym, że wszyscy jesteśmy wierzący, ale jednak nasze życie jest przez Katolików prawie niewybaczalne. Głównie przez: brak ślubu kościelnego, nieuczęszczanie w Eucharystii, ignorowanie przykazań kościelnych i niecelebrowanie ichniejszych świąt.






Osobiście już nie wyobrażam sobie brania udziału w katolickich obrządkach. Czułabym się nie tylko niekomfortowo, ale i czy nie prawdą jest, że uczestniczenie w czymś, w co się absolutnie nie wierzy jest nieposzanowaniem dla cudzej religii? Dlatego z całym szacunkiem - nie chcę uczestniczyć. A tym bardziej nie chcę celebrować bożków, nie chcę popełnić grzechu bałwochwalstwa tylko z uprzejmości dla rodziny. Chciałabym, aby potrafiono to uszanować, tak jak ja toleruję rzeczy, które uważam - z punktu widzenia Chrześcijanina - za niepoprawne.
   Nikomu nic nie każę ani niczego nie zabraniam. Nie wciskam swoich racji na siłę, ani nie poruszam tego tematu w gronie drażliwym. Lecz zapytana zawsze odpowiem, a będę niezłomna, lecz nigdy nie głupio uparta. Nie odkryłam niczego nowego, wystarczy rzetelnie, ze zrozumieniem przeczytać Nowy Testament.





Słabo interesują mnie rzeczy ziemskie. Majętność czy stan posiadania. Polityczne sprawy świata czy nawet domowe spory. Przyznaję natomiast, że czasami brak mi cierpliwości do człowieka, ale nie, nie wybuchnę. Po prostu ewakuuję się aby rozładować emocje w inny sposób - nie na kimś. Nie wyzywam się na ludziach i bardzo nie lubię jak ktoś próbuje wylać na mnie cały hades swego nieszczęśliwego życia. Nie obchodzą mnie cudze frustracje, nie w taki sposób. Owszem, mogę porozmawiać, pozwolę się wygadać, ale na pewno nie zostanę niczyim workiem treningowym.



Mostek.


W dalszej części podróży, pokierowaliśmy się na stację kosmiczną, skąd wysublimowanego kształtu rakieta, zabrała nas prosto na planetę Mars. Ja nie rzucam słów na wiatr - zapowiadałam taką wyprawę i DOSTANIECIE fotoreportaż z takiej wyprawy!! 😎




Szlak wiodący do statku.
Paszporty wyrobiliśmy sobie oczywiście wcześniej, wiza na szczęście nie była potrzebna, bo w naszym układzie nie obowiązują żadne szczególne utrudnienia. Wszyscy jesteśmy w Unii Słonecznej.


Zatem PAPA ZIEMIO! 🙋