piątek, 2 czerwca 2017

Thurwasserfälle Weg. Mały wąwóz - wielki wodospad.

Żaden wszetecznik ani łakomca (który jest bałwochwalcą) nie ma dziedzictwa w królestwie Chrystusowem i Bożem.   albo   Nie upijajcie się winem...

Czytam  listy i tak sobie gdybam: istnieją te same, powtarzane wskazówki przez Apostołów, dosłownie czarno na białym - jak żyć i czego nie robić; a mimo to, 90% znajomych wierzących, robi dokładnie wszystko na opak...
Taka mała refleksja.
   To nie moja sprawa, ale pomyślałam sobie, że może kogoś tym wciągnę w wir milczących przemyśleń, głęboko w prywatności własnego serca.



Dziś chcę Wam pokazać coś bardzo wyjątkowego. Aby dotrzeć do tego miejsca, trzeba się troszeczkę wspiąć. Nie wysoko i niezbyt ciężko, droga jest łatwa i szeroka. Przyjemny chłód w rozległej kotlinie, czasami nawet zamieniał się w Króla Lodu i ziębił porządnie, nie puszczając ze swych objęć.
   W tym samym czasie Szwajcaria tonęła w pierwszej fali upałów, zwiastujących w niedalekiej przyszłości istne piekło. O tym co przeżyłam, dowiecie się z następnych notatek, a było to zaskakujące dla mnie samej. Natomiast doszła mnie plotka, że piekło zamarzło i że pada tam śnieg. Szatan zauważył, że ludzie dużo więcej marudzą zimą, oraz są nieszczęśliwi kiedy pada. Miał świetny pomysł w takim razie.
   Szczerze? W letnie, gorące dni mam takie jedno marzenie - porządnie zmarznąć. I na tej wędrówce  udało się...  wiem, wiem, nie jestem normalna. 😀 I boleję na tym, że nie da się marznąć na zapas, chociaż metod na wychłodzenie znam wiele. Marzłam już na lodowcu, w jaskini, w kopalni, a także w chłodni spożywczej hipermarketu Selgros - o tam to jest gdzie marznąć!
   Dobra, dość gadania! Trasę rozpoczęliśmy w wielokrotnie już odwiedzanym Wildhaus [czyli "dziki dom"]. Z dzikiego domu przechodziliśmy przez dzikie łąki pomiędzy dzikimi górami, aż w końcu dzika przestrzeń kotliny zamieniała się w cywilizację. W dalszej części wędrówki poznacie nasz cel - dziki wąwóz, w którym szalała dzika woda.
   Pierwszy drogowskaz ↠ Gamplüt.

Zdjęcia zaczęłam robić od momentu, kiedy weszliśmy już na pewną, dzikszą wysokość. Wildhaus przecież już bardzo dobrze znacie ;)




To za czym najbardziej szaleję w górach jest bliskość chmur. Wprost uwielbiam wędrować w pochmurne dni, choć to niechlubne chwile, nie ma przecież słońca, czasem wieje, jest zimno, ale widoki... one są po prostu monumentalne!
   Wchodząc w takie miejsce, a jest to ziemia pomiędzy górskimi kolosami - i tak nie będziemy mieli szerokich pejzaży, mimo iż to aż 1350 m. Nie zobaczycie tutaj nic, prócz skalistych ścian i zielonych pagórków dookoła.
   Tutaj chodzi się z wciąż zadartą do góry głową, ze wzrokiem wpatrzonym w piętrzące się chmury, ostre szczyty. To pełny majestat świata.




Notatki z przeszłości.
rok temu

Moim wymarzonym domem było własne Sanktuarium Ciszy. Bez elektronicznych dźwięków, bez telewizji. Dobieranie sobie innych niż komputer, zajęć dla wypełnienia wolnego czasu. Praca nad swoim małym/wielkim dziełem życia oraz czas na wypoczynek w ruchu. (Nie demonizuję komputerów, ale czego za dużo, to przestaje być zdrowe).
   Zaplanowałam sobie żyć w bliskiej przyjaźni z naturą i przede wszystkim z sobą samą. Pamiętam, że najtrudniejsze zawsze dla mnie było niereagowanie stresem na nieprzyjemne bodźce. Ta sztuka nadal nie do końca mi się udaje, ale wiem, że trzeba przetapiać te emocje na determinację.
   Osiągnęłam kiedyś pełną niezależność stresową, dlatego wiem, że jest to możliwe. W tym momencie oddziałują na mnie inne bodźce i potrzebny mi jest nowy sposób. Wciąż go szukam.




Preferuję rozmowy, a nie wrzące dyskusje. Szachy, a nie wojny. Zdrowe odżywianie, a nie tabletki, choć te kiedyś wyciągnęły mnie z choroby, jednak pozostaję przy swoim - lepiej zapobiegać.
   Marzy mi się zatonąć w książkach kształcących w zakresie dyplomacji behawioralnej i psychologii społecznej. Kilka tytułów mam już za sobą, łaknę więcej. Natomiast sama żywa socjologia dookoła, zaczyna mnie irytować, za dużo zepsucia, nerwowości w ludziach...
   Moim marzeniem jest odnaleźć pracę, która byłaby dla mnie, a nie odwrotnie. Małymi kroczkami do tego dążę, choć pierwsze kroki trwają zawsze najdłużej. Tutaj trzeba bardzo dużo cierpliwości, a i tak nie wiadomo, czy się uda. Jednak jeśli nie spróbuję...
   Na szwajcarskich trawnikach zakwitły stokrotki.

Gdy pisałam ten tekst, siedziałam nad zwiędłym tulipanem żyjącym w zgniłej wodzie. Zaczynała już paskudnie cuchnąć. Tak... przypominam to sobie... Bywały takie chwile w pracy, że mogłam przedłużyć sobie przerwę i coś zanotować. A że ja myślę bezustannie, to zawsze mam co pisać.

przeszłość kontra teraźniejszość
stare notatki vs nowe komentarze.
Jak widziałam i jak widzę siebie?




Stare notatki przedstawiają dawną mnie. One powstawały gdy byłam dość mocno zapracowana. Dziś sama wypełniam swoje dni, ale nie leżakuję, nie marnuję czasu, wciąż się uczę, piszę, dbam o obejście, trenuję i wędruję. Nadałam sobie własny rytm dobowy, taką musztrę, chodzę jak w zegarku, wszystko ma być zrobione!
   Podziwiam jak ci, którzy mają wiele wolnego czasu, marnują go na mas-media.

Mój fikcyjny przyjaciel (niestety ideały istnieją tylko w literaturze), powiedział mi kiedyś, że gdy czas nagli, musimy przestać go gonić, inaczej wpadniemy w obłęd.
   O chwilę czasu wolnego muszę bardzo się postarać, a i tak rzadko udaje mi się go wyegzekwować. Skoro on tak myśli, to ja za jego cenną radą, posiedzę sobie obok tego obłędu i popatrzę jak mój drogi przyjaciel sprząta mi mieszkanie, gotuje obiad, odrabia za mnie pracę domową... niech da mi przykład i zrobi to w pół godziny, a ja zajmę się tylko dbaniem o siebie i chodzeniem do pracy oraz szkoły.
   Obawiam się, że gdyby spróbował na trochę mnie zastąpić, wpadłby w psychozę. Dosłownie wszystko, co by musiał za mnie zrobić w tak krótkim czasie, byłoby działaniem wbrew jego filozofii. On i psychoza? Przecież ludzkość byłaby zgubiona! W dniu w którym czara by się przelała, a on zwyczajnie by oszalał, poleciałby gdzieś, odreagować...
   Nigdy nie chciał zgodzić się ze mną, że w tych czasach trzeba być troszkę bardziej elastycznym. 
  Mam niebezpiecznych przyjaciół. (Zapamiętać - nie angażować nadludzi w sprawy przyziemne XXI wieku.)

Ja z przeszłości kontra nadczłowiek absolutnie nie doprowadzać do konfrontacji




A tak było
na długo przed napisaniem
archiwalnej notatki:

Moim planem na życie było zostać wzorem optymizmu i racjonalizmu zarazem. Pomagać, być wsparciem, mieć zawsze dobrą radę... taki Life Coaching. Być dużo między ludźmi, ubarwiać świat - tego chciałam.
   Byłam wzorem osoby zapracowanej - zawsze potrafiącej znaleźć czas wolny. Dla swej świątyni samotności, by celebrować ciszę i rozmawiać z wiatrem.
   Praca na etat w handlu, plus inne zajęcie na ćwierć etatu. Dodatkowe hobby absorbujące mnie we wszystkie weekendy, (taki mały staż w fotografii - moje wyzwanie). Zajęcia na ujeżdżalni co tydzień, i fitness trzy razy w tygodniu.
   Starczało czasu na to wszystko, nie byłam przemęczona, ale za to spełniałam się w wielu dziedzinach - byłam po prostu szczęśliwa i ambitnie zaangażowana w samorozwój.

Dziwne, że parę lat później wychodząc na wiatr, (na alpejski wiatr) czułam jak szarpie moimi włosami, ale nie słyszałam jego mowy. Co pomyślicie teraz? Że zmieniłam życie na gorsze? Że coś się nie udało, że jestem nieszczęśliwa? Nie zupełnie.


Knieć górska.
Roślina trująca.
Występowanie: góry Europy środkowej
miejsca wilgotne, mokre brzegi potoków, ziołorośla i śródleśne młaki.
Od regla dolnego po piętro halne

Szczęściem bywają chwile. To tęcza na tle granatowej chmury. To każda sytuacja zaskakująca i zabawna, wywołana przez mojego męża (my nie jesteśmy normalną parą ;)) To słodka kawa, to długopis i kartka. To muzyka, którą słyszę w słuchawkach. Szczęście to także stan umysłu, o który cały czas jeszcze muszę walczyć. Czytam dalej notatki sprzed roku:

Gdzieś tam jeszcze przebija się cząstka dawnej mnie z poczuciem prawdziwego szczęścia. W świecie kontrolowanym, gdzie do więzienia idzie się nawet za opinię (a myślałam, że to era wolności słowa). Myślałam, że ten świat różni się od tego sprzed tysiąca lat na plus. A czym się różni zmuszanie do pewnych czynności naciskiem psychicznym, od zmuszania karą fizyczną?
   W psychologii jest takie pojęcie "gwałtu mentalnego". Myślisz, że przesadzam? Że to DUŻA różnica? Skoro tak, to pociesz koleżankę, na którą padł cień mobbingu i powiedz jej "nic się takiego nie dzieje, przecież w dzisiejszych czasach szefowie nie biją batem".
   Czym się różni wymuszenie lenne od wymuszenia haraczu? Czym się różnią ulice pełne złodziejstwa od średniowiecznych banitów czających się w lasach? Czy świat rzeczywiście zmienił się aż tak bardzo?

przeszła jateraźniejsza jakrzyżujemy miecze
przeszłość Ziemi teraźniejszość Ziemipostęp jest (ale w technice)




Jak Bóg postrzega dziś Ziemię? Czy Abaddon ostrzy już na nas swój miecz? Czy niedługo wszyscy będziemy rozmawiać kulami?
   W przyrodzie jest coś szczególnego, jest jakaś wibracja, intensywność. Kiedy na nią patrzę, umacnia się we mnie świadomość własnego życia.
   Pobędę tu sobie sama jeszcze trochę, nim opublikuję tę treść. Zastanowię się dłużej nad tymi słowy Popatrzę na pole, na góry, a one na mnie popatrzą...

Znam już zakończenie tych notatek. Została jeszcze cała kartka zapisana maczkiem, kratka pod kratką. Wy dzisiaj nie poznacie werdyktu o samej sobie, bo jestem ciekawa czego się spodziewacie. Do jakich wniosków doszłam pisząc, zmęczona brakiem snu, nieskupiona, nieskoncentrowana?
   A co było jeszcze wcześniej, zanim przyjechałam do tego górzystego kraju? Ważąc słowa w odpowiedzi, ogarnęło mnie właśnie uczucie dość nieczęste - niepewność. Bo nie wiem czy to napisać...
   No dobra.

Kiedyś byłam znacznie pełniejsza życia. Nadal kocham żyć i z radością przyjęłabym nieśmiertelność, mimo iż uważam, że świat jest bardzo niedoskonały.

dawna przeszłośćniedawna przeszłość teraźniejszość. Kółko się zamyka.⥁




Kogo naprawdę widzę, kiedy patrzę w lustro? Po tym tekście zdaje się, że pozbawioną uśmiechu babkę. A jednak silną, zahartowaną w jakichś pospolitych ciuchach, nawet prawie że modnych. Zielone oczy i coraz dłuższe włosy. I naszła mnie myśl - chcę tylko żyć - to szczególne uczucie, jakaś błogość i spokój, jednocześnie także płomień.

Dlaczego ludzie nie patrzą uważniej na otaczający świat? Na mały staw w okolicy, na ptaki, na żyjątka w trawie...

dawna ja dzisiejsza ja
determinacja / słabość / poddanie sięszansa / ? / ?

W Gamplüt znajdują się malownicze miejsca, gdzie można smażyć kiełbaski i cieszyć się spokojnym, acz surowym charakterem środowiska. Mnóstwo miejsca na biwaki umożliwia przyjazd nawet pełną rodziną.
   Rozważamy to w dniu, w którym odwiedzi nas ktoś na dłużej. Cała przyjemność tkwi w prostocie, obiad w górach jest możliwy.
   Do wszystkich punktów biwakowych umożliwiono dojazd samochodem.


Widać już Toggenburg. Wychodzimy na teren otwarty.

W tle dawnej mnie była wiara w swoje plany. Później przemieniły się one w pragnienia, a następnie w świadomość ich nieosiągalności, co doprowadziło mnie do mentalnego upadku.
   Co jest teraz? To zostawię sobie na następny wpis.

Mój nieistniejący przyjaciel mawiał "jeśli coś ściąga cię w dół i nie pozwala wzlecieć, odeprzyj to. Inaczej stracisz na zawsze swoje skrzydła". Na całe szczęście do latania awaryjnie mam jeszcze miotełkę.

Czasami w tym tekście cytowałam Orwella, ale nie pamiętam już gdzie, tak mi się ładnie wkomponował.

Trochę ściąga mnie w dół upartość i krytyczność ludzka. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć, a niektórzy nie docierają wcale do tego punktu. Nie zmieni się w szczęśliwego człowieka ten, kto sam tego nie zechce. Jeśli człek poprosi o pomoc, wtedy można zacząć ingerować. Czy wiecie, że miałam taki moment w swoim życiu, że już nawet nie chciałam pomocy?
   Można dawać wytyczne, ale wskazówki będą zawsze jak grochem o ścianę, może dlatego pewien styl wypracowany w dobrym, szczęśliwym życiu, jest dla wielu nieosiągalnym szczytem marzeń?
   Chciałam wracać czasami do prowadzenia bloga w sposób dawnego, już nieistniejącego stylu. Opowiadać o "kolorowych kreacjach kreatywnego życia", ale obawiam się, że w dzisiejszym sfrustrowanym społeczeństwie, odbierającym wszystko negatywnie przez pryzmat samego siebie, odbierającym wszystko jako policzek w twarz, a moje teorie biorąc za chwalipięctwo lub atak; byłoby to samobójczym strzałem. Z dwojga złego podróże i moje opowieści ze szlaku, sprzedają się na równi, a przynajmniej nie biorą w tym udziału hejterzy. Sama jeszcze nie wiem co pocznę... Możecie mi podszepnąć słówko, w końcu czytelnicy mają ostatnie zdanie.


Przeszedłszy zielone pastwiska, gdzie zimna aura - jak nożem ucięta - zmieniła się w skwar, nurzaliśmy się w ukropie i we własnym pocie. Dążyliśmy już prosto do pięknego miejsca, w którym mogliśmy poczuć komfortową ulgę.
   Dla wszystkich, którzy nadal twierdzą, że przechodzenie z zimna w gorąco, a potem spoceni -znowu w zimno i przeciągi - równa się przeziębienie - oświadczam, że to nie prawda.
   Każdy zdrowo prowadzący się człowiek i zahartowany właśnie takimi zmianami temperatur, nic sobie z tego nie będzie robił. Ani zimno nie będzie sprzyjać zapaleniu płuc, ani wiatr nas nie przeziębi. Zdrowy człowiek nie jest podatny na gwałtowne zmiany temperatur, ani na przeciąg.

A propos przeciągu, właśnie prosto z gorąca, wkroczyliśmy w strefę wilgoci, zimna i wiatru. Znowu. Ale za to jak przyjemnie :)




Woda to prawdziwa zabawa dla fotografa. Lustrzanką można nieźle zabawić się jej wartkim ruchem, zmiękczyć jej ostry nurt, nadać łagodności, rozmyć. Sprawić, że dziki potok górski nagle stanie się magicznym pyłem pośród bajek.
   Opowiem Wam pewną historię, o której dowiedziałam się za pośrednictwem jednej z blogerek.

➤Tydzień temu w kantonie Valais, stado krów popełniło zbiorowe samobójstwo, rzucając się z przepaści swojego górskiego pastwiska. Pastuszkowie nie mają pojęcia co się wydarzyło, gdyż krowy na obecność drapieżnika reagują rozproszeniem, a nie samobójstwem. W stadzie pasły się także jaki, które nie wykazywały żadnych oznak ataku lub prowokacji. Zagadka pozostaje niewyjaśniona.




Jak się czuję na emigracji / jak jestem odbierana:

Na początku, gdy przyjechałam do Szwajcarii, byłam wzorem ambicji. Znalazłam szybko pracę, zapisałam się na kurs języka (tak: tu na miejscu i tak: da się wytłumaczyć obcy język w obcym języku), ale moja dusza zaczynała jęczeć. Ignorowałam ją. Potem zaczęło jęczeć ciało. Spróbujcie spać po 5h dziennie przez 6 dni w tyg., a w dodatku nie mieć zapału do pracy, bo za nią nie przepadacie, jednak musicie pracować czasem po 10h i do tego jeszcze spróbujcie się czegoś nauczyć i odrobić P.D. No przecież samorozwój über alles!!!
   O tym, że przegięłam, dowidziałam się pewnego dnia gdy stanęłam na moście i zaczęłam tępo gapić się w beton na dole. Potępieńcza dusza zamilkła, a ja chyba przestałam nawet oddychać w tej chwili. Na szczęście nie jestem jak stado krów, ani też nie mieszkam w kantonie Valais - być może to uratowało mi życie, kto wie? Nie wolno niczego lekceważyć!
   Bardzo, ale to bardzo dawno temu, w czasach szkolnych, borykałam się z depresją. O tym niewielu wie, nie bez powodu moje znajomości z psycholog szkolnym i z katechetką, kwitły tak uroczo. Wiem z czym to się je, poradziłam sobie. Dlatego wiem kiedy to się zaczyna.
   Możecie sobie pomyśleć, że chyba zwariowałam... świeżo upieczona mężatka, taki piękny kraj i deprecha?

W tajemnej grocie na końcu wąwozu.


Byłam jak woda w rzece, wartka, silna, mocna, zdolna wydrążyć kamień, ale w każdej chwili mogłam się zrypać na pysk z jakiejś śliskiej skały.
   Prowadzicie zharmonizowane życie pełne pasji i ładu? A gdyby ktoś nagle odebrał Wam możliwość wykonywania wszystkich ulubionych zajęć, które Was nakręcały do życia, przerwał Wasz proces na awans społeczny, ograniczył obowiązkami, których się nie lubi i tak zostawił na rok?
   Na szczęście nie byłam sama i zdecydowanie świeża miłość ma tu przeważającą rolę w niedoprowadzeniu się do destrukcji. Tak więc - świeżo upieczona małżonka w tym pięknym kraju, po ponad roku stanęła na nogi. Umowa o pracę skończyła się, dwa kursy zostały zaliczone, pora przyszła na zastanowienie się, co tak właściwie chcę tu robić oraz co chcę osiągnąć.




Prócz spacerowania po mostach w głębi wąwozu,
można było uraczyć się jeszcze wejściem w długie
korytarze jaskini w jednej ze ścian.
Na jej końcu można było stanąć na równi z wodospadem, a nawet nad nim,
pod warunkiem, że nie ma się lęku wysokości,
bo nawet i bez tego, nie trudno tamo zawrót głowy.
Po pierwsze - odpoczęłam. Następnie, poszłam do dziczy pomyśleć. Po wtóre, zabrałam się na poważnie za swoją książkę, co nazwałam swoim celem w doczesnym życiu.
   Dalej uczę się języka, tyle że samodzielnie. Wciąż łykam nowe słówka. Ostatnio odkryłam, przy okazji oglądania amerykańskiego filmu bez lektora, że zdumiewająco dużo rozumiem i potrafię nawet wskazać błędy w tłumaczeniu napisów. Zaczęłam nawet przypuszczać, że o wiele lepiej znam angielski.
   W Polsce zamierzam zakupić podręcznik do angielskiego, tego samego autorstwa, jaki zakupili mi i przysłali pocztą rodzice, do nauki niemieckiego, by porównać, na jakim - na chwilę obecną - zatrzymam się rozdziale. Coś mi mówi, że zatrzymam się dużo dalej, niż jestem teraz w niemieckim.

W korytarzach jaskini.

 Znów mogę o siebie zadbać, jestem skoncentrowana, czuję się o wiele lepiej niż przed rokiem, chociaż nie tak doskonale jak przed trzema laty.
   Samorozwój - to pojęcie znowu ma sens, tak jak kiedyś miało. Pytanie - czy uda mi się wrócić do mnie sprzed lat? Do pełnej życia, szalonej wersji siebie? Coś się kończy - coś się zaczyna, jak mawiał twórca mojej ulubionej historii.




Znam receptę na fajne życie dla siebie, ale nie potrafiłam zetrzeć się z nową rzeczywistością. Ponad to wciąż patrzono na mnie, oczekiwano czegoś, wymagano... Niby to nie ważne, ale jakaś taka wewnętrzna presja rzucała cień na każdy wolny czas, kiedy miałam wyrzuty sumienia nawet z tego powodu, że chwilę odpoczywam. Nie życzę nikomu takiego stresu, ani takiej presji otoczenia.
   W dodatku przykleiło się do mnie kilka głupich metek, opinii wyssanych z palca przez osoby, które w ogóle mnie nie znały. Takie nieprzyjemne kwestie trzeba jak najszybciej odsuwać w niepamięć, nawet przez chwilę nie próbować im się przyglądać i dalej robić swoje. Pomimo tego, że one często wracały i zwalały się na głowę jak stado kamieni w górach.

Na wysokości wodospadu.

Stąd wypływa wodospad.

Jak jestem postrzegana dziś? Myślę, że nadal jestem traktowana mocno protekcjonalnie. Jako naiwna, zbyt swobodna i niestąpająca twardo po ziemi. Lekkoduch, który nic nie osiągnie, tylko te zdjęcia kwiatków wciąż robi ;)
   Z pasji się nie wyrasta, to coś co nadaje życiu wielkiej wartości, a człowieka napędza do osiągnięcia celów, staje się człowiekiem z żelaza - prawdziwie szczęśliwym i odpornym na takie gadanie.
   Niech sobie mówią co chcą, ale ja wiem, że żyć warto nie dla jakichś suchych idei, ale z radością w sercu, pokorą i wielką wiarą. Chcę dawać dobry przykład na to, że z każdych kłopotów da się wyjść z twarzą, choć łatwo nie będzie, bo plany wobec siebie miałam inne i nadal coś się we mnie buntuje. Owszem, tu jest ładnie, ale tak przecież można powiedzieć o każdym kraju.

Stokrotka górska.

A gdzieś tam w oddali
majaczył wielki, jeszcze ośnieżony szczyt.
 Dla tych, którzy nadal uważają, że jestem próżniakiem:

Jeżeli powyższy tekst w całości, nadal nie przekonał - pracowałam nad dwoma projektami pod kątem zawodowym kilka lat. Dodatkowo miałam w zanadrzu jeszcze dwa pomysły na siebie / w razie czego. Wszystkie działania porzuciłam na rzecz mojego małżeństwa, oraz (pozornie) lepszego życia za granicą. Jestem pewna, że gdybym nie zdecydowała się na ten krok, dziś byłabym spełnioną zawodowo i nie najgorzej zarabiającą kobietą, dlatego nie myślcie, że chciałam uciec czy coś takiego. Byłam bardzo zadowolona z życia w Polsce, pomimo rozmaitych problemów, które przemilczę. Ale na tyle zaradna, mądra i samodzielna, że potrafiłam sobie z nimi poradzić. Wygrała miłość, a tamte możliwości utraciłam.
   W tej chwili pracuję nad tylko jednym projektem, ale za to bardzo dopieszczonym. W Polsce nie miałam czasu zająć się nim, nazwałam go pomysłem awaryjnym. Na ziemi helveckiej brak mi pomysłów, więc mam nadzieję, że przynajmniej uda mi się zrealizować ten plan i nie będę już gołodupcem - i żeby była jasność - wcale nie jest mi z tego powodu dobrze i sielsko. Ale mam ambicję by dokończyć projekt i zrealizować cały plan najperfekcyjniej jak tylko potrafię.

Pozostawiam Was z tą refleksją i mam nadzieję, że w Waszej codzienności nie takich barier, których nie dałoby się przeskoczyć - i tego Wam życzę. Dalszy ciąg listu do samej siebie 🔜 wkrótce.

Nawigacja:



16 komentarzy:

  1. Wiesz. Nie każdy ma komfort rozplanowania sobie dnia tak jak mu się to podoba. Z drugiej strony ja się cieszę, że pracuję między ludźmi. Uważam, że praca w domu zdecydowanie nie jest zbyt dobrym pomysłem.

    Znalazłaś sposób na życie na ten moment. To dobrze. Podziwiam Cię też, ponieważ ja jestem osobą, która nigdy niczego by nie porzuciła dla miłości. Ba, nawet nie wiem czy kiedykolwiek kogokolwiek naprawdę kochałam. Jestem realistką, osobą stąpającą mocno po ziemi i ja osobiście już dawno wyrosłam z takich porywów serca. Dziś porywy serca to mam jak jestem na łonie natury, takiej jak ostatnio.

    Już dawno wydawało mi się, że coś jest nie tak. Depresja to podstępna suka. Trzeba na nią uważać i radzić sobie. Każdy po swojemu. Bo moje zdanie na jej temat jest takie, że jak sam sobie człowiek z nią nie poradzi to i nikt inny nie pomoże.

    Trzymaj się ciepło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisałam o czasach, kiedy miałam komfort rozplanowania sobie zajęć. Całe mnóstwo zajęć, które z resztą nawet wymieniłam, co robiłam w Polsce i potem tutaj.
      Z biegiem czasu potrafię powiedzieć, co jest dla mnie najlepsze, jaki tryb. Chodzi o to, że nawet w najbardziej zapracowane dni, trzeba sobie znaleźć czas ja odpoczynek, tak dla umysłu jak i dla ducha. Oraz nie ustawać w swoich pasjach. Ja prawie zrobiłam z dwóch swoich hobby, pracę. Szczyt marzeń.
      W Polsce pracowałam zawsze z ludźmi, potem po wyjeździe do Szwajcarii, dużo się pozmieniało. Jeżeli udałoby mi się utrzymać z książek, to będę pracować w domu. Pisanie to też hobby, od najmłodszych lat bardzo lubiłam pisać i wymyślać różne historie. Jeżeli tamtych marzeń nie spełnię, to może chociaż to jedno. Aż TO.
      Wiem też, że to, co zrobiłam zaraz po przyjeździe, było błędem. Za dużo na raz, źle rozplanowany czas. Ledwo się wyrabiałam, źle to wszystko poukładałam, co dnia miałam wybór, albo zawalę szkołę, albo będę padnięta w pracy. Każdy wybór okazywał się zły, aż w końcu zaczęłam nawalać na obu płaszczyznach. To jest najgorsze - wymagałam od siebie (tak jak zwykle) pracy na 100%, a ledwie starczało mi sił. Aż dziwiłam się, że w Polsce potrafiłam przecież pociągnąć znacznie więcej zajęć.

      Z miłości się nie wyrasta. Mój dziadek (wdowiec) znalazł ukochaną dopiero na jesień życia. Dzięki niemu wiem, że nigdy na to nie jest za późno. Ale nie będę próbować Ciebie przekonywać. Przecież moje czasy singla były pięknymi czasami, nie boję się tego przyznać. Gdyby mąż mnie rzucił, odnajdę szczęście sama, nie boję się tego, ja nie znam samotności.

      Podejrzewałaś, że jest nie tak? Chyba raczej z komentarzy u Ciebie, co? :P
      Jestem tego samego zdania - człowiek jest na tyle silny, nie wolno się poddać na zbyt długo, by nie uwierzyć w swoją bezsilność.
      Nie chodziłam do psychologa żeby się ratować. Chodziłam, żeby mnie zdiagnozował. Byłam wtedy zbyt młoda, by zrozumieć powagę sytuacji. Uratowałam się sama, a teraz rozpoznaję ją niezawodnie i jestem w stanie ustalić nawet czego mi dokładnie brak. Gorzej ze świadomością, że nie mogę tego zdobyć.
      Próbuję wciąż przeć do przodu. Fikcyjny przyjaciel mawia, że najgorzej jest stać w miejscu.

      Dzięki. Ty też się trzymaj, przynajmniej do następnej podróży, bo potem to sama już wiesz ;)

      Usuń
    2. To wcale nie jest takie proste, kiedy nie ma Cię 12, 13 godzin w domu. Wtedy wybierasz-albo czytasz książkę czy robisz coś innego i mniej śpisz, albo się wysypiasz, ale nie masz czasu na inne rzeczy. Nie wiem czy hobby na którym zarabia się pieniądze w końcu nie przestaje być hobby. W końcu presja finansowa jest dosyć sporą presją. Wielu ludzi tak potrafi i ja to podziwiam.

      Łapałaś zbyt wiele srok za ogon. Teraz masz czas, żeby łapać ją powoli, każdą z osobna:)

      Być może się nie wyrasta z miłości, ale z bezmyślnych porywów serca tak. Dosyć wcześnie dojrzałam. Zakochiwałam się już w podstawówce:P No, jeszcze na studiach chciałam rzucić studia i przeprowadzić się na drugi koniec Polski (jaka ja głupia byłam!). Teraz nie ma mowy. Nie zrobiłabym tego. Widzę, że większość kobiet, które się na taki krok zdecydują po iluś latach, nawet czasami po dwudziestu żałują. Tego, że zrezygnowały siebie. Bo to trochę działa tak, że jak raz zrezygnowały to już zawsze będą musiały rezygnować.

      Cieszę się, że tam u Ciebie wyruszacie ciągle w drogę. Zdaje się, że nie masz takiej stagnacji no i dodatkowo uratowało to też Twoją sytuację. Miejmy nadzieję, że i kwestie pracy w końcu się ułożą.

      Ja jak tylko zagląda mi w twarz idę do lekarza, nawet takiego rodzinnego i mówię, że potrzebuję leki. I tyle. Nie patyczkuję się z nią. Najgorzej to chyba cofać się wstecz.

      Usuń
    3. Wiem, czasem pracowałam po 10, po 12 godzin. Czasami prosto z pracy jechałam do hobby, ale czułam się dobrze ;) bo zależało mi na tym, co robiłam. Łapałam wiele srok za ogon, ale uszczęśliwiało mnie to. Nie robiłam tego po nic.
      Jednak nie można wrzucać sobie na barki zbyt wiele, np kosztem zdrowia. Każdy doktor Ci powie, że za chronicznym niedosypianiem kroczy osłabienie organizmu i znaczny spadek odporności, brak koncentracji itd... Żadna z nas nie jest terminatorem - uwzględnij to, kiedy jeszcze raz się zastanowisz, czy położyć się spać, czy poczytać książkę.

      Mając pracę w CH, za którą nie przepadałam i kurs, który był bardzo ważny, na obu frontach doprowadziłam się do frustracji. W takiej sytuacji, kiedy pracujesz i się uczysz, nie może zaistnieć "coś kosztem czegoś", bo potem nie nadrobisz nawarstwiających się zaległości ani tu, ani tam. Nie uznaję robienia czegoś na pół gwizdka - jeśli w coś się chcę zaangażować, to na maxa.
      Taki podział zajęć był błędem. Jestem nie tylko realistką, ale bardzo krytyczną perfekcjonistką. Być może sama siebie podkręciłam do całkowitego wyczerpania baterii, a jak zauważyłam, że to nic nie daje, odpuściłam. Tu objawił się mój upadek.

      Kiedy w PL wypełniłam swój kalendarz po brzegi zajęciami, które lubiłam, byłam zadowolona. Dlaczego?
      Teraz znajdź różnicę w "moim przed" i w "moim po". Werdykt jest oczywisty.

      Kiedy robiłam to co kocham, potrafiłam ciągnąć nawet na krótkich drzemkach, być zadowoloną i wydajną, bo to pasja. A potem jeszcze miałam siłę iść do zwykłej roboty, którą miałam na pełny etat. Wiedziałam, że się zarzynam ale wiedziałam, że robię to po coś, np. by rzucić robotę, która mnie nie interesuje i zaangażować się w nową przyszłość. To miało sens, a musisz wiedzieć, że jestem długodystansowcem, nie interesują mnie półśrodki.
      Jeżeli Ty widzisz sens w swojej pracy i swoją przyszłość w niej, to w porządku. Jeżeli nie, to coś jest nie tak.
      Czasami można coś zmieniać kilkakrotnie w ciągu krótkiego czasu, aż w końcu dojdzie się do tego wymarzonego stanu, kiedy praca uszczęśliwia, albo przynajmniej nie unieszczęśliwia - a to już coś.

      W Polsce zmieniałam nie tylko miejsce pracy. Także miejsce zamieszkania - dużo łatwiej było przeprowadzić się do miasta, w którym pracowałam, by skrócić czas dojazdów. Przemyśl to sobie.

      A i tu mnie masz, bo trochę się boję, że za jakiś czas będę żałować mojej decyzji o emigracji. Nie sądzę przy tym, żeby mi uczucia przeszły, bo z takich pomyłek ja zdecydowanie już wyrosłam. Nie wyszłabym za mąż mając wątpliwości.
      Te wszystkie porywy serca, inne związki doświadczyły mnie. Nauczyły odróżniać zwykłe zauroczenia. Tylko że za uczuciem w parze idą inne decyzje. Tych nadal nie jestem pewna.
      Nie powiem jednak, że niczego nie zyskałam. Być może nigdy bym nie pomyślała, że może mi się podobać na szlaku górskim i że mogę polubić wspinanie. A daje mi to wiele - przede wszystkim wyłącza umysł. Jak już wielokrotnie się przyznawałam, ja myślę bezustannie. Przy podejściu nie mam siły myśleć, mózg skupia się na podtrzymywaniu funkcji życiowych :P
      A tak poważnie - nigdy nie przeżyłam większego restartu duszy. Większego nie - natomiast równy temu - tak. Tylko w galopie.
      Toteż małżeństwa żałować nie będę, ale porzuconych szans pewnie tak. Na szczęście nie były ostatnimi pomysłami na siebie.

      Fikcyjny przyjaciel dokładnie to mówi w ten sposób:
      "Lepiej bez celu iść naprzód niż bez celu stać w miejscu, a z pewnością o niebo lepiej, niż bez celu się cofać."

      Usuń
    4. Właśnie o ten sen mi chodzi, że on jest ważny i nie można nic robić więcej kosztem snu, bo predzęj czy później organizm się upomni o swoje. I ja jestem perfekcjonistką, więc znam ten ból.

      Widzę sens w swojej pracy i nawet nie chcę zmieniać branży. Każda praca, jeśli masz pracy za dużo i musisz pracować szybciej, szybciej, szybciej w końcu Ci się ulewa. Gdybym mogła siedzieć i dłubać swoje byłoby spoko.

      Nie. Nie. I jeszcze raz nie. Nie chcę mieszkać w Katowicach. To jest miejsce, w którym raz się próbowałam zaadaptować i mi się nie udało. Nie będę próbować ponownie. Moje miasto jest fajne, mam tu wszystko, czego mi do życia potrzeba poza własnym mieszkaniem:P

      Tak to trochę wygląda. Nie mówię o żałowaniu małżeństwa, mówię, że ja nigdy bym się na to nie zdecydowała. Nie stać mnie na takie poświęcenie, co więcej moim, zupełnie subiektywnym zdaniem to bez sensu, że kobiety się zawsze muszą przeprowadzać. Bardziej myślę o tych wszystkich tęsknotach i brakach, które masz w sobie, że one się będą bardziej i częściej odzywać. Ja po dziś dzień żałuję wyprowadzki z Krakowa. Uwielbiam to miejsce niezmiennie od wielu lat i uważam za swój dom.

      Czy Ty, czy ja zawsze będziemy doszukiwać się zysków w każdej sytuacji. Bo takie już jesteśmy. Inni widzą tylko te złe strony, my szukamy też dobrych. Nie zmienia to jednak faktu, że nie możesz powiedzieć, że jesteś w pełni szczęśliwa, tak jak i ja nie mogę tego powiedzieć. Taki ambaras.

      Usuń
    5. Trafiłaś w sedno. W moje czułe sedno.

      Usuń
  2. Witaj Hexe.
    Jestem pod wrażeniem. A cała reszta to betka.
    Iść, ciągle iść w stronę słońca...
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A idąc w stronę słońca, najważniejsze żeby posmarować się dobrym filtrem i ogólnie żeby za gorąco nie było... :D ;P

      Usuń
  3. Aniu piękne plenery... jak zawsze z resztą.
    Ciągle dowiaduję się o Tobie czegoś nowego. Hmmm... Twoja praca nad sobą bardzo mnie ciekawi i inspiruje :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Praca pomimo przeciwności to może być ciekawa ścieżka. Zawsze po latach przyglądam się swoim perypetiom i cieszę się, że dałam radę.
      A jeszcze bardziej cieszę się, że inspiruję innych. Mnie na przykład ciekawi zawsze - w czym przyznanie się do upadków, pomaga innym ludziom? Może w uświadomieniu sobie, że zawsze można coś zmienić? Literatura upadku, szczególnie ta autobiograficzna, ma nieprawdopodobną popularność.

      Usuń
  4. No witam w klubie. hehe W upalne dnie, ja również marzę, by zmarznąć. Nie normalne osoby są the best (dla mnie). :D Zachwycam się pochmurnymi zdjęciami. Ależ ty musisz tam magię, widząc to wszystko na żywca.

    Notatki z przeszłości mnie wzruszyły, a to dlatego, że twoje słowa są mi teraz tak bliskie. Bardzo mi się podobają takie wpisy. Czuje prawdziwe emocje. Nie czytam bzdet typu ' Wystarczy chcieć i wszystko się uda'. Dopiero Cię poznaję, ale jesteś dla mnie osobą bardzo ciekawą, silną i po prostu wiem, że ukończysz swoją książkę. Jesteś typem wojownika. Również wybrałabym miłość, bo praca, kasa nigdy jej nie zastąpią. Próżniaka to ja w tobie już zupełnie nie widzę.

    Kiedyś też miałam wiele szans, wielkie plany, a teraz, no nie wiem. Teraz chce po prostu żyć w zgodzie ze sobą.

    Zawsze po przeczytanie twojego tekstu myślę o nim przez parę dni. Piszesz z serca i czuć to na maksa. Chętnie przeczytam koleją część, twoje opinie, twoje przemyślenia.

    Olać jak co niektórzy cię widzą. Ty masz żyć tak, jak czujesz. Nie musisz wiele osiągnąć, no, chyba że chcesz.

    Ja Ci we wszystkim kibicuję i dla mnie jesteś perełką w gąszczu mułu, która wie co ważne, która nie boi się być sobą.
    Nie udajesz super perfekcyjnie szczęśliwej kobiety. Twoje teksty są pomocne, są czymś, czego długo znaleźć nie mogłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aktualnie pada. Przeciętny Kowalski będzie ze smutkiem patrzył przez zapłakaną szybę i ziewał, zaparzając kolejną dziś kawę. Ja zdążyłam zmoknąć na 40 - minutowym joggingu, bo zimności i mokrości najlepiej hartują ciało i człowiek się nie przeziębia, a potem padłam w domu na podłogę i zrobiłam 20 min. ćwiczeń z obciążeniem na całe ciało. 15 min porządnego streczu, potem relaksująca kąpiel i na koniec kawa kokosowa z izolatem.
      W tym samym czasie Kowalski ani razu się nie uśmiechnął, przeczytał na pewno kilka frustrujących artykułów z codziennej prasy, z rozrzewnieniem spojrzał na sprawy, które ma dzisiaj do ogarnięcia, wsuwając czekoladową muffinkę.
      A ja już niedługo biorę się za swoje sprawy, załatwiam w trybie "combat" i owocnie kończę wszystkie prace w terminie. Można? Można!
      Wszystko zależy od nastawienia. Nie ma złej pogody.

      Jeżeli moje słowa są Ci bliskie, to znaczy, że przeszłaś, bądź przechodzisz coś podobnego.
      Bardzo lubię pisać o sprawach osobistych, dlatego że dla mnie to swego rodzaju spowiedź. Oczyszczenie i wnikliwa analiza, której się nie wstydzę. Nie raz już podczas podobnych wpisów, odkrywałam w sobie coś, co pomagało mi wreszcie odciąć się od opisywanego problemu. Pisanie jest dla mnie jak auto-terapia.
      Lubię czytać pamiętniki (internetowe i książkowe), w których jest szczerość wyznań. Działają na mnie pobudzająco, motywują do zmieniania życia na lepsze, ponieważ mamy je tylko jedno, a Bóg przykazał nam żyć w pogodzie ducha. :)

      Najważniejsze, to nie robić niczego przeciwko sobie i nie dać sobą manipulować.

      Kiedyś olewałam to, jak inni mnie widzą. Liczyłam się ze zdaniem najbliższych, cała reszta to obcy dla mnie ludzie. Jednak obecnie doświadczam osób, które interpretują mnie jako obiboka, a wszystkie moje słowa wypaczają na lewą stronę. To jest taka sytuacja, w której otwierasz serce i żalisz się jak ci ciężko, bo nie wyrabiasz fizycznie śpiąc 5h dziennie, a następnie słyszysz za plecami "ona to by tylko chciała spać, dla niej to jest najważniejsze."
      Jeżeli to był żart, to na tle podobnych przytyk, sprawił, że pożałowałam swojej otwartości i wylewności. Może inna czytelniczka, która czyta mnie trochę dłużej niż Ty, miała jednak rację, pisząc mi pewnego razu prywatnie, że po kilku spotkaniach nie warto się poddawać, ale po kilku latach nie warto się starać, bo do tanga trzeba dwojga.
      Wiem, że na mój język wylewa się teraz osocze draństwa (to bardzo nieładnie myśleć o kimś w ten sposób), ale patrzę prawdzie w oczy. Do tego potrzebne mi są takie wpisy. Przyglądam się sobie i sprawdzam, kto ma rację. A z tamtą czytelniczką już się nie będę wykłócać o tworzenie więzów rodzinnych. Ja nie jestem wypaczona, ani sucha emocjonalnie, wprost przeciwnie, ja to wiem.

      Dziękuję za Twoje wszystkie mega-ciepłe słowa!. Cieszę się, że moje dywagacje nie lecą w próżnię, że ktoś czyta te notatki od deski do deski i na dodatek świetnie rozumie :)

      Usuń
    2. Tak czytam i się zachwycam. Jesteś osobą, która mobilizuje do większej otwartości, do mówienia na głos co czuję, czego pragnę, a co mi nie odpowiada. W końcu jestem wolnym człowiekiem.
      Nie widzę w Tobie obiboka, tylko fajną kobitkę z charakterem, który mi pasuje!!! Więcej takich ludzi!!!

      Usuń
    3. Gdyby ludzie ze sobą rozmawiali, byłoby mniej awersji.
      Dziękuję z całego serca :)

      Usuń
  5. Zmarznąć powiadasz latem? Hm. Hartowanie, czy aplikujesz sobie zamrażanie? To było takie moje pierwsze pytanie, gdy zaczęłam czytać ten tekst. A potem czytałam, spoglądałam na krajobrazy- tak jakbym była z Tobą na tej wędrówce i słuchała Twoich przemyśleń. Jak widać, sztuka oczyszcza. Z każdym oddechem świeżego powietrza, usuwałaś na papier "dym", przysłaniający Ci jasne myślenie... Po czym dotarłaś do źródełka? Emigracja? Z jakiegoś, najczęściej bardzo ważnego powodu jest Ci, jak te góry do czegoś potrzebna. Ale o tym tylko Ty wiesz, lub się dowiesz...

    Następnie wróciłam do początku wpisu i napawałam się tylko widokiem tych pięknych krajobrazów. Raj dla oczu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hartowanie niskimi temperaturami pobudza organizm do działania w obronie przed infekcjami. Nie przeziębiam się. Wystarczy nie hodować siebie pod kloszem, wychodzić z domu, nie bać się zmarznąć - ruszać się, uprawiać sport na powietrzu. Tak niewiele, ale tak ułatwia życie, bo kiedy grypa szaleje, bywało, że ja jedna trwałam na posterunku w pracy, nie pociągając nosem.

      Pięknie to ujęłaś. "Z każdym oddechem świeżego powietrza, usuwałaś na papier "dym", przysłaniający Ci jasne myślenie...". To właśnie robi z człowiekiem wychodzenie w naturę. A jeśli emigracja była mi do czegoś potrzebna, dopiero się tego dowiem. Wierzę, że Bóg stawia nam pewne rzeczy/wydarzenia w naszych życiorysach nie bez przyczyny. To nie przypadek, że tutaj jestem. Pewnie za parę lat znów zrobię takie zestawienie czasów, a wtedy będę doskonale wiedziała, dlaczego tu przyjechałam.

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.