środa, 24 maja 2017

Zapraszam Was do siebie.

Chcę być jak woda - wystarczająco silna,
by zatrzymać statek, ale tak słaba, by przelecieć przez palce.



Zapomnijcie, jeżeli myśleliście, że to będzie MTV Cribs. Dziś zapraszam Was na nietypową wędrówkę, bo miast długiej podróży w nieznane i dzikie, oprowadzę waćpaństwo krok po kroku po tych szwajcarskich zakątkach, w których najczęściej straszę. Czyli: wychodzimy rano z domu i ja zaczynam opowieść.
   Żeby nie było za nudno, pominę klatkę schodową i blokowisko. Zacznę od Renu, a właściwie od tego, co go porasta. Wiosną rzeka jest szczególnie ubarwiona pstrymi ziołami.
   Bardzo lubię zdjęcia makro, bawię się tym obiektywem, choć nie do końca jeszcze potrafię, nadal ziarno wychodzi...

Obecnie jest inwazja ślimaków. Ten gatunek np., lubi zdobywać jedzenie a wysokości. Całe łany żółtych kwiatków są oblegane przez głodne mięczaki.
   Ale niech Wam nie będzie żal tych roślin, bo to "niezłe ziółka". W naturze ZAWSZE jest sprawiedliwość. Przeczytajcie podpis pod zdjęciem.

Szelężnik większy. Roślina trująca.
Jest półpasożytem - młode rośliny zapuszczają ssawki do korzeni traw,
od których czerpią składniki pokarmowe. Stąd od dawna uważany za "szkodnika łąk".
Możecie sobie mówić co chcecie, ale ja bardzo lubię taką pogodę. Jet mi wystarczająco ciepło, aby ubrać się lekko. Chmury malują na niebie rozmaite, szare wzory, a zapach powietrza orzeźwia. Jest wilgotno, co cenię sobie niezmiernie. Nie znoszę suchego, upalnego powietrza.
   Uzmysłowiłam sobie wtedy jak bardzo tęsknię za Warmią... Za tym, że była w zasięgu, że zawsze mogłam się urwać w tamte rejony, choćby na dzień lub dwa.
   Jedni zazdroszczą mi tego, że mieszkam w Alpach, z kolei ja zazdroszczę innym tego, że mieszkają na Pojezierzu. Nic mi nie zastąpi gładkiego lustra jeziora.



Pozostałych roślin nie potrafię nazwać. Jeżeli znacie któreś z nich, chętnie skorzystam z pomocy i uzupełnię braki w tym poście.





Pójdźmy jednak na północ, tam płynie mała rzeczka o nazwie Simmi. Jest dopływem kanału śródlądowego. Najładniej wpada do Renu - miejsce to nazwałam Lazurowym Wybrzeżem, ale nie jest to moja okolica, więc dziś go Wam nie pokażę. Jeśli chcecie zobaczyć, czemu zawdzięcza tą nazwę, zapraszam TUTAJ.
   Rzeka ma 14,6 km długości. W celach ochrony zabudowań, została wyprostowana i ograniczona wysokimi wałami. Podobnie jak Ren, dlatego moim zdaniem obie nie zachwycają urokiem. Przecież zakola rzeczne i gęsto porośnięte brzegi, mają najcudowniejszy urok.
   Jednak rozumiem założenie, w tej chwili poziom rzek jest bardzo wysoki, nie da się już zejść do koryta i przesiadywać na sztucznie utworzonych hałdach kamieni. Wiosną, kiedy w górach topnieje śnieg, wszystko ma ujście w zamieszkałych przez ludzi dolinach. Okopywanie ich jest konieczne. Tak jest bezpieczniej.


Nieopodal są tory kolejowe. Kiedy przejazd się zamyka, pipa. Pipa niby daleko, pipa znośnie, ale wieczorem gdy usypiamy, zawsze wiemy, że będzie jechała kolej. To nie przeszkadza, gorsze są dzwony, które walą przez kwadrans od 4 rano. Niby są daleko, ale nieznośnie WALĄ!
   Współczuję mieszkańcom wiosek, w których stoją kościoły. Znajomy mieszka pomiędzy dwoma. Gdy jeden cichnie, załącza się drugi. Świeć mu Panie nad jego cierpliwością... (Doszły mnie słuchy, że miał się przeprowadzać).


Rozejrzyjmy się tu trochę. Buchserberg i Werdenberg czyli zalążki Alviergruppe. Użyjmy sokolego wzroku i spójrzmy na rzadko rozsiane po trawiastym terenie, gospodarstwa.



Odwróćmy się na chwilę za siebie. To co widzimy to góry Liechtensteinu. Czasem po nich łazimy. Z jedną z liechtenstein'skich gór czeka mnie w tym roku rewanż, bo dawno temu zaliczyłam "wycof". Jeżeli na nią wlezę, to znaczy, że mogę udać się z misją na Dziada. To taki mój wyznacznik w skali trudności.


A przed nami: oto jej szanowna mość, chlubny majestat i moja nienawiść od pierwszego wejrzenia, BANDYTKA, czyli Alpstein. Alpejski kamień - w istocie, to gigantyczny głaz ze strzelistymi kłami, mówiący całym sobą - wchodzisz na mnie na własną odpowiedzialność. Takich gór to chyba nawet ubezpieczenie nie obejmuje.
   Alpstein - lewy do prawego. Normalnie na jednym zdjęciu nigdy się nie mieści:

Powiększ.
Powiększ.
Powiększ.
Marzy mi się aby przejść ją całą po grani. I pewnie to zrobię, bo marzenia są po to, aby je spełniać.
A teraz popatrzmy na nią z bliska, opowiem Wam o kilku miejscach
   Na poniższym zdjęciu, w drzewach, tuż pod najwyższym kablem wysokiego napięcia, taki szary kwadrat - to Zamek Sax. Z bliska możecie zobaczyć go TUTAJ, ciekawa galeria, bo byłam tam zimą w śniegu.
   Naprawdę często tam chodzę. Lubię sobie odpocząć w cieniu jego murów i poczytać książkę.


Ostatni skrawek cywilizacji, najwyżej położone domostwa zaadresowane na miejscowość SAX. Ciężko spacerować po tej ośce, każdy bowiem wiąże się z potem, brudem i gorącem. Cywilizacja, ale idzie się pod górę, nic na to nie poradzę, w górach nigdy lekko nie ma.
   Pomyślcie sobie, jakie my proste życie mamy na polskich nizinach. No chyba, że któryś z moich czytelników jest góralem. Przyznać się, jest tu ktoś spod Tatr? 👀 Ja się przedstawię: jestem z centrali kraju - z Łodzi - i dotąd nic nie wiedziałam o tym jak się żyje w górach. Wielki szacun!


Staubern. Od dwóch sezonów tam nie byłam. Remont kolejki spowodował, że szlak został zamknięty. Wielka szkoda, bo straciłam "swoje miejsce", które znajduje się mniej więcej w połowie wysokości tej góry. Czasami chodziłam do tego punktu żeby posiedzieć, popatrzeć na to wszystko z góry, pomyśleć... Zainteresowanych zapraszam TUTAJ. Szlak na Staubern jest o wiele trudniejszy niż Saxer Lucke, który pojawia się na blogu najczęściej. Wybaczcie powtarzające się opowieści z tych samych szlaków, ale muszę czasem zrobić rekonesans...


Hoher Kasten zdobywaliśmy z mężem na początku kolejką górską. Dopiero później zaczęliśmy się wspinać. Przecież ja w tamtych czasach nawet jeszcze odpowiednich butów nie miałam...
   Dla zainteresowanych, jak wygląda szczyt z bliska, zapraszam TUTAJ. Galeria naprawdę warta uwagi.


Na poniższym zdjęciu nie ma szlaku, jest bałagan. Na Bandytce ogólnie panuje chaos. Czasami trzeba schodzić ze szlaku, bo leżą jakieś drzewa powalone, albo wodospad tak przybrał na sile, że musisz się zmoczyć, albo leży hałda śniegu i trzeba obejść, albo tam gdzie najmniej się tego spodziewacie, pasą się krowy, które nie pozwalają Ci przejść, bo całe stado musi Cię najpierw powąchać... no cuda panie!


O tym jak ważne jest, by upewnić się przed wędrówką, jakie mamy warunki na szlaku, szczególnie jeżeli nie posiadamy odpowiedniego sprzętu, pisałam już raz, ale czuję się niemalże w obowiązku powtórzyć te teorie, ponieważ to nie jest portal alpinistyczny gdzie mam do czynienia z profesjonalistami. Wiem, że niektórzy z Was trafiają do mnie jako nowicjusze planujący podobne eskapady górskie. Wiem, bo niektórzy z Was piszą do mnie prywatnie z pytaniami. I choć nie jest to poradnik górski, a prywatny blog lifestylowy, nie omieszkam podrzucić kilku moich pomysłów.
   Góry potrafią nieźle zaskoczyć, nie raz już zdarzył mi się tzw. "wycof". Istnieje kilka metod na to, aby tego uniknąć:
  1. Czy wiecie, że niektóre góry w Szwajcarii posiadają Webcam? To dobra metoda, aby skontrolować warunki panujące na szlaku. A jeśli dany szczyt nie ma połączenia z internetem, to z pewnością ma kamerę inny, okoliczny, o podobnej wysokości.
  2. Zabawną metodą będzie użycie w tym celu portalu społecznościowego, np Face Book, na którym można znaleźć FP góry i konkretnego szczytu. Taka strona składa się wyłącznie ze zdjęć ludzi, którzy wspięli się na dany wierzchołek, a później wstawili swoje selfi oznaczając lokalizację. Wówczas ich ostatni wyczyn ląduje na tejże stronie, a my możemy obczaić jakie mamy aktualnie warunki na szlaku.
  3. Jeżeli mamy okazję, bo znajdujemy się nieopodal naszego planowanego celu, możemy użyć sprzętu z bardzo dobrym zoom'em, (albo po prostu lornetki), który umożliwi nam bezpośrednie zajrzenie na szczyt, a także dokładne zlustrowanie drogi, oczywiście jeśli ta, nie jest porośnięta gęsto drzewami. Na kilka dni przed dzisiejszym "obchodem", zrobiłam to zdjęcie:
Ostatni bastion Alpstein / Saxer Lucke. To bardzo strome podejście, w którym śnieg potrafi zalegać do lata. Idziemy tam? Widzę, że już można.


Pokazałabym Wam gdzie najbardziej lubię przesiadywać, a potem popatrzylibyśmy na moje bloki z góry. O.K? No to chodźmy 😎
   Tak straszę i straszę tą Bandytką, ale tam wcale nie jest niebezpiecznie, jeżeli oczywiście trzymasz się wytyczonej drogi i nie robisz głupstw. Podejście w to miejsce gdzie się wybieramy, oceniłabym na T3, czyli taką trochę trudniejszą drogę górską.
   Szlak nie zawsze jest widoczny, czasami jego wąska ścieżyna gubi się pomiędzy trawiasto-skalistymi fałdami na odkrytych terenach, a czasem znika pod zwalonymi drzewami i trzeba iść dookoła, na co uczulam - bez butów trekkingowych nie ma szans, to już nie spacer. Chociaż teoretycznie nie zdarzają się piargi, to jednak bywa ślisko i błotniście, a kamorów leży na drodze mrowie.
   Początek jest łagodny, wiedzie przez las, który wiosną pięknie kwitnie. Uwaga na bąki i pszczoły.



Jako wiedźma i jako druid z zamiłowania,
pokażę Wam jak się zaklina kozy. Włączcie dźwięk!


"Wieczorny letni sen kołysał ziemię
a wiatr brzeg pieścił falami
Spotkałam oczy Twe
Uciekłam z sinej głębi gdzie
przeszłość zamknęłam ze snami"

Czasami śnię rozmaite historie. Czasami przeglądam się w nieznajomych oczach, świadoma intencji na podstawie których układam portret psychologiczny. Powinnam wtedy wiać, powinnam wystrzegać się takich snów. Jednak w tych lustrzanych oczach widziałam jak intencje istniały przecząc jego naturze.
   U wezgłowia łóżka czaił się koszmar, ale nie zbliżył się do mnie. Rzucał tylko cień na mój sen, który bardzo zawile zaczynał ujawniać swe znaczenie.
   W ten oto sposób, sen okrył mnie mirażem letnich ścieżek wespół z tym dziwnym kimś o nieludzkich oczach. A potem przyszedł poranek i otworzyły się przede mną realne, prawdziwe szlaki.

A teraz pokażę Wam jak się zaklina krowy:


Bardzo interesujące miejsce na tym masywie górskim to wodospad. Poprzednim razem zmoczył mnie całą, tym razem jednak ledwie siąpił.
   Lubię zatrzymać się w tym miejscu, robić zdjęcia, odpocząć, chociaż słońce grzeje tu zawsze niemiłosiernie. Bryza z wodospadu ratuje sytuację.
   Tu odbyło się tankowanie bidona. Woda na takich wędrówkach, szybko znika, był prawdziwy upał. W górach słońce jest zawsze dużo mocniejsze. Nawet sobie nie wyobrażacie jak bardzo...


Nurzanie dłoni w wodospadzie, stanie w potoku jak zaklęta, jak skała - coraz silniejsza...
"Wąska nić świtu
coraz częściej wszechobecna
w mojej pogoni za wspomnieniem"

Słońce było nieznośne. Po powrocie z wędrówki, termometr w dolinie wskazywał na 30 stp. C To by oznaczało, że znajdując się o ponad 1000 m wyżej, grzało potwornie.
   Kilka lat temu zapewne padłabym na tym szlaku trupem. Kilka lat temu nie byłam w stanie zdobyć tej góry, pomimo dwóch prób. Dopiero później za każdym razem poszłam gdzie tylko chciałam i z biegiem czasu zaczęłam czuć się na tej górze jak w domu. Nigdy już nie nie zabieram na nią mapy, z każdego miejsca potrafię określić, ile jeszcze zostało do szczytu.


"Słonce znów płoszy mnie
tysiącem oczu tnie
Pastwi się ….
W nim odpływam
Twarz twoja tu on tam
w głębin więzieniu
gdzie moje serce spoczywa."

W słońcu można poczuć się jak w solarnym więzieniu. Niespieszność jest najważniejsza, nie ma potrzeby gnać do przodu. Najważniejsze jest picie wody oraz węglowodany w posiłku, które wypalają się sto razy szybciej.
   Upał na tej wysokości naprawdę parzy. Mamy zawsze dwa wyjścia - albo okryć się szczelnie i pływać w bulionie z człowieka, albo rozebrać się i wysmarować dobrym filtrem mineralnym. Z dwojga niekomfortowych sytuacji, wybrałam to drugie.
   Marzą mi się luźne ubrania zakrywające całe ciało przed słońcem, wykonane z naturalnego lnu, tak jak nosili się w średniowieczu. Pewien łazior pustynny polecał. Tylko gdzie takie zdobyć? Ktoś wie?

Zróbmy sobie znów krótką przerwę, w upale trzeba oszczędzać siły. Mam skłonności do przegrzewania się, więc muszę uważać i dokładnie wsłuchiwać się w swoje ciało. Przede wszystkim nie spieszyć się niepotrzebnie, przecież nikt mnie nie goni. I tak wiem, że dojdę na szczyt szybciej, niż podano w przybliżeniu na znakach.
   Skoro już tu jesteśmy, to rozejrzyjmy się trochę.

Został najtrudniejszy odcinek. Wąska, stroma droga, otwarty teren, będziemy wystawieni na ogień jak jako na patelni.


Dolina, w której mieszkam. Gdzieś tam dalej, błyszczy się w słońcu Ren.



"Więc wracam tam błądząc we śnie
Twój głos wciąż woła mnie(...)
Wiem, że oczy twe przechodzą mgłę,
przyzywać będą mnie.
Więc wracam tam błądząc we śnie
Twój głos wciąż woła mnie"

Wspomnienie snu barwi moje myśli poezją. Co siedzi w głowie zasapanego, niezbyt czystego i zdeterminowanego wędrowca, brnącego na sam alpejski czubek? Tam w głowie tli się często wiele myśli na raz. Przechodzą od jednej do drugiej, nazywając wzniosłymi słowami, zapamiętując, wnioskując i zachwycając się tym, co dzieje się wokoło.
   Krajobraz potrafi zmieniać się z każdym metrem. Wysokość ma tu wielkie znaczenie jak i chmury, które potrafią potulnie sunąć, dotykając skośnej ziemi. Tym razem jednak żadna nie spłynęła niżej. Prawie ich nie było.

Nad nami wielka skała. Raczej nie do zdobycia, chyba że praktykujesz prawdziwą wspinaczkę.




Podnosimy dupska i ruszamy dalej. Nie ma zmiłuj! Jak mówiłam, to nie spacer.


"Pytasz czym jest wiatr
niosący moje myśli przez pustynię
Bezmyślnie pospiesznie
odpowiadam
Nietoperzem w nocnym przelocie
który uwił sobie gniazdo
na końcu jednego z moich światów…"


Mijamy gospodarstwo. W lecie pasą tutaj owce.
Zadziwiające, że domy stoją pomimo osuwających się skałek.



Posłuchajcie tego, nawet kukułkę słychać:


"Z kwiatów zrodziłeś moje uczucie
Zapach pewności i miłość..."

I oto jestem w centralnym miejscu Saxer Lucke, pomiędzy dwoma wysokimi ścianami. Po dokładnym zlustrowaniu FP tego miejsca, stwierdzam, że ludzie nie potrafią zrobić zdjęcia Gór Krzyżowych, które stąd najlepiej widać. Ja się nie chlubię jakimiś szczególnymi umiejętnościami, ale gołym okiem widać, po prostu widać te kły. A u nich na tych zdjęciach nic nie ma prócz światła i cienia.
   Pora także na piknik. Towarzyszyła mi wieszczka, która raz skorzystała z okazji, gdy przeszłam grań Bandytki. Robiłam zdjęcia po drugiej stronie podczas gdy ona próbowała znaleźć jakieś okruchy w moim lunchboxie. Przykro mi, ja też jestem głodomór, wylizałam go ;]




Góry Krzyżowe.
Punkt centralny - Luka pomiędzy dwiema wysokimi skałami. Przejście na drugą stronę góry.
Północne zbocze jest w tej chwili nadal zaśnieżone i niebezpieczne. Panuje tam cień przez calutki dzień, dopiero promienie zachodzącego słońca, łagodnie liżą błyszczącą, białą połać. Roztapianie tej strony góry, odbywa się do późnego lipca.
   Tylko raz wybraliśmy się przedwcześnie, celem przejścia lewym szlakiem do Staubern, skończyło się wycofem. Relacja TUTAJ.
   Tym razem tylko grzecznie wyjrzałam za grań i nie zapuszczałam się w te ślepe zaułki.






Schodzimy na dół i idziemy do domu prosto pod prysznic, a potem na zasłużony obiad. Wejście na szczyt zajął nam zaledwie 3 godziny, to nie tak dużo. Zejście tylko 2. Wiem, że schodząc, nie powinno się tak galopować.
   Nie uważam się za specjalistkę w dziedzinie gór. Niektórymi szlakami po prostu idę na pamięć, nie umniejszam jednak znaczenia najwyższej uwadze, koniecznej w górach ZAWSZE. Kolana mniej mnie bolą kiedy galopuję, bo jak schodzę powoli, to dokładniej je sobie rozwalam.

Mam nadzieję, że podobał Wam się spacer i "nie-spacer" i że ta odrobina poezji wplecionej między zdjęciami, nie znudziła Was zbytnio.

____________________________________________
Wszystkie cytaty pochodzą z utworów
polskiego zespołu Batalion d'amour.
Pewien klucz, do którego odwołuje się sam zespół,
to rockmetal z elementami gotyku i progrocka.
Takiej muzyki najchętniej słucham.

10 komentarzy:

  1. Fajnie jest tam u Ciebie:)
    Mieszkając w takiej okolicy, to wiosną raczej mało czasu spędzasz w domu. Pewnie gna Cię w góry non stop.
    Kurcze, ja chyba bym się bała mieszkać u podnóża skał, które w każdej chwili mogą się osunąć.
    A może to po prostu kwestia przyzwyczajenia.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie to cały rok rzadko mnie trzyma cokolwiek w domu. I na całe szczęście mój mąż podziela ze mną to zamiłowanie. :)
      W góry mnie gna, bo w nizinie brakuje mi lasów, bliższej przyrody... W Polsce miałam podobnie i jeździłam często na Pojezierze, albo przynajmniej w każde wolne udawałam się na przebieżkę do lasu. Taki już mój urok, że ciągnie wilka do lasu.

      Zastanawiałam się długi czas nad tymi chatkami. Ale w sumie... ilekroć tam jestem, nie widzę, by te skały obsunęły się bardziej. Ludzie dali tej górze wysoki kredyt zaufania.

      Kwestia przyzwyczajenia, a może zobojętnienia się na góry, bo mieszkają tu od urodzenia? Czas pokazuje, że można przyrodzie ufać.

      Usuń
  2. 3 godziny pod góre...:O No brawoooo... ja chyba bym padła. Tak patrzyłam na te zdjęcia, na wideo i w życiu nie powiedziałabym, że tylko 3 godziny. Szacunek. Przepiękne zdjęcia, piękny spacer i kolejny tekst przeplatany żartem, co uwielbiam. Pozdrawiam Cię serdecznie.
    ps. świetne poczucie humoru :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na znakach jest napisane, że podejście zajmuje 4 godziny z kawałkiem. Ja to nazywam - pesymistyczne obliczenia.
      Oczywiście ważne też jaki masz styl wchodzenia. Gdy po raz pierwszy wchodziłam na tę górę, non stop musiałam coś fotografować, zatrzymać się po oddech, napić się... To już chyba mój piąty raz, więc aparat w plecaku i idę. To o wiele skraca czas, bo po prostu podziwiasz okolicę i wciąż idziesz. Przystanki po łyk wody są często, ale taki dłuższy na zdjęcia, miałam przed szczytem tylko jeden, na wodospadzie.

      Przez ten dowcip, ludzie mi zarzucają pesymizm, kiedy mi się wydaje, że to sarkazm. Uważam też, że jestem realistką ;] Gdybym była pesymistką, to na jaką ja górę bym weszła, już u podnóża zakładając, że nie dam rady? ;P

      Usuń
  3. Chętnie zobaczyłabym te wszystkie miejsca na żywo :)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tobie to chyba niewiele stoi na przeszkodzie. Uważam, że weszłabyś na Bandytkę bez problemu. ;)

      Usuń
  4. Hej, hej!

    Otoczeni górami jesteście. Taki mur obronny, zbudowany przez naturę. Podziwiam, że nauczyłaś się wbiegać na te góry. Pokonywać je. Mi generalnie na wysokościach trudno się oddycha. Zdecydowanie jestem człowiekiem morza (choć nie potrafię pływać).

    Normalnie podczas upałów maksymalnie się rozbieram, ale teraz jak byłam na urlopie chodziłam w swetrze. Gdybym go tylko zdjęła byłaby ze mnie prażynka. Kilka dni wcześniej nierozsądnie ubrałam sukienkę z dekoltem i plecami. Efekt widać do teraz.

    Roślinki i wodospady macie ładne. Nie możecie narzekać na brak kontaktu z naturą:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez pierwszy rok czułam się tutaj jak w kominie. Zamknięta, otoczona kolosami, p r z y g n i e c i o n a.
      Nie czułam się wcale dobrze, a nawet dołowało mnie ich otoczenie. Przyzwyczaiłam się, bo zaczęłam na nie wchodzić. Nigdy nie zapomnę pierwszego stanięcia na szczycie (wtedy za pomocą kolejki). Odetchnęłam z ulgą. Przestałam czuć się o s a c z o n a.
      Dobita tym wszystkim. Dlatego zaczęłam na nie wchodzić. Zawsze kiedy mam to dziwne uczucie ciasnoty, wiem, że zawsze mogę to zmienić, że jestem do tego zdolna. Sama myśl o tym pomaga.

      Jestem nadal zwolenniczką nizin, nie przeszło mi pod urokiem Alp. Chciałabym zestarzeć się na Pojezierzu i nic nie potrafi wyrwać tego pięknego rejonu z mojego serca. Tylko Mazury i Warmia potrafią wzruszyć mnie do głębi, zachwycić. Góry są efektowne, ok ale nie robią tego ze mną, co nasz polski majestat nizin. Nasza chluba. I Ty doskonale wiesz co mam na myśli, bo z Tobą to samo robi morze.
      Kiedyś wyjeżdżałam na Mazury przynajmniej raz w roku. Zdarzało się częściej. Brakuje mi tego spontanu...

      Musisz kupić sobie dobry, mocny filtr mineralny w aptece, tylko uwaga, dobry filtr zostawia biały nalot na skórze, który zostawia ślady na ubraniach. Ale uwierz mi, jest naprawdę skuteczny! Ja mam potworną alergię na słońce, PARZY mnie i to naprawdę paskudnie BOLI.
      Gdybym nie miałam takiej ciemnej skóry, można by przypuszczać, że moim dalekim krewnym był Dracula, ale sądząc po mojej urodzie, bliżej mi do południowych ludów. I to dziwne, bo ze względu na fizyczne/biologiczne uwarunkowania, powinnam dobrze znosić słońce.
      Jednak bez filtra minimum 50+ nawet nie wyjdę z domu, a jakoś żyć trzeba.

      Nie możemy narzekać, ale nie da się tam dostać w łatwy sposób. O sesji w szarawarach albo w sukience w takim miejscu, można zapomnieć ;P ;)

      Usuń
    2. No tak. Góry są niedostępne. W momencie kiedy jesteś zewsząd otoczona murem z gór można się poczuć źle. A jakie macie tam powietrze? Czyste chociaż?

      Nie przepadam za jeziorami, są dla mnie zbyt spokojne. Nie robią hałasu, a ja lubię ten kojący dźwięk fal, który oddala się i wraca, oddala się i wraca. Daje to poczucie, że w życiu i w przyrodzie jest jakiś constans. Rozumiem jednak Twoją miłość do Mazur. Ja choćbym nie wiadomo, gdzie pojechała na wakacje zagraniczne i tak tęsknię za naszym poczciwym Bałtykiem. Mawiają, że to ściek. A oceany, do których przedostają się chemikalia, po których pływają statki czy w końcu na których przeprowadza się próby jądrowe nie są zanieczyszczone? Ciężko znaleźć coś, co nie jest. Nawet słynny Mount Everest jest podobno najbardziej zaśmieconą górą świata.

      Nie przekonuje mnie ten argument, zwłaszcza, że jeśli przynajmniej dwa razy do roku jestem nad wielką wodą to zdecydowanie mniej choruję.

      I jak ja będę wyglądać? Jakbym z młyna wyszła? Jest to do przemyślenia na kolejny urlop. Zwykle używam filtru 30 +. Ja nie mogę się zaprzyjaźnić ze słońcem nie tylko ze względu na wrodzoną niechęć do niego. Biorę leki po których absolutnie nie powinnam przebywać na słońcu. Bo to, że wyglądam jak rak i mam wysypkę jako alergię na słońce to tam wiesz. To znika. Jak jem orzechy też mam wysypkę pod brodą, ale jem orzechy, bo są zdrowe.

      Ja jestem człowiek blada twarz i słońce nie robi mi dobrze. Lata, kiedy chciałam jak wszyscy być opalona minęły dawno temu.

      Oj tam, jesteś zbyt wymagająca. Wiesz?:P

      Usuń
    3. Czyste powietrze znajduje się od ok. 800 m wzwyż. Na terenie górskim, czy to w Polsce, czy to w Szwajcarii; zachodzi coś takiego jak uwięzienie toksyn w dolinie. Unosi się tzw. "smog fotochemiczny", który doskonale widać z góry.
      W dolinach są ruchliwe miasta, jest mnóstwo autostrad, do tego w każdej szwajcarskiej rodzinie, na głowę przypada przynajmniej jeden pojazd mechaniczny. Oszacowano, że Szwajcaria jest jednym z bardziej zanieczyszczonych krajów w Europie. O dziwo Polska wypada dużo lepiej.
      Ja mieszkam na wsi, ale obok autostrady. Właściwie nie da się inaczej, bo przez każdą dolinie przebiega jakaś wiązka autostrad.
      Jedyne wyjście, jeśli chce się zdrowego powietrza, to zamieszkać w jednej z wiosek górskich. Ale tam z kolei jest mniej tlenu.

      Mamy inną energię, ja kocham te gładkie tafle spokojnych jezior, kocham usiąść na brzegu i gapić się i słuchać ciszy. Stymuluje mnie to.
      Energia rzeki na przykład, za bardzo mnie wytrąca. Rzeki są niespokojne, wartkie, a tego akurat w życiu nie potrzebuję. Czasami nawet mam dosyć szumu, pragnę ciszy, jestem człowiekiem ciszy, nie lubię zbyt długo trwającego dźwięku... Mam nadzieję, że rozumiesz.
      Za to lubię bardzo wodospady, ale mieszkać bym przy żadnym nie mogła. I teraz wyobraź sobie, że otaczają mnie tutaj rzeki. No nic, muszę czekać na wakacje, by ukoić się nadjeziorną ciszą ;)

      I co z tego, że będziesz blada? Powiedz mi, na co nam opalenizna? Po co wszyscy dążą do tego aby wyglądać jak latynos? Dawniej opalony ty był tylko rolnik czy inny robotnik. Ucieleśnieniem super urody była porcelanowa, gładka cera, a teraz co się porobiło? Hodujemy sobie dobrowolnie czerniaki na plażach, świadomie postarzamy cerę, przyspieszamy pojawianie się zmarszczek, po to tylko aby na pół roku wyglądać jak Beyonce.
      Nie zależy mi na tym, by być opalona, ale taka już moja uroda, że nawet jak wyjdę na chwilę do sklepu, wracam do domu dwa tony ciemniejsza. I nie jest to zamierzone, gwarantuję, że każde wyjście poprzedza rytuał wcierania w siebie filtrów, bo inaczej będzie mnie boleć skóra, pojawi się wysypka, tak - też z tym się zmagam, choć nie przyjmuję żadnym leków. I powiedz mi, co jest ładnego w tym, że widać na mnie jakie ostatnio ubrania nosiłam? Mam na plecach idealnie obrysowaną bluzkę, ramiączka stanika i plecak. Ale plecy mam brązowe. No i co?

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.