piątek, 5 maja 2017

WALSA-Weg - ukryte szlaki i wielkie wodospady nad Walensee + rejs statkiem cabrio.

"A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda... Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Taka, proszę pana... Dialogi niedobre... Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje."

- "Rejs"
Jeden z moich ulubionych polskich filmów :)




Walensee to krystalicznie czyste jezioro, w którego lazurowej tafli zatopiona jest skalna, ściana. Tam żywo wypływają bajeczne wodospady. Jest też skryty w gęstwinach, wąski szlak. Dokładnie o jeziorze opowiedziałam w TEJ jesiennie notatce. Zaś wspomnianym szlakiem z przyjemnością teraz Was przeprowadzę.
   Naszą podróż rozpoczęliśmy od parkingu nieopodal miejscowości Weesen. Pewnego wieczoru, rok temu, zrobiliśmy sobie przyjemność i przyjechaliśmy w to miejsce na spontaniczny spacer jego uliczkami. Jezioro w promieniach zachodzącego słońca, zostało miłą pamiątką w mojej GALERII.
   Szlak, wg naszego planu, prowadził do miejscowości Quinten, ale w oryginale WALSA-Weg jest dużo dłuższa. Nas jednak interesował tylko ten nadbrzeżny - naszym zdaniem najefektowniejszy - odcinek drogi.




Początkowo szlak był istnym spacerem. Asfaltowa droga, którą niestety od czasu do czasu przejeżdżał jakiś samochód, skusiła na sobotni marsz większość okolicznych Szwajcarów. Bardzo trudno było zrobić zdjęcie bez tych tłumów, psów i wózków... Dało to trochę odczuć wrażenie lata i wakacji w jakimś popularnym kurorcie. Lazur wody, skrzący się pod ostrym słońcem po naszej prawej stronie, rekompensował jednak wszystko.
   To był jedyny bezdeszczowy dzień na majówce, więc właściwie nie było czemu się dziwić, że wszyscy ludzie nagle zapragnęli wykorzystać go jak najlepiej.
   Wyższe partie gór są nadal niedostępne, ale niższy poziom wcale nie był mniej zjawiskowy. Na początek otworzyły się przed nami tunele wydrążone na poczet przejezdnej drogi.







Niektóre "okna" na zewnątrz miażdżyły umysł. Można by się tam zasiedzieć, zapatrzeć i kontemplować całą wieczność. A miły chłód i wilgoć w powietrzu, przyniosły ulgę w parującej gorączce, która prawdziwie zaczynała nam doskwierać. Nie mieliśmy letnich ubrań, bo przecież rano było tak zimno!

Molder i Scally O_O
Gdzieś tu byli kosmici?



Możecie wierzyć lub nie, ale na różnych wysokościach w tych skałach,
znajdują się drogi samochodowe. Niektóre wystają na zewnątrz jak ta tutaj.
Trudno właściwie powiedzieć, by ta wędrówka miała swój jeden punkt kulminacyjny. Jeżeli tak można, to powiem, że miała ich kilka. Oto jeden z nich:


Jeszcze z daleka ten wodospad nie wyglądał imponująco, ale huk jaki dobywał się stamtąd - musicie uwierzyć mi na słowo - wzbudził we mnie niemałe emocje. Kocham wodospady, kocham wszystko co jest związane z wodą i nigdy nie widziałam na żywo większego wodospadu niż te na tej wędrówce.
   Na moim mężu robiły mniejsze wrażenie. On doświadczył Niagarę, cwaniak. 😒

Na drodze przez cały czas była tęcza.
W prawym dolnym rogu - orła cień.



Dalej droga nadal sunęła gładziutkim asfaltem, uczepiona skalistej ściany. Pod sam koniec opowieści zrozumiecie, co mam na myśli.

Kolejny tunel przed nami.
W ścianie tuneli, były wydrążone pomniejsze korytarze z widokiem na jezioro.
Bezpieczniej było nie wychylać się. Stroma skarpa i daleko w dół...


Czasem warto było nieznacznie zboczyć z trasy, by znaleźć jakieś ciche, małe uroczysko. Z tej ławki doskonale było widać wodospad, który mijaliśmy.



Niech ktoś będzie tak uczynny i powie mi, co to jest?
Czy to taki gatunek rośliny, czy może jakiś pasożyt obsiadł jego liście?


"Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No... To... Poprzez... No reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę."
- "Rejs"

No jakże może podobać mi się krajobraz, który pierwszy raz widzę? Widziałam go już kilkakrotnie i za każdym razem z innej strony. Ale za pierwszym razem też mi się podobał, bo ja, proszę pana, ja jestem umysł humanistyczny.






Próbowałam znaleźć gdzieś w internecie co to może być za gadzina, ale misja zakończyła się fiaskiem.
Może ktoś z Was zna ten gatunek?
Następnie udaliśmy się nieco wyżej na szlak pod górkę - zarośnięty i rzadko uczęszczany. Prawie bym go minęła, myśląc, że to pewnie jakaś ślepa uliczka prosto w krzaki. Mąż poszedł na zwiady i swym wołaniem z daleka uświadomił mnie, że warto jednak iść nią dalej.
   Przebywszy chaszcze, ukazał nam się maleńki zameczek Stralegg z pierwszego roku p.n.e. 
   Jego historia jest krótka, po prostu w XIV wieku w wojnie z Austriakami, służył jako placówka przeciwko konfederatom. Schwytano ukrywających się tam oszustów, zamek zniszczono (najprawdopodobniej razem z tymi rzezimieszkami).
   Po co i dla kogo został wzniesiony tak mały budynek, nie całkiem wiadomo. Podejrzewa się o ten mini zbytek architektury, cesarza rzymskiego, Augusta. Podobno istniały jeszcze wieże sugerujące, że miejsce to rozszerzało się znacznie o włości mieszczańskie. Niestety do średniowiecza ślad po miasteczku zaginął bez pamięci.



W okolicach zamku poukrywane były skrzynie z zagadkami dla najmłodszych odkrywców. Były w nich rozpisane różne zadania. W jednej z nich znaleźliśmy niedziałający kompas.



Z zamku rozpościerał się malowniczy krajobraz. Sztalugi, olejna, a potem sprzedawać w Walenstad. Albo w ramkę i na ścianę.

"Każdy może, prawda, krytykować, a mam wrażenie, że dopuszczanie do krytyki panie to nikomu... Mmmm... Tak, nie... Nie podoba się. Więc dlatego z punktu mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było. Tylko aplauz i zaakceptowanie. Tych naszych, prawda, punktów, które stworzymy."


- "Rejs"


Dalszą drogę umilał nam śpiew przyrody, co przedstawia poniższy filmik, dlatego podkręćcie głośniki, bo naprawdę warto.

"Nie chodzi o odgłosy wydawane paszczą"
- "Rejs"

I jest to jedyna okazja, aby zobaczyć ten wodospad w całej okazałości, gdyż zdjęcia spod niego samego, nie wszystkie mi powychodziły, o czym później napiszę.




Samosprzedający się kramik. Konfitury, syropy, nawet sztyfty do ust i sok do spróbowania na miejscu. My tym razem nabyliśmy drogą kupna, syrop z mięty pieprzowej. Bardzo ciekawy, polecam.


Wspiąwszy się wyżej, przeszliśmy na szlak leśny. Tego kawałka chyba nie zaznaczyłam na mapie... wgl. nie jestem pewna, czy dobrze ten szlak zakropkowałam, bo przecież nie trzymaliśmy się cały czas półki skalnej, ale grunt, że nie pominęliśmy kolejnego, wartego uwagi wodospadu. Był to kolos, podejście pod niego bezpośrednio, było zbyt niebezpieczne, dlatego odgrodzono go od szlaku.
   Stało tam mnóstwo ludzi, dlatego fotografowanie miałam znacznie ograniczone. Na szczęście z pomocą przychodzi tablica informacyjna, której sfotografowanie oszczędziło mi stania w grupie turystów.
   Przyznam szczerze, że pierwszy raz spotkałam się z tak zatłoczonym szlakiem w Szwajcarii. Dotąd podziwiałam nieco rozbawiona podobne kolejki turystów w Tatrach i nie sądziłam, że coś podobnego spotka mnie tutaj.
   Niestety nie wyszło mi zdjęcie ogarniające całość tego wodospadu. Częściowo przez ludzi, częściowo przez mój brak cierpliwości do ludzi. Zdjęcie wymagało pokombinowania z ustawieniami i raczej też ze statywem, ale nie chciałam ryzykować, że ktoś mnie szturchnie i będę musiała takiego delikwenta wyrzucić za barierkę.

Powiększ.





Rzeka, w którą zamieniał się ten wodospad:

Dalsza leśna droga przypominała mi palmiarnię w Łodzi. Ładnie wyłożona kamieniem ścieżka, malownicze mostki nad kaskadami i mini jeziorkami, ciekawa roślinność, kwiaty i śpiew ptaków. Zrobiło się przez chwilę dość nietypowo, szlak jakby wyjęto z kontekstu.



Później zaczął się najciekawszy fragment szlaku pod względem górskim. Wreszcie pojawiło się niebezpieczeństwo, wąska, kamienista ścieżka nad przepaścią i wysoka, pionowa ściana z drugiej strony, przyobleczona dla wygody łańcuchem służącym nam jako poręcz.
   W trudniejszych warunkach jak np. zima, pewne elementy na tej drodze są niezbędne. Teraz, że tak powiem bardziej kolokwialnie - można było iść bez trzymanki. Jedyne na co było trzeba uważać, to na idące z naprzeciwka całe rodziny. Tak - wtedy łańcuchy się przydawały.



Droga była naprawdę imponująca, a schodziliśmy nią w dół. Ci, którzy musieli się po niej wspinać, na pewno wylali dużo więcej potów niż my. To był najdzikszy odcinek. Kontrastowała ona mocno z wprowadzającym nas w las asfaltem. Jest to bezpośrednie zejście do jeziora, prowadzące prosto do miejscowości Quinten.
   Jako że niestety droga była zadziwiająco oblegana, nie miałam szansy zrobić zdjęć w najbardziej ekscytujących elementach tego szlaku. Pozwoliłam więc sobie na wyszukanie dla Was w internecie kilku zdjęć, obrazujących pełny klimat tego odcinka:




Droga staje się łagodna i przyjazna od momentu, w którym tylko otwiera się nad głowami niebo i pojawiają się pierwsze zabudowy na peryferiach miejscowości Quinten.

"– Snopki siana... Jedzą krowy... Chałupy przykryte okapem. O! Pies na uwięzi... O!
– Ta... Ta... W tak pięknych okolicznościach przyrody... I niepowtarzalnej..."
- "Rejs"




Quinten jest miasteczkiem o bardzo wąskich uliczkach (w ogóle nie jeździ się tu samochodami), ale dość zadowalającym turystycznie. Znajduje się tam restauracja, bardzo oblegana nawet już teraz w maju. Do tego port ułatwiający dostęp z każdego brzegu i oczywiście mnogość szlaków górskich.
   Plaże kamieniste, miejsca na ogniska, brzeg dostępny właściwie w każdym miejscu, choć czasem trzeba było połazić po skałkach.






Kolejnym ważnym punktem naszej wędrówki był leniwy rejs zatłoczonym statkiem cabrio po lazurowych wodach Walensee.
   Musieliśmy jeszcze poczekać, ale dla nas to nigdy nie jest problem. Spacer po Quinten, kilka zdjęć, było już naprawdę gorąco. Spiekota przebiła się nawet przez moje spodnie. W domu okazało się, że mam poparzone uda.





Nie było wcale tak źle, zdobyliśmy nawet miejsca siedzące. Dla efektu niektórych zdjęć, musiałam wstawać, ale nawet takie fotografie "z głowami i plecami" mają swój... wakacyjny urok, bo turystyka od czasu do czasu, wzbogacona o takie przyjemne formy podróży, to też przyjemna rzecz.
   Niby taki mały stateczek, nawet był niedrogi, a można było na pokładzie zamówić sobie coś do picia. Istny luksus, panie.

Tylko w jednym miejscu udało mi się zobaczyć szlak, którym wędrowaliśmy.
Drogi na tej skale są tak pochowane, że nie sposób ich dostrzec w tych gęstwinach.
Fragment ścieżki ze zdjęcia akurat jest zejściem ze skał i wspomnianym przy okazji opisu, wyjściem na teren otwarty.
"Koń... Krowa, kura, kaczka... Kura, kaczka, drób...(...) O! Jest! Widzę! Droga... Chyba na Ostrołękę."
- "Rejs"



Miło było podziwiać wodospady, które dopiero co widzieliśmy z bliska. W całej swej ogromnej okazałości. Zdają się być niedostępne...
   Pokusiłam się też o parę zdjęć okolicy, pływających nieopodal innych statków, żeby tak całkiem wprowadzić Was w klimat, miłych każdemu wakacji. 😎

– Ma pan bilet?
– A pan ma?
– A skąd mam mieć.
– No. To wchodzimy.
-"Rejs"






Słońce nas wymęczyło tego dnia porządnie. Spałam po tej wędrowce jak suseł, jakbym nie wiem jak wielki szczyt zdobyła, a sami widzieliście, że szlak nie był szczególnie wymagający.






"Pan mówi o tekście, ale pan ma na myśli wyłącznie treści, których tu nie ma. Aha. No więc jeśli to jest forma bez treści, to nie ma to waloru obiektywności, no więc jest to formalizm. I to jest groźne, ale formalizm jest jeszcze groźny dlatego, że jak nie ma tam treści, to po prostu można tam sobie podkładać różne treści i może nawet takie, które by nam tu nie odpowiadały."
- "Rejs"

Gdy pod nim przechodziliśmy, zalał mi obiektyw, ale mu to wybaczę, bo obiektyw mi wysechł, a on sam był wspaniały i robił tęczę. Wodospad, znaczy się, nie obiektyw. Bo gdyby mój obiektyw robił tęczę, sprzedałabym go na aukcji Owsiaka.


Poznajecie ten kwadratowy otwór? Mam w nim zdjęcie od drugiej strony ;)
Właśnie tak ukrywają się tutaj niektóre tajemne przejścia. A do niedawna przecież, myśleliśmy, że to jakaś naturalna jaskinia...
Zawsze ją było widać z drogi samochodowej na drugim brzegu.
Widzicie w skale tego betonowego węża?
To ulica samochodowa :)

"Dmuchawce, latawce, wiatr."
A te wspaniałe łodzie policyjne ze zjeżdżalniami prosto do wody, są zacumowane w Weesen:


Nawigacja:
Powiększ.
Sorry, że to zdjęcie jest takie dziwne, ale fotografowałam moją własną mapę papierową, która przeszła już sporo kilometrów...


Chyba mam chęć obejrzeć ten film ponownie po latach XD

8 komentarzy:

  1. Witaj Hexe.
    Fajna wędrówka, cudowne miejsca, mój klimacik i rejs...
    A gdy za burtę wypadł teść, się wyłowiło go. I cześć.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, wklejając posta, pomyślałam, że Ci się wszystko spodoba :D Już łapię co to ten "mój klimacik" u Ciebie oznacza ;)

      Usuń
  2. Muszę Ci się do czegoś przyznać-nigdy nie widziałam Rejs-u. Mam awersję do polskiego kina, choć tyle razy słyszałam, że te stare filmy są naprawdę w porządku.

    Ładna wyprawa. Podobają mi się te skały i wodospad. Kto wie, może i Ty kiedyś dotrzesz na Niagarę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Rejs" widziałam po raz pierwszy jakieś 8-10 lat temu przez przypadek i się wciągnęłam. W Toruniu, wzdłuż brzegu rzeki są wymalowane niebieską farbą cytaty z tego filmu :)

      Lubię czarno-białe produkcje, także Polskie. To klasyki nie skupione zupełnie na efektach specjalnych. Tylko dialogi i fabuła. Z zagranicznych nieraz już widziałam "Draculę", "Symfonię grozy", a także "Casablankę", są cudowne :) Kocham stare kino.

      Niagary nie wykluczam. Nigdy nie mówię nigdy w kwestiach podróżniczych, bo dawno temu mówiłam, że nigdy nie pojadę do Szwajcarii ;) ;P

      Usuń
  3. Wędrówka w pięknych okolicznościach przyrody :D!!!

    Mi chodzi po głowie ,,Hydrozagadka" :)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty... wiesz, że ja tego nie oglądałam? Obowiązkowo muszę zobaczyć!

      Usuń
  4. "Rejs" to taki polski hicior jest:)
    No cóż tu panie rzecz można. Pogoda luks, wodospad se pluska, ludziska się relaksują - żyć nie umierać.
    Pozdrawiam ciepło:)
    Czy u nas kiedyś w końcu zaświeci takie cudne słoneczko jak na Waszych zdjęciach?
    Już zaczynam w to wątpić:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wtedy było słońce, potem lało. A potem lało i następnego dnia też lało. Dziś także lało. Sęk w tym, że my jeździmy na wycieczki tylko jak nie leje, więc może się wydawać, że u nas nigdy nie leje, ale ostatnio wybraliśmy się w pochmurny dzień i nawet na nas trochę napadało. Zobaczysz sama w następnej notce, że nie zawsze u nas świeci słońce ;)

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.