piątek, 12 maja 2017

Śladami zabytkowych kapliczek w Appenzell.

Bo który uczynił świat i wszystko, co na nim, ten będąc Panem nieba i ziemi, nie mieszka w kościołach ręką uczynionych.
   Ani rękoma ludzkimi chwalony bywa, jakoby czego potrzebował, ponieważ on daje wszystkim żywot, i oddech, i wszystko.
   Będąc tedy rodziną Bożą, nie mamy rozumieć, żeby złotu albo srebru, albo kamieniowi misternie rytemu, albo wymysłowi człowieczemum Bóg miał być podobny.

- Dzieje Apostolskie 17.15., Biblia Gdańska


Wędrówka nie miała dla mnie znaczenia sakralnego. Zgodnie z powyższym jestem pozbawiona uczuć religijnych wobec obrazów, rzeźb i innych przedmiotów kultu. Wędrówka była odbyta wyłącznie z czysto kulturowej potrzeby, gdyż lubię i szanuję sztukę i ludzkie rękodzieło pasjonatów danego rzemiosła.




Wędrówkom zawsze towarzyszą rozmaite przemyślenia. Prócz znakomicie hartującego się ciała, wzmacnia się również nasz duch. Wspomnieniom i myślom cichym budowane są wtedy prawdziwe oratorskie zamki - co miało kiedykolwiek być powiedziane, to właśnie wtedy nabierze właściwej sobie formy.
   Na wymarzoną pogodę potencjalnie zawsze będzie się składać ciepło i słońce. Tym razem jednak, zaryzykowaliśmy wędrówkę w dzień wietrzny i pochmurny z możliwymi opadami deszczu. Dlatego też wybraliśmy trasę w terenie pagórkowatym, a wysokie góry podziwialiśmy jedynie z daleka.
   Ruszyliśmy z miasteczka, w którym mogłam porównać tradycyjne, szwajcarskie zabudowy z regionu, w którym mieszkamy - z typową architekturą appenzellską. Jest inna, tutejsi mieszkańcy stawiają na mocne, bardzo żywe kolory, czasami ma się wrażenie, że te domy są z plastiku. Nie ma fresków, do jakich przyzwyczaiły mnie najczęściej zwiedzane kantony (St. Gallen i Gryzonia), występują proste wzory geometryczne. Mniej kamienia, więcej drewna i barwnych detali. Na większości domów brakowało okiennic - w pozostałej części Szwajcarii jest zupełnie odwrotnie. Całość prezentuje się w nieco przesłodzonym tonie.
   Nasza wędrówka obfitowała w niespodzianki. Jakie? O tym opowiem Wam dalej.






Appenzell jak zwykle przywitał nas olbrzymimi połaciami zieleni, niczym w Dolinie Muminków. A my, jako Włóczykije, poszliśmy prostą trasą, szlakiem oznaczonym jako "kapellenweg", na którego całej długości są rozsiane zabytkowe kaplice. A mniej więcej po środku wyprawy, stoją dumne ruiny zamku Clanx.
   W bocznej uliczce, zupełnie przypadkowo trafiliśmy na wystawę żelaza(?) To była pierwsza niespodzianka, jaka czekała nas już na samym początku. Ciekawy pomysł, widać że człowiek, który to zorganizował, zajmując cały dziedziniec osiedla, miał albo fach w ręku i sentyment do kowadła, albo pasję. (Tudzież jedno i drugie...) Jeżeli jednak wiąże się z tymi zbiorami zupełnie inna historia, to niestety nie informowała o tym żadna tablica u wejścia na teren.



Początkowo podążaliśmy tętniącą życiem, główną ulicą obok kaplicy Krzyża. Szlak prowadzi przez liczne, wspaniałe mosty kryte, co jest dla mnie nie lada gratką. Wiecie już, że bardzo je lubię :)
   No to w drogę!

powiększ
pwiększ
Appenzell - miasteczko startowe.

Lourdeskapelle:
Kaplica Lurdzka została zbudowana w 1594 r. Miejsce pod nią zostało wybrane specjalnie ze względu na położone w pobliżu przytułki dla chorych.
   W XVIII wieku został wybudowany nowy budynek. W związku z tym kaplica straciła swoje znaczenie historyczne.





Kościół ewangelicki:
W kościele ewangelickim znalazłam się po raz pierwszy. Za czasów gdy byłam wzorową Katoliczką, nawet przez myśl mi nie przeszło wchodzenie do Domu innej religii. Wtedy wkradło się we mnie jakieś takie dziwne, zaściankowe myślenie...
   Będąc tutaj, odniosłam miłe wrażenie, że jestem w przyjaznym, jasnym wnętrzu spotkań ludzi wierzących. Nie ma żadnych obrazów, posągów, nie ma bogatych ozdób, tego całego przepychu i karmionej monetą zuchwałości.
   Nie ma tabernakulum, jest tylko stolik z Pismem do czytań, z innymi książkami dotyczącymi wiary oraz wielka księga gości. W centrum, tam gdzie zwykle spodziewamy się wielkiego ołtarza, stoją organy.
   W tym Domu odbywają się tzw. Lutry, czyli nie ma tutaj typowej Mszy św. Jest homilia, a nie kazanie. Homilia to egzegeza czyli inaczej analiza fragmentu Pisma Świętego, który był wcześniej odczytany.
   W kościele ewangelickim są także nabożeństwa podobne do katolickich nieszporów. Polegają na czytaniu Pisma Świętego i homilii, recytacji, solowym i chóralnym śpiewaniu psalmów.
   Czego powinniśmy się uczyć od Ewangelików? Czytania Pisma Świętego i to przy każdej okazji. Wtedy może ludzie zrozumieliby, że KrK popełnia duży błąd.


"Warownym grodem jest nasz Bog" - pieśń napisana przez Lutra, hymn reformacji.







Kapuzinerkloster Maria Lichtmess
Czy Wam określenie "niosąca światło" nie kojarzy się złowieszczo?
   Klasztor wniesiono w 1587 roku. Po Soborze Trydenckim położono kamień węgielny pod pierwszy Klasztor Kapucynów.
   Ołtarz główny zdobi dzieło G. C. Procaccini'ego. W XVII wieku powstał kolejnym obraz, pojawił się po prawej stronie ołtarza. Dzieło autorstwa Franciszeka i Karla Borromaus, wyraża kult Matki Boskiej.
   Po lewej stronie ołtarza, obraz przedstawiający męczeństwo świętej, której imię zgubiłam... Hmmm a miałam zapisane... ciekawe... Autorem jest prawdopodobnie Moritz Girtanner.
   W 1688 roku rozpoczęto budowę kościoła i rozbudowę klasztoru. W XX wieku wszystkie wnętrza zostały odrestaurowane.









Kapelle St. Antonius von Padua
Zbudowana w XVII wieku. W późniejszych latach kapliczka nie zdołała jednak pomieścić wszystkich pielgrzymów. Było to bowiem bardzo często odwiedzane miejsce i znane wszystkim mieszkańcom Doliny Renu i Liechtensteinu.
   Dlatego w XX wieku rozpoczęto renowację i poszerzenie obiektu. Kaplica posiada nawet własne katakumby.
   Niestety drzwi do środka były zamknięte. Przynajmniej ładne były.



Z wyższych wzniesień, mogliśmy zobaczyć Alpstein w całej okazałości, czyli naszą Bandytkę od drugiej strony.
   Szlak przecinają niekończące się łąki pełne kwiatów i ziół, łagodnych wzgórz i rozległych dolin. Tym razem jednak niebo zaciągnięte ołowianym płaszczem, groźnie sunęło w ślad za nami, co jakiś czas zmuszając nas do naciągnięcia wodoodpornych kapturów. Nie zawsze mogłam mieć aparat na wierzchu, toteż nie każdą kapliczkę mogłam sfotografować od zewnątrz.
   W łagodnym deszczu także można wędrować. Liczą się nieprzemakalne buty i okrycie wierzchnie. A poza tym wiele razy już opowiadałam, że wychodzić w niepogodę też trzeba. Człowiek przestaje wtedy być na nią podatny i nie choruje co sezon.
   Pogoda wg prognoz miała bardziej sprzyjać, ale w Appenzell przeważnie pada, toteż wybierając się w ten region, można mieć sobie za nic wyroki synoptyków. ;) To tutaj obserwujemy zza chroniącego nas Alpstein'u, nawałnice i burze, podczas gdy po "naszej" stronie góry, jest spokój i świeci słońce. Tym razem widać było wyraźnie, że w Dolinie Mgieł było ciepło i przytulnie, a nad bandycką górą otwierało się błękitne niebo. Nawet wtedy gdy na nas w Appenzell padał deszcz.





Żelazna kołatka z głową lwa w drzwiach wiejskiej chaty? A czemu nie?
Mnie się podoba!
Z a m e c z a ł y  nas! Dosłownie!
Szły za nami, póki mogły i meczały na nas!

 Żywa ofiara, którą zabawiał się kot, dostąpiła nawet filmu ku pamięci:

Kania ruda.
Poczytuję sobie niekiedy polskie blogi podróżnicze i zauważyłam, że my Polacy bardzo lubimy przyjeżdżać latem do Appenzell w celu jeżdżenia po tych zielonych pagórkach na rowerach. Przyjeżdżamy w ten region całymi rodzinami i włóczymy się asfaltowymi serpentynami na swych jednośladach, chlubnie nazywając swe wojaże "zwiedzaniem Szwajcarii".
   Popieram wakacje w ruchu - jak najbardziej. Mój sarkazm bierze się stąd, że ludzie niestety potrafią robić z igły widły. Ja się nie chwaliłam nigdy miejscem zamieszkania, wręcz wywracałam oczami kiedy zaczynały się "ochy" i "achy"... Zaraz, zaraz... to ja jestem fajna, czy mieszkanie, które tu z mężem wynajmujemy? 😝 Myślałam, że jak mieszkałam w Łodzi to byłam równie fajna, a jednak lokalizacja ma znaczenie, stąd tytułem każdego polskiego wpisu, widzę nadęte "Poznajemy Alpy szwajcarskie", tylko że ani razu ludzie nie zdobyli nawet małego szczytu.
   Śmieszy mnie to, że ludzie bywają tak małostkowi i że cudze wychwalamy, zapominając, że w Polsce też mamy góry. I to nawet takie same. Do tego wniosku doszłam wspólnie z "Rudą z wyboru". Ona nigdy nie była w Alpach szwajcarskich, ja nigdy nie byłam w Tatrach wyżej niż na Gubałówce. Porównujemy górskie szlaki na zdjęciach i właściwie poza nazwą, niczym się nie różnią. Ale Szwajcaria już  B R Z M I, prawda? Nonsens.


Wykonanie: moje
Pomysłodawca zdjęcia: mój mąż.
Wyszło jakoś w miarę??

A tam w oddali kolejny kryty most. Naprawdę jest ich tam całe mnóstwo!
Potem rozpadał się deszcz, dlatego nie uwieczniłam na elektronicznej kliszy tabliczki i nie jestem w stanie napisać nic więcej o tej kaplicy ponad to, że w środku była prześliczna. Z zewnątrz zdjęcie powstało chyłkiem spod pachy, bo aparat już miałam dość "spryskany" deszczem niesionym z wiatrem.






I tak sobie szłam i myślałam o tym co mnie czeka, kiedy odwiedzę ojczyznę, rodzinę i znajomych. I że używki raz czy dwa razy na rok nie mogą być złe. Spicie się jak ostatni menel kilka razy w roku, też wcale nie musi świadczyć źle o człowieku. Ale częste sięganie po używki (w tym alkohol) truje, a nawet zabija... Refleksja godna okoliczności, czyli jak nie okryć się hańbą podczas rzadkich wizyt w kraju?
   Czy potraficie odróżnić człowieka, który ma problem, od człowieka, który spontanicznie się zabawił? Pierwszy raz skułam się w moje osiemnaste urodziny. Pierwszy raz w życiu miałam zgon, urwał mi się film, na całe szczęście byłam pod opieką osoby dorosłej, której twarda głowa przeszła już do historii, więc nie leżałam nigdzie z głową w studzience, modląc się aby TO z książki Kinga, wreszcie urwało mi głowę.
   I to był jeden jedyny raz, wiecie? Zdarzały mi się natomiast inne rzeczy. Np. pospolite zatrucia - jednak przy moich zaburzeniach trawiennych są do przewidzenia...
   I tak, stało mi się pewnego dnia na biesiadzie rodzinnej - zatrucie pokarmowe. Objawia się w znany mi sposób, (występujący nie zawsze z powodu alkoholu). Najadło się dziecię alergenów, osłabiło trucizną i się doigrało, ot żadna filozofia. Los jednak sprawił, że wydarzenie stało się niefortunne przez okoliczności, a miało to miejsce kilka lat temu. Osoby, które widziały mnie po raz pierwszy w stanie wskazującym uznały, że: mam problem.
   Dłuższy czas niestety borykałam się z metką alkoholiczki, uwierzycie? Wiem jak wygląda i jak zachowuje się alkoholik i cieszę się, że mnie to nie dotyczy. Poczułam się wtedy zmieszana z łajnem. Wydaje mi się, że metka już się ode mnie odkleiła, ale co hańba, to już hańba niestety...


Burgruine Clanx:
Zamek został zbudowany na początku XIII wieku przez baronów SAX pod opatem Ulrich von St. Gallen. Był on schronieniem dla Opatów klasztoru w Sankt Gallen.
   Zniszczenia zamku dopuścili się zbuntowani chłopi, konkretnie w 1401 roku, podczas wyzwalania Appenzell w wojnach niezależności.


Zamek stoi na wzgórzu, na które trzeba było wspiąć się leśną ścieżką.
Mięliśmy taki krótki substytut górskiej wyprawy ;)
Na górze wiało jak jasna ch..... bo nie ma przyzwoitszych słów. Synonim "bardzo", to za mało.


Od upicia alkoholem zdarzają się gorsze rzeczy. Poznałam historię chłopaka, który umarł mając niewiele ponad 30 lat. Kiedyś trudno byłoby mi uwierzyć, ale po śmierci kolegi mojej przyjaciółki, nikt mi już nie wmówi, że trawa nie szkodzi...
   Jasne, niektórzy ludzie dożywają siedemdziesiątki (Lemmy z Motorhead - nie wiedział, co to kac, bo wolał inne formy "rozrywki") A pamiętacie Christiane F. z "Dworca ZOO" - znacie tę powieść? Prawdziwa biografia dziewczyny ćpające twarde narkotyki. Ona żyje nadal! Pomimo chyba z dziesięciu żółtaczek od brudnych igieł - ŻYJE, ma blisko 60 lat.
   Ale to wyjątki... Dlatego komuś, kto używa czegokolwiek - nie wyjaśnisz...




Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, zapomniałam uwiecznić tabliczkę z nazwą. Miejsce sprawia ciepłe wrażenie, jest bardzo zadbane. Obok stał dom rodzinny, którego mieszkańców podejrzewam o regularną pielęgnację tego przybytku.



Oryginalne obrazki malowane na drewnie.
A tu wnętrze kaplicy, której nie fotografowałam od zewnątrz. Jej nazwa gdzieś mi się zabłąkała... zrzućmy to na pogodę. Pewnie znowu padało.


A później mąż zaczął biegać w kółko po łące. I pomyślałam sobie wtedy jakie piękne musi być życie konia albo krowy żyjącej na łące. Co dnia stoi na jedzeniu, biega po jedzeniu, tarza się w jedzeniu, śpi w jedzeniu, ach to musi być fantastyczne...



A ta kapliczka była nieopisana i nieczynna.


Nigdy nic nie zapaliłam. Nawet mnie to nie kusi. Picie u mnie wygląda coraz mniej ambitnie. Kiedyś nie stroniłam od alkoholu, wiadomo jednak, że jak człowiek jest młody, "cieszy się dorosłością" to raczej nie odmówi.
   Mam nawet swoje alkoholowe preferencje. Lubię mocne piwa o zdecydowanym maku, ciemne, najlepiej czarne, porterowe. Tylko że ja takie jedno piwo potrafię sączyć przez godzinę albo dłużej, bo po prostu delektuję się smakiem. W tym tempie jego moc nie ma szans uderzyć do głowy.
   W Szwajcarii moim zdaniem nie ma dobrych piw. Tutejsze koncerny trafiają zdecydowanie w męski gust, same lagery, dla mnie to gorycz bez cienia miłego posmaku. Przestałam pić. Definitywnie.
   W Polsce - bo przecież każde spotkanie jest okazją - piję. Zauważyłam jednak, że reakcja mojego organizmu, niegdyś odporna na trunki, przestała sobie z nią radzić. Krótko mówiąc, kto nie "trenuje", temu kondycja słabnie ;) Np. podczas ostatniego pobytu, zauważyłam, że po jednym, miodowym piwie, nazajutrz rano czułam się dosłownie jakbym wypiła cały akwen alkoholu.
   Dopiero całkowicie "czyste" ciało może poświadczyć o szkodliwości nawet jednego drinka.


Kontrowersyjna kaplica, jak z resztą większość miejsc sakralnych, jeśli się uważnie przyjrzeć... Na zdjęciu zrobionym od wejścia widać oko w trójkącie.
   Księża zawsze będą nam mówić, że to trójkąt reprezentujący Trójcę Świętą i oko Opatrzności Bożej. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Egipcjanin by powiedział, że to symbol Horusa.
   Chrześcijaństwo przyjęło ten znak na pożytek własny, jest też na obwolucie Biblii Tysiąclecia. Ten sam znak przyjęli 18-wieczni wolnomularze i masoni. Sataniści drugiej połowy XX wieku propagują ten znak jako oko Lucyfera.
   Nie ma powodu, żebyśmy nadawali boskości temu znakowi, ale ludzie zaczęli lansować jego znaczenie, każdy wg swojego widzimisię.






Największą niespodzianką był przypadkowo napotkany festyn, organizowany przez straż pożarną. Moją ogromną radość wywołały oczywiście potężne wozy. Panowie strażacy serwowali też różne piwa z regionu oraz posiłki na ciepło. A wnętrze przysposobione jako jadalnia, wypełnione było po brzegi muzyką graną na żywo, na instrumentach dętych.

Ten pierwszy wóz, stojący przed moim mężem:
Rocznik 63'
Prędkość max: 85
Silnik: 6 cylindrów, rzędówka, diesel CT3D
Zabawa w "olej to". XD

 Graliście kiedyś w "Carmageddon"?
To teraz wiecie co wyraża moja mina na tym zdjęciu 😈

Nie zamierzam wynajdywać sobie innych środków otępiających umysł. Nigdy nie miałam problemu z dobrą zabawą na trzeźwo w pijanym towarzystwie (oczywiście są granice), jak się domyślacie, to nie pierwsza moja przygoda z totalną abstynencją. Kto wie, może tym razem zostanie już tak do końca życia i nawet w Polsce nie będę robić wyjątków?
   Co czułam będąc przez długi czas podejrzewaną o problemy z alkoholem? Osądzanie ludzi - najczęstszy grzech dzisiejszych czasów, tyle powiem w tej kwestii. Mnie to nie ubodło, choć mogło zdawać się inaczej. Mnie po prostu ręce opadły. Dla mnie jedynym uzależnieniem jest sport, co z alkoholizmem kompletnie nie trzyma się kupy.
   Od dawna wiecie, że staram się żyć zgodnie z Biblią, a tam chwalona jest całkowita abstynencja. Śmiem też przypuszczać, że wino, w które zmienił Chrystus zwykłą wodę, mogło być sokiem z winogron, gdyż własnie winem był nazywany zwyczajny, niesfermentowany sok winogronowy.

Ostatni kryty most na naszej drodze.

Z tego miejsca żegnamy się z Doliną Muminków, ale to jeszcze nie koniec atrakcji. My byśmy mieli wracać prostą drogą do domu? O nie! A to z kolei była niespodzianka dla mnie.
   Ale najpierw pokażę Wam kilka zdjęć, które udało mi się zrobić z samochodu, gdy przejeżdżaliśmy przez inne appenzell'skie miasteczka:







Mąż opracował dla mnie obeznanie okolic Dziada. Jak już zdążyliście się pewnie zorientować, mam dość dziwne podejście do szczytów górskich. Im bardziej mnie wkurzy, tym większa pewność, że zdobędę go z dziką satysfakcją, czując się przy tym co najmniej jak Dawid powalający Goliata.
   O co dokładnie chodzi? Zaczęło się od Bandytki. Alpstein to bandycka góra, dlatego bo:

  • jest
  • zasłania widok z okna
  • zasłania zachody słońca
  • bo to największa stromizna jaką udało mi się pokonać, w związku z tym, nasycała dialogi szlakowe najwybitniejszymi dotąd wulgaryzmami
  • bo rozwaliła mi stawy kolanowe...

Szlak na Dziada poprzedza Stary Dziad, co jest zrozumiałe, bo nazywa się Altman. Zaś Santis jest Dziadem, bo:

  • jest
  • stoi
  • wystaje złowieszczo znad Bandytki, dając mi do zrozumienia, że jest dużo gorszy w obejściu
  • jest dla mnie wciąż niedostępny
  • pani doktor mi zabroniła iść na Dziada ze względu na moje kiepskie stawy kolanowe
  • trochę się go boję... (tam ludzie umierają)


Nigdy jeszcze nie byłam tak blisko niego...





Takie widoki są tutaj:
powiększ mapę


Stacja kolejki górskiej + restauracja.
Wyprawę na ten szczyt planujemy z mężem już na ten rok (o ile nic się nie pozmienia). Trochę się tym jaram, a jednocześnie, jeszcze bardziej mnie ten Dziad irytuje. Bo... bo... już mówiłam dlaczego.
   Chcemy wybrać szlak łatwiejszy niż ten sławny, wiodący przez szczyt Starego Dziada, dlatego, że tam serio ludzie giną. Jest to trasa pół wspinaczkowa, czego doświadczyłam już na Alvier i na Margelkopf, tyle że na Dziadzie ten odcinek jest dłuższy.
   Wiem, że moje kolana nie będą niosły mnie do końca życia, już dziś wędrujemy tylko raz w tygodniu (przecież samodzielnie chodziłam częściej), ale obecnie wygląda to tak, że przez cały tydzień rehabilituję nogi, aby móc gdzieś się wspiąć ponownie w następny weekend. To się zaczęło właśnie od uskuteczniania wypraw na Bandytkę.
   Dlatego póki nogi mnie niosą, chcę spełnić wszystkie swoje zachcianki. Jeszcze przyjdzie czas, by osiąść w dolinach na stałe.

Dowcipna reklama wielbicieli marki BMW...
Bo jeśli tam wejdę, to sama siebie zacznę uważać za hardcora. A na razie mogę poszczycić się fajnym zoom'em.


Ile jeszcze mogę znieść
Niepewność obezwładnia mnie
Czekam licząc każdy dzień
W nadziei, że zdobędę Cię.
Byłam wtedy już o krok
Wyraźnie wyczuwałam to
Trafiłam tylko na Twój wielki cień
Mimo tego ciągle wiem

A kiedyś Cię dojdę... dojdę Cię
A w końcu dojdę
Jestem coraz bliżej wiem...

A kiedyś Cię dojdę... dojdę Cię
A w końcu dojdę
Jestem coraz bliżej....

Ile jeszcze mogę znieść
Cierpliwość kiedyś kończy się
Ostrożnie stawiam każdy krok
Tak łatwo jest popełnić błąd
Czasem w stresie boję się
Że nagle mogę zabić się
Jak ze szlaku nie spaść dziś
Tylko iść z całych sił...

A kiedyś Cię dojdę... dojdę Cię
A w końcu dojdę
Jestem coraz bliżej...

- "Kiedyś Cię dojdę"
To chyba Reni Jusis śpiewała... Albo ja? Nie pamiętam.



I to tyle na dziś. Relacja była toporna, ale mam nadzieję, że nie zanudziłam Was. Nie chcę robić sobie więcej zaległości, dzieląc opowieści na części. Musicie też zrozumieć, że chciałabym czasami odpocząć od regularności publikowania wpisów, toteż wszelkie poślizgi nie będą mile widziane.
   Tym czasem mogę powiedzieć jedynie, że w wędrowaniu nie spoczniemy, póki towarzyszą nam takie okoliczności, póki jeszcze to zdrowie jest i serce chętne.




6 komentarzy:

  1. Nigdy nie mialam problemu ze swiatyniami innych wyznan, w ewangelickim nabozenstwie kiedys nawet uczestniczylam (nie bylo w poblizu katolickiego kosciola). Normalnie bylam w kilku prawoslawnych, grekokatolickich, nawet jakies synagogi odwiedzilam. Przyznaje, ze nie bylam w meczecie, ale to wylacznie dlatego, ze zadnego po drodze nie mialam (tu sa dwa, ale... czasy mamy inne, dziwne troszke).
    Przy okazji - seminarium, w ktorym studiowalam, rowniez nie bylo katolickie a adwentystyczne :) Jednemu ksiedzu podczas odwiedzin kolendowych niezbyt sie to podobalo, zapytalam wiec, czy Bog Adwentystow jest jakis inny, gorszy? Poczerwienial i wyszedl, nawet koperty zapomnial ;)
    "Warownym grodem jest nasz Bog" - piesn napisana przez Lutra, hymn reformacji.
    Fotka kota mnie oczarowala :)
    Ach, takie mosty zabudowane, co wygladaja jak... wagony - uwielbiam!
    Ty jestes fajna, bo mieszkasz w Szwajcarii, ja jestem super (albo na opak, ta najgorsza ...), bo jestem zona swojego meza - ludzie oceniaja ludzi przez rozne pryzmaty, niestety.
    Jak juz robisz zdjecia Drogi Krzyzowej to poprosze z pierwsza stacja! Dlaczego o mnie nie pomyslisz? ;)
    Jak przyjedziesz - zabiore Cie na dobre piwo. I do strazy pozarnej :) Kolega prowadzi piekne autko z duuuuza drabina ;)
    O symbolach pisac mi sie nie chce, nie pamietam jak sie nazywa fachowo przejmowanie swiat, symboli i zwyczajow przez jedna religie / kulture / filozofie by "przykryc" ta stara, od ktorej przejmuje, jest na to termin naukowy. A nie chce sie mi, bo pisalabym caly wieczor ;)
    Jesli chodzi o alkohol - ja to mialam zupelnie odwrotnie, nikt mnie nie podejrzewal o problemy, a problem mialam. Juz nie mam, ale wiem, ze takie cos latwo moze wrocic, wiec uwazam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, że moim zdaniem Bóg jest jeden, tylko ludzie inaczej go interpretują ;) Stąd ten cały bałagan w religiach. Szkoda tylko, że z tego bałaganu tworzą się także wojny. Zastanawiało mnie natomiast, dlaczego w każdej religii (mimo podobieństw) jest inna święta księga z inną treścią. Nigdy się temu nie przyglądałam bliżej, a chciałabym kiedyś przeczytać je wszystkie. Tak po prostu, by wiedzieć więcej, bo szukam Prawdy.
      Wcześniej był to czas kiedy zamknęłam się na świat zewnętrzny. Kościół był dla mnie bardzo ważny, wiesz o tym. Dziś nazywam to "epizodem". Bóg zaś, jest w moim życiu nieprzerwanie. Tylko z Kościołem tak lawirowałam, jednak teraz nie chcę przynależeć do żadnej konkretniej religii. Poznaję Go sama, czytam Biblię, modlę się co dnia i mam nadzieję, że to jak żyję, Bogu się podoba.

      "Warownym grodem jest nasz Bog" no właśnie dlatego użyłam słowa "gród", bo burg w niemieckim to zamek. Przynajmniej tak znam. Poprawię napis pod zdjęciem.

      O_O Dobra! Od teraz będzie zawsze pierwsza stacja, zapominam! O_O Mogę Ci zacząć zbierać Piłatów XD

      Czy człowiek ma problem czy nie, ludzie i tak będą gadać. Prawda jest taka, że nie będziesz podobać się wszystkim. Zawsze znajdzie się ktoś taki, komu okażesz się niewygodna, komu będziesz przywarą, kto Cię w końcu obsmaruje. Ja to nazywam "human error" ;]
      Jestem uzależniona od słodyczy, odwyk mam od lat, czasami jednak wpadam w... alkoholicy wpadają w korek, a czekoladoholicy w co? W sreberko? No to czasem wpadam w sreberko na bardzo długo, ale walczę z tym. ;]

      Usuń
  2. Piękna jest wiosna... nawet w deszczu :). Wczoraj w lekkiej mżawce zwiedzaliśmy Smoleń. Ruiny są odrychtowane jak ta lala :)...

    Ja jednak z tych ... pijących. Lampka wina, piwko od czasu do czasu... grunt to znać umiar i nie robić z siebie świni :)!!!

    Pozdrawiam serdecznie :)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wczoraj była piękna burza, szkoda, że na koniec dnia rozładował mi się aparat, bo wieczór był ekscytujący :)

      Ja po prostu zauważyłam, że to nie ma na mnie dobrego wpływu. Po prostu długo nie nadwyrężałam ciała tymi "uprzyjemniaczami". Wręcz ortodoksyjnie trzymam się także diety i dlatego zwykle źle się kończy mój jednorazowy pobyt w kraju, gdzie na to się aż tak nie uważa, stąd pomysł na zrezygnowanie całkiem.

      Wiesz, że tu ma być od przyszłego tygodnia lato? Na razie pada od czasu do czasu.

      Usuń
  3. Witaj!

    Myślę sobie (to jest moje, całkowicie subiektywne zdanie), że ludzie od wieków potrzebowali w życiu sfery sacrum. Nawet ci z czasów jaskiniowców. Ja osobiście na moich studiach miałam taki przedmiot jak religiologię. Uczył mnie ksiądz, który mieszkał z muzułmanami na pustyni. Chodziliśmy do kościołów ewangelików, do cerkwi, do synagog. Nie mam z tym najmniejszego problemu. Wręcz przeciwnie uważam, że trzeba koniecznie poznawać inne ścieżki, aby znaleźć swoją własną.

    Kiedy uczyłam w szkole i wchodziła słynna dziewiętnasta godzina czyli obowiązkowe kółko to ja zabierałam dzieciaki do cerkwi, do synagog i kościołów ewangelickich. I wiesz co? One to uwielbiały. Nie chciały wracać i podkreślały, że nikt inny im wcześniej nie powiedział, że istnieją inne religie.

    Mam bardzo złe zdanie o ludziach, którzy najeżdżają na jakąkolwiek wiarę. Sama traktuję tą kwestię delikatnie, z szacunkiem. Jest to dosyć intymna strefa każdego człowieka. Potrafię przyznać, że w katolicyźmie jest sporo rzeczy złych, ale można się tego doszukać w każdej, absolutnie każdej religii. Świat jest różny, kwadratowy i podróżny. Nie ma ideałów. Nigdzie.

    Jeśli coś się utrzymało ponad dwa tysiące lat przynajmniej i wywarło ogromny wpływ na kawał świata: kulturalny, literalny to ja mam do tego absolutny respekt. Podobnie jak do hinduizmu czy nawet islamu.

    Nigdy nie byłam pijana, nigdy nawet nie piłam wódki, nigdy nic nie paliłam:) I żyję:)Nie mam nic przeciwko degustowaniu trunków alkoholowych, ale z odpowiednią kulturą osobistą:)

    OdpowiedzUsuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.