piątek, 28 kwietnia 2017

Walser Sagen Weg - czyli szlakiem legend. Triesenberg / Liechtenstein.

"Głębokie jary, siedziby dzikiego zwierza i dzikszych jeszcze ludzi, przecinały im drogę, czasem wąskie i urwiste, czasem otwartsze, o bokach lekko pochyłych i porośniętych głuchą puszczą.(...)
Na dnie jarów biły krynice lub płynęły szeleszczące po kamieniach bystre strumienie wzbierające wiosną wodą ze stepowych śniegów. Chociaż słońce dogrzewało jeszcze borom i stepom mocno, surowy chłód taił się w tych kamiennych gardzielach i chwytał niespodzianie przejeżdżających. Bór wyścielał skaliste boki i piętrzył się jeszcze na brzegach, posępny i czarny, jakby chciał owe zapadłe wnętrza przed złotymi promieniami słońca zasłonić. Miejscami jednak całe jego szmaty były połamane, zwalone, pnie ponarzucane jedne na drugie w dzikim bezładzie, gałęzie zwichrzone i zbite w kupy, zeschłe zupełnie lub też pokryte zrudziałym liściem i iglicami."


- "Pan Wołodyjowski"
chciałabym umieć tak opisywać
górską przyrodę,
jak robił to Henryk Sienkiewicz.
Dziś w tym poście pojawią się jego cytaty.




Oto przed nami ubarwiony legendami szlak, którego otwarte przestrzenie rozścielają się po łagodnym zboczu góry, leżącej w małym państwie Liechtenstein.
   To nietypowy szlak turystyczny. Nazywa się Walser Sagen Weg i wiążą się z nim losy ludzi mieszkających tutaj w przeszłości. Wzdłuż całej drogi rozmieszczone są tablice informacyjne, na których opisano ich perypetie, a w niektóre wpleciono kilka nieprawdopodobnych legend. Ich spoiwem jest prawdziwa historia o dzikich ludziach zamieszkujących tutejsze lasy - rdzennych przodkach Alp.
   W tym samym czasie mogliśmy się rozkoszować krajobrazem rozciągającym się na Dolinę Renu i okoliczne góry.
   Wędrówkę rozpoczęliśmy od wskazanej na mapie, miejscowości Triesenberg.


Ze względu na ograniczone pole wojaży dla nas - bez profesjonalnego zaplecza sprzętowego - gdyż królowa Zima jednak wygrała bój; wędrowaliśmy szlakiem T1. Tym symbolem oznacza się trasy wycieczkowe, łatwe, nie wymagające nawet mapy. Jest świetnie oznakowana. Głównie płaska, tylko momentami nachylona, więc do zdobycia dla każdego.
   Wychodząc z miasta, mijaliśmy część jego zabudowań, charakterystycznych dla tego regionu domów i krętych dróg, wijących się bogatymi, Liechtenstein'skimi osiedlami. Mijani przez napompowane samochody, podziwialiśmy urokliwe ogrody wokół posesji. Niektóre naprawdę robiły wrażenie, szczególnie Ogród Jeziorny - tak go nazwałam w przypływie obecnej chwili.
   Jezioro zajmowało praktycznie cały teren ziemi przydomowej. Żyły w nim wielkie karasie, a brzegi były gęsto porośnięte wspaniałą florą znaną mi dobrze z mazurskich stron naszego kraju.
   Sorry, nie zrobiłam zdjęcia :P





"A tymczasem uczyniła się wiosna. Naprzód wstał od strony Dzikich Pól i Czarnego Morza duży ciepły wiatr, porozrywał i poszarpał oponę chmur jakby zetlałą ze starości szatę, a potem począł owe chmury zagniatać i rozgniatać po niebie, równie jak pies owczarski zagania i rozgania stado owiec. Chmury, uciekając przed nim, zlewały często ziemię dżdżem obfitym o grubych jak jagody kroplach. Roztopione resztki śniegu i lodu utworzyły na równym stepie jeziora; z wiszarów poczęły spływać wstążeczki wody, w jarach na dnie wezbrały strumienie, a wszystko to leciało z szumem, gwarem i hałasem do Dniestru, tak właśnie, jak dzieci lecą radośnie do matki."


Holluwood wymięka w tym momencie.
Miasteczko Buchs. Miejsce, do którego jeździ się po to, czego nie można dostać w naszej wiosce.
W zasadzie to taki rewir handlowy i dworzec.
Jest to też miejsce spotkań, mieszka tam trochę znajomych.
Przydatne miasteczko, dobrze mieć je blisko i jaka nazwa zacna...
[buchs, niem. - książki]

Dalej szlak biegnie głównie przez las, częściowo też, nad trawiastym zboczem. Tu mamy przepiękną, kamienistą drogę w cieniu góry, gdyż jej skalista, wysoka ściana daje złudzenie, jakoby słońce właśnie zachodziło za horyzont. A przecież tu horyzont potrafi być naprawdę wysoko. Oszustwo, nie?
   Czarne wiewiórki biegały po pniach drzew, ptaki wiosny darły dzioby, a malachitowe mchy opierały się upartym zaspom śniegu, walcząc o każdy cieplejszy oddech dnia.





"W przerwach między chmurami przeświecało co chwila słońce, jasne i odmłodzone, a jakieś mokre, jak gdyby w tej powszechnej topieli wykąpane."

Czasem człowiek i jego skłonny do bezsensownych dygresji mózg, zasilany z każdą przeczytaną książką, zaczyna zadziwiać. Akcja w powieściach zazwyczaj toczy się w zamierzchłej przeszłości, z reguły jest to średniowiecze - takie lubię. I niby wiem, że to wszystko fikcja (albo pół fikcja, np. zmyślony bohater na tle prawdziwej historii) jednak nasuwa się pytanie: czy kiedyś wszyscy byli tacy barwni, intensywni, przeżywający i charakterni? Bo jakoś teraz ciężko znaleźć podobną duszę. Dziś ludzie nie mają nawet podobnych kłopotów i radości, wszystko się zmieniło.
   Czasem czuję się jak obserwatorka dziejów ludzkich, ewolucji ich osobowości i potrzeb. Czasem ta myśl staje się do szpiku intensywna i rozważania zaczynają nabierać na intensywności. Życie ludzkie jest takie krótkie w porównaniu z życiem żółwia albo życiem drzew. I nagle okazuje się, że gdzieś tam w zakamarku głowy, czyha jakaś tam myśl o jakiejś tam nieśmiertelności i nagle rzeczywistość zaczyna być problemem. Poznaję wieki jedynie z książek i to najpewniej kłamliwych, wiedząc, że nigdy nie poznam tego, co jeszcze nie przyszło.



Żyć nie umierać! Tu by się dobrze książki pisało... Nawet z tym śniegiem pod stolikiem.

Szlak był upstrzony fantazją ludzką. Zabawnie było znajdować małe figurki zwierząt, albo pokaźne rzeźby w drewnie, tudzież miniaturowe inscenizacje.
   Jakby tędy szło przedszkole, spacer tym szlakiem nie trwałby kilka, a kilkanaście godzin.








"Potem jasnożółte źdźbła trawy poczęły się wychylać z rozmiękłej ziemi; cienkie gałązki drzew i krzów nabrzmiały obfitym pąkowiem. Słońce dogrzewało coraz mocniej; na niebie pojawiły się stada ptactwa; więc klucze żurawi, dzikich gęsi, bocianów, za czym wiatr począł przywiewać chmury jaskółek; zarzechotały żaby wielkim chórem w ugrzanej wodzie; rozśpiewało się aż do zapamiętania drobne, szare ptactwo - i przez bory, przez lasy, przez stepy i jary poszedł jeden wielki rozgłos, jakby całe przyrodzenie krzyczało w radości i uniesieniu:
   - Wiosna!"




Kuna. To już na 100% jest kuna! Będę upierać się przy swoim, że na poprzedniej wędrówce widziałam gronostaja!
Mały Ent :)
Dialekt dzisiejszych mieszkańców jest podstawową cechą pochodzenia. Przodkowie Walser, dzięki swojej ciężkiej pracy, wykarczowali sobie kawał gruntów rolnych i tym samym ukształcili na nowo krajobraz. Domy są rozrzucone po całym obszarze, a niektóre są naprawdę wiekowe.
   Dialekt... no właśnie. Dlatego zaznaczony na czerwono wierzchołek, nie brzmi tak, jak w tytule zalinkowanej pod zdjęciem notatki, będącej relacją ze zdobywania tegoż właśnie szczytu.

Tu byliśmy! KLIK!
Powiększ zdjęcie.
Byliśmy na Pizol'u: KLIK
Powiększ zdjęcie.

Tuż za samotną osadą, można odwiedzić zabytkową stodołę z roku 1793. Stamtąd szlak prowadzi na teren piknikowy z panoramicznymi widokami na okoliczne góry, Alvierkette i Alpstein, które również z przyjemnością opisałam. Ludzie, ja naprawdę ogarniam te bandyty!





Powiększ zdjęcie.
Alvier - KLIK
Powiększ zdjęcie.
Saxer Lucke - KLIK
Staubern - KLIK
Hoher Kasten - KLIK
Po drodze nie mogłam się oprzeć... musiałam się iść pobawić... I duży Ent był, ale to nie jedyny na tym szlaku. Gdzieś tam musiał jeszcze mieszkać Drzewiec, na pewno! Gdzieś tam musiał znajdować się Wiec Entów! Tylko gdzie...




Mur chroniący wioskę przed walącymi się skałami z wyższych partii gór.

Zastanawiało mnie pewnego dnia, jak to jest z tą ludzką urodą. Lubię zrobić sobie zdjęcie. Nie mam skrupułów przed opublikowaniem go, bo nie mam kompleksów, ani też nie potrzebuję wsparcia duchowego, celem wyzbycia się ich - wiem, że tak niektórzy robią.
   I tak, pewnego relaksującego dnia, zmieniłam zdjęcie profilowe na FB. Naturalne, bo ja nie używam make-up'u ani foto-filtrów. I już wieczorem czekał na mnie zastęp powiadomień, pragnących troskliwie upewnić mnie, że monitory innym nie popękały. FB uświadomił mnie, że mogę uważać się za osobę, na którą da się patrzeć bez uczucia obrzydzenia. Pomimo, że bez makijażu - jeszcze raz to powtarzam. A co by było, gdyby wszyscy jednoznacznie przyznawali, że jestem paskudna?
    Przynajmniej mogłabym to uznać za niepodważalną szczerość wobec mnie, może nawet przyjacielski afekt... A może wtedy zamiast zdjęć, na których czasem jestem, porzuciwszy swe hobby, zajęłabym się czymś pożyteczniejszym dla świata, żeby chociaż trochę mu się przysłużyć w zamian za to, że moja odrażająca egzystencja marnuje jego tlen dla utrzymania się przy życiu?
   A właściwie skąd wiecie, że tak wyglądam? Może za dnia pięknością, w nocy zaś szkaradą się staję? A może jak bohater piosenki Kabaratu Starszych Panów, rano zrywam się śliczna, liryczna i apetyczna, lecz gdy spływał mrok wieczorny, typem staję się upiornym? Panią Hyde?
   Co by się okazało, gdyby wyszło na jaw, że pochodzę z innej planety i mam skrzela zamiast nosa? Albo miast ust, mam pysk podobny do facjaty żabnicy?

Po zmianie pamiętnego zdjęcia, przyjaciółka moja najszczersza i zawsze mi prawdę mówiąca, odesłała w odpowiedzi moje zdjęcie po retuszu...


Oczywiście, że NIE jestem obrażona, nawet mi się podoba! A wiecie, że lustro stało się najczęściej fotografowanym obiektem XXI wieku?
   A na dole mamy wieszczki. Takie ptaszki, które najwięcej wrzeszczą w górach.





Nawrót do Triesenbergu, przykuł moją uwagę, zabytkowy kościół z kamienia.
   Dawno nie odwiedzaliśmy z mężem zabytków architektury. Skoro Królowa Zima (teraz szacowną panią będę zapisywać z dużej litery, zasłużyła sobie) zawitała ponownie w szwajcarskich Alpach, należy rozważyć niższe szlaki, wzdłuż których takie relikty to norma. A może jakiś zamek?
   W każdym bądź razie, chwilowo zdobywania szczytów nie planujemy, ale te nie uciekną. Poczekają na nas stojąc tam gdzie stoją, bo plany względem nich też mamy zacne 😁 Obecnie mogłyby stać się samobójczą eskapadą, więc trzeba jeszcze poczekać. Albo wyposażyć się w sprzęt Lary Croft.


Bo tymczasem, Królowa Zima wpadła do nas niespodzianie z impetem Rambo, przyczajona już z wieczora, aż wiosna słodko zaśnie...
   W każdym bądź razie, Pani Wiosna też już się czai w śnieżnej zamieci pośród gór:


5 komentarzy:

  1. Witaj weekendowo,

    Widzę nie ustajecie w drodze. U nas deszczowo. Ja z kolei nie mogę się doczekać urlopu. Retusz? Pieprzyć retusz. Życie bez retuszu jest zdecydowanie lepsze.

    Trzymajcie się ciepło i zdrowo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życie bez retuszu nie powoduje lęków o to, czy ktoś kiedyś powie "wydawało mi się, że będziesz wyglądać inaczej". Oczywiście rzeczywistość sprawia, że zaraz po tym zdaniu sypią się komplementy typu "na żywo wyglądasz lepiej", ale nie dajmy się zwieść.
      Po retuszu wyglądamy jak boginie, po co więc budzić uczucie zawodu w samych sobie? Bądźmy boginiami naturalnie bez podrasowanych detali, a gwarantuję, że i lęk o opinię minie, (no bo jak nie ma większych starań, to nie ma większych o to zmartwień); i boska gracja na nasze uśmiechy wypłynie samoistnie. :) Natural Power XD

      Usuń
    2. A czy to ważne co ktoś powie o Twoim wyglądzie? Ważne, żebyś to Ty czuła się dobrze w swojej skórze.

      Wiesz, że bardzo długo się nie malowałam? Do okolo 22 roku życia. Mój ex nie mógł się temu nadziwić, uważał, że brak makijażu jest mało kobiecy. Ciągle chciał mnie poprawiać. Gdybym była mądra od razu bym zauważyła, że coś jest nie tak.

      Teraz makijaż robię delikatny, pod koniec dnia, gdy wracam z pracy i tak już po nim nie ma śladu.

      A co powiesz o siwych włosach i farbowaniu ich? Masz już jakieś?;)

      Usuń
    3. Ja się czuję bardzo dobrze w swojej skórze. Nie zauważyłaś ironii w tekście? :P Nigdy mnie nie przejmowała ocena powierzchowna.

      Mój ex pragnął bym przefarbowała się na blond, chodziła przez cały rok w mini i w szpilkach, bym malowała się, bo wtedy jego zdaniem byłabym efektowniejsza, no i raz mnie pytał, co myślę o operacjach powiększenia piersi.
      Także wtedy nie myślałam. Byłam zaślepiona, naiwna i bardzo niemądra.

      Nie mam jeszcze siwych włosów. Myślałam, że osiwieję dość wcześnie, bo takie były tendencje rodzinne od strony mamy, lecz jak się okazało, odziedziczyłam czuprynę po rodzinie od strony ojca. Uważam, że siwe włosy są sexy XD Będę nosić długie siwe włosy, a może z nich nawet dready zrobię, zobaczymy. Szalenie podobają mi się staruszki w białych dreadach, w Szwajcarii jedną taką widziałam, a w necie, jak wygooglasz, jest cała galeria. Te kobiety są w moich oczach piękne.

      Kiedyś farbowałam się, rozjaśniałam nawet, właściwie nie wiem jakiego koloru nie miałam jeszcze na głowie... I zniszczyłam sobie włosy. Mam na głowie połowę tego co kiedyś i bardzo żałuję tamtych szczenięcych decyzji.
      Nie zamierzam już nigdy więcej farbować. Dopuszczam tylko naturalną hennę, chociaż też już od lat jej nie stosowałam.
      Kiedyś latem nakładałam, by przyciemnić, bo mi od słońca włosy nierówno i nieładnie blakną, ale w zasadzie to też mnie mało przejmuje... Ogólnie dobrze się ze sobą czuję i nie mam potrzeby niczego zmieniać.

      Usuń
  2. Nie zauważyłam:P

    Eh ci faceci..

    Szczęściara. Ja już mam całkiem sporo, właśnie wykorzystując majówkę hennowałam włosy i póki co siwulców nie widać. Zamierzam starzeć się z godnością, ale te siwe włosy nie wyglądają zbyt ładnie;)

    Ja mam potwornie gęste włosy, dlatego też u mnie z fryzjerem jak z ginekologiem. Muszę uważać na kogo trafię, bo łatwo trafić na kogoś, kto sprawi, że przez długi czas będę się wściekać na moją fryzurę;]

    Jesteś pure nature!

    OdpowiedzUsuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.