W Trimmis wiosna była pierwsza.

"   - Mówią - powiedział wolno Vysogota - że przyroda nie znosi próżni. To, co leży na ziemi, co broczy, co padło od twego miecza, już nie jest Złem. Co nim tedy jest? Czy zastanawiałaś się kiedyś nad tym?
   - Nie. Jestem wiedźminką. Gdy mnie uczono, poprzysięgłam sobie, że będę występować przeciw Złu. Zawsze. I bez zastanowienia..."


- "Wieża Jaskółki" Andrzej Sapkowski



Opowiadałam niedawno o ruinach zamku Neu Aspermont. Dziś mam okazję zabrać Was na inne włości tej samej rodziny. Szlak rozpoczęliśmy od miasteczka Trimmis w kantonie Graubünden.
   W późnym średniowieczu wieś należała do biskupów Aspermont, nazwanych tak po zamku (obecnie w ruinie). Wysoko nad wsią, stoją jeszcze inne ruiny zamku: Ruchenberg, na które także Was dziś zabiorę.
   Wszystko mogliśmy oglądać w prawdziwie wiosennej odsłonie. Cały las kwitł. Pomimo miedzianej pokrywy leśnej (lecz nie wszędzie), na ścieżkach tętniło wartkie życie. Mrówki ożywiły swe wielkie kopce-królestwa. Motyle fruwały w blasku słońca. Ptaki darły dzioby. Przechodziliśmy przez las, w którym ziemia miała zapach lata. Ale nie tylko... Znaleźliśmy też takie miejsce, gdzie las zatrzymał się w czasie. Wyglądał jak żywa prehistoria... że aż wiosna bała się tam zajrzeć.
   Ta wędrówka miała miejsce pod koniec lutego. Szwajcaria w górach od dawna pachnie tym, czym normalnie pachnie maj. W dolinach wiosna dopiero zaczyna się budzić, jeszcze jej tak nie widać, dopiero pierwsze pączki nieśmiało pokazują się na wysokich gałęziach drzew, gdy w lasach położonych o wiele wyżej, roślinność przeżywa apogeum.
   Wiosna... i znów słońce będzie świeciło w monitor... będą osy, komary...








Po drodze spotkaliśmy ruiny czegoś, co przypominało nam trochę jakieś zabudowania wojskowe. [zdjęcie nie zawiera bunkra, który był na środku ruinek] Szwajcarskie góry są pełne militarnych tajemnic, więc kto wie, może niewiele się pomyliliśmy?
   Gdybym dokumentowała każdą tajemniczą rzecz, która wygląda mi podejrzanie, jak np. otwory w skale, nie będące z całą pewnością tworem natury, albo wyraźnie zarysowane wielkie bramy, które mogłyby się otwierać, wypuszczając w powietrze lotnicze maszyny; musiałabym poświęcić temu innego bloga. I najpewniej liczyć się z jakimś potężnym wirusem, który nieodwracalnie zjadłby mi komputer wraz z obudową.
   Niby te przejścia, dziwne drzwi i bramy w skałach, okna w krzakach... nie są tajemnicą - nie mogą być - każdy wędrowiec je widzi, ale nie mam odwagi publikować takich zdjęć.
   Te ruinki to co innego. Jakaś stara pozostałość, nie wiadomo po czym i po kim. Może kiedyś mieszkał tu jakiś samotny, rdzenny Helveta? Tylko po co jemu bunkier...?
   A dowiedziałam się ostatnio, że ryzyko złapania wirusa internetowego na stronach religijnych, jest 3 razy większe niż na stronach pornograficznych.




Oto jak ściółka leśna pożera skałę.
Te mrówki miały na długość pół centymetra.


Od publikacji do publikacji. Co tak naprawdę jesteście w stanie o mnie powiedzieć, nie licząc tego, że wędruję po Alpach i czytam książki? Na podstawie drugiego bloga, jesteście w stanie nawet opowiedzieć o tym, co pichcę w kuchni. Przypomniałam sobie początki, kiedy nagminnie oceniano mnie pod kątem aktywności internetowej, jako bym nic innego nie robiła. To jest rozpamiętywanie zapobiegawcze, bo... to zaraz.
   Od kiedy blog ufundował mi bon towarowy na zadowalającą wartość, i od kiedy twardo postanowiłam, że chcę zarabiać na pisaniu, [choć w tym momencie mam na myśli własną książkę], korci mnie, by przyznać dawnym oskarżycielom, że jednak mięli rację, chociaż nie do końca.
   Teraz piszę więcej. Częściej siedzę przy laptopie. Dwa razy w tygodniu piszę tutaj. Przez resztę dni (właściwie nie wyłączając tych blogowych) siedzę nad edytorem i tworzę kolejne rozdziały powieści. Przyjemność powoli staje się pracą, być może w przyszłości dosłownie nią będzie.
   Nie ma sensu potępiać ludzi, którzy starają się coś robić - cokolwiek, ale niech wam będzie - dużo siedzę przed komputerem. Jednak nie bezproduktywnie. Wychodzę z domu, wędruję, gotuję, trenuję, sprzątam, robię zakupy. Czyli jak wszyscy. I nie jestem typem babki, która siądzie na grzędzie i będzie tylko jajca wysiadywać.

I nigdy nie zaczynam dnia od komputera. Nigdy. Mój ranek to Bulletproof Coffee + książka. Ostatnio najczęściej biblia.








"Planowanie to oprawianie przyszłości w ramy teraźniejszości. Możesz zacząć już dzisiaj."
- Alan Lakein

Mam chęć zostawić po sobie coś nieśmiertelnego. Muzycy zostawiają po sobie nagrania, malarze obrazy, a ja chcę zainwestować w swoje pisanie.
   Dla niektórych jakikolwiek artyzm graniczy z niewyobrażalnym. Po pierwsze - nie ma czasu, jest praca. Po drugie - na hobby trzeba mieć czas... czyli wracamy do punktu wyjścia.
   Wierzę, że każdy człowiek ma jakieś talenty. Na pewno i Wy je znacie. Cudownie byłoby móc poświęcić cały swój czas na ich wykorzystywanie - na zajęcia, które utalentowany człowiek zrobi najlepiej. Niestety dziś talent jest mierzony liczbą sukcesów, nie np. entuzjazmem. Zatem jak znaleźć czas na samorozwój, aby rzeczywiście odnieść sukces?


Fragment ruin zamku Aspermont.



A to ta sama ławeczka, na której kilka zdjęć wyżej, przesiadywał mój mąż.

Jak mieć czas, jak uzyskać chwilę dla siebie, a mimo to, być zawsze przygotowanym terminowo z zadaniami do pracy?
   Podstawa to wziąć się do roboty. Od czego zacząć? Oczywiście od tego, co najgorsze albo najtrudniejsze, albo tego nie lubimy.
   Notuj, myśl i planuj z ołówkiem w ręku - to co na piśmie, jest prawomocne. Tworzysz coś, co teraz dużo łatwiej zobaczyć. Niezapisany cel to ledwie życzenie. Wyznacz termin ukończenia tej pracy, to cię troszeczkę ponagli. Ustal priorytety.
   Zawsze rozkładaj pracę w trakcie dnia, tygodnia... to cię zbliży do celu, bądź konsekwentny. Nie marnuj czasu. Wyznacz sobie konkretną godzinę na pracę, trening, naukę, ustal przerwy na posiłki - nie zapomnij nigdy o żadnym - to Twoje ładowarki do mózgu!
   Wypisanie celów motywuje do działania. Stymuluje kreatywność, wyzwala energię, pozwala przezwyciężyć mentalny bezwład. Możesz prowadzić kalendarz, który może stać się twoim kołem napędowym do sukcesu.

- Na podstawie książki Briana Tracy
"Zjedz tę żabę".


Wszechzieleń:








Po prawej stronie jeziorko. Ledwie widać, bo tak czyste, że zlało się z resztą pejzażu.
Wkrótce na naszym szlaku, zieleń ustąpiła jurajskim widokom. Jak wcześniej wspomniałam, wiosna bała się tu zajrzeć, ale ptactwo dawało tu niesamowity koncert. Pod zdjęciami macie szansę to usłyszeć.


Brakowało tylko, żeby jakiś raptor na nas wyskoczył...



Dalsza część szlaku prowadziła częściowo wzdłuż wykopalisk. Kilka ciężkich maszyn i toytoy na samym środku. To trochę jak zdanie wyrwane z kontekstu...
   Szlak robił się coraz bardziej stromy i gdyby leżał tu śnieg (jak na luty przystało), wcale nie byłoby nam do śmiechu. Tymczasem zapewniam, że te wąskie ścieżki były całkowicie bezpieczne.




Czarna wiewióra.




Burg Ober-Ruchenberg

Aby dostać się do jego ruin, należało wspiąć się bardzo wąskim szlakiem leśnym, na wysokość 1'058 m. Wzgórze jest uderzająco dzikie i piękne.
   Zamek pełnił funkcję pałacową. Wokół niego roztaczała się zabudowa z mniejszych kwater, po których dziś już nie został żaden ślad.
   Wieża w pełnym majestacie, miała 15 m wysokości, a mury grubość 1,5-2,3 m. W jej wnętrzu znajdowały się schody, dziś pozostał ledwie fragment. Widoczne są cztery piętra.
   Nic nie wiadomo na temat kształtu dachu tego zamku. Podejrzewa się, że istniały blanki.

Interesujące przejście na zamkowe włości, prawda? ;)



Oto co stamtąd widziałam:




Zamek sięga swoją przeszłością do XIII w. W 1409 roku, na zamku przebywał wójt panów Sigberg z Vorarlbergu. Wtedy zrobiono w lesie specjalne przejście do siedziby Aspermont, z którego my mieliśmy okazję skorzystać, idąc do kolejnego zamku na tym wzniesieniu.








Na tej wędrówce miało miejsce spałaszowanie pełnej, bogatej czekolady, szwajcarskiej firmy Cailler. Gorzka czekolada, w której zatopione były całe orzechy i całe bakalie, a nie jakieś tam masy czy okruszki. Niestety moja spostrzegawczość w sklepie, najprawdopodobniej siadła, bo dopiero tutaj mąż zauważył, że firma należy do Nestle...

   Już? Ta szwajcarska fabryka czekolady z tradycjami, została kupiona przez producentów atestowanych trucizn? Nigdy więcej...


Dalej czekało nas zdobycie ruiny jeszcze jednego zamku. Zaś pod drodze nie mogłam się oprzeć fotografowaniu dolin, które ładnie prezentują się moim zdaniem wyłącznie w wysoka.

Ścieżka bardzo wąska.


Ta góra na samym końcu, to Bandytka.
Idealne miejsce do życia. Już widzę akcję "zapomniałam czegoś ze sklepu..." XD



Ruine Alt-Aspermont

Ten okaz znajduje się troszkę bliżej ziemi, bo na wysokości 768 m. Wzniesiono go na skale, a prowadzą do niego dosyć strome i bardzo wąskie szlaki, co sprawiło, że dotarcie tutaj było o sto procent trudniejsze, niż do poprzedniej fortyfikacji.
   Zamek zbudowany był na polu prostokąta, a jego wieża stała w najwyższym punkcie skały. Niestety 11 kwietnia 1878 r. wieża upadła. Właściwie dziś już bardzo niewiele pozostało z całego zabudowania.



Zamek, co oczywiste, został zbudowany przez panów Aspermont. Po ich śmierci był jakiś czas niezamieszkały. Później, w wieku XIV, Kościół bez wstydu zajął cały rodzinny majątek.
   Zamek był wykorzystywany przez biskupów jako więzienie. Gdy w sądzie zapadł wyrok w kwestii spraw ziemskich, zamek został odebrany Kościołowi.
   Opuszczony, zaczął niszczeć, aż w końcu rozpadł się samoistnie.




W drodze powrotnej, padł pomysł na inną wędrówkę :)
Nawigacja:
Wędrowaliśmy wzniesieniem po lewej.
Powiększ.

11 komentarzy:

  1. Nie dość, że macie pod nosem piękne góry, to jeszcze wiosna przychodzi do Was lutym!!! Mieszkacie w cudownym miejscu :)!!!

    P.S. Pieniny może i podobne są do Alp, jednak zajmują tak mikrą powierzchnię, że porównywać ze sobą tych gór nie potrafię :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale przynajmniej wiesz, że Pieniny zdołasz przejść za jednego życia :P

      Usuń
    2. Łeehehe... dnia chyba ;).... jakby się uprzeć :)!!!

      Usuń
  2. Świetnie Ci wychodzą zbliżenia. Takie zdjęcia powinnaś robić częściej, zdecydowanie ciekawsze niż kadry całości. A jakie zdanie masz o czekoladach firmy Lindt?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbliżenia, hmmm siebie czy otoczenia?? :P

      Do czekolad Lindt nic nie mam, sama "używam", choć jak wiemy, w produktach popularnych firm, nie da się unikać całkiem cukru.

      W skład wchodzą: miazga kakaowa, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, cukier demerara [to trzcinowy], naturalna wanilia Bourbon.

      Oczywiście wiesz, że cukier trzcinowy to ta sama trutka co zwykły biały ;)

      Najczęściej kupuję 85% i 90% zawartości kakao do rozpuszczenia na omlecie lub w owsiance.

      Usuń
    2. Zbliżenia otoczenia, kwiotków na przykład:P

      Lindt ma świetny skład w porównaniu z innymi czekoladami, tylko sporo kosztuje.

      E tam, dla mnie to cukier zdrowszy :P

      Mnie owsianka najbardziej przekonuje z owocami. Raz tylko robiłam z kakao i orzechami.

      Usuń
    3. Cukier brzozowy polecam ;)

      Usuń
  3. Witaj Hexe.
    Gdy zobaczyłem cię z miotłą, to nasunęło mi się nieco złośliwe pytanie - przyleciałaś, czy odlatujesz...
    Jednak dalsza wędrówka upewniła mnie, że jednak korzystałaś z własnych nóg. Takie wędrówki już nie na moje zdrowie, ale wirtualnie jak najbardziej. Tym bardziej, że są i moje klimaty.
    Pozdrawiam i do siebie na nowy wpis zapraszam.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciii, lubię sobie czasem polatać, tylko nikomu nie wygadaj!

      Usuń
  4. Jak pięknie to wszystko wygląda. Widoki zapierają dech w piersi.
    Jakość zdjęć i te zbliżenia na przyrodę również są niesamowite!
    Oby więcej takich wycieczek ^^

    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję serdecznie za miłe słowa. Mogę obiecać, że będzie jeszcze całkiem sporo takich wypraw :) Wędrowiec jest zawsze na swoim posterunku!

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.