piątek, 3 marca 2017

Heidiland.

Jestem zdania, że to, jaki jest nasz świat wokół, zależy od tego, jakie mamy do niego nastawienie. To jak patrzymy na pewne sprawy i jak na nie reagujemy i czy potrafimy zapanować nad naszymi emocjami, odgrywa bardzo istotną rolę nie tylko w naszych prywatnych życiorysach. Ma to także wpływ na całe społeczeństwo. Czy zauważyliście, że jeżeli w danej grupie jest kilka osób nerwowych, to te nerwy udzielają się reszcie spokojniejszych członków załogi?
   Pomyślcie, że nasz prywatny światek, to uniwersum całej reszty populacji, do której my przyklejamy gwiazdki. Gorące i palące, czy łagodne? Agresywnie wybuchowe czy wręcz stoicko statyczne?
   To, jakimi gwiazdkami wypełnimy tę przestrzeń, ma w dużej mierze wpływ również i na to, jakie będą nam doczepiać gwiazdki inni. Dobra, pozytywna energia przyciąga drugą dobrą energię. Nigdy nie podejmujmy żadnych decyzji, póki igrają w nas emocje.
   A jakie gwiazdy widnieją na Waszych firmamentach?

Z pozycji tej wieży rozpoczęliśmy naszą wędrówkę po Heidilandzie. Stoi ona na parkingu nieopodal polany pełnej starych, rozłożystych drzew, co nijak nie kojarzy mi się z Alpami. Pogoda była dosyć mroczna, ołowiane chmury ciężko i leniwie przesuwały się po niebie. Brakowało jedynie mgły, nietoperzy i... jeszcze więcej mgły. Ta sceneria musi być genialna kiedy tonie pod mrokami nieprzejrzystego, zimnego płaszcza.




Region fikcyjny, położony we wschodniej Szwajcarii... czy tylko dla mnie zabrzmiało to jak paradoks?  "Region fikcyjny w Szwajcarii..."
   Heidiland geograficznie nie istnieje. Historycznie można podciągnąć go pod legendę. Postać Heidi jest wśród Szwajcarów znana i popularna jak bez mała u nas Kmicic, czy Enej na Ukrainie.
   Ta mała dziewczynka pochodząca ze stronic książki, przypomina mi do złudzenia "Anię z zielonego wzgórza". Przyznaję, że ani jednej, ani drugiej nie czytałam, to zdecydowanie nie mój typ literacki.
   Nazwę na ten teren wprowadzono w 1979 r. i znajduje się ona w rejestrze znaków towarowych Federalnego Urzędu Własności Intelektualnej. Heidi została ożywiona jako biznes turystyczny. Dziewczynka stała się też instrumentem marketingowym dla regionu, otoczonego takimi popularnymi miejscami jak miasto Bad Ragaz, czy jezioro Walensee, które wespół odbierały dolinie przydomek atrakcji turystycznej. Heidi stała się swego rodzaju przynętą, konieczną do obrotu pieniędzmi na całym tym obszarze. I tak, Heidiland dziś jest oficjalną nazwą dla owego terytorium, oraz wizytówką na rynkach zagranicznych.
   Bohaterka powieści stała się szczególnie popularna wśród Japończyków, w których szczególnie jest kierowane to przedsięwzięcie, bo ponoć przyjeżdżają tu chmarami, co dało się zauważyć nawet poza sezonem. Nawet, specjalnie dla nich są wywieszone tablice informacyjne po japońsku...
   Promocja Heidilandu to cała liga pomysłów. Na przykład w Bad Ragaz istnieje hotel, w którym promowane jest spanie na sianie.
   Prócz atrakcji jaką jest domostwo młodej bohaterki, okolica oferuje malownicze miasto Malans, o którym wspominałam ostatnio, oraz górski szlak, któremu wprost nie mogliśmy się oprzeć.

Do kiosku po bilety niestety ustawiła się bardzo duża kolejka, ale na całe szczęście kwoki były zajęte plotkowaniem ze sobą, więc udało nam się obejść zbiegowisko i szybko nabyć wejściówki.
   Zainteresowanych, zapraszam na oryginalną stronę Heididorf TUTAJ.




Dom Heidi.
Obydwa domy, pomimo starego charakteru, były zautomatyzowane. U wejścia bowiem, stał mechaniczny kasjer, a w eterze chaty słychać było ścieżkę dźwiękową z filmu o Heidi.
   Wszystko wewnątrz wyglądało dosłownie tak, jakby przed chwilą ktoś tam był i zaraz miał wrócić do swoich codziennych obowiązków.







"Heidi" autorstwa Johanny Spyri jest ponoć bardzo wzruszająca i urocza... jeśli wpadnie mi kiedyś w łapki, zapoznam się się z tym tematem, ale... obawiam się, że mnie zanudzi.
   Sytuacja w fabule ma się tak: mała sierotka Heidi mieszka w szwajcarskich Alpach. Opiekuje się nią dziadek, uznawany przez sąsiadów za gbura, odludka i dziwaka. Już go lubię.
   Dziewczynka przypomina mi z recenzji Pipi albo pszczółkę Maję... pogodna, rezolutna i wrażliwa dziewczynka, szybko podbija serce zgorzkniałego starca - a to znaczy, że nie był zgorzkniały, tylko znudzony. Żyją sobie szczęśliwie wśród alpejskiej przyrody, sielskie życie, sianko, kózki i las. Pewnego dnia zostaje wydarta z bukolicznego azylu i wyjeżdża do Frankfurtu, aby tam dotrzymywać towarzystwa sparaliżowanej córce zamożnego przedsiębiorcy.

Autorka: Johanna Spyri.
Wydania przetłumaczone na różne języki.

W pokoju Heidi.


Łóżko Heidi.
Jak mają się fakty do tych okoliczności? Czy dom rzeczywiście został całkowicie spreparowany? Otóż nie. W drewnianych ścianach tego domu, mamy możliwość odbyć emocjonalną podróż wstecz do XIX wieku, w czasie gdy mała Heidi powstawała pod piórem Johanny, właśnie w tych, szwajcarskich górach w mieście o nazwie Heidi. Stąd oznaczenia na drogowskazach: Heididorf [dorf: wieś].









Musicie tylko wiedzieć jedną rzecz... w tych lasach ukrył się rzeźnik Chopperman [człowiek tasak]. Uważajcie, gdyby przyszło Wam tu trafić, sprawa jest dość niebezpieczna, a nawet zakrawa o archiwa paranormalne. Odpowiedni agenci już się tym zajęli.


Podobno w tej okolicy pojawia się mnóstwo dzikich zwierząt, a nawet zachodzą one pod chałupy. Nocą, kiedy palą się lampy benzynowe lub świece, we wsi, do której prowadzi tylko jedna droga, jest cicho jak makiem zasiał. Można więc zupełnie zapomnieć się w cieple ogniska domowego.
   W zimie brak zaplecza handlowego utrudnia życie na wsi. Dlatego mieszkańcy zawsze pieką własny chleb, mają świeże, kozie mleko i ser, który też robią sami.
   Dziadek w chacie częstuje gości domowym jedzeniem i piciem.

Można sobie to tylko wyobrazić. Soczysta trawa, zioła i kwiaty. Wysokie góry, wielkie jodły i cienisty las.
   A oto druga chata, ta ze stodółką i kozą, oraz miejsce, w którym stoją urządzenia do wyrobu sera i chleba.

Obrazek z kreskówki.

W cywilizacyjnym zgiełku, kiedy światem rządzi nadmiar niepotrzebnej informacji oraz stale zmieniają się technologie, rośnie w nas stres - wszystkie te objawy naszego świata wzbudzają w niektórych tęsknotę za świętym spokojem.
   Jestem zdania, że stres i nerwy są wynikiem braku dziczy, lasu i wsi. Takie życie przy trzodzie i w przyrodzie, powinni przepisywać na receptę wszyscy doktorzy z całego świata - zamiast pigułek.









Nawigacja:

A później wybraliśmy się w podróż szeroką i całkiem wygodną ścieżką dydaktyczną, obejmującą punkty, w których odpoczywała pisarka.

Johanna Spyri czyli Johanna Louise Heusser, urodziła się w czerwcu 1827 w Bad Ragaz. Jej pierwsza powieść dana do druku, to "Liść na grobie Jacqueline", która okazała się wielkim sukcesem. Treść jest bardzo smutna, opowiada o kobiecie dręczonej przez męża alkoholika.
   Następne książki nie cieszyły się już tak wielkim uznaniem. Zaś krótko przed Bożym Narodzeniem, w roku 1879, pojawiła się Heidi, która natychmiast stała się wielkim sukcesem i która zapewniła pisarce bardzo godziwą emeryturę.
   W 1881 wydała drugi tom, który został przetłumaczony na 50 języków. Książki doczekały się też kilku swoich ekranizacji.
   Johanna Spyri zmarła w wieku 74 lat na raka. Została pochowana w Zurychu w Sihlfeld (grób nr 81210). Do czasu ujawnienia się choroby, bardzo dużo podróżowała.
   Zachowano jej rękopisy, notatki i dokumenty. Wiele książek i innych tekstów, świadczą o jej krytycznym spojrzeniu na warunki życia podczas wczesnej industrializacji Szwajcarii. Zwłaszcza zwracała uwagę na losy dzieci i młodych kobiet, bliskich jej sercu. Jej teksty są zatem nie tylko literackie, ale również społeczno-historyczne.

Podążyliśmy taką oto drogą.
Na szlaku rozstawiono rzeźby książkowych postaci.




Natura i pełna cisza rzeczywiście potrafiły skłonić co wrażliwsze dusze do artystycznych przedsięwzięć. Mogłabym przebywać w takiej krainie, sypiać w kurnej chacie na sianie i nocami słuchać hukania sów. Albo wycia wilków. Są tu jakieś wilki?







Kto chce, może odwiedzić tą chatę, lub wejść jeszcze wyżej szlakiem przygód aż do Alpöhi, do którego prowadzi dalej ten sam szlak, którym my częściowo podążaliśmy.
   Jest to przytulna restauracja dla turystów pieszych i rowerzystów górskich, doskonała chwila wytchnienia i bajeczne widoki z tarasu.





Zima ciągle utrzymuje się na szczytach gór, a lawiny schodzą - dziś słyszałam już trzy. Wysokie połacie nie są teraz bezpieczne, choć nadal prowadzą do nich czynne kolejki górskie. Sezon sportów zimowych nadal trwa.
   Znów szaleje fen, formułuje na niebie kręgi z chmur i uniemożliwia chociażby relaks na rowerze. Generalnie zdziera grzywkę i targa ptaki. Widziałam jak wróbel chciał odlecieć z krzaka i wiatr zakręcił nim, po czym wbił go w glebę... Przeżył. Ale do krzaka doszedł na piechotę.








Jakiś miłośnik schronów wojskowych?
A potem wybraliśmy się na spacer po miasteczku Malans, o którym opowiedziałam pokrótce w poprzedniej notatce. Dziś mam wreszcie okazję przedstawić Wam kilka konkretniejszych zdjęć, oraz rozwiać tajemnicę muralu ukrytego w bramie.






Zalała mnie ostatniej nocy fala dziwnych snów. Dla kogoś kto czyta i ogląda dużo fantastyki, jest to bomba ochów i achów, choć brzmi dziwnie... Wyłóżcie sobie, że:

...uratowałam kosmitę z nawałnicy mieczy, potem ocaliłam Undeadh'a przed śmiercią [wyczuwam kolejny paradoks dzisiejszego dnia...]. Następnie przeteleportowałam się na ulicę Wiązów, aby zweryfikować i zdefiniować istotę słowa "potwór", czyli: wystawiłam całkowity portret psychologiczny Freddy'ego Krueger'a, aby na koniec wylądować w jakimś mieszkaniu na najwyższym piętrze drapacza chmur i zajadać się popcornem oglądając "Milczenie owiec" w towarzystwie w/w, uratowanego kosmity.

   Ciekawe jakby to zinterpretować...


Efektowne, prawda?

A tak wygląda całość.

W drodze powrotnej, na moją prośbę zatrzymaliśmy się jeszcze przy kościele u podnóża zamku Gutenberg. Obydwa piękne budynki pokazywałam Wam w niejednej notatce, gdyż często przejeżdżamy pod tymi zacnymi włościami.
   Jak widzicie, postanowiłam sukcesywnie pootwierać przed Wami różne drzwi ;)

Sam zamek jest dostępny przez cały rok. Remonty zostały zakończone w 2010 roku, dlatego kaplica zamkowa i ogród różany mogą być swobodnie uczęszczane (w każdą niedzielę od 10:00 do 19:00). 
To tutaj odbyła się produkcja filmowa "Wilhelm Tell".
   Latem na zamku odbywają się koncerty.


Pfarrkirche St. Nikolaus












Zadałam wcześniej na blogu pytanie dotyczące mojego nick name (a tym samym charakteru strony). Jestem zaskoczona tyloma pozytywnymi opiniami i czytelnikami stojącymi po stronie starej, poczciwej zasady, że jeśli coś jest dobre, to po co to zmieniać? A zamęt wprowadzili ludzie, których właściwie znam tylko z widzenia...
   Krytyka to zawsze pejoratywna wypowiedź, która w jakiś sposób oddziałuje na odbierającego jej treść, choćby nie wiem jak twardy nie był. A i zdaję sobie sprawę, że tak jakby reprezentuję troszeczkę Polskę na obczyźnie, bo nie wiem czy wiecie, ale moje posty trafiają pod adresy szwajcarskich stron tych miejsc, po których wędrowałam. A to znaczy, że muszę się liczyć z odbiorcami i nie chcę, by ludzie krzywili się widząc jakąś heksę w internecie.
   Mogę być odbierana jako jakaś polska jędza z krzywym nosem, ale póki sama siebie tak nazywam, nikogo innego nie obrażam MAM NADZIEJĘ wszak taką opinię otrzymałam OD WAS.
   A i tak słowiańskie wiedźmy są najpotężniejsze ;) i nic nam tego nie odbierze.

Dziękuję Wam wszystkim za obecność.


"Dzień dobry, kocham cię 
Już posmarowałem tobą chleb"
~ Hannibal Lecter



11 komentarzy:

  1. Oj coś w tym jest. Moja mama jest strasznym nerwusem - w sumie mam to trochę po niej, choć wydaje mi się, że i tak w mniejszym stopniu. I to się strasznie udziela. Ja mimo tego, że mocno coś przeżywam, ostatecznie jakoś staram się uspokoić, a mama - papierosa od papierosa i trzęsące ręce. Potrafi niektóre sprawy przeżywać przez sporo czasu. I tylko sobie szkodzi...
    I przypomniały mi się terenówki u mnie na studiach, z kształtowania krajobrazów wiejskich. Odwiedziliśmy wtedy skansen, kawałek za Poznaniem i jak przypomnę sobie te chatki, ciszę, spokój... cudownie. Aż marzy mi się mały domek gdzieś na wsi, by móc tam nieraz wyjeżdżać, żeby chociaż zwyczajnie się uspokoić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie w domu tata taki jest i nerwowość nierzadko mi się udzielała. Za to mama to definicja stoicyzmu i wyciszenia, a kłótnia z nią jest niemożliwa. Nie da się jej sprowokować.
      Ja sama reaguję bardzo empatycznie i często gdy ktoś wpada w furię, jeżeli w porę nie zapanuję nad sobą, to mamy już dwie furie. Odgadnąć cudze emocje [gdy nimi nie epatuje] to pestka.
      Lata praktyki sprawiły, że ciężko jest mnie wyprowadzić z równowagi. Właściwie potrafią to jedynie 3 osoby na całym świecie. Większość moich "uniesień" w obcowaniu z innymi, to gra.
      Ciężko jest współodczuwać. Zawsze wiem na przykład, że komuś coś dolega. Życie nauczyło mnie, by nie wykorzystywać tej zalety, ludzie tego bardzo nie lubią.
      Gdybym na przykład czytała w myślach i inni by o tym wiedzieli, nikt by nie chciał ze mną gadać.
      To jak włażenie do kogoś z brudnymi butami i na domiar tego, grzebanie mu po szafkach ;) rozumiesz, ludzie nie lubią być obnażani z uczuć.
      Dlatego hołduję zasadzie, której nauczyła mnie moja mama - tylko spokój nas uratuje.

      Usuń
  2. To miasto ktoś specjalnie dla mnie wybudował!

    Nie kojarzę, bym oglądała/czytała w dzieciństwie "Heidi", ale okolica jest przeurocza, więc chętnie bym się tam wybrała.

    I też spokojnie mogłabym tam zostać. Może nie na parę lat, może nie na zawsze, ale taki krótki odwyk od cywilizacji na pewno zrobiłby mi więcej pożytku niż szkody!

    Zakończę wymownym stwierdzeniem, że spanie na sianie mam już dawno za sobą :) Było super!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To Ci powiem, że warto tu przyjechać w lecie, kiedy biegają stada żywych kóz [bo ta atrapa trochę rozbraja system ;)] kiedy biegają tam dzieci przebrane w stroje z epoki i kiedy po włościach spaceruje "książkowy" dziadek Heidi.
      Jest przewodnikiem po skansenie, ale jak nie ma pracy, to podobno zaczepny jest bardzo ;) Tylko trzeba ogarniać niemiecki.
      My celowo wybraliśmy się tam poza sezonem, bo wolimy święty spokój. I tak, byliśmy jedynymi ludźmi spacerującymi po wnętrzach obydwu chat, ale kosztem żywych eksponatów.

      Mam nadzieję, że adresy są poprawne:

      http://media.lifeportal.ch/data/ausflugsziele/566/bildstrecke/heidi-haus8_0.jpg

      https://www.graubuenden.ch/sites/default/files/styles/grf_global_m/public/hediland-heididorf.jpg?itok=Gg7FRABE

      Usuń
  3. Wow, ale cudne klimaty! Wspaniale to wygląda w letniej odsłonie! Ja w ogóle lubię skanseny, byłam w jednym w Norwegii i w kilku w Irlandii, więc ta atrakcja też by mnie urzekła. Tłumy turystów potrafią dać w kość, ale jednak bym się poświęciła.

    Nie cierpię niemieckiego - okropny język, więc raczej bym nie porozmawiała z dziadkiem. Nie do końca przypadkowo zwiedzałam głównie Romandie a nie niemieckojęzyczną część Szwajcarii.

    Pozdrowienia z okropnie deszczowej ostatnio Irlandii ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Znam zarówno Anię z Zielonego Wzgórza jak i Heidi :) To dziewczyny mojego dzieciństwa. Szwajcarzy to jednak potrafią zrobić biznes. Z wymyślonej dziewczynki stworzyli całą krainę :) Finowie mają z kolei swoich muminków, a Islandczycy elfów. A czy my Polacy mamy kogoś takiego? :) Heksą nie jesteś;) Wiedźmą już tak:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może kiedyś przeczytam Anię, bo mam w domu całą kolekcję książek. Mama kupiła je dla mnie, bo myślała, że wyrosnę na tego typu dziewczę.
      Nie kojarzę byśmy mieli bohatera, któremu wystawilibyśmy taki "pomnik", ale Polska jest pełna podobnych miejsc. Chociażby skansenów wiejskich czy wiosek prastarych kultur. Świetnie się w takich czuję.

      Usuń
  5. Witaj Hexe.
    Kolejna ciekawa wedrówka. Uwielbiam drewniane budowle.
    Czytałem kiedyś "Anię...".
    Pozdrawiam serdecznie i do siebie zapraszam.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Była lekturą do wyboru w szkole. Wszystkie dziewczyny czytały Anię, ja natomiast przerobiłam "Dywizjon 303". ;)

      Usuń
  6. Pamiętam, że w zamierzchłej przeszłości oglądałam film o Heidi.
    Ciekawie zrekonstruowali dom i obejście. Lubię zwiedzać takie miejsca :)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Latem dodatkowo biegają tu kozy i dzieci. Ciekawe czy wtedy serc leży na stole prawdziwy do podjadania XD

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.