wtorek, 28 lutego 2017

Malans Tourismus.

"Na ten widok rozraduje się serce wasze,
a kości wasze nabiorą świeżości jak murawa."
- Iz 66,14



Wyprawy zimowe to zawsze wielka niewiadoma. Warunki bywają kłopotliwe, bywa też niebezpiecznie, szczególnie, że tego dnia po raz pierwszy zobaczyliśmy prawdziwą wiosnę. Dlaczego "szczególnie"?
   Wiosna w górach jest związana z rześkim, prawdziwie wiośniarnym powietrzem. Czuć słodycz, jest odwilż, spod śniegu wychodzą pierwsze ślimaki i jaszczurki. Ptaki, których nie słyszało się przez całą zimę, dają niesamowity koncert. Wiosna w górach łączy się jednak z czymś jeszcze. Z rozmoczonymi szlakami, obrywającymi się skałami, osuwającą się ziemią, z lawinami śniegu lub błota. Wiosną, mimo iż temperatury oraz naprawdę ciepłodajne już słońce, zachęcają do odważniejszych wędrówek, my nie udajemy się zbyt wysoko.
   Nasza wędrówka wiodła przez masyw górski wznoszący się nad miasteczkiem Malans w kantonie Graubünden (GR). Było pięknie. Było gorąco. Czasami miało się ochotę pozostać w samym T-shircie, ale nie daliśmy się zwieść, wszak momentami hulał złowieszczy wiatr, łaknący choć jeszcze na chwilę przypomnieć o swej mrożącej sile.

Lecz zanim tu dotarliśmy...
...trzeba było najpierw wyjechać z naszej Doliny Mgieł.
Cóż za wielkie zażenowanie nas spotkało, kiedy jeden z ciekawszych punktów na naszej trasie, był zamknięty z powodu remontu. Musieliśmy niestety obejść się smakiem, choć średniowieczne ruiny zamku były bardzo zachęcające, rozległe i dosłownie prosiły się o spacer wśród tych kamiennych murów. Niestety jeszcze nie nauczyliśmy się przenikać przedmiotów. Wciąż nad tym pracujemy, obiecujemy, że gdy dokonamy przełomu, takie przeszkody jak żelazna krata, nie staną nam na drodze.





Burg Wynegg

Ruiny znajdują się na skalistej odkrywce leśnej nad Malans i są łatwo dostępne z miasta. To zajęło około dwudziestu minut na piechotę. (Dojazd samochodem nie jest możliwy).
   Zachowane z oryginału zostało całkiem sporo. Głównie ściana od strony doliny, pełna do pierwszego piętra otworów okiennych, dzięki otworom po belkach, można było łatwo odgadnąć ilość pięter tej fortyfikacji. Zamek miał funkcję pałacową.
   Całość była chroniona grubym na 2,4 metra murem przed fosą. Zaś ściany zewnętrzne samego pałacu, w najniższej partii miały aż 2,6 metra grubości.
   Główny salon istniał na drugim piętrze.

Widoki z tej góry były nieziemskie... a właściwie ziemskie jak najbardziej ;]





Wynegg został zbudowany na początku XIII wieku, prawdopodobnie przez rodzinę szlachecką. Dopiero później przejął go Ludwig von Wynegg. Następnie panował na nim Ulrich von Wynegg.
   Gdy ród Wynegg wymarł, zamek przejęła rodzina Vaz. Klasztor w Chur zaakceptował jego lenno i odtąd oficjalnie panem domostwa był Johann Vaz.
   Po wyginięciu i tych panów, w XIV wieku zamieszkał tu Ulrich von Montfort, potem hrabia Friedrich V z Toggenburg. Był żonaty z Kunegundą Vaz. Rozpętali małą wojenkę, ponieważ odrzucili roszczenia episkopatu, co wszczęło konflikt zbrojny pomiędzy biskupem z Chur, a rodem Toggenburg. Potomek - Fryderyk VII, był nawet tymczasowo pozbawiony swej siedziby przez wygrywającego kapłana, ale miasto Zurych opowiedziało się po jego stronie i mógł on wrócić na swoje dziedzictwo. Poza zamkiem Wynegg dostał także dolinę Schanfigg, której mieszkańcy złożyli przysięgę feudalną.


Po śmierci Frycka, wielce ucieszony biskup Konrad z Rechberg, wreszcie położył łapę na zamku. Odbierał lenno i nawet domagał się odsetek za dawne lata, twierdząc iż przez cały czas domostwo należało tak naprawdę do niego. Człowiek ten, odegrał ważną rolę w administracji i zarządzaniu pieniądzem.
   Pod koniec XV wieku zamek został opuszczony i zaczął się rozpadać. Na przełomie XVI i XVII wieku, jak większość zamków, ten stał już dawno w gruzach. Pewien świecki, nie mający nic wspólnego z rządnymi władzy czcicielami mamony, Andreas von Salis zbudował na ruinach starego - nowy budynek.
   Stare mury zostały usunięte do wysokości pierwszego piętra. Zamek został odbudowany w formie miejskiego patrycjusza. Panelowe pokoje były na drugim i trzecim piętrze, gdzie mieściła się także kuchnia. Wzmocnił również sklepienia w piwnicach.
   Córka von Salis Margaretha, przez małżeństwo, przeniosła fortyfikację do rodziny Guler z Davos. którzy to, ponownie określili zamek mianem Wynegg.
   Pod koniec XVIII wieku, Wynegg został jednak ostatecznie opuszczony. Obecnie właścicielami ruin zamku jest Wspólnota Malans.

Idziemy dalej.





Czy widzicie odpoczywającego wędrowca na tym zdjęciu?
Później zrobiliśmy sobie przystanek na Unterer Heuberg. Mogliśmy odpocząć sobie w pełnym słońcu na drewnianej ławeczce obok zacnej, drewnianej chaty i spałaszować posiłek.
   Ja ukryłam się w cieniu doszukując ostatkami sił lekkiego powiewu chłodu. Trudno mi taki zabieg solarny nazwać rozkoszowaniem się, mąż za to był wniebowzięty.
   Moje pierwsze starcie z mocniejszym słońcem od minionej jesieni, sprawiło, że mój umysł otworzył się na różnorakie tajemnicze zjawiska. Np na tej wyprawie, dokładnie obok tej chaty, zjawili się dwaj hobbici i wyrzucili tu jakiś pierścień.
   Słońce ma ogromną moc, inaczej nie zdołałabym dostrzec wielowymiarowości naszego świata. Niektórzy podejrzewają, że jestem czarodziejką z Plutona... i rzeczywiście nieskromnie przyznam, że do twarzy mi w zielonym. Znajdować się 39,5 au (5,9×109 km) od słońca - kuszące...







Po drodze czekało nas zwiedzanie jeszcze jednej, historycznej atrakcji, ale... nie zgadniecie! Był remont ;] Zobaczyliśmy to z daleka i poszliśmy dalej, nie nadkładając niepotrzebnie drogi.



Burg Neu-Aspermont

Aby móc powiedzieć coś więcej o zachowanym stanie zamku, musiałam sięgnąć po szczegółowy informator odnośnie. Naprawdę bardzo dużo tekstu po niemiecku... Z całym szacunkiem, redagowanie tego posta było jak przynajmniej 10 godzin kursu z języka. Długo nad nim siedziałam, a i tak przecież Wam przedstawiam tylko skrót.
   Zastanawiam się, kiedy pisanie bloga o wędrówkach po Szwajcarii, będę mogła wpisać sobie w CV? To przecież język niemiecki, historia, geografia, turystyka i wychowanie fizyczne w jednym. ;]

Z zachowanych murów, pozostało aż siedem kondygnacji oraz zaokrąglone, wysokie wejście od strony południowej, na trzecim piętrze.
   Resztki tynku w części mieszkalnej, ukazują szeroki pas fresków oraz podłogi w czerni i bieli. Są też widoczne ślady pieca w kształcie sześcianu. Wieża miała dach półszczytowy.
   W późniejszym czasie na południowo-wschodnim skrzydle, wybudowano łączącą się bezpośrednio z wieżą, pięciopiętrową kondygnację o ścianach grubości 2,5 metra. Były tam różnorakie piece i kominki, słowem cieplutko.
   Dziś uznano konstrukcję za niebezpieczną, a na pewno przesadnie zarośniętą, co utrudnia dostęp. Obecnie prace remontowe trwają od wewnątrz, później zostanie wykarczowana ścieżka prowadząca od szlaku do samych ruin.



Twórcami tego zamku był ród Aspermont, a na koniec będzie niespodzianka, za chwilę dowiedzie się o czymś, co jest absolutną rzadkością.
   W XIII wieku zamek był punktem sporu [również] z biskupem. Przez jakiś czas nikt tam nie rezydował, odpuszczono sobie siedzibę, która zniknęła z map i zapisów historycznych, wszystko po to, aby sprawa ucichła. Dopiero w XIV wieku, bracia, Ulrich i Eberhard, potomkowie poprzedniego pana, sprzedali rezydencję panom Sigberg. W późniejszych czasach, zamek niezmiennie był odsprzedawany.
   Ostatnim mieszkańcem tych lat, był Anton Molina, syn Wespazjana z Salis. Następnie na długo fortyfikacja była ponownie opuszczona.
   W XIX wieku osiedlił się tam Ernest Rhomberg, potomek założycieli rodu Aspermont. I teraz niespodzianka: wyobraźcie sobie, że ród ten nie wyginął i nadal ma się dobrze. Co więcej,  dzisiaj jest nadal własnością rodziny Rhomberg-Aspermont.
   Od 2001 roku wykonano kopię zapasową ścian we współpracy finansowej z  Aspermont Castle Club. Prace są w toku, niestety wstęp jak i zbliżanie się, są surowo wzbronione. Zapowiada się natomiast, że będzie pięknie.
   Zamek Neu-Aspermont, to nie jedyny okaz spod rąk tej rodziny. W jednej z następnych notatek, zamierzam opowiedzieć Wam o zamku Aspermont, bo już tam byliśmy :)






Szlak czasami sam zamienia się w wartki potok. Na całe szczęście ścieżka nie była zbyt wąska, co mogłoby grozić oberwaniem się ziemi. Takie sytuacje zdarzają się co prawda rzadko, ale zdarzają.
   To właśnie teraz najczęściej trafiam na artykuły o tym, że uratowano kolejnych ludzi, którzy spadli razem z lawiną błota. Szlak wiosną tylko pozornie bywa łatwy i przyjemny.
   Śnieg, który widnieje na poniższym zdjęciu, wygląda na cienki i ubity? Nic bardziej mylnego, znacznie spowolnił nas i to chyba był najbardziej męczący odcinek drogi, mimo iż wcale nie prowadził pod górę. Gdy zima odpuszcza, dopiero wtedy warunki stają się skrajne. Dlatego trzeba szczegółowo obadać szlak jeszcze w domu na mapach, zanim się na niego wejdzie.
   Polecam korzystanie z kamerek internetowych, skierowanych na górę, na którą chcemy się wybrać, by zobaczyć, czy jest wciąż ośnieżona. A także z portali, na których ludzie opisują swoje wyprawy i wstawiają zdjęcia z przebiegu szlaku. Warto pójść za doświadczeniem innych, by nie popełnić błędu ponad miarę naszych umiejętności.






Czasami nie ma innego wyjścia, jak przejść przez potok.

Nie zamierzam przez to powiedzieć, że wiosną nagminnie narażamy swoje życie. Przecież mój mąż potrafi latać z prędkością światła, ups... wygadałam się...
   Wszystko wymaga rozsądku. Można powiedzieć, że w górach jest niebezpiecznie, lecz gdyby spojrzeć na cały świat nieco obiektywniej, to najczęstszym miejscem, z którego ludzie przenoszą się na łono Abrahama, jest ulica.







Miasteczko Malans jest także godne uwagi. Co prawda było to tylko przejazdowe "oblookanie" miasta, ale zauważyliśmy sporo interesujących obiektów, które należało w końcu obejrzeć z bliska, co wkrótce zapowiem.

O tym zamku wspomnę w dalszej części.
Malans Turmhaus.


Malans GR

Dawniej w epoce brązu, istniała tutaj osada. Znajdowała się na szlaku tranzytowym, zabytkowej części Doliny Renu i była też początkiem drogi prowadzącej przez wąwóz  i Fadärastein w regionie Prättigau.
   Już w okresie wczesnego średniowiecza, osada ta, była centrum uprawy winorośli. W 956 roku, dzięki staraniom króla Ottona i biskupa Chur, Malans miało najlepsze winnice w okolicy, a także wielkie uprawy chmielu, czym szczyci się aż do dzisiejszego dnia.
   Tym razem pokazuję miasteczko dosłownie "w przelocie". Widząc jednak tę zabudowę, zachęciło to nas do bardziej szczegółowego zwiedzania, o czym opowiem Wam już następnym razem. Ale nie tylko o tym, bowiem opowieść ta, będzie dotyczyła głównie sławnego Heidiland'u. Nie zabraknie bajkowej scenerii [albo raczej książkowej...] oraz oczywiście wizyty na szlaku górskim.





To jest bajka... Wnętrze tej bramy, zostało tak naprawdę NAMALOWANE!
Wybrałam się tam, ale o tym następnym razem :)


Schloss Bothmar

Jest to okazały zamek Bothmar o reprezentacyjnych ogrodach. Najstarsza część, która składa się z pozostałości fundamentów, została odbudowana w pierwszej połowie XVI wieku przez rodzinę Beeli. Ściany parteru pozostają oryginalne z epoki.
   W wyniku małżeństwa gubernatora, zamek stał się w posiadaniu Salis Maienfeld. Nowi właściciele postanowili przekształcić budynek zgodnie z własnym pomysłem. Dobudowano skrzydło południowe. Jednak to Gubert Abraham von Salis, zostawił budynek w obecnej formie.



W tym samym czasie Wieża została powiększona, przez co budynek stał się wielce okazałym domem. Dwa skrzydła i schody oraz wieża barokowa, pochodzą z różnych epok, ale są one idealnie ze sobą zespojone, tworząc razem harmonijną całość.




Wspomniane ogrody, to jedne z najpiękniejszych barokowych dzieł w całej Szwajcarii. Za bramą główną, oś ogrodów prowadzi przez łagodne zbocze do zachodniego skrzydła pałacu, a nie do przedłużenia osi budynku, jak powinno być w szkole francuskiej barakowych ogrodów.
   Tylko spojrzenie z tarasu pozwala dojrzeć, a raczej doświadczyć jego pięknych wodospadów i bardzo fantazyjnych cięć olbrzymiego bukszpanu.
   Ogród francuski jest dziełem architekta oraz przyrody, reprezentuje życie. Ogród ma dwa wymiary, poziomy i pionowy. Interesującym byłoby zobaczyć, jak stare motywy i nowe elementy wzajemnie się uzupełniają. Można założyć, że efektem była jasno oświetlona konstelacja roślinności, dająca złudzenie labiryntu.
   Niestety ta piękna, zabytkowa brama, była dla nas zamknięta.





Rzut okiem na fragment ogrodu.

"On usłyszawszy to, rzekł:
Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają."
~ Mt 9,12

Nasze myśli kreują naszą rzeczywistość. Nasze emocje to stan umysłu, a ten można kontrolować. W człowieku czasami przejawia się niemoc. To wtedy, gdy emocje zaczynają nami władać, kiedy denerwujemy się, wybuchamy, krótko mówiąc - dajemy się wyprowadzić z równowagi.
   Przypuszczam, że gdyby wszyscy ludzie potrafili powściągnąć emocje, mniej by się działo zła na świecie i mnie byłoby chorób autoimmunologicznych.
   Ale ludzie w ogóle nie przyglądają się swoim myślom. Tak naprawdę nie wiedzą nawet o istnieniu motywu zapalającego, są nerwowi i już. A co gorsza - akceptują to!
   Nie potrafią dziękować i wybaczać - ale tak sercem, bo słowa bywają okrutnie puste. Robią coś dla innych nie koniecznie z dobroci serca, ale dlatego, że tak wypada. Nie otaczają się dobrymi ludźmi. Istnieje całe mnóstwo toksycznych relacji. Ludzie bardzo często noszą w sobie urazę, zamykają się na bliźnich, a ich uśmiech staje się sztuczny.

Mam wrażenie, że większość ludzi to Lunatycy Uniwersum. System i tylko system. Pieniądz i tylko pieniądz - to oczywiście różne kręgi oraz ich wielowymiarowość, ale wydźwięk jest jeden - brak życia w życiu. Szczęście to stan ducha, umysłu i domena czystego serca. Zatwardziali ludzie kisną w swoich truciznach, nie wybaczają i nie ufają już nikomu. Uważam to za egoizm.
   Jestem dla wszystkich serdeczna. Kiedyś w przeszłości potwornie mnie wykorzystano i oszukano... a jednak nie przestałam wierzyć w ludzi.
   Jedna ważna kwestia - nie ma ludzi jako takich - są jednostki. Nigdy nikogo nie szufladkuję, każdy jest inny, każdy coś przeszedł. Najważniejsze jest to, jak reaguje na swoje dalsze życie po tych przejściach. Pamiętajcie - dobro przyciąga dobro. Mam to szczęście, że źli ludzie jak dotąd mnie omijają.

Skąd ta nagła polemika? Może to uznacie za bzdurę, ale - wychodźcie z domu. Nie do samej pracy czy sklepu - po prostu wychodźcie do świata, cieszcie się jego pięknem i wypełnijcie nim swoje serca. To wiele daje...







Grunt nastawienie. Wszystko się da! XD
Mam pewien mały dylemat [jestem wdzięczna, że chwilowo tylko taki] odnośnie mojego profilowego nick name, Hexe. Bardzo lubię to słowo, krótko mówiąc wrosłam w nie. Ale jest w tym mały haczyk... Mieszkam w Szwajcarii, a tutaj słowo to jest ogólnie przyjęte za obraźliwe.
   W Polsce można kogoś nim obrazić mówiąc "ty wiedźmo", lecz w innym kontekście ma ono zupełnie inny wydźwięk i słowo takie jak chociażby zwykła "czarownica" już nikogo nie gorszy. Bywa nawet odbierane przez dowcip - to zależy od towarzyszącego temu słowu tła. W Szwajcarii jednak w każdym kontekście Hexe jest obraźliwe. To wyjaśnił mojemu mężowi szwajcarski kolega.
   Nigdy bym nie przypuszczała, ponieważ istnieją niemieckie kreskówki jak np "Hexe Lili", a to bardzo pozytywna postać. Jest też "Hexestube", które znajduje się w Wildhaus, miejsce spotkań dla dzieciaków i może głownie przez to nie mogę pojąć, że prawdopodobnie robię sobie sama publiczne "kuku".
   Stąd zastanowienie, czy by nie powrócić do dawnego profilu, [od razu wyprzedzam pytania: to nie wiązałoby się automatycznie ze zmianą adresu czy wgl. przeniesieniem się na innego bloga... easy, stay cool, zostaję tutaj]. Z tym że stary nick wydaje mi się dziś taki... nadęty... O_o
   Blog wtedy miał nazwę "Wilczyca na szlaku", ale ja zostałabym przy "w drodze donikąd". Wilczyca? Really?
   Myślałam też o odczarownicowaniu się tylko deczko i spolszczeniu nazwy. Np by zszamanizować nick. Zostałabym w "zawodzie". ;]
   Poradźcie mi coś O_O
To jest tylko blog, to prawda, ale za to blog z prawdopodobnie bardzo poważnym faux pas...