wtorek, 31 stycznia 2017

Niebo nad Alpami. A także o szumnej młodości mojej i pędzie stadnym.

"Czy nie wiecie, że świątynią Bożą jesteście i że Duch Boży mieszka w was? Jeśli ktoś niszczy świątynię Bożą, tego zniszczy Bóg, albowiem świątynia Boża jest święta, a wy nią jesteście."
(1 Kor. 3,16-17 BW)

Bardzo wymownie Paweł pisze o świątyni Ducha Świętego, jaką jest nasze ciało. Jeśli ktoś będzie chciał palić papierosy, pić alkohol, stosować inne używki niszczące organizm, a jest wierzący, to powinien poważnie zastanowić się nad słowami Pawła.


Niedawno pisałam Wam o Fenie, wietrze, który czasem przestawia śmietniki na podwórku przed blokiem. Wietrze, który bez problemu przesuwa drewniane meble na balkonie, oraz kradnie kamionkowe doniczki z rabaty. To odpowiednik naszego polskiego halnego. Udało mi się jakiś czas temu sfotografować jego efekty na niebie.
   Ten gorący i suchy wiatr wiejący z gór w doliny, pozmieniał całkowicie mój dotychczasowy krajobraz. Nastąpiło gwałtowne ocieplenie. Śnieg co prawda nie zniknął całkiem, ale zima ma się ku końcowi, gdyż za dnia słupek rtęci doszedł do 11 stp. C Dacie wiarę? W styczniu tyle ciepła? Oczywiście mgły zostały rozwiane na dobre i ukazało się nad nami czyste, błękitne niebo. A potem przypełzły obłoczki, które Fen uczesał i rozmył w istne cuda. To chmury Altocumulus lenticularis o soczewkowatym kształcie.



Piloci samolotów unikają obszarów występowania tych chmur, gdyż często towarzyszą im turbulencje, jednak piloci szybowców poszukują ich ze względu na łatwe do zlokalizowania wiatry pionowe, (tzw. noszenia). Te „powietrzne windy” są bardzo silne, lecz spokojne, co pozwala na nadzwyczaj wysokie i dalekie loty.
   Chmury altocumulus lenticularis z powodu swojego kształtu, mylone bywają ze zjawiskiem UFO. Mnie czasami przywodzą na myśl tworzące się tornada.

Takie cuda nie występują zawsze przy fenie, lecz tylko wtedy gdy wieje on bardzo długo. Przy tym są one piekielnie trudne do sfotografowania, bo wiatr może zabrać aparat razem ze statywem, więc lepiej cykać z ręki, a jeszcze lepiej przywiązać się do drzewa. Ciężko o zdjęcie bez 'szumów', gdy trzeba szarpać się z niejednostajnymi, szalonymi podmuchami.

Od dwóch dni pada deszcz powoli dematerializujący lód i śnieg. Wciąż jest ciepło, choć może nie aż tak jak podczas fenu. Dziś 5stp. C na plusie. Jest plucha. Kolejny raz konieczne okazały górskie buty. Polecam je każdemu, nawet jeśli nigdy nie zamierza wyjechać w góry, bo nie ma lepszych na roztopy, również w mieście. Solidne wykonanie takowych, sprawia że nie zawodzą przez długie lata, szczególnie gdy nie eksploatuje się ich na szlakach, mogą okazać się butami do końca życia.
   Może i nie są to filigranowe kozaczki, na czym zależy większości kobiet, ale mnie osobiście, jako zwolenniczce obuwia rumuńskiej armii (glany) uważam, że choć toporne, są nawet ładne. Chociaż uwaga! pierwsze górskie buty kupiłam w sieciówce i rozleciały się po sezonie. Zdecydowanie polecam sklepy specjalistyczne.

W dzisiejszym poście pokażę Wam jakie jeszcze bywa niebo nad Alpami (poza wpływem fenowym). Wszystkie zdjęcia robiłam z doliny.

Apokaliptyczny poranek:
Pandemonium rozpoczęło się nad Liechtensteinem.
Wtedy pomyślałam sobie, że skoro tak wygląda
królestwo władcy piekieł i demonów,
to ma całkiem ładnie...

Kiedy miałam naście lat, a i jeszcze później, dostrzegałam u rówieśników coś takiego jak łaknienie popularności, którym przewodziły babki z kolorowych okładek i plakatów. Gdzie w tym stadzie byłam ja? Byłam obok jako wieczny obserwator.
   Tak, zdarzały mi się "zalane" weekendy, ale nie były one moim pomysłem. Czasami dawałam się gdzieś wyrwać, właściwie nie umiałam mówić "nie", a każdy plan na wieczór i noc w towarzystwie, brałam za świetną koncepcję spędzania czasu. Jednak... im rzadziej tym lepiej, aż zaczęłam w końcu odstawać od grupy.
   W szkole usłyszałam od koleżanki, że trzeba mnie nauczyć życia. Nawet wagary w moim wykonaniu, nie mieściły się w zakresie chwalebnych ucieczek, bo lądowałam na długiej, pieszej wycieczce po lesie, a chwalebnie byłoby iść popić z kumplami. Taki wyczyn zdarzył się jeden raz w pierwszej klasie liceum, kiedy cała grupa postanowiła się "zintegrować" wódką zagryzaną pomidorem.
   Moja szkoła nie cieszyła się dobrą renomą. W tym narkotykowym zagajniku, gdzie bardzo często wizytowali policjanci z psami, znajdowało się wiele zła i demoralizacji. Na szczęście nie tak mnie wychowano. Musiałam egzystować jak ta czarna owca pośród wytapetowanych panien i chłopaków w dresach. To liceum zostało zlikwidowane, chyba o czymś to świadczy...
   Ale owiec o kolorze futra nie do przyjęcia było więcej. I tak, wyłóżcie sobie, razem zaczęliśmy spotykać się w weekendy na piesze, całodniowe wojaże po lasach, łąkach, między miastami, słowem po całym Krajobrazowym Parku Wzniesień Łódzkich. Towarzyszył mi między innymi prawdziwy hipis. Jak wyglądał taki był, kolorowy, zarośnięty, otwarty i pozytywny. Reszta kompani to słuchający metalu koledzy w czerni i ja, gothka. Nie ćpaliśmy, nie paliliśmy - w jednym zdaniu → całkowicie nie pasowaliśmy do wizerunku rówieśników ze szkoły. A to o nas mówiło się, że sataniści i ćpuny.


Zdecydowanie nie byłam i nie jestem domatorką. Przyroda towarzyszyła mi od wczesnych lat, była ważną częścią mojego lejmotywu życia.
   Choć nie ukrywam, że życie klubowe również prowadziłam, bo, powtórzę się: dawałam się czasem gdzieś wyciągnąć. Jako introwertyczka, wolałam przebywać sama. Lubiłam ciszę. Lubię ją nadal, cenię spokój ponad wszystko. Nie dla mnie bale i lokale. Bywałam. Nie bywam. Za głośno, za bardzo zadymione. Wolałabym klimatyczną kawiarnię albo herbaciarnię. Może być KFC ;) robią tam przepyszne cappuccino! (no... ostatni raz byłam kilka lat temu na wyjeździe. Wtedy była przepyszna.)

W czasach późniejszych już po ukończeniu szkoły, ekipa czarnych owiec z lat szkolnych rozsypała się na dobre, lecz nie przez moje starania. Mnie było żal ich opuszczać, ale to już kompletnie inna historia.
   Bywałam w jednym, konkretnym łódzkim klubie, dlatego że ludzie z którymi mnie tam poznano, przypominali mi moją dawną kompanię. I rzeczywiście zgadaliśmy się, spotkania były przesympatyczne. Myślałam, że się zżyjemy, myślałam, że mogę sobie przychodzić sama do klubu, w którym mogłam czekać na znajomych ludzi i mogliśmy razem usiąść przy stole. A jednak nie.
   Jeszcze inna historia sprawiła, że w skutek obmawiania mnie za moimi plecami (a więc był na doskonałej pozycji aby pocałować mnie w mą szlachecką rzyć) zaczęto mieć o mnie bardzo niedobrą opinię. To była fatalna sytuacja, szczególnie dowiedzieć o tym...
   I tak, opuściłam kolejną grupę, tym razem bez żalu. Dojrzałam do tego aby stwierdzić, że ludzie weryfikują się sami. Skoro uwierzyli plotkom, miast sprawdzić czy tak faktycznie jest, to już nie moja sprawa.
   Potem rozpoczęły się piękne lata singla. Rasowego, samodzielnego singla. Już nie szukałam paczki przyjaciół. Ja miałam przyjaciół. Kilku, którzy zostali przy mnie i podzielali moje zainteresowania anty/pub'owe.

Powiększ.
Nade wszystko pasjonował mnie świat książek. Fantazja u mnie do dziś jest na wysokim poziomie, obecnie sama piszę fantastykę, ale jestem sobie wciąż nieznana. To nadal projekt, który realizuje się dzień po dniu.
   Jest to literatura zdecydowanie dla dorosłych, dialogi są realizowane w języku potocznym, nie szczędzącym sobie przekleństw. Choć świat wymyśliłam, jest bliźniaczo podobny do naszej słowiańskiej ziemi z piętnastego wieku.
   Nie jest to jednak kompletnie zdemoralizowana książka. Wplatam tam pewne przesłania. Nie wszystkie postaci są zepsute, niektóre trzeba tylko czegoś nauczyć. W ten sposób przez tę powieść mają wypłynąć ludzkie wartości, prawe obyczaje i etyka czyli coś, co moim zdaniem wyparowało z dzisiejszych miast.
   Na tym średniowiecznym, krwawym polu mordu, pojawią się wzorce słusznego postępowania oraz sprawiedliwość. Lecz zanim to się wykrystalizuje, popłynie jeszcze sporo krwi...

Moim marzeniem od ostatniej klasy podstawówki jest utrzymywać się z pisania. Gdybym wtedy to powiedziała swoim rówieśnikom, stwierdziliby, że jestem nudna. ;] Dla nich sam fakt, że czytałam książki na przerwach w szkole, czyniło ze mnie wyobcowaną.
   Moja samotnia to szeroka i wartka rzeka fantazji oraz niezliczonych pomysłów. Piszę, więc jestem. Jestem, więc piszę. Sama siebie uzupełniam. Bawię się słowem jak malarz kolorami. Koloruję swój świat słowami.

Jeden z licznych poranków nad Renem.

A tu zdjęcie robione z balkonu.

W klasie mieli o mnie pojęcie nudziary, a w pierwszej pracy sztywniary Na tych placówkach w ogóle nie potrafiłam okazać siebie ani bronić swojego jestestwa. Nauczyłam się tego dużo później. Tego, żeby okazywać swoje zdanie i żeby mówić głośno. Z szacunku do samej siebie, bo ile można ciągle zgadzać się na wszystko?
   I okazałam się być zadziorną wiedźmą ;]


Nigdy nie miałam kompleksów, a to dlatego, że zupełnie nie podobają mi się te chude kobiety z plakatów i gazet. Kiedyś raz stwierdziłam, że moje oblicze w lustrze mnie nie powala (chciałam podobać się sama sobie - nie innym). Zrobiłam coś wbrew modzie i ogólnemu uznaniu. Poszłam na siłownię. Rzeźbię się po dziś dzień.
   Obecnie stawiam na naturę. Nie u używam cieni czy fluidów, nie farbuję włosów, już wystarczy, kiedyś to było niemal obowiązkowe, po to chociażby, żeby wtopić się w tłum, żeby ominąć krytykę. Teraz przypomniał mi się pewien fragment z historii Włada Drakuli, który to, polazł do Turków niczym koń trojański, przebrany za tureckiego żołnierza. Wcześniej zapytał przyjaciela o to, jak wygląda:
   - Jak osioł, który lubi, gdy go dosiadają mężczyźni.
   - Wyśmienicie! - ucieszył się Wład. - Powinienem wtopić się bez trudu...
Ja czułam się czasami jak pinda czekająca na okazję. Trzeba było nosić mini i obcasy. To był najbardziej poroniony czas mojej młodości i jeśli czegoś żałuję w życiu, to właśnie tego.
   Przypomniało mi się właśnie... W mojej ostatniej pracy (w Polsce), młodsza koleżanka powiedziała mi, że powinnam zacząć się malować, bo inaczej nie poznam chłopaka. Ciekawy punkt widzenia, prawda? A dziewczyna była naprawdę śliczna, lecz koszmarnie zakompleksiona.

Coś jeszcze zmieniło się na przestrzeni lat: nie chcę już nigdy ulec tej nowoczesnej religii świata - konsumpcjonizmowi. Powinnam to pisać z dużej litery?
   Nie żrę przetworzonego żarcia, nie palę nic, ostatnio znów nawet nie piję. Od niedawna interesuje mnie dieta biblijna. Czy wiecie, że w Ewangeliach jest czarno na białym napisane, co mamy żreć żeby nie chorować? A wiecie, że to działa?
   Jeśli ktoś z Was jest tym zainteresowany, to piszcie, mogę wyszczególnić kilka fragmentów.


Zarzuca mi się nadgorliwość, nadętość swojego stylu życia. Mądrowanie się. Może faktycznie przesadzam, może postępuję i wyrażam się zbyt górnolotnie, ale patrząc z pewnej perspektywy, ciężka praca i nauka, które włożyłam w samodoskonalenie, opłaciły się. Tak naprawdę nie obchodzi mnie kto ma rację, bo każdy ma swoją.
   Ten zerkający sceptycznie znad kieliszka i papierosa, może być tak samo szczęśliwy jak ja, kobieta mająca nieśmiertelnego fioła na punkcie zdrowia i sportu.

Listopadowy Ren.


Bóg dał nam ciało, powinniśmy więc o nie zadbać, o dietę i o ruch, bo ciało nie lubi zastoju. I o duchowość także należy dbać.
   Ciało - racja - kiedyś opuścimy, ale do tego czasu każdy marzy, by się nie męczyć, szczególnie na starość, prawda? To co robimy z naszym ciałem dziś, będzie miało konsekwencje w przyszłości. Nawet Jezus miał konkretne podejście co naszej fizyki, w końcu nie zostawiał cierpiących z modlitwą. On ich uzdrawiał. Także miejcie na uwadze, że ta dbałość też jest istotna.



Zbliżam się do trzydziestki i mówię Wam, nigdy wcześniej nie czułam się ze sobą lepiej niż teraz. Nidy nie czułam się zdrowsza, nigdy nie byłam silniejsza. Może i jestem do przesady zdyscyplinowana, ale wyszło mi to na dobre i nie zamierzam tego zmieniać.
   Bez tego nigdy nie mogłabym tam wejść ;)

Mniej więcej po środku zdjęcia jest taki zygzak.
To szlak. Mój ulubiony, najczęściej przeze mnie uczęszczany :)


Nie jest ważne kto ma rację, ja czy Ty. Ważne jest, że dobrze się z tym czujemy. Ja przed lustrem, Ty przed szkłem.
   Spróbowałam Twojego życia, "łyknęłam" tego rauszu, jednak wystarczy. Tak naprawdę nie mamy prawa się oceniać, więc wspomnij te słowa, nim znów powiesz, że jestem nadgorliwa i przesadzam. A przede wszystkim samodzielnie spróbuj mojego stylu, nim wydasz ostateczną opinię.
   Ja nie umartwiam ciała wyrzeczeniami. Ja je ujarzmiłam.


"Niechże was tedy nikt nie sądzi z powodu pokarmu i napoju albo z powodu święta lub nowiu księżyca bądź sabatu. Wszystko to są tylko cienie rzeczy przyszłych; rzeczywistością natomiast jest Chrystus."
(Kol. 2,16.17 BW)

A już w weekend opowiem Wam, jak spędziliśmy z mężem wigilię. Przedstawię Wam fotoreportaż z góry, której za pierwszym razem nie udało nam się zdobyć, lecz wróciliśmy nań rok później, kończąc wyprawę zwycięsko, a wszystko to z punktu widzenia małżeństwa, które ma wspólną pasję.

10 komentarzy:

  1. Witaj Hexe.
    Jako stary i niepoprawny recydywista mówię z całym przekonaniem. Fajna jest Twoja rzeźba ciała...
    Nigdy nie przepadałem za wychudzonymi, bezpierśnymi szklieletorami. Kobieta musi mieć i tu i tam.
    Na kościach można sobie jedynie odcisków narobić.
    Zdjęcia super i rakie refleksyjne.
    Pozdrawiam serdecznie i do innego świata zapraszam.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to mówią, facet nie pies, na kości nie poleci ;) Ale głównie to dla siebie cały ten fitness... nie byłam nigdy typem romansującym, ani w bikini po plaży nie lubię latać. I w drugą stronę też przegiąć nie można, jak już tu i tam za wiele. Ale najważniejsze - moim niemodnym, staroświeckim zdaniem - to czuć się dobrze w swoim ciele i epatować sercem raczej niżeli ciałem. Zazwyczaj, jak obserwuję, dzieje się zupełnie odwrotnie.

      Usuń
  2. strasznie mnie wkurwia, że by jako tako funkcjonować w społeczeństwie trzeba się wtopić w tłum i podążać za tą szarą masą. Niektórzy przejrzą na oczy i zdają sobie sprawę, że aby być szczęśliwym należy być sobą, a inni tkwią w tym po ostatnie dni swojego życia zastanawiając się, gdzie zrobili błąd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś sobie z tym radzę. Obserwuję wtedy, że niektórzy nie radzą sobie ze mną.
      Ludzie różnią się od siebie, niektórzy są konsekwentni w swoich marzeniach, a inni w ogóle nie mają marzeń. Należałoby też zapytać, kto żyje nie tak? Ci bardziej statyczni, czy ci bardziej rozhulani? Ja nie plasuję się w żadnej z tych grup. Jestem sobie indywiduum we własnym zakresie systematycznie realizowanych planów.

      Usuń
  3. Ostatnio znalazłam gdzieś takie piękne zdanie: "Wolę być samotnym wilkiem niż płaszczącym się psem". Myślę, że ono świetnie pasuje do tych przemian. Miałam wiele kompleksów. Nigdy, nawet po dziś dzień nie dogaduję się z rówieśnikami. Wolę towarzystwo starsze, dojrzalsze, z bardziej poukładaną głową.

    Ja jestem po 30 i powiem Ci, że mam zupełnie przeciwnie niż Ty. Czuję się fatalnie z moim ciałem. Może wspomożesz Twoją taktyką?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja taktyka to hartowanie się. Ciało wtedy jest doszlifowane, nie choruje ani nie marznie, zadowala w odbiciu lustra.
      Wiem, że najwygodniejsza pozycja jest na kanapie z ciastkiem i książką w ręce, ale żadne ciało nie podziela tej pasji.
      Trzeba się ruszać, nie znam innej metody ma to, aby czuć się świetnie, pomimo mijających lat.

      Usuń
    2. JAk Ty to robisz? Kiedy masz na to czas? Jak się odżywiasz? Biegać nie znoszę, więc bieganie odpada.

      Usuń
    3. Jak? -> Mnie nie naśladuj, ponieważ moje treningi są już zaawansowane. Dźwigam, bo interesuje mnie wyrzeźbiona sylwetka, lubię widoczne mięśnie. Musisz sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie, jaki chcesz osiągnąć cel.
      Samemu zdrowiu, samopoczuciu i kondycji, pomoże jakikolwiek REGULARNY ruch (minimum 3 razy w tygodniu).


      Kiedy? -> Zawsze mam konkretny plan treningowy ułożony w kalendarzu. Obecnie mam więcej czasu na to, aby oddawać się przyjemności trenowania, ale kiedyś była to sztuka organizacji każdego dnia. ZAWSZE jest czas.
      Trening można wykonać w domu i może on zająć maksymalnie godzinę (tyle trwa u mnie). Są też programy na 40 minut, np u Ewy Chodakowskiej. Jej sesje dla początkujących są ok, ale jakbyś kiedyś miała sięgnąć po zaawansowane, lepiej z kimś doświadczonym najpierw pogadać, bo sama widzę sporo niedociągnięć w jej metodach.

      W Polsce pracowałam najwięcej na popołudnia. Wtedy grafik przykładowego dnia miałam następujący:
      7:00 - budziłam się.
      do 8:00/9:00 - miałam ogarnięte śniadanie, spakowanie jedzenia do pracy, ugotowanie obiadu na później.
      9:00/10:00 - trening.
      11:00 - o tej godzinie musiałam być już po treningu i po prysznicu, wolna i gotowa na odpoczywanie i zajmowanie się ulubionymi czynnościami. Książka, internet, co tam chcesz.
      12:00 Obiad.
      13:00 - o tej godzinie byłam już w drodze do pracy.

      Czasami kiedy miałam od rana inne obowiązki, zdarzało mi się i to nie raz, że o 23 (o tej wracałam do domu) brałam się za jakiś krótki trening, trwający do pół godziny max. Potem mała kolacja, prysznic i do łózka spać. Ale zdarzała się też pauza w treningach. Nie jesteśmy robotami, trzeba słuchać ciała. Jak ono chce spać, to się idzie spać.

      Był czas, że po przeprowadzce do Szwajcarii miałam grafik kompletnie napięty. Praca 10/11h i szkoła wieczorowa. Pamiętaj, że trening to nie jest rzecz, którą trzeba wykonywać codziennie. 3x w tyg. to absolutne minimum, a więc masz dowolny czas do rozparcelowania po całych siedmiu dniach.
      Czyli np:

      poniedziałek - wolne od treningu.
      7:00 - musiałam być w pracy.
      17:30 - byłam w domu.
      20:00 - w szkole.

      Wtorek - trening
      7:00-17:30 - praca
      Trening, potem odpoczynek, nauka, etc.

      Śr. - wolne,
      ten sam schemat co w poniedziałek.

      Czw. - trening po pracy.

      Pt. - wolne.

      Sb. - szliśmy w góry, a to - uwierz mi na słowo - zastąpi każdy mocny trening.

      Nd. - wolne.


      Co i jak jem? - przede wszystkim REGULARNIE. Od dziecka miałam metabolizm konia, który jak wiadomo, non stop coś by przeżuwał. Jem co 3/4 godziny pełnowartościowy posiłek składający się z jakichś węglowodanów, z jakiegoś białka i jakiś tłuszczów. Przy tym ważne są proporcje i porcje, nie można jeść więcej, niż potrzebujemy, a jeść należy tak często jak potrzebujemy. Proste, logiczne, banalne. I nie prawdą jest, że będąc fit, je się w kółko suchy ryż z kurczakiem, a w ogóle to między posiłkami człowiek jest ciągle głodny i zły. WŁAŚNIE NIE!


      Może na mojej drugiej stronie znajdziesz coś dla siebie. Ew. po prostu pytaj, lubię ten temat ^_^
      madathouse.blogspot.com

      Usuń
  4. Aniu szczerze Cię podziwiam!!!! Nieśmiało próbuję iść Twoją drogą, ale gdzie mi tam do Ciebie :).

    Jednakowoż motywujesz takimi tekstami i... zdjęciami :D!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie idź moją, idź własną. Inspirację odnajdź w sobie. Bądź inspiracją dla innych :)
      Ty mnie też inspirujesz. Udowadniasz, że macieżyństwo to nie koszmar. Serio. Najwięcej matek, jakie znam, narzeka, że nic nie może, siedzą w domu... a Ty nawet po górach łazisz. Nawet z dziećmi. Masz genialne do rodziny, do życia ogółem.

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.