wtorek, 31 stycznia 2017

Niebo nad Alpami. A także o szumnej młodości mojej i pędzie stadnym.

"Czy nie wiecie, że świątynią Bożą jesteście i że Duch Boży mieszka w was? Jeśli ktoś niszczy świątynię Bożą, tego zniszczy Bóg, albowiem świątynia Boża jest święta, a wy nią jesteście."
(1 Kor. 3,16-17 BW)

Bardzo wymownie Paweł pisze o świątyni Ducha Świętego, jaką jest nasze ciało. Jeśli ktoś będzie chciał palić papierosy, pić alkohol, stosować inne używki niszczące organizm, a jest wierzący, to powinien poważnie zastanowić się nad słowami Pawła.


Niedawno pisałam Wam o Fenie, wietrze, który czasem przestawia śmietniki na podwórku przed blokiem. Wietrze, który bez problemu przesuwa drewniane meble na balkonie, oraz kradnie kamionkowe doniczki z rabaty. To odpowiednik naszego polskiego halnego. Udało mi się jakiś czas temu sfotografować jego efekty na niebie.
   Ten gorący i suchy wiatr wiejący z gór w doliny, pozmieniał całkowicie mój dotychczasowy krajobraz. Nastąpiło gwałtowne ocieplenie. Śnieg co prawda nie zniknął całkiem, ale zima ma się ku końcowi, gdyż za dnia słupek rtęci doszedł do 11 stp. C Dacie wiarę? W styczniu tyle ciepła? Oczywiście mgły zostały rozwiane na dobre i ukazało się nad nami czyste, błękitne niebo. A potem przypełzły obłoczki, które Fen uczesał i rozmył w istne cuda. To chmury Altocumulus lenticularis o soczewkowatym kształcie.



Piloci samolotów unikają obszarów występowania tych chmur, gdyż często towarzyszą im turbulencje, jednak piloci szybowców poszukują ich ze względu na łatwe do zlokalizowania wiatry pionowe, (tzw. noszenia). Te „powietrzne windy” są bardzo silne, lecz spokojne, co pozwala na nadzwyczaj wysokie i dalekie loty.
   Chmury altocumulus lenticularis z powodu swojego kształtu, mylone bywają ze zjawiskiem UFO. Mnie czasami przywodzą na myśl tworzące się tornada.

Takie cuda nie występują zawsze przy fenie, lecz tylko wtedy gdy wieje on bardzo długo. Przy tym są one piekielnie trudne do sfotografowania, bo wiatr może zabrać aparat razem ze statywem, więc lepiej cykać z ręki, a jeszcze lepiej przywiązać się do drzewa. Ciężko o zdjęcie bez 'szumów', gdy trzeba szarpać się z niejednostajnymi, szalonymi podmuchami.

Od dwóch dni pada deszcz powoli dematerializujący lód i śnieg. Wciąż jest ciepło, choć może nie aż tak jak podczas fenu. Dziś 5stp. C na plusie. Jest plucha. Kolejny raz konieczne okazały górskie buty. Polecam je każdemu, nawet jeśli nigdy nie zamierza wyjechać w góry, bo nie ma lepszych na roztopy, również w mieście. Solidne wykonanie takowych, sprawia że nie zawodzą przez długie lata, szczególnie gdy nie eksploatuje się ich na szlakach, mogą okazać się butami do końca życia.
   Może i nie są to filigranowe kozaczki, na czym zależy większości kobiet, ale mnie osobiście, jako zwolenniczce obuwia rumuńskiej armii (glany) uważam, że choć toporne, są nawet ładne. Chociaż uwaga! pierwsze górskie buty kupiłam w sieciówce i rozleciały się po sezonie. Zdecydowanie polecam sklepy specjalistyczne.

W dzisiejszym poście pokażę Wam jakie jeszcze bywa niebo nad Alpami (poza wpływem fenowym). Wszystkie zdjęcia robiłam z doliny.

Apokaliptyczny poranek:
Pandemonium rozpoczęło się nad Liechtensteinem.
Wtedy pomyślałam sobie, że skoro tak wygląda
królestwo władcy piekieł i demonów,
to ma całkiem ładnie...

Kiedy miałam naście lat, a i jeszcze później, dostrzegałam u rówieśników coś takiego jak łaknienie popularności, którym przewodziły babki z kolorowych okładek i plakatów. Gdzie w tym stadzie byłam ja? Byłam obok jako wieczny obserwator.
   Tak, zdarzały mi się "zalane" weekendy, ale nie były one moim pomysłem. Czasami dawałam się gdzieś wyrwać, właściwie nie umiałam mówić "nie", a każdy plan na wieczór i noc w towarzystwie, brałam za świetną koncepcję spędzania czasu. Jednak... im rzadziej tym lepiej, aż zaczęłam w końcu odstawać od grupy.
   W szkole usłyszałam od koleżanki, że trzeba mnie nauczyć życia. Nawet wagary w moim wykonaniu, nie mieściły się w zakresie chwalebnych ucieczek, bo lądowałam na długiej, pieszej wycieczce po lesie, a chwalebnie byłoby iść popić z kumplami. Taki wyczyn zdarzył się jeden raz w pierwszej klasie liceum, kiedy cała grupa postanowiła się "zintegrować" wódką zagryzaną pomidorem.
   Moja szkoła nie cieszyła się dobrą renomą. W tym narkotykowym zagajniku, gdzie bardzo często wizytowali policjanci z psami, znajdowało się wiele zła i demoralizacji. Na szczęście nie tak mnie wychowano. Musiałam egzystować jak ta czarna owca pośród wytapetowanych panien i chłopaków w dresach. To liceum zostało zlikwidowane, chyba o czymś to świadczy...
   Ale owiec o kolorze futra nie do przyjęcia było więcej. I tak, wyłóżcie sobie, razem zaczęliśmy spotykać się w weekendy na piesze, całodniowe wojaże po lasach, łąkach, między miastami, słowem po całym Krajobrazowym Parku Wzniesień Łódzkich. Towarzyszył mi między innymi prawdziwy hipis. Jak wyglądał taki był, kolorowy, zarośnięty, otwarty i pozytywny. Reszta kompani to słuchający metalu koledzy w czerni i ja, gothka. Nie ćpaliśmy, nie paliliśmy - w jednym zdaniu → całkowicie nie pasowaliśmy do wizerunku rówieśników ze szkoły. A to o nas mówiło się, że sataniści i ćpuny.


Zdecydowanie nie byłam i nie jestem domatorką. Przyroda towarzyszyła mi od wczesnych lat, była ważną częścią mojego lejmotywu życia.
   Choć nie ukrywam, że życie klubowe również prowadziłam, bo, powtórzę się: dawałam się czasem gdzieś wyciągnąć. Jako introwertyczka, wolałam przebywać sama. Lubiłam ciszę. Lubię ją nadal, cenię spokój ponad wszystko. Nie dla mnie bale i lokale. Bywałam. Nie bywam. Za głośno, za bardzo zadymione. Wolałabym klimatyczną kawiarnię albo herbaciarnię. Może być KFC ;) robią tam przepyszne cappuccino! (no... ostatni raz byłam kilka lat temu na wyjeździe. Wtedy była przepyszna.)

W czasach późniejszych już po ukończeniu szkoły, ekipa czarnych owiec z lat szkolnych rozsypała się na dobre, lecz nie przez moje starania. Mnie było żal ich opuszczać, ale to już kompletnie inna historia.
   Bywałam w jednym, konkretnym łódzkim klubie, dlatego że ludzie z którymi mnie tam poznano, przypominali mi moją dawną kompanię. I rzeczywiście zgadaliśmy się, spotkania były przesympatyczne. Myślałam, że się zżyjemy, myślałam, że mogę sobie przychodzić sama do klubu, w którym mogłam czekać na znajomych ludzi i mogliśmy razem usiąść przy stole. A jednak nie.
   Jeszcze inna historia sprawiła, że w skutek obmawiania mnie za moimi plecami (a więc był na doskonałej pozycji aby pocałować mnie w mą szlachecką rzyć) zaczęto mieć o mnie bardzo niedobrą opinię. To była fatalna sytuacja, szczególnie dowiedzieć o tym...
   I tak, opuściłam kolejną grupę, tym razem bez żalu. Dojrzałam do tego aby stwierdzić, że ludzie weryfikują się sami. Skoro uwierzyli plotkom, miast sprawdzić czy tak faktycznie jest, to już nie moja sprawa.
   Potem rozpoczęły się piękne lata singla. Rasowego, samodzielnego singla. Już nie szukałam paczki przyjaciół. Ja miałam przyjaciół. Kilku, którzy zostali przy mnie i podzielali moje zainteresowania anty/pub'owe.

Powiększ.
Nade wszystko pasjonował mnie świat książek. Fantazja u mnie do dziś jest na wysokim poziomie, obecnie sama piszę fantastykę, ale jestem sobie wciąż nieznana. To nadal projekt, który realizuje się dzień po dniu.
   Jest to literatura zdecydowanie dla dorosłych, dialogi są realizowane w języku potocznym, nie szczędzącym sobie przekleństw. Choć świat wymyśliłam, jest bliźniaczo podobny do naszej słowiańskiej ziemi z piętnastego wieku.
   Nie jest to jednak kompletnie zdemoralizowana książka. Wplatam tam pewne przesłania. Nie wszystkie postaci są zepsute, niektóre trzeba tylko czegoś nauczyć. W ten sposób przez tę powieść mają wypłynąć ludzkie wartości, prawe obyczaje i etyka czyli coś, co moim zdaniem wyparowało z dzisiejszych miast.
   Na tym średniowiecznym, krwawym polu mordu, pojawią się wzorce słusznego postępowania oraz sprawiedliwość. Lecz zanim to się wykrystalizuje, popłynie jeszcze sporo krwi...

Moim marzeniem od ostatniej klasy podstawówki jest utrzymywać się z pisania. Gdybym wtedy to powiedziała swoim rówieśnikom, stwierdziliby, że jestem nudna. ;] Dla nich sam fakt, że czytałam książki na przerwach w szkole, czyniło ze mnie wyobcowaną.
   Moja samotnia to szeroka i wartka rzeka fantazji oraz niezliczonych pomysłów. Piszę, więc jestem. Jestem, więc piszę. Sama siebie uzupełniam. Bawię się słowem jak malarz kolorami. Koloruję swój świat słowami.

Jeden z licznych poranków nad Renem.

A tu zdjęcie robione z balkonu.

W klasie mieli o mnie pojęcie nudziary, a w pierwszej pracy sztywniary Na tych placówkach w ogóle nie potrafiłam okazać siebie ani bronić swojego jestestwa. Nauczyłam się tego dużo później. Tego, żeby okazywać swoje zdanie i żeby mówić głośno. Z szacunku do samej siebie, bo ile można ciągle zgadzać się na wszystko?
   I okazałam się być zadziorną wiedźmą ;]


Nigdy nie miałam kompleksów, a to dlatego, że zupełnie nie podobają mi się te chude kobiety z plakatów i gazet. Kiedyś raz stwierdziłam, że moje oblicze w lustrze mnie nie powala (chciałam podobać się sama sobie - nie innym). Zrobiłam coś wbrew modzie i ogólnemu uznaniu. Poszłam na siłownię. Rzeźbię się po dziś dzień.
   Obecnie stawiam na naturę. Nie u używam cieni czy fluidów, nie farbuję włosów, już wystarczy, kiedyś to było niemal obowiązkowe, po to chociażby, żeby wtopić się w tłum, żeby ominąć krytykę. Teraz przypomniał mi się pewien fragment z historii Włada Drakuli, który to, polazł do Turków niczym koń trojański, przebrany za tureckiego żołnierza. Wcześniej zapytał przyjaciela o to, jak wygląda:
   - Jak osioł, który lubi, gdy go dosiadają mężczyźni.
   - Wyśmienicie! - ucieszył się Wład. - Powinienem wtopić się bez trudu...
Ja czułam się czasami jak pinda czekająca na okazję. Trzeba było nosić mini i obcasy. To był najbardziej poroniony czas mojej młodości i jeśli czegoś żałuję w życiu, to właśnie tego.
   Przypomniało mi się właśnie... W mojej ostatniej pracy (w Polsce), młodsza koleżanka powiedziała mi, że powinnam zacząć się malować, bo inaczej nie poznam chłopaka. Ciekawy punkt widzenia, prawda? A dziewczyna była naprawdę śliczna, lecz koszmarnie zakompleksiona.

Coś jeszcze zmieniło się na przestrzeni lat: nie chcę już nigdy ulec tej nowoczesnej religii świata - konsumpcjonizmowi. Powinnam to pisać z dużej litery?
   Nie żrę przetworzonego żarcia, nie palę nic, ostatnio znów nawet nie piję. Od niedawna interesuje mnie dieta biblijna. Czy wiecie, że w Ewangeliach jest czarno na białym napisane, co mamy żreć żeby nie chorować? A wiecie, że to działa?
   Jeśli ktoś z Was jest tym zainteresowany, to piszcie, mogę wyszczególnić kilka fragmentów.


Zarzuca mi się nadgorliwość, nadętość swojego stylu życia. Mądrowanie się. Może faktycznie przesadzam, może postępuję i wyrażam się zbyt górnolotnie, ale patrząc z pewnej perspektywy, ciężka praca i nauka, które włożyłam w samodoskonalenie, opłaciły się. Tak naprawdę nie obchodzi mnie kto ma rację, bo każdy ma swoją.
   Ten zerkający sceptycznie znad kieliszka i papierosa, może być tak samo szczęśliwy jak ja, kobieta mająca nieśmiertelnego fioła na punkcie zdrowia i sportu.

Listopadowy Ren.


Bóg dał nam ciało, powinniśmy więc o nie zadbać, o dietę i o ruch, bo ciało nie lubi zastoju. I o duchowość także należy dbać.
   Ciało - racja - kiedyś opuścimy, ale do tego czasu każdy marzy, by się nie męczyć, szczególnie na starość, prawda? To co robimy z naszym ciałem dziś, będzie miało konsekwencje w przyszłości. Nawet Jezus miał konkretne podejście co naszej fizyki, w końcu nie zostawiał cierpiących z modlitwą. On ich uzdrawiał. Także miejcie na uwadze, że ta dbałość też jest istotna.



Zbliżam się do trzydziestki i mówię Wam, nigdy wcześniej nie czułam się ze sobą lepiej niż teraz. Nidy nie czułam się zdrowsza, nigdy nie byłam silniejsza. Może i jestem do przesady zdyscyplinowana, ale wyszło mi to na dobre i nie zamierzam tego zmieniać.
   Bez tego nigdy nie mogłabym tam wejść ;)

Mniej więcej po środku zdjęcia jest taki zygzak.
To szlak. Mój ulubiony, najczęściej przeze mnie uczęszczany :)


Nie jest ważne kto ma rację, ja czy Ty. Ważne jest, że dobrze się z tym czujemy. Ja przed lustrem, Ty przed szkłem.
   Spróbowałam Twojego życia, "łyknęłam" tego rauszu, jednak wystarczy. Tak naprawdę nie mamy prawa się oceniać, więc wspomnij te słowa, nim znów powiesz, że jestem nadgorliwa i przesadzam. A przede wszystkim samodzielnie spróbuj mojego stylu, nim wydasz ostateczną opinię.
   Ja nie umartwiam ciała wyrzeczeniami. Ja je ujarzmiłam.


"Niechże was tedy nikt nie sądzi z powodu pokarmu i napoju albo z powodu święta lub nowiu księżyca bądź sabatu. Wszystko to są tylko cienie rzeczy przyszłych; rzeczywistością natomiast jest Chrystus."
(Kol. 2,16.17 BW)

A już w weekend opowiem Wam, jak spędziliśmy z mężem wigilię. Przedstawię Wam fotoreportaż z góry, której za pierwszym razem nie udało nam się zdobyć, lecz wróciliśmy nań rok później, kończąc wyprawę zwycięsko, a wszystko to z punktu widzenia małżeństwa, które ma wspólną pasję.

piątek, 27 stycznia 2017

Dziadek i babcia - srebro na głowie i złoto w sercu.

Nasi dziadkowie urodzili się w czasach, kiedy wszystko naprawiano, a nie sięgało po nowe. Tak samo traktowali miłość, żyli w długich związkach opartych na partnerstwie, uczuciach i rodzinności, a temperatura ich serc zdawała się rosnąć z wiekiem. To nieprawdopodobne dla nowych pokoleń powtarzających dewizę za dewizą, że rozwody przecież po coś są.
   Lata młodość naszych dziadków były szalenie ciężkie. Powtórzę, rozsmakowując się w tym zdaniu: lata młodości naszych dziadów, jakże to brzmi... wyobrażacie to sobie?
   Czytają mnie różne pokolenia i każdy mógłby opowiedzieć jakąś fascynującą historię seniorów z różniących się od siebie epok, tak odległych od naszej buńczucznej współczesności, obfitującej w coraz bardziej anonimowe nawyki społeczne. Dziś ja opowiem Wam o swoich dziadkach.

Źródło zdj.: internet
Spójrzcie na te dwa światy obiektywnie. Nasi dziadkowie potrafili spędzać czas w domu bez internetu, dorastali w niezwykle kreatywnych czasach, kiedy za młodu zabawki należało zrobić samemu. Nie było wesołych portali społecznościowych, a mimo to możemy pozazdrościć naszym dziadkom poczucia humoru i sztuki opowiadania bez pokazywania zdjęć na smartfonie. Wojna, komunizm, czasy, w których chłopaki dorastali na kupie gnoju za stajnią, a nie w bramach z piwem w ręku. Czasy, kiedy młodzież bawiła się na podwórkowym trzepaku, a nie na polu walki w internetowej grze. Nie było Face Book'a, ale zawsze wiedzieli kto i kiedy ma urodziny ;) Czasy, kiedy pisało się listy.



Moje babunie.

Mama mojego taty.

To pamiętam:
Babcia na wszystko miała lekarstwo albo jakiś sposób. Była naszym rodzinnym pogotowiem wielofunkcyjnym, bardzo żałuję, że dziś nie może mi przekazać całej swojej wiedzy. Czarownicowanie przechodzi po kądzieli ;)
   Pamiętam, że dużo robiła na drutach i że była zbiorem najfantastyczniejszych bajek pod słońcem! Mimo że w tym czasie musiałam jeść :P     (byłam straszliwym niejadkiem)

Jej życie:
Pracowała w Domu Towarowym Uniwersal, pierwszym domu handlowym w Łodzi, który powstał w 1967r. Dawniej codziennie był odwiedzany przez tłumy Łodzian i mieszkańców okolicznych miejscowości, którzy chętnie robili zakupy w dobrze zaopatrzonych, jak na ówczesne czasy, sklepach. Przyciągały ich również pierwsze w Łodzi ruchome schody. Babcia była tam kierownikiem, a mnie rozpieszczała najlepszymi zabawkami, o jakich dzieci mogły tylko marzyć.
   Młodość jednak nie docenia marek tych rzeczy. Młodość nie jest też świadoma tego, że w danych czasach o coś może być ciężko. Pamięć mnie jednak nie myli, że uwielbiałam zostawać u babci bez rodziców. :D


Dziadkowie w komplecie.

Mama mojej mamy.

To pamiętam:
Babcię charakteryzowały włóczki i druty, ten obrazek wrył mi się w głowę jako nieodzowna część jej codzienności. W jej swetrach chodziłam ja i moje zabawki. Do dzisiaj mam jej wielki, gruby, zimowy sweter. Babcia jednak nie przewidziała, że takie długie grabie mi porosną :P
   Altana w ogródku pełnym kwiatów i warzyw, to było coś! Spędzało się tam szmat czasu, a niekiedy nawet podwędziło coś z zawekowanych zbiorów z szafki pod stolikiem. :) W domu miała pełne szafy przetworów. Możecie się dziwić, ale doskonale pamiętam smak truskawek z kompotu.

Z tyłu moja mama.

Jej życie:
Babcia za młodszych lat pracowała w biurze w Radzie Narodowej. Pisała na maszynie. Wiem, że moja mama lubiła przesiadywać u niej w pracy.



Moi dziadkowie:

Tata mojej mamy:

Niestety nie dane było mi go pamiętać.
Altana babci była zrobiona przez dziadka. To nie była byle buda, ale całkiem kunsztowna chatka z deseczek. Dziadek miał wiele talentów, ale przede wszystkim był krawcem.


To jest świetne zdjęcie. Zrobione zostało w ogródku przy wspomnianej altanie. Dziadek i mała ja.
Nikt wtedy nie przypuszczał, że taka wiedźma ze mnie wyrośnie... XP
Za mną moja mama i... chyba to są dwie moje kuzynki... O_o muszę dopytać.

Jego życie i pasje:
"Zawodowe  krawiectwo ciężkie", czyli palta garnitury itp. Był bardzo ceniony, pracował w dużym zakładzie państwowym. U niego zamawiali znani wówczas politycy i inni bogaci. Był bardzo dokładny, po prostu lubił to, praca była jego pasją.
   Później przeszedł na emeryturę ale szył trochę w domu na zamówienia kolegi który otworzył prywatny biznes.
   Do tej pory noszę kożuch ręcznie przez niego zrobiony. Należał wcześniej do mojej mamy, teraz noszę go ja. Takiego czegoś się nie wyrzuca, nigdzie już nie dostanę takiej jakości odzieży zimowej. Kożuch na całe życie.


Tata mojego taty:

Dziadek jest doskonałym przykładem na to, że życie nie kończy się na emeryturze. Jeszcze wiele lat był aktywny zawodowo i do dziś również towarzysko. Pokazał, że w każdym wieku można zacząć od nowa, mimo iż wydawałoby się, że w pewnym momencie najlepsze lata dobiegły końca. Dla mnie jest wzorem osoby, która nigdy się nie poddaje, ale to bardzo długa historia...

Jego pasja:
Zaraził mnie grami planszowymi, szczególnie warcabami, które były jego hobby. Jeździł na różne turnieje za granicę był zapraszany nawet do Stanów Zjd. Był bardzo dobry, wygrywał.
   Lubię sobie czasem "pyknąć" rundkę przez internet. Dziadek ma konto na kurnik.pl ;) Kilka lat temu wyzwałam go na pojedynek szachowy, poległam z kretesem, dopiero później przyznałam się na czacie, że ja to ja. XD
   Nauczył mnie też cierpliwości i drobiazgowości. Kiedyś kleiliśmy figurki z drewna itp. Sam tworzył znacznie większe sztuki modelarskie, ale za mała byłam, by mu towarzyszyć w tamtych przedsięwzięciach. Ciekawe czy gdzieś to jeszcze ma...

Jego życie:
Pracował w zakładach przemysłu bawełnianego im. Marchlewskiego czyli w dzisiejszej Manufakturze. Awansował na stanowisko kierownicze magazynu. Był też sekretarzem partii i działał w związkach zawodowych.
   Na tym jednak wcale nie zamierzał poprzestać. Na emeryturze pracował w Klubie Widzewa. Gdybym była kibicką, mogłabym rzec, że miałam wstęp do bram raju, jednakże rodzinna fascynacja piłką nożną, nie pociągnęła mnie dalej niż do gry w piłkę dla zabawy. Siedzieć w trybunach i patrzeć jak inni grają... hym hym no cóż, zdarzało siędo towarzystwa. Ale mogłam - JA MOGŁAM i robiłam to - przebiec sobie boisko Widzewa. XD


- Artykuł napisałam wespół z moją mamą.
Zdjęcia archiwalne naszej rodziny, przesłała mi mama.




Dzień Dziadka i Dzień Babci już dawno minęły, ale pamięć o nich nigdy nie jest przeterminowana. Nie ważna jest data w kalendarzu, ważne, że jeśli wciąż są z nami, warto odwiedzić, wręczyć upominek bez okazji, bo dawać jest cudownie.
   Spraw Boże żebyśmy wszyscy tak pięknie się zestarzeli i mieli taki spokój w sercach jak nasi dziadkowie - pokolenie nie znające naszego pędu, pogoni za nowoczesnością, ani tymi wszystkimi pierdołami, jakimi zajmujemy sobie sztucznie czas.
   Z tejże okazji, na prezent bez okazji, Rabble.pl podpowiada swoje propozycje:


wtorek, 24 stycznia 2017

Słówko o zmaganiach socjalnych z tłem zamarzniętej, alpejskiej ścieżki, którą najczęściej przebywam o poranku.

(...)Tam gdzie jedno uderzenie serca wcześniej szalała trąba powietrzna, czarny punkt właśnie wydłużył swój cień rozprostowując ciało. Zwierzęta przyczajone nieopodal, zaciągały się łagodnym powietrzem. Sarny wdychając zapach spokoju, mrużyły oczy. Lis zaczął wylizywać swoje rude futro, a dwa zające pognały gdzieś w szalonym pędzie, zajęte już tylko zabawą. Ptaki gromadziły się nad gajem, zaś czarna postać rozglądała się wokół spod cienia swego głębokiego kaptura, jak rozmarzony człowiek poruszony widokiem piękna. Uśmiechał się łagodnie. Słońce zesłało właśnie na ziemię złotych tancerzy w postaci snopów światła, krążących dookoła niego zależne od rzednących na niebie chmur.(...)

   - Stworzyłam genialną postać. On troszeczkę pozmienia mój zgoła gotowy scenariusz. Chyba już sama nie wiem jak moja powieść się skończy ;)


Ostatnio zajmuje mnie zagadnienie psychologii środowiskowej. Ten dział dotyczy problemów oddziaływania człowieka na środowisko, lub człowieka na drugiego człowieka. Na pewno każdy po troszeczku liznął, czy to osobiście, czy słuchając opowieści z pierwszej ręki. Skłonił mnie do tego pobyt w kraju ojczystym. Początkowo wprawiło mnie to jedynie w lekkie drżenie serca, to się już zdarzało. Momentami jednak naprzykrza mi się ten motyw i coraz ciężej jest traktować to lekko.
   Szanujmy się. Zawsze o to proszę, czy to na łamach bloga czy prywatnie jeżeli trzeba, bowiem maglowanie o coś sprawia, że ograniczamy drugą osobę. Mało ludzi szanuje wolność bliźniego, a przecież nie żyje w jego skórze i to, co dla niego wydaje się słuszne i dobre, wcale nie musi takie być dla kogoś innego.

Post scriptum - dziś na zdjęciach moja szwajcarska wioska w Dolinie Mgieł, nad Renem (zdjęcia pochodzą z grudnia, przed opadami śniegu). Słoneczne fotografie dla pokrzepienia naszych serc, są zupełnym przeciwieństwem teraźniejszości, o czym opowiem i zaprezentuję na sam koniec.



Myślmy!
Na rewersie mogą skrywać się różne przyczyny, o których przeważnie nie chce się mówić. Znam historię młodego małżeństwa, które nie mogło mieć dzieci z przyczyn medycznych i nie chcieli o tym opowiadać nikomu, aby nie być postrzeganymi przez pryzmat tej przykrej sprawy. Jednak wciąż byli nagabywani o potomstwo. Ta kobieta jest moją daleką znajomą, nawet nie chce mi się wspominać, ile razy przez rodzinę, wycierała łzy o mój rękaw...
   Są też tacy, który preferują wolność, nie nadają się do uziemionego trybu życia, są szczęśliwi tak jak jest, a skoro jest świetnie, to po co wszystko zmieniać? To jest pozytywny typ zakręconego człowieka i nie ma sensu mu wmawiać, że źle żyje.
   Aż tu nagle świat zatoczył koło wokół mojej osoby.



To są przecież sprawy intymne!
Ludzie żyją w zażartym przekonaniu, że macieżyństwo jest celem absolutnym każdej kobiety, nie biorąc pod uwagę jej zdania, ani planów. Jej zdrowia przede wszystkim, jej obaw. To bardzo osobista kwestia i miło by było, gdyby każdy przyjazd do Polski nie musiał kończyć się takim publicznym manifestem.
   Nie mam nic przeciwko rozmowie, podzieliłabym się swoimi myślami, planami czy obawami, szczerze, tak jak potrafiłam rozmawiać o tym z moimi rodzicami. To wcale nie jest dla mnie tabu. Sytuacja zmienia się, kiedy zaczynają padać moralitety z przykładami. Czy ja mam żyć pod szablon?



Prześladowania:
Miarka się przebrała kiedy znajomy łapiąc mnie za brzuch, życzył mi potomka... bo przecież szkoda czasu... halo, halo, gdzie te łapki?
   Tak sobie myślę, że czasu bardziej szkoda na np toksyczne relacje. A jest to każda, która wnosi do życia jakąś negatywną energię, budzi niechęć. Czasu szkoda jeszcze na dyskusje, które nic nie wnoszą do mojego życia.
   Same zapytania najbliższych nie jest drażniące. Są jest naturalne. Jednak kiedy pada archaiczne wyrażenie "tak trzeba", sprawa zaczyna nabierać nieprzyjemnych kontrastów. 



Punkt widzenia:
Indagując ten temat dalej, dla każdej z nas postrzegany jest zupełnie inaczej. Znam całe mnóstwo kobiet, które cieszą się z macierzyństwa. Są zdrowe, są silne i szczęśliwe. Znam też gorsze historie, dużo gorsze... Szczęście gra tutaj najważniejszą rolę, bo jeśli go brak, to cała otoczka rodzinności nie ma sensu.
   Skąd się biorą ludzie, którzy produktywnie ściągają psychicznie w dół? Bo jeśli pojawi się na świecie dzieciak, wcale nie będzie mi lepiej w tej kwestii. Wybuchnie wojna w wojnie, bo dlaczego nie chrzcimy? A w ogóle kiedy wreszcie drugie?

Takie namawianie, nagabywanie, jest okazaniem braku szacunku i próbą odbierania wolności własnego wyboru - to nacisk społeczny. Każda dorosła kobieta sama wie najlepiej kiedy nadchodzi ten czas i zamiast oceniać ją, należałoby przyjrzeć się wreszcie swoim przywarom.
   W dzisiejszych czasach dzięki medycynie i świadomej dbałości o zdrowie, poprzeczka szans na bezpieczna ciążę, została znacznie podwyższona. Zbliżam się do trzydziestki nadal bez konkretnego planu na potomka. Tymczasem fakt ten nie umknął uwadze i postanowiono interweniować. Lubię średniowiecze, ale bez przesady.
   Dla mnie najważniejsze już się stało. Mam męża, którego jestem w tej dziedzinie pewna. Wiem, że nie ucieknie ;) gdyby nasze życie nagle miało wywinąć orła.
   Cel w moim życiu? Szczęście. To już mam. A reszta, wybaczcie, to jest moja prywatna sprawa. Zastanowiłam się, co tak naprawdę powoduje takimi osobami. Czytajcie dalej.



Wnioski:
Na podstawie literatury o psychologii, której w swoim życiu przeczytałam multum, potrafię w tym całym chaosie nazwać pewne kwestie. Niestety swej wiedzy, jak na ironię, nie mogę wykorzystywać, geneza jest więc jedynym, co mi pozostaje. Powód jest prosty: nie jestem lekarzem. Jestem swoim własnym pacjentem i moja teza jest taka:
   W sposób powyższy, jaki dziś opisałam, naprzykrzają się wyłącznie ludzie bardzo nieszczęśliwi, którzy szukają dziury w całym, a uwierzcie mi, że tacy to potrafią dłubać... To co kiedyś najprawdopodobniej było szczęściem dla nich, uważają za szczęście absolutne dla wszystkich. Jest to "syndrom trzech muszkieterów" - nie interpretują potrzeb danej jednostki - jeden za wszystkich, wszyscy za jednego - ja tak zrobiłem, ty też musisz, oni przecież też tak zrobili.
   Książkowy przypadek "osobowości zero" to również klasyczny schemat, czyli - to co ja mówię i robię, jest słuszne, a ty musisz się nauczyć ode mnie, bo to co aktualnie robisz, jest stratą czasu. Ja mam rację, kiedyś to zrozumiesz, jednak oby nie było za późno. Czyli my, maluczcy z kolejnego pokolenia, nic niewiedzący jeszcze o życiu... itd. wychowywani na krytyce. Błąd!


Przecież to takie proste!
Proszę tylko o jedno, bądźcie dla siebie dobrzy i życzliwi, ale zajmijcie się swoim życiem. Ja w Wasze w buciorach nie wchodzę.
   Byłoby cudownie, gdyby każdy człowiek czuł się normalnie w towarzystwie bliźnich. Czasami natomiast, czuję się czarną owcą. Dobrze, że czasami, bo gdyby zawsze, to czasami bym odwiedzała rodzinę.



Tak sobie myślę... Gdyby była dziewczynka, razem latałybyśmy na miotle, gotowały w kociołku wykwintne specyfiki i szukały miejsc nieskażonych ludzką myślą.
   Gdyby był chłopiec, razem nabijalibyśmy na pal niewiernych. Myślę sobie - bomba, ale miło byłoby wiedzieć, że w kraju nie ma ludzi żądnych zbesztać moje praktyki i potępiać tok wychowania.
Bo jakie by ono nie było, nawet gdybym rzeczywiście miała ochotę na każde urodziny potomka postawić w ogródku jeden pal więcej miast świeczki na torcie, to moje prawo i moja decyzja, jak i to, kiedy ów potomek powstanie.
   Z całą pewnością czytuje mnie wielu rodziców. Jestem ciekawa jakie były wasze perypetie zanim zostaliście mamami/tatusiami??


Aktualności:

Prognoza pogody obiecywała na ten czas to:

My natomiast, bezustannie widzimy to:

Choć w rzeczywistości faktycznie świeci słońce i jest czyste niebo! Prognoza nie kłamie.
Kamerka internetowa z Bandytki:
My jesteśmy tam w dole w chmurze.
Bo jak mówiłam ostatnio, Dolina Mgieł zasługuje na taką nazwę ;)
I żeby była zgodność z datą notatki:



piątek, 20 stycznia 2017

Grabserberg. Mroźna osnowa to żadna okowa!

Zaczął dominować pogląd, że najpotężniejszy z aniołów, jeden z cherubów, był inspiratorem buntu także innych aniołów przeciwko Bogu i stał się ich wodzem w walce z pozostałymi.
      W tym ujęciu motywem działań Szatana byłaby pycha, która według Pisma Świętego zawsze stoi u korzeni grzechu (por. Syr 10, 12-13). Hipotezę o grzechu pychy, popełnionym przez aniołów, dowartościowuje fragment z listu św. Pawła, który przestrzega, że biskupem nie może być człowiek niedawno nawrócony na wiarę chrześcijańską, aby „nie uniósł się pychą i nie został potępiony jak diabeł” (1 Tm 3,6).
      Orygenes, św. Tomasz z Akwinu, Jan Duns Szkot i wielu innych teologów wskazywało na miłość do samego siebie jako przyczynę odwrócenia się Szatana od miłości Boga, co przerodziło się w grzech pychy. Najpotężniejszy z aniołów, zafascynowany swą duchową naturą i autonomią, zerwał jedność z Bogiem, w konsekwencji pozbawiając się źródła swego istnienia i szczęścia.

c.d.n.



Podobno kiedy zmienia się pogoda, nie mamy wpływu na swoje otoczenie. Podobno kiedy potężne tumany nieprzejrzystej mgły przesłaniają niebo, to musi już tak być. Podobno kiedy jest mróz, pozostaje nam szalik, czapka i rękawiczki. Otóż nie trzeba się temu poddawać, niepogoda to nie pułapka. Przekonałam się o tym osobiście TUTAJ.
   Po kilku dniach cieni królujących w mroźnych mgłach, musiałam udowodnić mojemu mężowi, notabene to słoneczny człowiek, że w taki piękny skądinąd dzień, nadal pozostaje on panem sytuacji i może zobaczyć słońce kiedy tylko chce.
   Plan podróży był taki - jedziemy samochodem do Grabs i włazimy na Grabserberg tak wysoko, póki nie stwierdzimy, że wystarczy.
   Jest to wysokość ok. 800m n.p.m. Granica tego typu chmur i mgieł w dolinie, nie wznosi się wyżej. My poszliśmy troszkę wyżej, aby móc lepiejobserwować płynące fale chmur.


Ja z kolei, chciałabym potrafić czynić na opak. (zupełnie jak Dracula, który władał żywiołem, aby w cieniu chmur móc przechadzać się za dnia) Chciałabym w letnie, upalne dni, potrafić stworzyć chmurę burzową. Jeśli nie miałabym takiej mocy aby przesłonić nią słońce, to chciałabym chociaż stworzyć ją nad swoją głową. Każdy by mi zazdrościł takiego cienia i prysznica w letni, upalny dzień. Mogłabym pożyczyć chmurkę w zamian za miłą rozmowę. Popatrzcie jakby to pięknie wyglądało: siedziałabym sobie na ławeczce w parku we własnym, prywatnym cieniu zraszającym mnie chłodną wodą, a obok mnie człowiek korzystający z udogodnienia odpłatnie - walutą byłaby jego historia. Każdy człowiek ma własną. Każdy człowiek, to zupełnie inny i fascynujący punkt widzenia.
   Chmura za opowieść, od lipca mogę zacząć! Tylko najpierw wampir musiałby mnie ugryźć... -_-

Po niezbyt wyczerpującym marszu pod tą niewysoką górę, oślepił nas blask słońca. "Oślepił" wcale nie jest słowem nad wyrost, gdyż siedzieliśmy z mglistej ciemnicy kilka dni.




Zostaliśmy tam aż do czasu, w którym słońce schowało się za górę. Takie są tutaj zachody słońca, mimo iż w rzeczywistości dzień jeszcze się nie zakończył, a słońce tak naprawdę miało daleko do linii horyzontu, to nasz horyzont kończy się wraz z linią gór.
   Odpoczynek i piknik pod drzewem. W dole dywan zakrywający szczelnie całą naszą, zamarzniętą Dolinę Mgieł. Jak mówiłam - zawsze jest jakiś wybór. Trzeba tylko potrafić dostrzegać inne alternatywy.
   Tę wędrówkę odbyliśmy na początku grudnia.




Wyższe zaś szczyty, powoli przestawały być gościnne, ale zdradzę Wam, że w 2016 roku jeszcze jedna góra nas do siebie przywołała. Dziś wszystkie masywy są pokryte śniegiem, był czas lawin, słyszeliśmy je. Nadal jest niebezpiecznie. Biały puch w tym roku jest bardzo uparty, a poranki mroźne, -13 stp. C, witają nas każdego dnia.
   Lubię to, podoba mi się zima, jest przepięknie, co nie umniejsza miejskiemu trudowi, jakiemu poddają się teraz ludzie. Ja np, aby przedrzeć się przez zaspy śniegu do sklepu, ubrałam się jak na wędrówkę wysokogórską i powiem Wam, że wcale nie przesadziłam! Wcześniej ubrana po cywilnemu, wróciłam z przemoczonymi skarpetkami, potem już nie popełniłam tego błędu. W odpowiednim zestawie, byłam co najwyżej upocona, bo to już nie spacer, a raczej wyczyn.
   Co więcej, traktory/pługi jeżdżą non stop po ulicach i chodnikach także. Ciecie biegają z łopatami, albo jeżdżą z pługiem przyczepionym do swojego samochodu. Tu nikogo zima nie zaskoczyła, mimo że nasypało hałdy do pasa. Samochody jeżdżą, autobusy jeżdżą. A w Polsce sypnie kilka centymetrów i już komunikacja sparaliżowana. Przecież miasto to nie góry, nie trzeba walczyć o życie.


 

Powolutku trzeba było podnosić rozleniwione cielska. Mnie wystarczy naprawdę bardzo minimalna ilość słońca na witaminę D i nie musi być to częste. Podejrzewam nawet, że jestem aż tak długodystansowym dziecięciem cienia, że polarna noc również by mnie nie zabiła. Jestem jak zygokaktus. Kwitnę tylko w kącie zimnego pokoju. XD
   Notabene tzw. grudnik ma się dobrze w mojej pieczarze XD


I niema w tym nic negatywnego, ani mrocznego - to już przesada. Każdy z nas jest inaczej uwarunkowany. Ja jestem wytrzymała na niskie temperatury, doskonale znoszę długookresowe deszcze. Kiedy ciśnienie leci w dół, nie boli mnie głowa, jestem nawet bardziej wydajna, co na tle pracowników padających wtedy jak muchy, okazywałam się nagle potrzebna w firmie i niezawodna. Nie muszę pić codziennie kawy.
   Jednak są wady takich uwarunkowań, lato to da mnie gehenna. Zaś mąż ma zupełnie odwrotnie. Całkiem inne potrzeby. On by wędrował po górach całe lato, dla mnie to jednak jest zbyt niebezpieczne. Na swoim koncie mam już dwa udary słoneczne, więc to nie żarty.




Schodząc do doliny, robiłam więcej zdjęć. Wcześniej spieszyliśmy się przed zachodem. Przyznam, że zanurzenie się na powrót w mroźnej krainie jest zjawiskowe. Szron na drzewach wygląda czarująco, spójrzcie raz jeszcze na pierwsze zdjęcie z tej notatki :)
   A właśnie, bym zapomniała... Żebyście nigdy nie mieli wątpliwości: Ja nie przeklinam. Ja rzucam zaklęcia. I jeszcze jedno: Ja nie siedzę nigdy na Fejsie. Ja ogarniam socjal media.




Mam jeszcze dla was wiedźmakową nowinkę. Czuję się zobowiązana czasami opowiedzieć Wam coś kosmicznego. Otóż Ziemia co kilka lat wpada w strumień kosmicznych odłamków, które skumulował rezonans z Jowiszem. Dawno, dawno temu w naszej galaktyce, doszło do katastrofy, w której zniszczone zostało ciało o rozmiarach kilku lub nawet kilkunastu kilometrów. Powstałe w ten sposób szczątki poruszały się po orbicie, która aż w dwóch miejscach przecina się z orbitą naszej planety, przez co Ziemia wpada w te śmieci aż dwa razy do roku. To jest ruj meteorów w lipcu (Beta Taurydy). Słynna katastrofa tunguska jest z nimi związana. Do drugiego spotkania dochodzi w październiku i listopadzie każdego roku.
   Kolejne spotkanie tych wszystkich śmieci ze skutkiem katastrofalnym tym razem, Bóg zaplanował na 2019 rok na przełom lipca i sierpnia. Podobno ma być ostro. Pożyjemy, zobaczymy.




A oto we mgle pojawia się hrabiowski, trzynastowieczny zamek, należący niegdyś do hrabiego Rudolfa von Montfort. Jeśli nabraliście na niego ochoty... na zamek, nie na hrabiego; zapraszam TUTAJ. I TUTAJ.




Nawigacja:
Powiększ.
Naprawdę cieszę się, że zima zaszczyciła nas swoją obecnością na dłużej, potraktowałam to za dobry omen. Mam nadzieję, że lato będzie łaskawsze niż ostatnio bywało. Przychylne licznym wędrówkom, także polskim przygodom, na jakie nie mogę sobie pozwolić w Szwajcarii. Czas płynie, ucieka nawet, ale nie wolno stać w miejscu. Przecież idzie lepsze. Wszak śnił mi się świstak. Ranny świstak.
   "Jest to znak wytrwałości. Oznacza to, że jesteś perfekcjonistą i że każde zlecone Ci zadanie starasz się wykonać jak najlepiej zapominając o wszystkim." Jako że był on ranny, pozwoliłam sobie przetłumaczyć sytuację ze snu na opak, co by znaczyło, że iluzja, którą sobie wykreowałam, prysnęła już dawno, oraz że mam przyjaciół, na których nie mogę do końca polegać, nie mogę patrzeć po nich w obliczu problemu, bo mi to nic nie da.


Kochani, cieszę się że tutaj ze mną jesteście. Wciąż Was przybywa, liczniki poszalały, wynika z nich, że jedna notatka otwierana jest kilkaset razy. Zostawiajcie komentarze, dajcie mi znać, że po drugiej stronie nie siedzą roboty. Piszcie, komentujcie, chcę Was widzieć.
   Wszystkim serdeczności i ciepełka :)