środa, 24 maja 2017

Zapraszam Was do siebie.

Chcę być jak woda - wystarczająco silna,
by zatrzymać statek, ale tak słaba, by przelecieć przez palce.



Zapomnijcie, jeżeli myśleliście, że to będzie MTV Cribs. Dziś zapraszam Was na nietypową wędrówkę, bo miast długiej podróży w nieznane i dzikie, oprowadzę waćpaństwo krok po kroku po tych szwajcarskich zakątkach, w których najczęściej straszę. Czyli: wychodzimy rano z domu i ja zaczynam opowieść.
   Żeby nie było za nudno, pominę klatkę schodową i blokowisko. Zacznę od Renu, a właściwie od tego, co go porasta. Wiosną rzeka jest szczególnie ubarwiona pstrymi ziołami.
   Bardzo lubię zdjęcia makro, bawię się tym obiektywem, choć nie do końca jeszcze potrafię, nadal ziarno wychodzi...

Obecnie jest inwazja ślimaków. Ten gatunek np., lubi zdobywać jedzenie a wysokości. Całe łany żółtych kwiatków są oblegane przez głodne mięczaki.
   Ale niech Wam nie będzie żal tych roślin, bo to "niezłe ziółka". W naturze ZAWSZE jest sprawiedliwość. Przeczytajcie podpis pod zdjęciem.

Szelężnik większy. Roślina trująca.
Jest półpasożytem - młode rośliny zapuszczają ssawki do korzeni traw,
od których czerpią składniki pokarmowe. Stąd od dawna uważany za "szkodnika łąk".
Możecie sobie mówić co chcecie, ale ja bardzo lubię taką pogodę. Jet mi wystarczająco ciepło, aby ubrać się lekko. Chmury malują na niebie rozmaite, szare wzory, a zapach powietrza orzeźwia. Jest wilgotno, co cenię sobie niezmiernie. Nie znoszę suchego, upalnego powietrza.
   Uzmysłowiłam sobie wtedy jak bardzo tęsknię za Warmią... Za tym, że była w zasięgu, że zawsze mogłam się urwać w tamte rejony, choćby na dzień lub dwa.
   Jedni zazdroszczą mi tego, że mieszkam w Alpach, z kolei ja zazdroszczę innym tego, że mieszkają na Pojezierzu. Nic mi nie zastąpi gładkiego lustra jeziora.



Pozostałych roślin nie potrafię nazwać. Jeżeli znacie któreś z nich, chętnie skorzystam z pomocy i uzupełnię braki w tym poście.





Pójdźmy jednak na północ, tam płynie mała rzeczka o nazwie Simmi. Jest dopływem kanału śródlądowego. Najładniej wpada do Renu - miejsce to nazwałam Lazurowym Wybrzeżem, ale nie jest to moja okolica, więc dziś go Wam nie pokażę. Jeśli chcecie zobaczyć, czemu zawdzięcza tą nazwę, zapraszam TUTAJ.
   Rzeka ma 14,6 km długości. W celach ochrony zabudowań, została wyprostowana i ograniczona wysokimi wałami. Podobnie jak Ren, dlatego moim zdaniem obie nie zachwycają urokiem. Przecież zakola rzeczne i gęsto porośnięte brzegi, mają najcudowniejszy urok.
   Jednak rozumiem założenie, w tej chwili poziom rzek jest bardzo wysoki, nie da się już zejść do koryta i przesiadywać na sztucznie utworzonych hałdach kamieni. Wiosną, kiedy w górach topnieje śnieg, wszystko ma ujście w zamieszkałych przez ludzi dolinach. Okopywanie ich jest konieczne. Tak jest bezpieczniej.


Nieopodal są tory kolejowe. Kiedy przejazd się zamyka, pipa. Pipa niby daleko, pipa znośnie, ale wieczorem gdy usypiamy, zawsze wiemy, że będzie jechała kolej. To nie przeszkadza, gorsze są dzwony, które walą przez kwadrans od 4 rano. Niby są daleko, ale nieznośnie WALĄ!
   Współczuję mieszkańcom wiosek, w których stoją kościoły. Znajomy mieszka pomiędzy dwoma. Gdy jeden cichnie, załącza się drugi. Świeć mu Panie nad jego cierpliwością... (Doszły mnie słuchy, że miał się przeprowadzać).


Rozejrzyjmy się tu trochę. Buchserberg i Werdenberg czyli zalążki Alviergruppe. Użyjmy sokolego wzroku i spójrzmy na rzadko rozsiane po trawiastym terenie, gospodarstwa.



Odwróćmy się na chwilę za siebie. To co widzimy to góry Liechtensteinu. Czasem po nich łazimy. Z jedną z liechtenstein'skich gór czeka mnie w tym roku rewanż, bo dawno temu zaliczyłam "wycof". Jeżeli na nią wlezę, to znaczy, że mogę udać się z misją na Dziada. To taki mój wyznacznik w skali trudności.


A przed nami: oto jej szanowna mość, chlubny majestat i moja nienawiść od pierwszego wejrzenia, BANDYTKA, czyli Alpstein. Alpejski kamień - w istocie, to gigantyczny głaz ze strzelistymi kłami, mówiący całym sobą - wchodzisz na mnie na własną odpowiedzialność. Takich gór to chyba nawet ubezpieczenie nie obejmuje.
   Alpstein - lewy do prawego. Normalnie na jednym zdjęciu nigdy się nie mieści:

Powiększ.
Powiększ.
Powiększ.
Marzy mi się aby przejść ją całą po grani. I pewnie to zrobię, bo marzenia są po to, aby je spełniać.
A teraz popatrzmy na nią z bliska, opowiem Wam o kilku miejscach
   Na poniższym zdjęciu, w drzewach, tuż pod najwyższym kablem wysokiego napięcia, taki szary kwadrat - to Zamek Sax. Z bliska możecie zobaczyć go TUTAJ, ciekawa galeria, bo byłam tam zimą w śniegu.
   Naprawdę często tam chodzę. Lubię sobie odpocząć w cieniu jego murów i poczytać książkę.


Ostatni skrawek cywilizacji, najwyżej położone domostwa zaadresowane na miejscowość SAX. Ciężko spacerować po tej ośce, każdy bowiem wiąże się z potem, brudem i gorącem. Cywilizacja, ale idzie się pod górę, nic na to nie poradzę, w górach nigdy lekko nie ma.
   Pomyślcie sobie, jakie my proste życie mamy na polskich nizinach. No chyba, że któryś z moich czytelników jest góralem. Przyznać się, jest tu ktoś spod Tatr? 👀 Ja się przedstawię: jestem z centrali kraju - z Łodzi - i dotąd nic nie wiedziałam o tym jak się żyje w górach. Wielki szacun!


Staubern. Od dwóch sezonów tam nie byłam. Remont kolejki spowodował, że szlak został zamknięty. Wielka szkoda, bo straciłam "swoje miejsce", które znajduje się mniej więcej w połowie wysokości tej góry. Czasami chodziłam do tego punktu żeby posiedzieć, popatrzeć na to wszystko z góry, pomyśleć... Zainteresowanych zapraszam TUTAJ. Szlak na Staubern jest o wiele trudniejszy niż Saxer Lucke, który pojawia się na blogu najczęściej. Wybaczcie powtarzające się opowieści z tych samych szlaków, ale muszę czasem zrobić rekonesans...


Hoher Kasten zdobywaliśmy z mężem na początku kolejką górską. Dopiero później zaczęliśmy się wspinać. Przecież ja w tamtych czasach nawet jeszcze odpowiednich butów nie miałam...
   Dla zainteresowanych, jak wygląda szczyt z bliska, zapraszam TUTAJ. Galeria naprawdę warta uwagi.


Na poniższym zdjęciu nie ma szlaku, jest bałagan. Na Bandytce ogólnie panuje chaos. Czasami trzeba schodzić ze szlaku, bo leżą jakieś drzewa powalone, albo wodospad tak przybrał na sile, że musisz się zmoczyć, albo leży hałda śniegu i trzeba obejść, albo tam gdzie najmniej się tego spodziewacie, pasą się krowy, które nie pozwalają Ci przejść, bo całe stado musi Cię najpierw powąchać... no cuda panie!


O tym jak ważne jest, by upewnić się przed wędrówką, jakie mamy warunki na szlaku, szczególnie jeżeli nie posiadamy odpowiedniego sprzętu, pisałam już raz, ale czuję się niemalże w obowiązku powtórzyć te teorie, ponieważ to nie jest portal alpinistyczny gdzie mam do czynienia z profesjonalistami. Wiem, że niektórzy z Was trafiają do mnie jako nowicjusze planujący podobne eskapady górskie. Wiem, bo niektórzy z Was piszą do mnie prywatnie z pytaniami. I choć nie jest to poradnik górski, a prywatny blog lifestylowy, nie omieszkam podrzucić kilku moich pomysłów.
   Góry potrafią nieźle zaskoczyć, nie raz już zdarzył mi się tzw. "wycof". Istnieje kilka metod na to, aby tego uniknąć:
  1. Czy wiecie, że niektóre góry w Szwajcarii posiadają Webcam? To dobra metoda, aby skontrolować warunki panujące na szlaku. A jeśli dany szczyt nie ma połączenia z internetem, to z pewnością ma kamerę inny, okoliczny, o podobnej wysokości.
  2. Zabawną metodą będzie użycie w tym celu portalu społecznościowego, np Face Book, na którym można znaleźć FP góry i konkretnego szczytu. Taka strona składa się wyłącznie ze zdjęć ludzi, którzy wspięli się na dany wierzchołek, a później wstawili swoje selfi oznaczając lokalizację. Wówczas ich ostatni wyczyn ląduje na tejże stronie, a my możemy obczaić jakie mamy aktualnie warunki na szlaku.
  3. Jeżeli mamy okazję, bo znajdujemy się nieopodal naszego planowanego celu, możemy użyć sprzętu z bardzo dobrym zoom'em, (albo po prostu lornetki), który umożliwi nam bezpośrednie zajrzenie na szczyt, a także dokładne zlustrowanie drogi, oczywiście jeśli ta, nie jest porośnięta gęsto drzewami. Na kilka dni przed dzisiejszym "obchodem", zrobiłam to zdjęcie:
Ostatni bastion Alpstein / Saxer Lucke. To bardzo strome podejście, w którym śnieg potrafi zalegać do lata. Idziemy tam? Widzę, że już można.


Pokazałabym Wam gdzie najbardziej lubię przesiadywać, a potem popatrzylibyśmy na moje bloki z góry. O.K? No to chodźmy 😎
   Tak straszę i straszę tą Bandytką, ale tam wcale nie jest niebezpiecznie, jeżeli oczywiście trzymasz się wytyczonej drogi i nie robisz głupstw. Podejście w to miejsce gdzie się wybieramy, oceniłabym na T3, czyli taką trochę trudniejszą drogę górską.
   Szlak nie zawsze jest widoczny, czasami jego wąska ścieżyna gubi się pomiędzy trawiasto-skalistymi fałdami na odkrytych terenach, a czasem znika pod zwalonymi drzewami i trzeba iść dookoła, na co uczulam - bez butów trekkingowych nie ma szans, to już nie spacer. Chociaż teoretycznie nie zdarzają się piargi, to jednak bywa ślisko i błotniście, a kamorów leży na drodze mrowie.
   Początek jest łagodny, wiedzie przez las, który wiosną pięknie kwitnie. Uwaga na bąki i pszczoły.



Jako wiedźma i jako druid z zamiłowania,
pokażę Wam jak się zaklina kozy. Włączcie dźwięk!


"Wieczorny letni sen kołysał ziemię
a wiatr brzeg pieścił falami
Spotkałam oczy Twe
Uciekłam z sinej głębi gdzie
przeszłość zamknęłam ze snami"

Czasami śnię rozmaite historie. Czasami przeglądam się w nieznajomych oczach, świadoma intencji na podstawie których układam portret psychologiczny. Powinnam wtedy wiać, powinnam wystrzegać się takich snów. Jednak w tych lustrzanych oczach widziałam jak intencje istniały przecząc jego naturze.
   U wezgłowia łóżka czaił się koszmar, ale nie zbliżył się do mnie. Rzucał tylko cień na mój sen, który bardzo zawile zaczynał ujawniać swe znaczenie.
   W ten oto sposób, sen okrył mnie mirażem letnich ścieżek wespół z tym dziwnym kimś o nieludzkich oczach. A potem przyszedł poranek i otworzyły się przede mną realne, prawdziwe szlaki.

A teraz pokażę Wam jak się zaklina krowy:


Bardzo interesujące miejsce na tym masywie górskim to wodospad. Poprzednim razem zmoczył mnie całą, tym razem jednak ledwie siąpił.
   Lubię zatrzymać się w tym miejscu, robić zdjęcia, odpocząć, chociaż słońce grzeje tu zawsze niemiłosiernie. Bryza z wodospadu ratuje sytuację.
   Tu odbyło się tankowanie bidona. Woda na takich wędrówkach, szybko znika, był prawdziwy upał. W górach słońce jest zawsze dużo mocniejsze. Nawet sobie nie wyobrażacie jak bardzo...


Nurzanie dłoni w wodospadzie, stanie w potoku jak zaklęta, jak skała - coraz silniejsza...
"Wąska nić świtu
coraz częściej wszechobecna
w mojej pogoni za wspomnieniem"

Słońce było nieznośne. Po powrocie z wędrówki, termometr w dolinie wskazywał na 30 stp. C To by oznaczało, że znajdując się o ponad 1000 m wyżej, grzało potwornie.
   Kilka lat temu zapewne padłabym na tym szlaku trupem. Kilka lat temu nie byłam w stanie zdobyć tej góry, pomimo dwóch prób. Dopiero później za każdym razem poszłam gdzie tylko chciałam i z biegiem czasu zaczęłam czuć się na tej górze jak w domu. Nigdy już nie nie zabieram na nią mapy, z każdego miejsca potrafię określić, ile jeszcze zostało do szczytu.


"Słonce znów płoszy mnie
tysiącem oczu tnie
Pastwi się ….
W nim odpływam
Twarz twoja tu on tam
w głębin więzieniu
gdzie moje serce spoczywa."

W słońcu można poczuć się jak w solarnym więzieniu. Niespieszność jest najważniejsza, nie ma potrzeby gnać do przodu. Najważniejsze jest picie wody oraz węglowodany w posiłku, które wypalają się sto razy szybciej.
   Upał na tej wysokości naprawdę parzy. Mamy zawsze dwa wyjścia - albo okryć się szczelnie i pływać w bulionie z człowieka, albo rozebrać się i wysmarować dobrym filtrem mineralnym. Z dwojga niekomfortowych sytuacji, wybrałam to drugie.
   Marzą mi się luźne ubrania zakrywające całe ciało przed słońcem, wykonane z naturalnego lnu, tak jak nosili się w średniowieczu. Pewien łazior pustynny polecał. Tylko gdzie takie zdobyć? Ktoś wie?

Zróbmy sobie znów krótką przerwę, w upale trzeba oszczędzać siły. Mam skłonności do przegrzewania się, więc muszę uważać i dokładnie wsłuchiwać się w swoje ciało. Przede wszystkim nie spieszyć się niepotrzebnie, przecież nikt mnie nie goni. I tak wiem, że dojdę na szczyt szybciej, niż podano w przybliżeniu na znakach.
   Skoro już tu jesteśmy, to rozejrzyjmy się trochę.

Został najtrudniejszy odcinek. Wąska, stroma droga, otwarty teren, będziemy wystawieni na ogień jak jako na patelni.


Dolina, w której mieszkam. Gdzieś tam dalej, błyszczy się w słońcu Ren.



"Więc wracam tam błądząc we śnie
Twój głos wciąż woła mnie(...)
Wiem, że oczy twe przechodzą mgłę,
przyzywać będą mnie.
Więc wracam tam błądząc we śnie
Twój głos wciąż woła mnie"

Wspomnienie snu barwi moje myśli poezją. Co siedzi w głowie zasapanego, niezbyt czystego i zdeterminowanego wędrowca, brnącego na sam alpejski czubek? Tam w głowie tli się często wiele myśli na raz. Przechodzą od jednej do drugiej, nazywając wzniosłymi słowami, zapamiętując, wnioskując i zachwycając się tym, co dzieje się wokoło.
   Krajobraz potrafi zmieniać się z każdym metrem. Wysokość ma tu wielkie znaczenie jak i chmury, które potrafią potulnie sunąć, dotykając skośnej ziemi. Tym razem jednak żadna nie spłynęła niżej. Prawie ich nie było.

Nad nami wielka skała. Raczej nie do zdobycia, chyba że praktykujesz prawdziwą wspinaczkę.




Podnosimy dupska i ruszamy dalej. Nie ma zmiłuj! Jak mówiłam, to nie spacer.


"Pytasz czym jest wiatr
niosący moje myśli przez pustynię
Bezmyślnie pospiesznie
odpowiadam
Nietoperzem w nocnym przelocie
który uwił sobie gniazdo
na końcu jednego z moich światów…"


Mijamy gospodarstwo. W lecie pasą tutaj owce.
Zadziwiające, że domy stoją pomimo osuwających się skałek.



Posłuchajcie tego, nawet kukułkę słychać:


"Z kwiatów zrodziłeś moje uczucie
Zapach pewności i miłość..."

I oto jestem w centralnym miejscu Saxer Lucke, pomiędzy dwoma wysokimi ścianami. Po dokładnym zlustrowaniu FP tego miejsca, stwierdzam, że ludzie nie potrafią zrobić zdjęcia Gór Krzyżowych, które stąd najlepiej widać. Ja się nie chlubię jakimiś szczególnymi umiejętnościami, ale gołym okiem widać, po prostu widać te kły. A u nich na tych zdjęciach nic nie ma prócz światła i cienia.
   Pora także na piknik. Towarzyszyła mi wieszczka, która raz skorzystała z okazji, gdy przeszłam grań Bandytki. Robiłam zdjęcia po drugiej stronie podczas gdy ona próbowała znaleźć jakieś okruchy w moim lunchboxie. Przykro mi, ja też jestem głodomór, wylizałam go ;]




Góry Krzyżowe.
Punkt centralny - Luka pomiędzy dwiema wysokimi skałami. Przejście na drugą stronę góry.
Północne zbocze jest w tej chwili nadal zaśnieżone i niebezpieczne. Panuje tam cień przez calutki dzień, dopiero promienie zachodzącego słońca, łagodnie liżą błyszczącą, białą połać. Roztapianie tej strony góry, odbywa się do późnego lipca.
   Tylko raz wybraliśmy się przedwcześnie, celem przejścia lewym szlakiem do Staubern, skończyło się wycofem. Relacja TUTAJ.
   Tym razem tylko grzecznie wyjrzałam za grań i nie zapuszczałam się w te ślepe zaułki.






Schodzimy na dół i idziemy do domu prosto pod prysznic, a potem na zasłużony obiad. Wejście na szczyt zajął nam zaledwie 3 godziny, to nie tak dużo. Zejście tylko 2. Wiem, że schodząc, nie powinno się tak galopować.
   Nie uważam się za specjalistkę w dziedzinie gór. Niektórymi szlakami po prostu idę na pamięć, nie umniejszam jednak znaczenia najwyższej uwadze, koniecznej w górach ZAWSZE. Kolana mniej mnie bolą kiedy galopuję, bo jak schodzę powoli, to dokładniej je sobie rozwalam.

Mam nadzieję, że podobał Wam się spacer i "nie-spacer" i że ta odrobina poezji wplecionej między zdjęciami, nie znudziła Was zbytnio.

____________________________________________
Wszystkie cytaty pochodzą z utworów
polskiego zespołu Batalion d'amour.
Pewien klucz, do którego odwołuje się sam zespół,
to rockmetal z elementami gotyku i progrocka.
Takiej muzyki najchętniej słucham.

piątek, 19 maja 2017

Gesundheitsweg - ścieżka ziołami pachnąca oraz medycyna dla odważnych.

No wreszcie można powiedzieć, że chodzi jakaś wiedźma po szlakach. Chociaż ja z tych bardziej wojowniczych wiedźmaków, ale... czarny kot został w Polsce, moja broń biała również została w Polsce... cóż więc zrobić... Mam kapelusz 😤
   Teraz mogę się wykazać jako wiedźma/zielarka, jeszcze kostur powinnam nosić. A nosiłam kiedyś przecież! Zatem do dzieła, pędzimy dziś w trawy ziołem pachnące i pełne kwiatów trujących. Ważne by tylko się nie pomylić.
   Zielarz jest jak saper - myli się raz. Dlatego nie próbujmy w tych sprawach naśladować mędrców - oni uczą się na własnych błędach. W tej profesji trzeba być geniuszem - i uczyć się na cudzych!



Jarzębina.
Ze świeżych jagód można zrobić samemu sok. Suszone pomagają na chrypkę i są dość popularnym lekarstwem na gardło.
   Jarzębina zawiera bardzo dużo witaminy C, działa też moczopędnie i usprawnia pracę nerek. Dziś stosuje się ją przy stanach zapalnych nerek i przy kamicy nerkowej.
   Nie wolno spożywać jej na surowo gdyż zawiera kwas parasorbinowy, powodujący silne zatrucie pokarmowe.


Poza tym szczegółem, szerokie rondo ocali nie raz mój kark i twarz przed spaleniem. Kapelusz jest zadziwiająco lekki jak na ten gabaryt i nie uciska skroni dzięki regulacji. Zawsze nosząc dżokejki, miałam wrażenie noszenia "obręczy", której ktoś z każdym krokiem skutecznie przykręcał śrubę z tyłu głowy. Dlatego później zaczęłam nosić w górach chustki, ale one nie zdają efektu przy mocnym słońcu. Polecam takie kapelusze wszystkim górskim włóczęgom.

Ruszyliśmy z miejscowości Heiden, szlakiem oznaczonym jako Gesundheitsweg, czyli popularnie i po polsku mówiąc "ścieżka zdrowia". Jednak mimo częstych oznakowań, zalecałabym zabranie na tę wędrówkę mapy. Pod koniec powiem dlaczego.
   Szlak wiedzie przez Prealpy. Jest to wspólna nazwa części łańcucha górskiego Alp. W Szwajcarii jest to część Alp Zachodnich. Rozciąga się od Jeziora Genewskiego na zachodzie do doliny Renu (granica Szwajcarii i Liechtensteinu) na wschodzie.

Na Gesundheitsweg porozstawiano około 70 paneli pełnych informacji o medycynie naturalnej. Już na początku notatki, pojawiła się pierwsza tablica. Nie pokażę Wam wszystkich, bo bym musiała napisać te notatkę w kilkunastu tomach...

Wieś "Wieś"? XD


Początek trasy wiódł przez bajeczny, cienisty las pełen potoków i małych kaskad idealnie wkomponowanych w rudą ściółkę i pokryte mchem głazy.
   A ptaki śpiewały i szalały, gdzieś nawet słyszeliśmy pisklęta domagające się żarła. Z pewnością to, co mamusia im zwymiotuje to dziobów, jest niezwykle pożywne i apetyczne.







Ostrokrzew kolczasty.
Ostrokrzew kolczasty jest trujący. Zawiera m.in. alkaloid teobrominę oraz glikozydy cyjanogenne. Ostrokrzew jest też trujący dla koni. Bez obaw można dotykać gołymi rękami liści i owoców ostrokrzewu kolczastego. Do cięcia lepiej zakładać rękawice.
   A jednak można z niego zrobić coś dobrego, ale należy najpierw odpowiednio go przetworzyć. Np (wg tablicy) doskonale nadaje się na herbatkę przeciw gorączce i grypie.
   Napar z przefermentowanych, a następnie suszonych i pokruszonych liści, stanowi napój pobudzający. Nie wolno jednak przesadzić gdyż w dużych dawkach działa przeczyszczająco i wymiotnie.


Dzięcioł w pień ciął. A teraz powtarzaj to szybko.

Nasz szlak przecinał się z jakimś o innej tematyce.
Zabudowy na tym akwenie są rozproszone, a wszystko to scala się w niemal nienaruszony krajobraz. "Spacer ziołowy" jest idealnym pomysłem dla wszystkich wiedźmaków i alchemistów z zamiłowania i doskonale byłoby zabrać ze sobą w podróż osobę, która zna się na tym najlepiej. Od razu przyszła mi na myśl tylko jedna osoba, wszak w jakiejś zagranicznej lekturze Sci-Fi było napisane "nigdy nie wychodź z domu bez swojego wampira", więc czemu by na Gesundheitsweg nie zabrać Emiela Regisa? Przynajmniej dlatego, aby się nie zabić.
   Z uwagi na tę historię, mam zamiar dziś zająć się głównie roślinami silnie trującymi, które można w specjalny sposób, przerobić na zdrowy lek 👿 czyli: medycyna dla odważnych.
   Nie próbujcie tego sami!

Mam wieści dla fanów książek A. Sapkowskiego:  Ruszyła oficjalnie robota nad serialem! Serial ma być oparty na całym tzw. "cyklu wiedźmińskim", na który składają się 2 tomy opowiadań, 5 tomów sagi oraz napisana po latach dodatkowa, samodzielna powieść. Producentami wykonawczymi projektu są Sean Daniel, Jason Brown oraz Tomasz Bagiński i Jarosław Sawko. Bagiński ma również reżyserować co najmniej jeden odcinek w każdym sezonie.
   Z twórcami serialu będzie współpracował sam Sapkowski, który ma pełnić rolę konsultanta kreatywnego.
   "Cieszę się, że Netflix stworzy adaptację moich opowiadań dla fanów, zachowując wierność materiałowi źródłowemu i motywom, pisaniu których poświęciłem ponad trzydzieści lat - powiedział Sapkowski. - Jestem niezmiernie zadowolony z naszej współpracy i zespołu, któremu przypadło zadanie ożywienia bohaterów moich książek."
   Poniżej zachęcacz:


Wiecie, że jak nakręcą "Chrzest ognia" to ja już nigdy nie będę taka sama?....... A tymczasem😝:

Panorama jaka towarzyszy tej wędrówce, rozciąga się na Vorarlberg, oraz na Jezioro Bodeńskie aż do Allgäu. Krajobraz zachwyca różnorodnością widoków: za nami wysokie góry, przed nami płaski ląd i najeżony żaglami akwen największego jeziora w okolicy. W takich okolicznościach można naprawdę złapać balans wewnętrzny.
   Kiedyś była taka teoria, że jak masz nerwy, nie możesz aż wytrzymać - zapatrz się w coś zielonego, na przykład w kwiatek w donicy. Zaczęłam to bezmyślnie praktykować i być może za bardzo w to uwierzyłam, ważne że działa. Lubię zapatrzeć się w naturalną zieleń, to mnie naprawdę uspokaja, stymuluje do optymistycznych rozważań.
   Mijaliśmy stare chaty, pięknie udekorowane, malowane, utrzymane w doskonałym stanie. To co podoba mi się w tym kraju, jest to, że tutaj takie zabytki są chronione i nic nie wolno w nich zmieniać ani unowocześniać.





Podbiał.
Zbiera się młode liście podbiału bez ogonka lub z jego resztką. Zanim pojawią się na nich brązowe plamy. Zbiór przeprowadza się w dni pogodne, gdy nie pada deszcz. Po zbiorze liście podbiału suszy się.
   Odwar z liści podbiału pospolitego stosuje się w stanach zapalnych górnych dróg oddechowych, przy bólu gardła, utrudnionym przełykaniu i odkrztuszaniu. W medycynie naturalnej wykorzystuje się także odwar z kwiatów podbiału, którym przemywa się cerę tłustą. Ponadto odwary te służą – w formie okładów – jako środek na wysypki i plamy żółciowe, a także czyraki i wypryski.
   Poza tym nie należy stosować podbiału dłużej niż 6 tygodni w ciągu roku.

Zdjęcie z internetu, bo podbiał teraz tam nie kwitł.
Zrobiłam zdjęcie liści, ale nie jestem pewna, czy to właśnie on.
Mijając jedno miasteczko, zoczyliśmy restaurowany w głupi sposób, budynek kościoła. Fasada zachęcała bardziej, niźli to, co otynkowali naokoło.
   Samo miasteczko może by przykuło moją uwagę bardziej szczegółowo gdyby nie bosy pan z klubu dziwnych kroków... Wyczytałam niedawno, że w Szwajcarii wypija się 52 l piwa na głowę. Do tego istnieje tutaj alkoholizm, który opętał znaczą część ludności, czego nie spodziewałam się w tym kraju.
   Cóż, ludzie mają wszystko, a nie wiedzą co z sobą zrobić. Bosy pan usilnie domagał się wejścia do zamkniętego pub'u, być może nie potrafiąc znaleźć sensu życia gdzie indziej.




Wnętrze kościoła było czyste i jasne, bardzo wysokie. Uderzająca biel ścian i funkcjonalność, podgrzewane ławy - to pierwsze co mi się nasunęło na myśl.
   Na nowoczesną modłę, organy stanęły zamiast ołtarza, którego zawsze spodziewamy się przecie na pierwszym, wzniosłym miejscu. Przepych i bogactwo ustąpiły skromności, ale rzeźby i klęczniki przed nimi pozostały.






A przed tą lalką klęcznik i kartka z modlitwą...
Można by powiedzieć, że ten szlak prowadzi w przeszłość. Bo być może naprawdę to są pierwotne lasy, które od dawna się nie zmieniły? Może ten krajobraz został tak ukształtowany już na początku świata? Jedno jest pewne, natura poraża, zieleń olśniewa, przestrzeń aż przytłacza. Wszystko w pigułce, nic tylko porażenia dostać...
   Ostatnio powstała w mojej chorej głowie nowa teoria, że góry powodują zakwaszenie organizmu. Wczoraj wybrałam się sama na wędrówkę w wyższe partie, a dziś wstać na nogi nie potrafię. Zakwasy! I like it XD







Bez czarny.
Kwiat bzu czarnego zbieramy w pełnym rozkwicie w czerwcu i lipcu ścinając kwiatostany. Wysuszone kwiaty oddziela się od szypułek (powinny mieć barwę żółtobiałą).
   Zwiększa ilość wydalanego moczu, a z nim produktów przemiany materii. Powoduje obfite pocenie się, co może być przydatne w leczeniu przeziębień i chorób przebiegających gorączkowo.
   Wyciąg z kwiatów czarnego bzu uszczelnia naczynia włosowate, zapobiega ich nadmiernej łamliwości. Może być używany zewnętrznie do płukania gardła i jamy ustnej w przypadkach zapaleń i angin, do przemywania spojówek w przypadkach zapaleń, oraz do kąpieli zdrowotnych i kosmetycznych. Kora bzu ma głównie działanie moczopędne. Od wieków była używana jako lek odchudzający.
   Nie mogą być wykorzystywane do wyrobu win i wódek, ponieważ w procesach fermentacji powstają toksyczne frakcje alkoholi, które mogą spowodować wymioty i omdlenia.



Celem głównym trasy jest wzgórze St. Anton. Prowadzi nań pokrętna, pełna słońca droga, tworząca pokrętne i niezwykle jasne myśli. Nie przejmuję się mijającym czasem, na starość też będę myśleć o głupotach, tylko że wolniej. Będę dzięki temu wesoła do końca życia.
   Przez cały ten czas, towarzyszył nam widok Jeziora Bodeńskiego.





Miodunka plamista (bylina).
Służy do przygotowywania Naparów, polecanych przy schorzeniach dróg oddechowych. Jest także pomocna przy gruźlicy płuc, pomaga również przy przeziębieniach.


Jazda stylem westernowym jest najpopularniejszą dyscypliną jeździecką w Szwajcarii.

Hoher Kasten na Bandytce.


St. Anton am Arlberg
1’304 m

Na granicy Vorarlberg. St. Anton to ważne miejsce dla narciarzy. Jeden z najbardziej znanych zimowych ośrodków na całym świecie, jest też uważany za kolebkę narciarstwa alpejskiego.
   Dla zainteresowanych, podaję obszerną stronę internetową o tym terenie, rys geograficzny i historyczny: TUTAJ.
   Na ten szczyt można dostać się rozmaitymi środkami transportu, także własnym samochodem. Jest to również popularny cel rowerzystów.



Na szczyt najłatwiej jednak było dostać się śmigłowcem. Pasażerka zażyczyła sobie lądowanie (dodam, że tuż przed naszym nosem) w celu porobienia sobie fotek ze szczytu. No bo jak inaczej wyjaśnić, że nikt nie wysiadał, niczego chyba nie chcieli, a kobitka cykała fotki swoim telefonem, mało jej szyi nie ukręciło od rozglądania się. My też jesteśmy na jej zdjęciach.
   Ważne jest jedno - każde z nas miało niezłą zabawę ;) Motoryzacyjnych emocji nie było końca, bowiem na samym szczycie stał jeszcze prześliczny oldmobil.









Konwalia majowa.
Objawem zatrucia są wymioty, oszołomienie, wydalanie moczu w zwiększonych ilościach. Zjedzenie liści czy jagód może skutkować zatruciem śmiertelnym.
   Zbierać liście tylko wcześnie rano lub nocą, a nigdy w dzień przy słonecznej pogodzie, gdyż promienie słoneczne rozkładają związki czynne zawarte w konwalii. Kwiatostany wraz z 2 otaczającymi liśćmi suszyć można w miejscu przewiewnym, w temperaturze pokojowej.
   Odpowiednio przyrządzona konwalia jest cennym lekiem nasercowym. Ma tonizujący, zwiększający siłę skurczu, wpływ na serce. Ponadto działa uspokajająco.
   Jest korzystna w przypadkach ostrej niewydolności serca, w zaburzeniach rytmu i prawokomorowej niewydolności krążenia, w wadach serca, a szczególnie w zwężeniu zastawki dwudzielnej.
   Zalecana na takie schorzenia jak: rozedmy, a także napady szybkiego bicia, kołatania serca, skłonność do obrzęków i nadciśnienie tętnicze, przy którym wykorzystywany jest głównie jej efekt moczopędny. Konwalia jest dobrze tolerowana przez ludzi w wieku podeszłym.

źródło: internet


 A poniżej mała obdukcja terenu:

Powiększ.
Powiększ.
Powiększ.
Na szczycie stoi prócz restauracji
i mini muzeum straży pożarnej, kaplica:
Zdjęcia mini muzeum robione przez brudną szybę, kompletnie mi nie wyszły...





I z powrotem przez wieś Oberegg. Leży ona po stronie Appenzell. Można ją uznać za politycznie, a także geograficznie unikatową. W chaosie wojny religijnej, Oberegger dołączył do katolickiej wioski Innerrhoden i tym samym obie zostały oddzielone od pozostałej powierzchni kantonu jako enklawa.




Naparstnica zwyczajna.
Zawiera toksyczne glikozydy zawierające substancje wpływające na serce. Naparstnica purpurowa była używana przez starożytnych obywateli Wielkiej Brytanii do leczenia ran. W XVIII wieku odkryto właściwości naparstnicy purpurowej w leczeniu puchliny. Jest ona wciąż używana w ortodoksyjnej medycynie w leczeniu niewydolności serca oraz w nieregularnych biciach serca, jak też jest stosowana w homeopatii jako główny środek w leczeniu problemów sercowych.

źródło: internet



Moje ulubione zdjęcie z tej wycieczki...


Barwinek pospolity.
Zawiera wincynę, winkaminę, alkaloidy - ze względu na niebezpieczeństwo przedawkowania i zatrucia nie stosować samodzielnie!
   Ziele można stosować zarówno zewnętrznie jak i wewnętrznie. Stosuje się je między innymi przy problemach z wysokim ciśnieniem krwi. Napar z barwinka działa pozytywnie na jego obniżenie. Barwinek wykazuje również pobudzające działanie na układ nerwowy. W przypadku dolegliwości bólowych, ziele barwinka wykazuje działanie znieczulające.
   Istotne jest również pozytywne działanie w przypadku różnego rodzaju krwawień. Bez względu na to, czy chodzi o krwawienia związane z nieżytami układu pokarmowego, czy też o krwawienia miesiączkowe, ziele barwinka reguluje to bardzo szybko i skutecznie.
   Ziele barwinka, a konkretniej napary i odwary z niego, można stosować również w przypadku anemii oraz w przypadku biegunek.

źródło: internet




Knieć błotna.
Popularnie Kaczeniec.
Świeża roślina jest trująca,  zawiera toksyczna anemoninę, nie stosować samodzielnie.
   Pomaga w leczeniu kamicy żółciowej, dyskinezy dróg żółciowych, wirusowego zapalenia wątroby, żółtaczki, przy obrzękach na tle niewydolności krążenia.
   Zewnętrznie: trudno gojące się rany, wypryski, owrzodzenia troficzne, opryszczka (szczególnie z dermatolem).





A oto dlaczego warto mieć ze sobą mapę.
I bądź tu teraz mądry... W którą stronę iść?


Zdarzyło nam się coś godnego filmu Hitchcocka... Najpierw usłyszałam dziwny pomruk wysoko nad głową. Potem rozpoznałam bzyczenie. Nad nami unosiła się gigantycznych rozmiarów chmura żółtych owadów. Mogły to być pszczoły, ale tak naprawdę pojęcia nie mam ani co to były za owady, ani gdzie przenosił się ten rój. I wicie co? Nie chcę tego wiedzieć! Przeleciał obok nas...




On mówił: "dotknij mnie, a pożałujesz..."


Czas do domu z niskich pagórków prosto w alpejskie góry wysokie, pełne pra-niebezpieczeństw, mieszkających w nim smoków, bazyliszków i mantikor.
   A tak poza tym nawet spokojnie. Inaczej koniecznie musiałabym jakoś przemycić swoje brzytwy przez granicę...
   Recepta na drażliwość: dużo patrzcie w zielone, często wychodźcie poza teren swego domu/ogrodu/miasta/gdziekolwiek i jedzcie dużo chińskich agrestów z Nowej Zelandii.
   Ino­zy­tol i alko­hol cukrowy obecny w tych owocach, może pomóc w lecze­niu depre­sji. Znaj­dują się w nich rów­nież sero­to­niny, tzw. hor­mony szczę­ścia, które mają wła­ści­wo­ści antydepresyjne.
Mowa tu o kiwi ;)

Mogłabym stworzyć z Regisem party zielarsko-dietetyczne XD Leczenie poprzez jedzenie i takie tam... Mały biznes na skalę rynku krajowego.
   Mam bowiem swoją teorię odnośnie: uważam, że większość chorób cywilizacyjnych, można wyleczyć zdrowym odżywianiem. Niszczy nas bardzo jakość tego, co dostajemy w sklepach plus chemizacja i żywność przetworzona.
   Nie zapomniał Bóg zostawić nam instrukcji odnośnie tego co możemy jeść. Ale człowiek niestety zapomniał o Jego wskazówkach. Dlatego wspomniany biznes byłby całkiem możliwy XD


Nawigacja szlaku:

Powiększ.
Powiększ.