wtorek, 19 września 2017

Proste życie blisko Boga - Skansen w Klukach.

"...Oczywiście w konstrukcji współczesnego świata, w którym żyjemy, pieniądz jest wymiernym celem pracy(...) Pogoń materialna jest więc koniecznością, lecz nie musi przybierać formy żądzy..."


- Ryszard Krupiński




Słowińskie chaty i obejścia wypełnił gwar pracy i zapach tradycyjnie przygotowanych potraw. XX-wieczna wioska w Klukach tętni bardzo pracowitym życiem pośród białych ścian i drewnianych zagród, pośród zwierząt i pomorskich pejzaży.
   Czy proste życie w surowych warunkach dawnej wsi może być szczęśliwe? Czy znój pracy może wystarczyć aby przeżyć? Czy życie w pocie czoła można nazwać idyllicznym? Oczywiście, że tak. Zatem zapraszam Was w podróż do przeszłości, gdzie trzoda głośno jeść wołała, gdzie dzieci pomagają w pracach domowych i tylko od Boga zależy urodzajność pól.
   A wszystkich zainteresowanych prezentowanym miejscem - Skansenem w Klukach - zapraszam na ich stronę.
   A Was na sam koniec o coś zapytam 😊

Oryginalnie wyposażone chaty w skansenie mają zawsze drzwi otwarte.
A w środki zapachy najprzedniejszych wyrobów przygotowywanych na miejscu.
Plac zabaw z przeszłości 😁


Każdy z nas chyba kiedyś spędził trochę czasu na wsi. Przeważnie w wieku szczenięcym, a i pewnikiem dziś niektórzy z Was jeżdżą do swej rodzinki i tym razem patrzą na swoje dzieci. Jak to było i jak mogłoby być teraz, zdecydowałam się napisać z perspektywy mieszczucha na bazie swoich wspomnień.
   To co można zauważyć to z pewnością system życia. Kiedy jest praca, to jest praca, kiedy można usiąść na ławce, to choćby i w milczeniu, można popatrzeć w dal, porozmyślać... zdaje się, że to aż nie do pomyślenia obecnie, kiedy obowiązki wypełnia się w wielkim pośpiechu, nietrudno wtedy o zamieszanie i zawrót głowy.
   Sielskie życie, a czymże jest? Kiedyś nie znano tych wszystkich rzeczy, które odwracały ludzką uwagę od tego co ważne. Plan był prosty i nie walczono z chaosem ani zabieganiem. Plan był prosty? Po prostu żyć.

Co mogłabym tutaj dodać od siebie? Wychowanej w wielkim mieście gdzie zasadniczo trzeba było chodzić do jakiejkolwiek pracy, a dom to było tylko mieszkanie, w którym raczej niewiele jest do zrobienia?
   Owszem, standardowo powtarzam, że pogodne serce sprawia, że praca przebiega z rozmyłem i pozytywnym nastawieniem. Pęd, szaleństwo, gonitwa za szmalem, często nie pozwalają nam zauważyć własnych potrzeb i uczuć... Często zapadamy się w pracy na rozkaz szefa, zapominając o tym, co w życiu faktycznie jest istotne. I co tutaj konkretnie jest nie tak?

Obserwując życie z dala od miast, czy to w dzieciństwie, czy dziś, zrozumiała, że do przeżycia potrzebne nam są proste narzędzia. Dziś zmodernizowane wsie posiadają pełną automatykę. Jest to nie lada ułatwienie ale i troszeczkę przydaje niezależności od pewnych utrudniających czynników środowiskowych. I tak zamieniono np. woła na traktor itd etc...
   Pamiętam, że na wsi zawsze było pełno zwierząt. Że trzeba było nakarmić świnie, że trzeba było pozbierać jajka z kurnika (co czasem robiłam), a wieczorem trzeba było przyprowadzić krowy z pastwiska. Pamiętam też jak dziadek oswoił gęś, która - jedna jedyna z całego stada - przychodziła do niego i pozwalała się pogłaskać. Przypuszczam, że właśnie po nim odziedziczyłam te tajemnicze zdolności zaklinania niektórych zwierząt...






To o czym pisałam nie tak dawno, opierając się na sztuce Mrożka, spotkało się z przedefiniowaniem. Pisałam wtedy o osobach, które ustawiły swoje życie podług monety i stanu posiadanych rzeczy. [TUTAJ] Nie minęłam się wiele z prawdą, którą chciałam subtelnie przytoczyć, ale okazało się, że zrobiłam to zbyt mało dosłownie.
   Muszę więc rozjaśnić tamtejszą atmosferę. Nie marzę o życiu jaskiniowca na skraju nędzy. Mam też wątpliwości co do tego, czy na fast-foodach można MĄDRZE przeżyć... z pozdrowieniami dla Rose 😝
   Piszę o tym, co uważam za istotne, opowiadam o czymś na swoim przykładzie to wolna dyskusja.

Kiedyś nikt się takimi rzeczami nie przejmował, nie rozpisywał felietonów w internecie (teraz pozdrawiam samą siebie), ale przez to był mniejszy kontakt ze światem zewnętrznym. Jednak Internet swoje zrobił.
   Wymarzyło mi się, aby wyjść światu naprzeciw z pewnym przekazem. W moich marzeniach o przyszłości pojawia się chałupa z samowystarczalnym gospodarstwem, a do tego taki projekt wcale nie kręci się wokół poklasku, westchnień i autopromocji. Wymarzyłam sobie samowystarczalny dom. I jest on zupełnie realny i nie ja pierwsza wpadłam na taki pomysł w dzisiejszych czasach.




Tu widać jak strasznie byłam napuchnięta z niewyspania...
O przyczynach opowiem przy jakiejś okazji, bo nie zamierzam tego zostawić bez echa.
Na miejscu panie gospodynie gotowały różne potrawy, którymi częstowały każdego, kto tylko miał ochotę spróbować jakieś tradycyjnej pyszności. Poniżej mamy dżem. W innej chacie dwie gosposie przyrządzały pszenne placuszki, a w jeszcze innej, załapaliśmy się na ostatnie dwie porcje przepysznej zupy!
   Oryginalne piece nie były wcale oszustwem, napalono w nich węglem, sprawdzałam - była ta piekielna moc!




A tutaj miła pani produkowała sowy. Pamiętajcie, że jak już musicie sobie coś kupić,
to nie kupujcie byle czego - kupcie sowę.



Zagracamy mieszkania, gromadzimy rzeczy, zaś potem niczym smok na swych skarbach, polerujemy je na błysk i pilnujemy ich... i tak do końca życia? aż w końcu przestajemy się nimi cieszyć, nasze priorytety czynią chaos w głowie, przestajemy myśleć refleksyjnie. Szafy rosną, półek przybywa uwięziwszy nas w przeszłości, często jako ludzi smutnych, zatroskanych, na skraju depresji i desperacji. (tu już mówię o skrajności)
   To zawsze bałagan nie tylko w mieszkaniu, ale i w głowie. Zagraconej zmartwieniami głowie. A ten chaos potęguje jeszcze większy plik głupich myśli, zawziętych i... agresywnych. Takie szaleństwo odbiera nam nie tylko panowanie nad samym sobą, ale i nierzadko zdrowie. Empatia staje się niezrozumiałą frazą, logiczne myślenie pętami, które rozrywamy (tak jak więzi z bliskimi) i ostatecznie zaczynamy działać impulsywnie.

Wnętrza, które Wam dziś prezentuje, są ciekawą interpretację domów z dawnych lat, ale i obecnie tak potrafią wyglądać. Dobrze pamiętam ostatnie odwiedziny na wsi, gdzie spędziłam ułamek dzieciństwa. I chociaż ta ostatnia wizyta odbyła się kilka lat temu, wiem, że tam nie zmienia się nic. Poza wyjątkiem... smutnym wyjątkiem tego, że zwierząt żadnych już nie ma, a dziedzice wyfrunęły do miast.





Moje życie nie jest nastawione na zysk, spotyka się to z brakiem zrozumienia. Niektórzy kręcą głowami, na coraz to kolejny wpis o ascetycznym życiu. Kiedyś to się tak nie nazywało. Kiedyś było to proste życie, połączone z pracą na swój własny byt.
   Nie szaleję w galeriach handlowych, nie magazynuję tego, co aktualnie w modzie błyszczy, wychodzi też na to, że jestem nihilistką, której nie interesuje ponad połowa tego, co uważa się za normalny sposób spędzania czasu.
   Żyję prosto. Moimi priorytetami jest realizacja tego, do czego Pan Bóg dał mi smykałkę. Rozwijam się duchowo, uczę się sama wielu rzeczy (często na raz), bardzo dużo czytam no i poznaję świat, zachwycam się nim, dużo wędruję. Po prostu mam nieskomplikowane życie. Nie gromadzę dóbr, nie staram się ich ulepszać, nie chcę mieć wielkiego domu wraz z wielkim dobytkiem, który jest mi niepotrzebny. Jest kotwicą, a ja nie chcę mieć kotwicy.
   Mieszkamy z mężem w małym mieszkaniu, a nasze ruchomości ograniczają się do niezbędnego minimum, plus przedmioty, które tworzą hobby, ale nie są niezastąpione. Gdybym nie miała aparatu, pewnie szlifowałabym dalej swój warsztat malarski. Mam mnóstwo książek, bo bardzo dużo czytam i to jest ta moja słabość... 😓 Generalnie nie przywiązuję się do rzeczy. Nie wiążę się z nimi przez sentyment, nie płaczę jak mi się coś zniszczy 😔 Rzecz to rzecz. Jest nabyta.





To co najmocniej charakteryzuje wszystkie przedstawiane dziś wnętrza, to święte obrazki, które nadal wiszą w starych domach (i nie tylko), przekazywane z pokolenia na pokolenie, a serce rośnie kiedy wspomnieć widok seniorki skupionej przy różańcu. Wydawałoby się, że niczego tutaj nie brak.
   Dawne wioski, charakteryzowała nie tylko praca, ale i głębokie uduchowienie. Podobno prostota jest kluczem do rozwoju duchowego i poświadczy o tym każdy asceta.
   Starożytni mędrcy są świetnym przykładem, onegdaj to właśnie do nich chodziło się po radę, a oni nigdy nie odmawiali pomocy. Kiedyś spodobało mi się takie jedno wyczytane gdzieś zdanie... że tacy mędrcy, potrafili spojrzeć na spotkanego człowieka tak, jak patrzył kiedyś Chrystus.

Tutaj były robione wspomniane wyżej placuszki.



Między materializmem, a posiadaniem niewielu rzeczy też istnieje granica i to gruba. Potrzebna jest równowaga, a nie np. śmierć głodowa na skraju ubóstwa. 😉 Tak jak kiedyś, dosłownie i dziś można osiągnąć pewne rzeczy, żyć i przeżyć, a i cieszyć się owocami swojej pracy i życiem jakie wokół pięknie trwa.
   Pomimo skrajnych słów jakie tutaj czasami padają (często też w tonacji sarkastycznej), moje wypowiedzi bywają brane na zbyt poważnie. Ktoś niedawno mi napisał, jakoby porównywał mój wzór prostego, ascetycznego życia z nędzą... no proszę państwa - NIE!
   Chociaż w kurnej chacie nie mieszkam, chociaż płacimy z mężem podatki i nie uprawiamy własnego jedzenia (tylko trochę), uważam, że mogę wypowiedzieć się w takiej formie. W formie jakiegoś tam marzenia o jakiejś tam strukturze jakiegoś tam, własnego systemu.
   Oczywiście prym wiedzie siła ludzkich rąk. Sielskie życie to niełatwe życie. Zawsze zastanawiałam się, czy bym podołała zamieszkawszy w samowystarczalnej chacie...






Życie na wsiach w XX wieku (z resztą nie tylko, bo jest tak po dziś dzień) kręciło się wokół kościoła. Kościół, dożynki... etc... to z perspektywy małych ośrodków miejskich, stworzony jest "rodzimy katolicyzm".
   Obecnie mieszkam w malutkim miasteczku... właściwie to wioska, wokół pola kukurydzy, słychać dzwoneczki pasących się zwierząt i co rano - że tak to patetycznie ujmę - budzi mnie kościelny dzwon. U drzwi pojawia się gazetka, tzw. "forum parafialne". To co można z niej wyczytać, to przede wszystkim szereg spotkań małych wspólnot, żyjących w małej przestrzeni sąsiedzkiej.

Od pamiętnych czasów zawsze towarzyszył mi Bóg. I to Jemu zawdzięczam, że nie uczestniczę po dziś dzień w tym miejskim karnawale, w pogoni za konsumpcją.

"Najpopularniejszym, choć jednocześnie najprymitywniejszym wyjaśnieniem jest brak pieniędzy. Jak tu być szczęśliwym, gdy wciąż brakuje pieniędzy na zaspokojenie różnych potrzeb? Zrozumiałe gdy pieniędzy brakuje na elementarną żywność lub poprawę szkodliwych dla zdrowia warunków mieszkaniowych. Ale już wątpię, gdy przeszkodą do szczęścia staje się niemożność zakupu lepszego samochodu, wyjazdu wakacyjnego, większego mieszkania, czy choćby nawet markowych ubrań, kosmetyków, nowoczesnych i zwracających uwagę gadżetów..."

- Ryszard Krupiński





Sady i pola wciąż są mocno zależne od pogody, dlatego w wiejskiej tradycji Bóg jest jako czuwający nad rolniczą dolą.
   Niestety nadal praktyki religijne Krk są wpajane od maleńkości i nierzadko miast wyborem, są obyczajem dyktującym normy życia. Takie społeczne tradycje stały się najsilniejsze pod koniec XIX w. i na początku XX w.

A niegrzeczne dzieci idą do pieca!
Przypadł mi do gustu ten domek 😁
A tu inna mini-zabudowa.

Zabytkowe chaty tworzą dziś w różnych miejscach kompleksy skansenów dostępne sezonowo dla turystów. Ale takie gospodarstwo wcale nie pozostaje fikcją, choć w bardzo młodych umysłach może to się w głowie nie mieścić 😜
   Znajduję czasem ciekawe artykuły o ludziach, którzy egzystują w bardzo podobny sposób, spokojnie i bez pośpiechu, czego zgubne skutki opisywałam na samym początku oraz w starym poście opartym o sztukę Mrożka.







I teraz sami powiedzcie, czy bylibyście w stanie żyć w ten sposób? Bez TV, bez łażenia do sklepu, a raczej pracując na własne wykarmienie i paszę dla zwierząt? Żyć   s a m o w y s t a r c z a l n i e?
   Na tyle przynajmniej, na ile Wam wyobraźnia podpowiada. Temat wolny, rozpiszcie się 😖

piątek, 15 września 2017

Słowiński Park Narodowy - dziedzictwo narodowe UNESCO.

Niespokojny rozszumiały żywioł
Każe płonąć, przygasać i tęsknić
Wśród dni krętych ile nowych klęsk nieść
Które z nagła wiatr złowieszczy przywiał

Dni się piętrzą, wzbierają i przeczą
Krajobrazom, które w głębi płoną
Nad szkarłatem, nad falą skłębioną
Suną z wolna ciemne chmury przeczuć

- Artrosis "Żywiołom spętanym"


Nigdy nie miałam serca dla morza. Nad Bałtykiem byłam pierwszy raz w dzieciństwie, z czego niewiele pamiętam i drugi raz również niekoniecznie z własnego wyboru i nie w swoim stylu. Trzeci raz wreszcie z rozmysłem i planowo, ale głównie miejsko. Teraz po raz czwarty mogę opowiedzieć o morzu, choć jego fale przecież zna każdy, więc ciężko jest napisać coś nowego... Ale nim dotarliśmy do jego brzegów, pobuszowaliśmy najpierw po pięknym wybrzeżu.
  Wędrowaliśmy na terenie Słowińskiego Parku Narodowego. Ma on imponującą powierzchnię 32 744 ha. Obejmuje Mierzeję Łebską, Nizinę Gardeńsko-Łebską, morenę czołową z najwyższą kulminacją oraz szereg jezior.
   W 1977 został włączony przez UNESCO (w ramach programu „Człowiek i biosfera”) do sieci Rezerwatów Biosfery, a w 1995 wpisany na listę terenów chronionych konwencją ramsarską o obszarach wodno-błotnych o międzynarodowym znaczeniu przyrodniczym.
   Nasz szlak wiódł tak: przymorskie jezioro, skansen w Klukach, nadmorskie lasy i bory (bagna, łąki, torfowiska), oraz fenomenalny, wydmowy pas mierzei z ruchomymi wydmami. I to wszystko w jeden dzień! Będę opowiadać nie po kolei 😝
   Zatem ruszamy!


Wieża widokowa nad jeziorem Łebsko stoi 1 km od miejscowości Kluki, do których zaprowadzę Was dopiero następnym razem, a będzie to oryginalna podróż do przeszłości.
   Z wieży widokowej, albo inaczej "platformy" jak lubią ją nazywać portale informacyjne, można dostrzec przy sprzyjających warunkach pogodowych: ruchomą Wydmę Czołpińską i Łącką. Reszta wokół to pola wydmowe nie udostępnione dla turystów.
   To co stanowi główny obraz dla podziwiającego z wysoka pejzaż, to oczywiście jezioro Łebsko. Blisko wieży znajduje się pomost do którego latem przybijają statki kursujące do Rąbki.
   Jest możliwy amatorski połów ryb zarówno z brzegu jak i z łodzi.




A to na pomoście.
Potem aby czasu nie zabrakło (a mięliśmy bardzo napięty grafik i same Kluki były niezwykle czasochłonne 😉) wsiedliśmy w samochód i udaliśmy się do borów.
   Nie pierwszy raz pokazuję widoki przez szybę samochodową, ale pierwszy raz od bardzo dawna są to polskie pejzaże. Góry są majestatyczne, ale nasze serpentyny pomorskich dróg, porośniętych wzdłuż drzewami z mnóstwem zieleni dookoła, z lasami i łanami złotych pól - mają jednak swój niepowtarzalny urok.
   Swojej Słowiańskości się nie wyprę, nie dziwcie się więc proszę moim zachwytom: "przyjechała po długim czasie zza granicy i ujrzała Polskę..." - to nie ten efekt, moi drodzy. Ja zawsze zauważałam urok naszego kraju.



Bajeczne pola słoneczników rozciągały się przez długie kilometry obydwoma poboczami.


Takich pięknych horyzontów nie ma w Szwajcarii 😉
Zdjęcie nie jest jakiejś powalającej jakości, ekspozycja też pozostawia wiele do życzenia
ale ten słup światła! 😶
Trasa liczy około 7 km. Samochód został na parkingu w Rąbce chyba (?) - jak słowo daję, nie pamiętam - i kosztowało go to 5 zł... no tak, trudno żeby nieżywy przedmiot płacił sam za siebie... Czy to zabrzmiało pogardliwie? Wiadomo, że konie w stadninach pracują na swoją belkę siana. 😜
   Za wstęp na teren Parku uiszcza się symboliczną opłatę - razem z parkingiem płaciliśmy 6 zł i potem już na piechotkę wkroczyliśmy w nadmorski, wilgotny i bagnisty las. Tu nie potrzeba więcej słów, są to dzikie tereny, na które nie wolno wstępować. Należy trzymać się wyraźnie wyznaczonego szlaku. Trasa wynosi 6 km do granicy z ruchomymi wydmami.








Zawsze chciałam najpierw na próbę poczuć się jak na pustyni, aby określić, czy nadaję się do przeprawy kawałkiem prawdziwego, piaskowego wygwizdówka (zanim polecę zobaczyć Molocha na żywo, takie tam banały).
   Ta wycieczka pewnie by nie powstała, gdyby nie zachęcający pomysł made in Filifionka. 😊

Pojawiła się drewniana kładka. Nagle zmienił się ekosystem, stawał się coraz suchszy, zmieniał się zapach w powietrzu, pojawił się piach, dużo piachu, a potem coraz więcej piachu, aż w końcu zdjęliśmy sandały, robiąc dobrą minę do złej gry gdy kuły w stopy igliwia.





I wreszcie pojawiła się pierwsza piaskowa góra. "Wydma - pomyślałam sobie - nie taka duża jak Alpy, dam radę". Góra i dół, góra i dół i tak chyba z sześć czy siedem razy... grzęznąc w piachu po kostki, dysząc i udając, że nadal jest w porządku i wcale mnie to nie przerosło... (Gdyby Alpy były z piasku... a w życiu!!) Po każdym wejściu na wydmę już miałam nadzieję, że zobaczę finisz, a tu kolejna wydma... 😠
   Aż wreszcie zobaczyliśmy na horyzoncie Bałtyk!


To podobno jedna z ładniejszych plaż w Polsce i co muszę przyznać z wielką ulgą, słabo zaludniona. (No parawaning).
   "W żywiole wody jest coś niesamowitego, coś grzmiącego i nieznoszącego sprzeciwu, jak monarcha rzucający cień na uniżonego sługę - jak wysoka fala sztormu, prężąca się nad małym człowieczkiem." - to dopisałam do swojej książki, będąc natchniona tym widokiem. Tak, tak, ja nie tylko o górach tam pisałam i w ogóle uważam, że stworzyłam bardzo ciekawą mapę świata. 😁
   Jest coś co sprawia, że czuję do morza ogromny respekt. Może dlatego wolę spokojne wody... ja taka jestem, jak nieznajoma, w której lustrzanym spojrzeniu, dostrzeżesz prawdziwego siebie. Nigdy nie mówię ludziom tego, co chcą usłyszeć. Zawsze mówię prawdę. Gwarantuję ci więc, że z moich ust nie usłyszysz uprzejmego blefu.






Wybrzeże morza ma swój czarci urok... Zawsze szaleje tam wiatr - niepodważalny król przestworzy. Podobno Bóg jest wiatrem. Wszędobylskim wiatrem, a wiatr zawsze jest tam gdzie człowiek.
   Wydawałoby się, że bierna obecność nie rozwiązuje ludzkich problemów, ale bierna pozostaje dotąd, dopóty człowiek nie zdecyduje się rozmawiać z wiatrem. Bóg zawsze przychodzi, ale tylko w ciszy. Pozwól więc na ciszę, jeśli jej chcesz...


"Człowiek ma to do siebie, że tworzy ograniczenia.  Wszystko w co wierzymy, zupełnie identycznie jak siła plotki, pomimo mijania się z prawdą - staje się nią."

http://profeto.pl Katarzyna Oberda

Morza nic nie ogranicza. Rozbija swe fale o delikatne, piaszczyste wybrzeże, które zawsze mu się poddaje. A czasem zabiera coś lub kogoś... i zazdrośnie strzeże.
   Chyba podobnie jak Bóg, który nieoczekiwanie zabiera do siebie ludzi. Porywa bez pytania, a raczej... przygarnia.



Znalezisko.
Jeśli Bóg jest wszędzie i jeśli czasem jakaś Jego cząstka staje się wiatrem mknącym przez cały ten świat, to zaczyna wydawać się jasnym, że pośredników nie trzeba.
      Myślę, że do Boga należy zwraca się w sposób bezpośredni, bezwiednie i swoimi słowami. Nie tylko w prośbach. Trzeba też dziękować, przecież jesteśmy wdzięczni za wiele rzeczy, choćby prozaicznie za świat, który nas otacza.


A potem zaczęłam biegać. Świrować po prostu. Warto pracować nad wyzbyciem się granic, które człowiek sam sobie tylko narzuca. Od dawna wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych. Od dawna jestem sobie najlepszym tego przykładem, przydarzyło mi się już tak wiele zaskakujących przygód...
   Zakochuję się w czymś / w kimś prawie każdego dnia, no tak już mam 😵 Np. w pierwszym widoku, jaki zobaczę za oknem o świcie, (dlatego mężu, bardzo Cię proszę, zwijaj wieczorem roletę, nie chcę jej widzieć jako pierwszej 😝). W kwiatku albo owocu, jaki pojawi się w moich uprawach. W uśmiechu mijającej mnie rowerzystki. W miłym dialogu z osobą z drugiego końca Europy.
   Kocham i doceniam takie chwile i jestem wdzięczna za to, że mogę tego doświadczać, że to zauważam i cieszę się tym.
   Jestem szczęśliwa, że Bóg uchronił mnie przed niewidzącymi oczami i niesłyszącymi uszami. Analizuję swój cały świat, nie przeklinam go. Nie narzekam na swoje życie.


Morze, które lubię chyba najmniej ze wszystkiego, co w życiu zobaczyłam, ostatecznie jest przecież piękne, wydawałoby się też, że bezkresne. Potężne.
   Biegałam wzdłuż jego brzegu mocząc gacie w słonej wodzie, zastanawiając się, czy zostaną z tego plamy i odbarwienia, ale w sumie to nie ważne, to tylko rzecz, która ma mi służyć, dopóki się nie podrze. I to jest wolność.
   Bez uprzedzeń, bez uzależnienia od przedmiotów. Głód życia i pięknych chwil.