piątek, 17 listopada 2017

4 szwajcarskie przełęcze w jeden dzień, cz. VII - Sustenpass.

Jest to czwarta - ostatnia przełęcz, jaką przejechaliśmy tego pamiętnego dnia, robiąc szeroki rekonesans, a przy tym planując przyszłoroczne wędrówki piesze. Przełęcz Susten łączy kantony Uri z Berno. Ma 45 km długości i jest jedną z nowszych przełęczy w Alpach Szwajcarskich. Została zbudowana w latach 1938-1945, jest czynna od czerwca do października.
   Zdjęcia robiłam moją wysłużoną, piętnastoletnią cyfrówką firmy Sony, w dodatku większość zdjęć przez szybę jadącego samochodu, dlatego fotki są widocznie przekombinowane w programie do obróbki zdjęć. Ale i tak muszę przyznać, że jak na te czasy, aparat jest niezły. Pracowałam na nim długie lata, więc jeżeli ktoś preferuje bezlusterkowce, z aparatu tej firmy będzie zadowolony.
   Powodem, dla którego go ten aparat, był czas trwania naszej wycieczki. Już w połowie dnia, groźne, czerwone ślepię w lustrzance groziło (głodne), że mnie zeżre, a po całym dniu umarło definitywnie (nic mi się nie stało). Niestety nie posiadam drugiej baterii na zmianę.





Architektonicznie spektakularna przełęcz Susten serwuje głównie atrakcje dla turystów. Nie wiąże się ona z żadną główną przełęczą łączącą istotne punkty strategiczne, dlatego jest jednym z ostatnich czyszczonych i restaurowanych po zimie przejazdów. Często pozostaje zamknięta od początku listopada do czerwca.
   Na czele atrakcji tej doliny wysokogórskiej stoi majestatyczny Fünffingerstock, mający zacne 2994 m n.p.m. Znalazłam ciekawą stronę pokazującą możliwe dojścia na szczyt: TUTAJ.




Tym razem nie ominął nas żaden stary wóz, a za to śmigało mnóstwo tych bardziej futurystycznych modeli, które nie specjalnie trafiają w moje gusta. Chyba nie rozumiem tych finezyjnych kształtów. Dla urozmaicenia pejzażu, w mój kadr trafiło mnóstwo motocyklistów, co już z kolei mieści się w kręgu moich zainteresowań.
   Po stronie berneńskiej znajduje się duży parking, a wokół niego roztacza się interesująca przyroda oraz jezioro, nad którym można przez chwilę drogi wypocząć.
   Tutaj ucztowaliśmy w towarzystwie stada czarnych kijanek. Niektóre były kolorowe.






Znaleziska archeologiczne wskazują, że teren samej doliny był wolny od całkowitego zlodowacenia, podczas gdy wokoło lodowe kolosy istnieją do dziś.
   Najpóźniej od średniowiecza prowadził tędy szlak handlowy.
   Przed II wojną światową z powodów strategicznych, armia zażądała lepszej zabudowy tego połączenia. Nowa droga biegnie wzdłuż starej drogi. Została otwarta dla ruchu po 1945 roku, a jego budowa miała koszt 32 milionów franków szwajcarskich.




Lodowiec Steinen to główna atrakcja, każdy kto tu przyjeżdżam chcę go zobaczyć. Wiedzie do niego dwu i półgodzinny szlak okraszony interesującymi informacjami z tematycznych słupów wzdłuż tejże drogi.
   Chyba już wiecie, że się tam wybieram? 😯 Przecież muszę wiedzieć jak on smakuje...





Dzięki nabywanej wiedzy, wędrówka w takim terenie umożliwia dosłownie zanurkowanie w geologiczny świat. Strona internetowa podaje, iż szlak ma stopień T2, więc bez obaw może się tego podjąć każdy, kto tylko tutaj dojedzie. Co oznacza T2? Że są zalecane odpowiednie buty. Nie poleca się podchodzić do lodowca w trampkach.
   Opowiem o tym miejscu szerzej, dopiero gdy przejdę się tu osobiście 😉





Przełęcz Susten jest jedną z kilku tras, które są używane w rowerowych maratonach alpejskich. Podziwiam kondycję i siłę kolarzy, zdolnych wytrwale jechać pod górę przez bardzo długi czas. Ciekawe, czy ktoś kiedyś przebiegł jakąś przełęcz...
   Takie miejsca mocno pobudzają fantazję. Jedno z Was napisało kiedyś, że teren jest idealny pod filmy, także Sci-Fi. Np. mogłyby z tego topniejącego bezustannie lodowca wysypać się jaja, następnie powykluwaliby się kosmici (złożeni tutaj przed epoką lodowcową) i... i co? Co Wam podpowiada wyobraźnia? 😀




Piękna jesień rozpoczęła się tutaj pierwsza, bo w dolinach nadal było jeszcze nazbyt zielono, by mówić tutaj o królewskiej, złotej porze roku. Nawiasem mówiąc, podróż przez przełęcze odbyliśmy na początku września.
   Choć w tych regionach było już dość chłodno, doliny rozgrzewała nadal siła letniego słońca, o czym przekonacie się w następnych opowieściach z moich podróży.




I w ten oto sposób zamykam cykl przejazdów przez szwajcarskie przełęcze. Mam nadzieję, że ten projekt sprawił Wam wiele przyjemności z poznawania w taki sposób tych kilku punktów na mapie... no troszkę się nakropkowałam na niej, przyznaję 😉
   Może jeszcze kiedyś wpadniemy z mężem na taki szalony pomysł objazdowy, aby Was uraczyć ciekawą opowieścią, ale jedno jest pewne, po zobaczeniu tego wszystkiego - oboje wiemy, że musimy w te wszystkie przełęcze WEJŚĆ! 💪



Mówi się, że przełęcze wysokogórskie niewiele się od siebie różnią. A jednak w każdej jest coś wyjątkowego, w każdej doświadczymy innej aury indywidualności naszej Ziemi i każdą warto odwiedzić osobiście.
   To jeszcze za wcześnie, aby jednogłośnie stwierdzić, które miejsce najbardziej Wam przypadło do gustu, bo dopiero poznajecie Sustenpass. Wynik pozostawiam Wam. Zaspokójcie moją żądzę poznania odpowiedzi i powiedzcie mi: która opowieść (które miejsce) z całego cyklu "4 szwajcarskie przełęcze w jeden dzień" zrobiła na Was największe wrażenie❔❔❔❔

Przełęcz pierwsza: Oberalppass.
   (latarnia morska i krystaliczne jezioro)

   - Pomiędzy przełęczami: Czarci Most.
   (diabelska legenda)

Przełęcz druga: Furkapass.
   (James Bond oraz nieziemska grota prowadząca wgłąb lodowca Rodanu)

   - Pomiędzy przełęczami: miasteczko Gletsch.
   (zlot starych samochodów i kolej parowa)

Przełęcz trzecia: Grimselpass.
   (Jezioro Martwe, laboratorium badań nad radioaktywnością, zielone skały i zielone jezioro)

   - Pomiędzy przełęczami: Aareschlucht.
   (cienisty wąwóz i legenda o olbrzymim jaszczurze)

Przełęcz czwarta: Sustenpass.
   (serpentyny prowadzące przez liczne tuneliki, oraz lodowiec Steinen)

wtorek, 14 listopada 2017

4 szwajcarskie przełęcze w jeden dzień, cz. VI - Aareschlucht. Wyprawa do głębin Ziemi.

"I nie ma bardziej upragnionego szafotu niż wąwóz pomiędzy twoimi dojrzałymi piersiami. Pasuje jak ulał do mojej głupiej głowy. Pozwól mi tylko przytknąć do niego usta - i oczekiwać ścięcia. Skoro miłość jest gilotyną, niechże mnie ścina'."

- Dmitry Glukhovsky


Dawno, dawno temu przeniknęła z wnętrza ziemi magma. Scaliła się na głębokości 13 kilometrów do postaci krystalicznej skały i uległa schłodzeniu. Zaczęły powstawać głębokie pęknięcia. W kolejnych latach skały masywu Aar pozostały praktycznie niezmienione, a szczeliny skalne wypełniły piękne kryształy.
   Aare Gorge czyli Aareschlucht, wąwóz zasilany przez wody z terenów Grimsel (poznacie po kolorze), które mięliście okazję zobaczyć ostatnio. Aare ma długość 1400 metrów, a w najwęższym miejscu ma metr szerokości.
   Jeżeli kogokolwiek z Was, cykl o czterech przełęczach w jeden dzień zainspirował do odbycia podobnej podróży, nie może w planogramie zabraknąć tego miejsca. Zapraszam Was w wirtualną podróż do podziemi, w których niegdyś mieszkała prawdziwa bestia!





A w tej jaskini taka dojmująca ciemność... surowość bijąca od zimnych skał, chłód niesiony wraz z nurtem zielonej rzeki... Tam na pewno żyje jakiś potwór, coś czai się i tylko czeka aż...
   To tym bardziej trzeba iść! Gdyby świat był bogatszy w kreatury rodem z horrorów, zginęłabym na własne życzenie i niewątpliwie z uśmiechem na twarzy. Mam w sobie coś takiego, że gdy pojawia się coś, czego ludzka psychika nie potrafi nazwać, chcę to poznać.
   Znajomi uważają, że gdyby wylądował przede mną statek UFO, to miast rozważyć, czy aby czasem nie są wrogami, pójdę po prostu to sprawdzić. Myślę sobie wtedy, że zrobiłabym przysługę władzom rządowym, wiedzieliby za co się łapać. Czy puszczać białe gołąbki, czy ładować karabiny.
   A w jaskiniach okazuje się, że wcale tak ciemno nie jest. Potwory? Ano były, ale pewnie dawno już wymarły. Nie wierzycie? To czytajcie dalej, a dowiecie się, że na naszym ziemskim padole jest wystarczająca ilość dziwów, aby nie musieć szukać adrenaliny w kosmosie.




Lokalna legenda głosi, iż wąwóz jest domem dla Tatzelwurm (niem. "robak z pazurami"). Ze względu na rzekome obserwacje w XX wieku, mityczna bestia jest dziś maskotką wąwozu.
   Jest to nie tylko element folkloru mieszkańców Alp, ale i zagadka kryptozoologów. Niektórzy twierdzą, że stworzenie istnieje bądź istniało, ale nie potwierdzono, czy jest ono płazem czy gadem. W opowieściach występuje jako robak z grubymi łapkami, umiejący skakać, zaś w Alpach włoskich został sklasyfikowany jako Bazyliszek. Ma podobno metr długości, ciało ciemnej barwy, lecz zamieszkuje wyłącznie jaskinie i rozpadliny, więc ciężko temu zaprzeczyć, bo ciemność płata ludzkim oczom figle.
   Kochającemu ciemność stworzeniu przypisano agresywność. Miał on rzekomo zabijać zwierzęta hodowlane z pobliskich wiosek.

W wąwozie znajdziemy kilka takich figurek.




Kryptozoolodzy twierdzą, że mogłaby to być pasująca wielkością jaszczurka żółtopuzika bałkańskiego, ale występowanie i fakt, iż zamieszkuje nizinne łąki i usypiska, oraz że unika lasów, moim zdaniem dyskwalifikuje przynależenie "robaka" do tego gatunku.
   Zatem pobuszujmy trochę po starym domostwie potwora. Według mnie jak ulał pasuje teoria o salamandrze olbrzymiej. Zobaczcie w sieci jaka ta bestia jest wielka i jak bardzo pasuje do opisu. (Trójkątna, kocia głowa, zapamiętajcie i porównajcie z późniejszymi opisami potwora). Z naocznej obserwacji wiem, że wszystkie salamandry potrafią wygiąć ciało w harmonijkę, oraz stanąć na dwóch łapach, by wydać się większą. Salamandra olbrzymia siedząc, może być wielkości niewysokiej osoby czy dziecka. Robi wrażenie, prawda? A jak wiadomo, ogólnie salamandrom dobrze żyje się w Szwajcarii i uwielbiają wilgotne wąwozy.
   Czytamy dalej i porównujemy z moją sugestią.






To nie jest stara legenda. Tatzelwurm pochodzi z XIX wieku i pierwszej połowy XX wieku. Jak podaje Wikipedia, jego opisy pojawiały się w książkach dla myśliwych i przyrodników ("Neues Taschenbuch für Natur", "Forst" i "Jagdfreunde auf das Jahr 1836"). Rycina alpejskiej jaszczurki, tym razem nazwanej Stollenwurm pojawiła się także w szwajcarskim kalendarzu Alpenrosen z 1841 roku.
   Istnieje też piśmienny opis zwierzęcia powstały w 1861 roku. Friedrich von Tschudi umieścił go w swojej książce pt. "Das Tierleben der Alpenwelt".





W latach 30. XX w., dr. Gerhard Venzmer oraz inż. Hans Flucher, przeprowadzili badania przepytując 60 osób, które twierdziły, że widziały "robaka".
   Zatem: mierzył on 60-90 cm długości, miał tępo zakończony tułów w kształcie walca. Miał brunatną barwę ciała, ciemną na grzbiecie, jaśniejszą na brzuchu. Miał też dość szeroką głowę i spore, okrągłe oczy.
   Brakło jednak precyzji przy opisie nóg. Niektórzy twierdzili, że widzieli 4, a inni, że miał jedynie 2 z przodu, zaś jeszcze inni, iż nie miał ich wcale. Z jednym zgodzili się wszyscy. Tatzelwurm syczy.



Zdj. tablicy informacyjnej na szlaku wycieczki.


""Smoki" o głowach podobnych do kocich były rzekomo widywane w Alpach już w późnych latach wieku XV. Jedne z pierwszych relacji pochodzą z 1673. Opisany został wówczas "smok", żyjący niedaleko włoskiego jeziora Nambino, około dwóch kilometrów na zachód od Santa Madonna di Campiglio.
   W 1723 badacz o nazwisku Scheuchzer napisał pracę pt. "Itinera per Helvetiae Alpinas regiones facta annis 1702-10", będącą czymś w rodzaju katalogu fauny alpejskiej. W owej książce sporo miejsca poświęcił alpejskim "smokom". Najwcześniejsza wzmianka pochodziła od Andreasa Rodunera z Altsax, który podróżując wraz z kompanami niedaleko góry Wagsenberger, miał dostrzec smoka, który natychmiast "stanął dęba" na zadnich nogach. Rzekomy świadek twierdził później, że zwierzę, kiedy stało na dwóch nogach, było wysokości człowieka. Rzekomy stwór pokryty był łuskami, miał cztery nogi, długi ogon i głowę kota. Jego podbrzusze wydawało się być podzielone na segmenty, a gęsta grzywa pokrywała grzbiet zwierzęcia. Inna relacja pochodziła od Jeana Tinnera, rolnika, który zastrzelił węża długości siedmiu stóp o kociej głowie.
   Kryptozoolog Loren Coleman przedstawił historię, która miała wydarzyć się w 1779, kiedy to pewien wieśniak został zaatakowany przez dwa Tatzelwurm podczas zbierania jagód w Möserer Leitstube. Było to dla niego tak przerażające przeżycie, że zmarł wkrótce potem na przełęczy Thalbruck na atak serca. Przed śmiercią jednak zdążył jeszcze opowiedzieć rodzinie, co widział.
   Coleman opisał tablicę wotywną znajdującą się na drodze do Schwarzbach niedaleko Unken, jak również jej trzy reprodukcje, na których znajduje się rysunek przedstawiający człowieka leżącego na brzuchu, zakrywającego dłonią nos. Chroni się najwidoczniej przed ognistym oddechem dwóch Tatzelwurm siedzących na kamieniu. Podpis pod obrazkiem głosi:

"W nagłym przerażeniu zmarł tutaj, ścigany przez skaczące robaki, Hans Fuchs z Unken, 1779"

Austriacki botanik Josef August Schultes w jednej ze swoich książek, wydanych w 1809, opisującej jego podróże po Górnej Austrii opisuje małe aligatory widywane podobno w okolicach Gmündener See (dzisiejsze Traunsee).
   W 1814 prof. Studer pisał m.in. o niemal ogólnym przekonaniu panującym w Szwajcarii w kantonie berneńskim, że zamieszkuje go rodzaj węża, którego pojawienie się jest zapowiedzą zmiany pogody. Zgodnie z opisami rzekomych świadków, stworzenie ma być podobne do krótkiego i cienkiego węża z jedną, dwiema lub nawet trzema parami nóg"





Te zwężenia w skałach były najpiękniejszymi chwilami w całej wycieczce. Wbrew pozorom nie trzeba było się pochylać ani wciągać brzucha. Wąwóz jest dostosowany nawet dla przeprawy wózkiem inwalidzkim.
   Na całe szczęście drogi są dwie. Wózki dziecięce jechały korytarzem jaskiniowym (z balkonami widokowymi), a te dzieci, których rodzice już uświadomili sobie istnienie nóg u ich pociech, szli zewnętrznym, węższym szlakiem, takim, jak widzicie na tych zdjęciach. [porównywałam dwie grupy rodzin, spacerujących wąwozem z dziećmi w tej samej grupie wiekowej]



Szwajcarskie towarzystwo Naturforschende Gesellschaft z Berna wyznaczyło nagrodę za dostarczenie stworzenia żywego lub martwego. Nikt jak dotąd nie odpowiedział na tę ofertę, ale skoro list gończy powstał... To już nie jest ziarno prawdy, ale całe usypisko piachu.
   Na podanej pod cytatem stronie, znajduje się cała masa historii ze spotkań ludzi z tym stworzeniem z różnych lat. Najciekawsze moim zdaniem są te, z XXI wieku, które świadczą o prawdopodobieństwie istnienia tego zwierzęcia.
   W maju 2007 widziano gada w Austrii, niedaleko miejscowości Ternberg. Z okolic włoskiego Tresivio położonego w regionie graniczącym ze Szwajcarią, pochodzi historia spotkania "robaka" przez więcej niż jedną osobę.
   W 2009 roku jesienią z włoskiego regionu Wenecja Euganejska ktoś zaraportował o wielkim jaszczurze na brzegu rzeki Longhella pomiędzy Marostica i Vallonara. Tego samego roku o 2:30 w nocy widziano gada w Vallonara, który wskoczył do rzeki.

To ostatnia przewężka. Dalej świat odsłania się przed nami i ukazuje powoli wyjście z tej mrocznej sytuacji. My jednak z racji pozostawionego samochodu na parkingu przed głównym wejściem, wróciliśmy sobie przez wąwóz, a nie jakimś tam nudnym chodnikiem przy ulicy. A CO!







W latach 50. XX wieku Bernard Heuvelmans, uznawany za "ojca kryptozoologii", pisał:

"Nie ulega jednakże wątpliwości, że Tatzelwurm istnieje, choć nie ustalono, czy jest to europejski gatunek tararaki, ogromny scynk, salamandra, czy też jakieś nieznane zwierzę. Nawet w kraju znanym tak dokładnie od krańca do krańca, nie wszystkie zwierzęta zbadane zostały przez naukę. Dużo czasu upłynie, nim poznamy gruntownie cały świat. Możemy się jeszcze spodziewać wielu zoologicznych niespodzianek"

Warto wspomnieć, że w tym miejscu grzebało również wojsko. Nigdzie nie napisano dlaczego nowoczesny system tuneli i pomieszczeń wojskowych, wspaniale przygotowanych do nawet zamieszkania tam, został opuszczony i zamknięty.
   Ponieważ mit o "robaku" uważam za ciekawszy, nie specjalnie szukałam informacji o wojskowym schronie. Wiem tylko o tych wyjściach na tory kolejowe. Jak zwykle drążą dziury w całym...




Wąwóz został udostępniony w roku 1888. Od 1912 roku jest możliwość zwiedzania wieczorem, dzięki bajecznemu oświetleniu.
   Czynny jest codziennie od początku kwietnia do 1 listopada i można przechodzić przez mostki zewnętrzne lub (jeśli ktoś ma lęk wysokości) obwodnice będące szerokimi tunelami.
   Zainteresowanych, zapraszam na oficjalną stronę anglojęzyczną TUTAJ. Teoretyczny czas wycieczki: 45 minut.
   Przy głównym wejściu jest duży parking i restauracja. Na terenie znajduje się także bogato wyposażony sklepik z pamiątkami, w którym można nabyć okazałe kamienie szlachetne wydobyte z tego właśnie terenu.

Dorośli bulom 8.50 Fr.
Za dzieci od 6 do 16 lat bulom 5. Fr.


Moi Mili, przed nami jeszcze tylko jedna część cyklu "4 szwajcarskie przełęcze w jeden dzień". Będzie to ostatnia przełęcz z widokiem na jeszcze inny lodowiec, którego nigdy nie poznaliśmy. Motywuje mnie on do zaplanowania kolejnej ciekawej wędrówki pieszej, przecież ja muszę dotknąć! Ale taka eskapada może być możliwa dopiero w przyszłym roku, jeśli Bóg pozwoli.