wtorek, 25 lipca 2017

Flüelapass - bloger na przełęczy.

"Podróżowanie jest brutalne.
Zmusza cię do ufania obcym
i porzucenia wszelkiego co znane i komfortowe.
Jesteś cały czas wybity z równowagi.
Nic nie należy do ciebie.
poza najważniejszym -
powietrzem, snem, marzeniami, morzem i niebem".

- Casare Pavese


Tak naprawdę podróżowanie dla blogera jest maksymalnie brutalne. Im więcej podróżuje, tym ma więcej przygód i jeszcze mniej czasu na komponowanie opowieści oraz treści graficznej. Choć to dla blogera wielka przyjemność, to najczęściej on nie ma na to czasu, bo jest ciągle w drodze. Bloger ma też inne obowiązki.
   Pragnąłby również zatroszczyć się o chociaż śladowe słowo u innych użytkowników przepastnego Internetu, ale z reguły nie ma czasu. W dodatku osobiście jako bloger nie jestem typem "przelatującym" zdjęcia i zostawiającym komentarz dla samego skomentowania. Ja czytam. Wszystko czytam. Od deski do deski.
   Idealnie do tego tematu pasuje mi przejazd przez przełęcz wysokogórską. Przed Wami Flüelapass. Jest to szwajcarska przełęcz w Alpach Retyckich łącząca Davos z Susch, zlokalizowana na wysokości 2383 m n.p.m. Znajdują się tam zacne szczyty: Schwarzhorn (3147 m) i Weisshorn (3085 m). Na jeden z nich wleźliśmy lecz o tym powiem innym razem.
   Przełęcz jest zamknięta w okresie zimowym. Jako że to 'przejazd', zdjęcia zostały zrobione przez szybę samochodową (oprócz jednego, tego ze mną), więc niektóre mogą nie być powalającej jakości, choć w większości mogą zniewalać. Mają w sobie tę nutkę dekadencji...




Asymilacja w podróży.
Prosta nie jest, a mój typ nawet nie wymaga stałego dostępu do Wi-Fi. Po prostu jak nie ma, to nie ma. Wobec tego znaczy, iż (wobec powszechnej opinii) nie jestem absolutnie uzależniona. Z resztą istnieją jeszcze zegary internetowe, które można zaprogramować na automatyczne wstawianie gotowych postów. Taki sprytny joke. 😉
   Kiedyś w ogóle nie zabierałam ze sobą laptopa. A w trasy koncertowe zabierałam jedynie notebook, ponieważ lider zespołu "wymagał ode mnie" (😝) zdjęcia "na już". Czysta przyjemność, ogarniać zdjęcia zaraz po ich wykonaniu.
   Teraz notebooka nie mam, stał mi się zbędny, od kiedy trasy koncertowe przeszły do historii. W przyszłości jeśli uda mi się z nimi spotkać, na pewno nie w charakterze admina strony graficznej, bo nim już nie jestem. Zaś jednorazowe tournee - czemu nie 😁





Czas przecieka przez palce.
problem dot. odwiedzania ojcowizny
Rodzina. Gdyby to było możliwe, skrzyknęłabym obie rodziny (moją i męża) w jedno miejsce o jednakowej porze. Niestety tak się nie da i odbijam się od drzwi do drzwi.
Ważne sprawy. Godziny otwarć placówek, którymi jestem zainteresowana, nie ułatwiają mi czasu, bo zdarza się pocałować klamkę i trzeba epizod przenieść na następny dzień.
Kultura. Uparłam się na inną niż kino. (nie bojkotuję kina, po prostu pożądam także innych emocji) Tata załatwił mi zaproszenia do teatru plenerowego i WRESZCIE COŚ SIĘ WYDARZY!! 👿
Znajomi/przyjaciele. Niektórzy ludzie są... poszkodowani... bo nie schodzą się nam czasy i żadne z nas nie ma na to najmniejszego wpływu. Pozostaje uzbroić się w cierpliwość i aktywnie dążyć do spontanicznego spotkania.
Marnowanie czasu. Ten dłuży się najbardziej, kiedy trwonię go w poczekalni jakiejś instytucji, gdzie absolutnie trzeba załatwić jakąś sprawę. A wtedy nie ma przebacz, czekamy... i czekamy... czekamy... 💣




Beztroski spokój.
Ale to nic, bo gdy siedzisz już w wozie i rozkoszujesz się widokami za oknem słuchając kolejnego rozdziału jakiegoś ciekawego audiobooka, wiesz - Ty po prostu dobrze to wiesz - że jesteś we właściwym miejscu.
   Patrzysz się w to absolutnie błękitne niebo, oddychasz rozgrzanym powietrzem i pomimo panującego upału, jesteś w stanie wysilić mięśnie twarzy do uniesienia obu kącików ust.
   Na przełęczach jest troszkę inaczej z tym powietrzem, jest ostre, zimne, cudowne. Następnym razem opowiem Wam jak jest na takiej wysokości, jakie są różnice i co wtedy czułam, bo po raz pierwszy to nie był sam przejazd. 😉




Stres publikowania.
Blogerowi bardzo często leży coś na sercu i koniuszku języka jednocześnie. Zacznę od tego, że bloger to takie stworzenie, które uwielbia przemawiać publicznie, a gdy nie może, pisze dla publiczności.
   Korzystając z wolności słowa jak i tego, że nikt absolutnie nie ma problemu, aby rzec coś niemiłego blogerowi w twarz, ten mimo to ma jeszcze jakieś humanitarne skrupuły, aby nie pisać o kimś wprost.
   Podobno tłumienie w sobie emocji prowadzi no wszelkiego rodzaju nerwic, a nawet długotrwałego zaburzenia czynności ośrodkowego układu nerwowego, czego obawiam się jako bloger - istota lubiąca przemawiać - już się powtarzam... 😈


Umiej znosić wszystkich, jak i Bóg znosi ciebie.
 ~Św. Ignacy Antiocheński.

Staram się! Spokój ze mnie emanuje, stoicyzm. Dosłownie nie da się mnie wyprowadzić z równowagi. Szanując sprzeczności cudzych teorii i wierzeń - nie zabieram głosu z czystej kultury, nie próbując oddziaływać na nadpobudliwość i tendencje do kłótni. Tylko spokój może mnie uratować i jeszcze podobno błogosławieni są ludzie cisi...
   Epiktet z Hierapolis powiedział kiedyś, że "jest tylko jedna droga do szczęścia. Przestać się martwić rzeczami, na które nie masz wpływu." Mimo że z natury nie jestem osobą, która tłumi w sobie emocje, wyuczyłam się chować w sobie wszystkie reakcje. Kiedyś byłam bardziej czytelna, ale do diaska, jestem też elastyczna. Dopasowałam się.
   Nie reaguję, nie opisuję (chyba że metaforycznie), unikam konfrontacji. A mimo to, one i tak mnie znajdują. To chyba magia!




I jak tu żyć?
Normalnie. Doświadczenie nauczyło mnie na wielkim błędzie, że nie warto się podporządkowywać. Nie ma szansy na zadowolenie wszystkich niezadowolonych, tak samo jak nie ma szansy, byś w zmianach (jakich oczekują od Ciebie inni), był szczęśliwy. Jesteśmy jacy jesteśmy.
   Droga przez życie pozwala wypielęgnować niektóre myśli. Zahartować nas, nauczyć radzić sobie ze słabościami, nauczyć się lepiej naszego prawdziwego imienia. Uczula na potrzeby własne i współpodróżników - choć nie zawsze vice versa. Należy bowiem pamiętać, że nie zawsze to, co jest dobre dla nas - jest tak samo dobre dla innych. I na opak. Istotą szczęścia między ludźmi jest uprzejmość i życzliwość, mimo że czasami można na tym kruchym cieście złamać sobie ząb o twardy orzech.




Bloger na przełęczy.
(mutant pośród ludzi)
Wyobraźcie sobie człowieka - pisarza - stojącego pomiędzy wielkoludami. Każdy z nich ma naręcza pełne głazów, każdy z nich może spuścić śmiertelną lawinę. Trzeba uważać, bo jedno niewłaściwe słowo i nerwy puszczą...
   Wierzę wtedy, że chroni mnie toga Boga i że żaden głaz nie uderzy mnie w łeb. Wierzę w to bardziej, niż że żaden głaz mógłby nie spaść na mnie wcale. Dodam jeszcze, że żaden arbitraż nie ma racji bytu. Roznieca ogień postępowanie arbitralne. Arbitralne sądy, wobec których fizycznie nie chroni mnie nic.
   Nastawienie mam całkiem O.K. z punktu widzenia kogoś, kto dostał nie raz kamieniem w ryj. Zachowanie niezmienne: szacowne i szacunku pełne, miłe, nader uśmiechnięte. Nie nad wyraz ostentacyjnie pogodne, powściągliwe i jasne. Bez zachowania tej pokerowej twarzy, bardziej swobodna, szczera i otwarta, ja - jako ja - reagująca i konkretna, szczera jak powinnam być - prawdziwa i prawdomówna - już nie miałabym wstępu do przełęczy.




Szczęśliwy bloger.
(człowiek pośród mutantów)
Mimo że bloger ma zawsze dużo pracy (i masę zaległości 😜), jest w tym absolutnie szczęśliwy - to jego lot w nieznane tereny nowych splotów słów, układających się w przepastne opowieści o jego przygodach, przeżyciach, troskach i małych, pięknych chwilach, które nawet blogera mogą zaskoczyć.
   Prowadząc aktywne życie, z którego jestem zadowolona, aż trudno w to uwierzyć jak ludzie mogą sami siebie ograniczać, szufladkować i poniżać. Narzekania i rozterki umartwiają duszę, takie okrutne traktowanie samego siebie, odczłowiecza. Boli i czasami zatruwa otoczenie. Może dlatego dzieci zawsze płaczą, kiedy w powietrzu wiszą nerwy. One przecież chłoną emocje jak gąbka.

Bądźcie szczęśliwi, planujcie życie z godnością, nie poddawajcie się cudzym sugestiom. Sami czujecie najlepiej co dla Was jest najlepsze - nikt nie ułoży Wam życia lepiej, niż Wy sami. Przyjemnego tygodnia Wam życzę. 😊


piątek, 21 lipca 2017

Dzień Włóczykija oraz zwierzenia trzydziestoletniej kobiety.

"Nie ma współzawodnictwa wśród dzikich kobiet... są zbyt dzikie, żeby je złapać w ciasną pułapkę zazdrości.. Zamiast tego tańczą razem...."


W lipcu, dokładnie 23go, jest najważniejsze na świecie święto - Dzień Włóczykija 😉 Każdego roku, tego właśnie dnia, aby uczcić jego urodziny, wybieram się na wędrówkę. To taki prezent ode mnie dla niego.
   Jak byłam mała, Włóczykij był moją pierwszą miłością. Zdarzały mi się fikcyjne miłości, bardzo długie miłości i nie ma w tym nic złego. To nigdy nie boli, nie wymaga, ani nie absorbuje. Wieczny singiel ma prawo do abstrakcji w sercu. A do czego ma prawo małżonka?
   W moim sercu, pozostało miejsc jeszcze dla... wielu fikcyjnych miłości. Ale jednak f i k c y j n y c h .Przewagą mojego męża jest niezaprzeczalny fakt, iż on istnieje. 😜
   I tak sobie pomyślałam, że może już czas na zmiany? Po latach tego udanego związku z Włóczykijem, może w końcu ja coś dostanę od niego? Mam prawo żądać czegoś... czegokolwiek, przecież to także mój dzień i w dodatku mój kawał życia właśnie przeminął.




jak to możliwe że jesteś tak dobra dla innych
i tak łatwo ci to przychodzi - spytał

mleko i miód kapały mi
z ust gdy odpowiadałam

bo inni nie byli
dobrzy dla mnie

- Rupi Kaur

Jaką jestem trzydziestolatką?
Empatia i empiria życia codziennego przekonały mnie do ludzi. Wielokrotnie powtarzałam, że pomagać w zamian za wdzięczność czy przyjaźń dozgonną, to byłby egoizm. Pomagamy sobie nie dla korzyści, ale dla idei - skoro jesteśmy dobrymi ludźmi - to po prostu mamy to we krwi.
   Ludzie jednak są różni, niektórzy nie warci uwagi, a i tacy, których lepiej omijać szerokim łukiem. Od dawna nawoływałam do tego, aby separować się RADYKALNIE od toksycznych ludzi, wywołujących agresję lub poczucie winy, po prostu niedobrych i dwulicowych.
   Jednakże nie zapominajmy, że każdy z ludzi ma własną, odrębną historię. Każdy, kogo spotykacie, toczy bitwę, o której nie macie pojęcia... Dlatego bądźcie życzliwi. ZAWSZE!

"I nigdy nie przestanę wierzyć, że z natury dobrzy są...
Ludzie tylko czasem błądzą!
Ze swojej drogi może skręcić nawet ten najtwardszy ziom...
Podaj rękę mu pomocną!
Może się trochę łudzi
Ten, który wierzy w ludzi,
Lecz wiara ta potrzebna jest, by zmieniać świat!
Zapału nie ostudzi,
Gdy ktoś mi w życiu brudzi!
Na moją pomoc zawsze może liczyć brat!"


- Mesajah "Wieżę w Ciebie"


Depresja trzydziestolatki?
Kobieta w dniu trzydziestych urodzin - to termin, którym straszono mnie na tle depresji wiekowej. Otóż nie doświadczam tego, a nawet cieszę się, że w mojej metryczce jest już taka liczba. Jestem nadal szalenie ciekawa swojej przyszłości, a nawet coraz bardziej ciekawa i to jest mój motor napędowy do działania.
   Mam plan z podglądem w przeszłość, ułożony na podstawie z teraźniejszości. To ten worek doświadczeń na plecach, który dźwigając, wykreował mnie taką, jaką jestem dzisiaj. Niczego w życiu nie żałuję, czuję się doskonale. Przeżyłam dość, by mieć pojęcie na czym polega człowieczeństwo, oraz odgadnąć ten świat.
   Moja droga nie kończy się w tym miejscu. Mam się bać tego, że przemijam? Że starzeję się, marszczę, że w przyszłości będę siwa? Tylko po co?


Czy świat nadal inspiruje po trzydziestce?
Życie już samo w sobie napędza mnie do działania. Świat wokół, który mnie woła. Zew dzikości, który mnie przytula do siebie jak wilczyca i karmi swoim mlekiem...
   Bloggerzy publikowali różne treści w swe trzydzieste urodziny... Nie rozumiem kompleksu wieku, ale depresja trzydziestolatków okazuje się nie być tak do końca mitem.
   W życiu każdej czarownicy jest pełno magii. Dla mnie magią jest każdy świt, za który dziękuję Bogu co rano. Magią jest każdy owoc, który samodzielnie wyhoduję. Magią jest każdy dziki zwierz spotkany w cichym otoczeniu, który pozwala mi na siebie patrzeć i to długie pióro, które podarował mi myszołów, jest jak bajeczny czar. Leży na biurku obok i przypomina mi o tym, że nigdy nie jestem sama, bo moim towarzystwem jest każde życie wprawione w ruch siłą woli bożej.
   Niektórzy ludzie za życia umierają. Nie dostrzegają najprostszych prawd, żyją w misterium kłamstwa i najchętniej widzieliby mnie na stosie: za optymizm, za pozytywne nastawienie, za życie pełne pasji, za zdrowe szaleństwo ⇝ za różnice, które dzielą nas przez pryzmat ich zazdrości i kompleksów. Miraż, którym się karmią... oni chyba pomylili bogów...

"Głęboko w Tobie zapłonął ogień, co kazał przed siebie biec,
Wiec jak pijany pobiegłeś za nim, by modlić się pośród świec.
A teraz leżysz jak kupka starych szmat, za ścianą matka łka.
Trafiły w pustkę wszystkie słowa skierowane do Boga 
I głowę podnosi strach."


- Closterkeller "Miraż"


"Moje życie barw milionem malowane, a każda chwila nazbyt droga,
By błądzić między mirażami"
{Tekst piosenki nie jest całkiem zgodny z "moją Prawdą".
Lubię ten utwór, lubię jego brzmienie, jego melodię.
Przydał się jako wyrwany fragmentarycznie z kontekstu.}

Czy kroi się balanga?
Nie obchodzę urodzin tradycyjnie ze świeczkami na torcie. Nie urządzam imprez, nie chcę nikogo angażować w "obowiązkowe" kupowanie głupot na prezent. Ja mam wszystko, moi drodzy, wszystko, co mi jest niezbędne do przeżycia, a resztę to już sobie sama nabędę, dopasowane do moich indywidualnych potrzeb 😉 Ja nawet nie obrażam się za niewysłanie mi życzeń, to na prawdę nie jest najważniejsze.
   Ważni są ludzie, z którymi uwielbiam spędzać czas. Przyjaciele, przy których mogę być sobą. Znajomi, z którymi mogłabym konie kraść. Ludzie, w których oczach mogę - jak w lustrze - oglądać prawdziwą siebie. A to jest niezwykle cenne.
   Nerwy, przebiegłość, żądza korzyści, Boże jak ja nie cierpię przebywać w takim towarzystwie... Znam sofistów - mistrzów wykręcania kota ogonem. Mówiących kłamstwa pod pozorem prawdy. Za wszelkim staraniem dowodzący swoich racji, bez posiadania logicznych dowodów. Na szczęście ludzie weryfikują się sami. Czas nadal jest moim sprzymierzeńcem.


Co zmienia trzydziesty rok w sportowym stylu życia?
Wiecie, że jestem sportowym świrem. Czasem lekceważonym, czasem nie branym na poważnie, jakby zagubionym pośród tego, co bardziej lub mniej ważne... - i właśnie ten pogląd mija się z prawdą. Co jest tak naprawdę dla mnie ważne? Nie obwód w pasie ani też nie samochód w garażu. To mój indywidualny styl życia.
   Dla mnie ważne jest przede wszystkim zdrowie, które pozwala mi robić to wszystko, co robię aktualnie. Mój mały, prywatny reżim i wielkie efekty. Świadomość, że nie robię tego, bo taka moda. To jest moja profilaktyka zdrowotna i szansa na godną starość.


Trzydziestka krytykowana za bycie FIT?
Spotykam się z różnymi opiniami, oczywiście osób, które uważają, że sport i dieta są zbędne. Surowy ostracyzm nie sprawi, że przestanę się tym zajmować. Właściwie nic nie sprawi, bo... szczerze? To chyba moja największa pasja. Wiem, że robię dla siebie coś bardzo ważnego i w przyszłości - jeśli Bóg da (i nie objawi się w moim ciele nic, na co nikt nie będzie miał wpływu) - będę dziarską babcią 😉
   Wiem, że krytyka mojego sposobu odżywiania jak i tego, że dźwigam ciężary, bierze się stąd, iż ścierają się ze sobą różne kultury, no bo jak to? Kobieta i takie rzeczy? Rodzić dzieci powinna, a nie... 😜
   Stara psychologia podpowiada mi wtedy, że taki bojkot wynika z niezadowolenia z własnego życia. Nie muszę dostosowywać się do innych, doświadczenie pokazało mi, że nie warto się zarzynać dla zadowolenia innych. Mam  szansę na naprawdę fajną przyszłość i po raz pierwszy w liczbie osób krytykujących mój styl, nie ma mojego mężczyzny. Bo wreszcie mam kogoś kto mnie wspiera, a nie zabrania. Mimo iż kilka lat jesteśmy w małżeństwie, wciąż nie mogę wyjść nad tym z podziwu... Serio. Nie miałam szczęścia do dobrych mężczyzn.
   MOJE CIAŁO TO NIE WYNIK PRÓŻNOŚCI. To efekt rozsądku samozachowawczego. Wygląd to kosmetyka, to... skutek uboczny 😉


Trzydziestka będzie apetyczna, pod warunkiem,
że zadbasz o dobry smak jeszcze jako dwudziestka.
Bóg stworzył nasze ciała zdolnymi do ruchu. Nawet Biblia podaje, że aby żyć w pełni zdrowia, należy czasem spocić się przy ciężkiej pracy... nie pamiętam już gdzie był ten cytat...
   Nie jesteśmy stworzeni tylko do tego, żeby siedzieć i żreć dla przyjemności. Bieda nie bierze się z tego, że nie ma jedzenia dla biedaków, ale że bogaci wiecznie nie mogą się nażreć - tak samo otyłość i choroby, biorą się stąd, że staliśmy się hedonistami. Wygoda i żarcie, to motto cywilizacji.
Pomyślcie, czy nie fajniej byłoby pojechać rowerem do pracy? Wypielić ręcznie ogródek? Aktywnie bawić się z dzieckiem? (nie wciskajcie im laptopów od małego 😝) Iść na basen czy pograć w piłkę z kumplami? To ruch jest kluczem, nie jego rodzaj. Ciało ludzkie ma wysoki potencjał BEZ WZGLĘDU NA WIEK, szkoda je marnować.
   Dbałam o siebie jako dwudziestka, dbam jako trzydziestka i dbać nie przestanę. To moja własna składka emerytalna, to mój własny fundusz zdrowia 💪


Trzydziestka abstynentka?
Jeszcze raz przyczepię się kwestii spożywania alkoholu, ale robię to dlatego teraz, bo wakacje sprzyjają procentom.  Alkohol to kalorie. I nie ma cudów: on w całości odłoży się w postaci tłuszczu. Alk. zwiększa apetyt, więc problem jest podwójny. Procenty rozregulowują poziom glukozy we krwi, obciążają pracę nerek (a nie pomagają im - to popularna propaganda). Regularne picie np. piwa na dobranoc, powoduje nadciśnienie. Dla osób trenujących - każda dawka alkoholu, zmniejsza sprawność mięśniową. W dodatku zmniejsza odporność organizmu i podrażnia śluzówkę przewodu pokarmowego.

Przekrój lat :) Moje przygody.
Jakieś pytania odnośnie którejś konkretnej miniatury? ;)
Hexe ma trzydziestkę?
Ludki Wy moje miłe, w tym miesiącu Waszej wiedźmie za chwilę stuknie trzydziestka! I wcale nie dostałam depresji, którą mnie straszono. Czuję się lepiej niż 10 lat temu, mam lepsze wyniki badań lekarskich niż 10 lat temu i dalej będę robić to, co robię, aby to samo móc powiedzieć za kolejne 10 lat!¡!


Wyimaginowane miłości wiecznie żywe.
Stare miłości można nazwać natchnieniami życia, które z zapatrzenia w nie, pozwoliły odnaleźć swoje zamiłowania. Wzorce, choć nieistniejące, w swej treści szlachetne, wręcz idealne - wpuściły mnie w dorosłość pełną marzeń i pomysłów. Żyję z zapałem w każde 1440 minut dziennie. Staram się wykorzystywać je dobrze, bo wiem, że te minuty nie przechodzą na następny dzień.
   Nigdy nie pozwalam, aby ktoś kto nic w życiu nie zrobił, mówił mi, co mam robić, a co nie. Podejmuję każde ryzyko próby realizacji swoich marzeń. Wiem, że jeśli się uda, będę szczęśliwa i dumna z siebie. A jeśli nie, to będę mądrzejsza. Życie to przecież nie czekanie, aż przestanie padać. Życie to taniec w deszczu! Tego nauczyłam się już w dzieciństwie 😏


Felinae.
Zostałam lwem górskim, częściowo z braku wyboru, potem już z zamiłowania. Także zodiakalnie kocur towarzyszy mi w życiu, choć nie wierzę w horoskopy, lecz z jakimś dziwnym zatrwożeniem w sercu potwierdzam, że trudno nie zgodzić z charakterystyką zodiakalnego układu gwiazd.
   Mówi się, że lew to jeden z najszczęśliwszych znaków zodiaku 😏 Kiedyś jakiś specjalista od gwiazd, polecił mi nawet zawód dobrany do dnia urodzenia. Wojsko. Kazał mi iść do woja. Tam bym trenowała sobie do woli, a jeszcze by mi za to płacili. Ciekawe, nie? I nawet przyznałam, że to interesujący pomysł.
   Dawno temu składałam swoje CV w Straży Miejskiej. (Docelowo marzyłam przenieść się do Konnej, jeśli byłaby taka możliwość). Niestety w tamtym czasie było BOOM na tę posadę i spośród wielu mnie nie wybrali. I wtedy przypomniałam sobie o tym, jak trafnie ów znawca gwiazd zauważył, że będą mnie w przyszłości pociągały takie zawody.
P.S. Nie, nigdy nie byłam u wróża. To była przypadkowa znajomość.
   Podobno w kosmosie sprzyja mi Słońce. Really? 😶 "Sprawia, że Lwy są emocjonalne, zdolne do wielkiej miłości i poświęceń w jej imię oraz są bardzo dobrymi ludźmi, nastawionymi na czynienie dobra i pomaganie innym." 😁
   Wiem, że to bzdety dla czytelników skazanych wyłącznie na to, co sama tu nabazgram, bez żadnych oznak wskazujących na prawdę. Znacie tylko mój tok myślenia. A co on może podpowiadać o moim usposobieniu? Czy gwiazdy mogą kłamać? A czy gwiazdy w ogóle mogą spadać? 😉

Mnie ze sobą jest bardzo dobrze. I cieszę się, że potrafię sama spakować plecak, wyjść z domu i nie wracać do późnego popołudnia. Nie wiem co to znaczy "nie znosić cichego domu". Cisza pośród czterech ścian jest dla mnie kluczowa. Tak jak i ta, kiedy wędruję z dala od miast.
   Tylko w uporządkowanym życiu, mógł się znaleźć ktoś jak najbardziej realny. Wierzę, że tylko w harmonijnym sercu jest szansa na prawdziwą miłość. Bo jeśli nawet Ty siebie nie kochasz, to kto Ciebie pokocha?
    Moje urodziny spędzę w najlepszym dla mnie miejscu, będzie ono w pewnym sensie symboliczne. Opowiem Wam o tym kiedyś... bo zanim to się stanie... Wiecie, że ja uparcie trzymam się chronologii wydarzeń, if you know what I mean...
    W planach mam także emocjonującą historię o tym, jak Hexe poleciałam na Marsa. 😁 Mówiłam, że ja nie żartuję!

wtorek, 18 lipca 2017

Mój tajemniczy ogród ma kolce.

"Na świecie musi być oczywiście mnóstwo czarów - powiedział pewnego dnia z powagą - ale ludzie nie potrafią ich rozpoznać ani ich odprawiać. Może na początek wystarczy mocno uwierzyć, że stanie się coś dobrego i wtedy się spełni. Muszę to wypróbować"


- Frances Hodgson Burnett "Tajemniczy ogród"




Przybyło mi roślin w domu. Jakby mi ich mało było... ale Aloe vera jeszcze nie miałam. Pamiętam, że mama hodowała mały krzaczek. Pamiętam również jak przecinała liść na pół i przykładała miąższ do skaleczenia.
   Jest to roślina lecznicza Aloe barbadosiensis, ceniona od starożytności jako lek na trudno gojące się rany, jest bakteriobójczy.
   Mimo iż to sukulent kochający bardzo dużo światła, nie wolno go wystawiać na bezpośrednie słońce, np na balkon. Tak właśnie ugotowałam trzy gatunki eszewerii (także sukulenty). Gdybym ich nie wystawiała, miałabym je do dziś... - także piszę ku przestrodze. 😐
   Aloesy lubią suche powietrze, w końcu pochodzą z Arabii, dlatego doskonale im się żyje w blokach.
   Podlewać... czasem... Jeśli gatunek jest rozetowy (tak jak mój), nie wlewać wody do rozety. Nie spryskiwać i w ogóle trzymać z daleka od mokrości. Liście nie powinny stykać się z wilgotnym podłożem, dlatego sadzi się je dość płytko.
   Aloe vera bardzo mi się podoba, jednak inne jego odmiany dużo bardziej przykuwają wzrok. Np ostatnio widziałam w sklepie Aloes ościsty. Kusi mnie, ilekroć wchodzę na zakupy... Jeszcze poczekam, może będzie w przecenie.



"Gdzie zasadzisz, chłopcze, róże, oset nie wyrośnie"
- "Tajemniczy ogród"

Jak widzicie, postanowiłam trzymać się założonej przed laty zasady, że to blog life-stylowy, a nie podróżniczy. Urozmaicenie go o prywatę, może sprawić (mam taką nadzieję), że wyrośnie z niego całkiem ciekawa stronka. Opowieści ze szlaku wcale mniej nie będzie, bo my z mężem wędrujemy bardzo dużo. Blog tym samym nie zubożeje, jemu przybędzie. Macie okazję zajrzeć mi do chałupy 😝 Co podać? Kawę czy herbatę?
   A to część mojego domowego ogrodu:


"Przestanę być dziwadłem, jeśli będę co dzień chodził do ogrodu – mówił. – Tam panują czary, wiesz, takie dobre czary. Pewien tego jestem."
- "Tajemniczy ogród"


Mimo słabej wytrzymałości na słońce, kiepskich ku temu uwarunkowań biologicznych itd., ustawicznie ciągnie mnie do klimatu pustynnego, stepowego czy sawann. Od małego dziecka lubię obserwować pustynne jaszczury w sklepach specjalistycznych i w ZOO. Sama hodowałam kiedyś żółwia stepowego, a marzyłam jeszcze mieć Molocha Straszliwego. Jednakże kot wyeliminował żółwia i na tym się skończyło.
   Do tego kaktusy. Kiedyś miałam kilkanaście doniczek z tymi kolczastymi pięknościami. Obecnie mam dwa - przerzuciło mi się na sukulenty. I jeszcze mój ulubiony krzew ciernisty - rozwija się i kwitnie pięknie pod ostrym słońcem na balkonie.
   Marzy mi się chatka na odludziu, gdzie mają być wyłącznie kamienie i piasek. Im częściej bywam w takich miejscach, tym bardziej przekonuję się, że TO JEST TO! Ewentualnie dzieci z podstawówki miały rację - pochodzę z Marsa i podświadomie tęsknię za domem ;]

Cierń.


Takie hobby ma swoje plusy, można wyjechać na bardzo długo i mieć pewność, że nic nie zdechnie. Jabłonki są posadzone w specjalnych doniczkach samonawadniających (mojej roboty). W przyszłości zostaną podarowane mojej mateczce chrzestnej do jej sadu. Ma tam już moje sosny wyhodowane z nasionek. Początkowo wysiałam je w domu jak jeszcze mała byłam - moje pierwsze rośliny to były właśnie jakieś chwasty z łąki i te sosenki.

Kiełkująca jabłoń.
Podobają mi się także rośliny mięsożerne. Próbowałam wyhodować muchołapkę, ale dwie zjadł kot, zaś trzecia zdechła po pożarciu osy. Nie mam do nich farta...
   Takie gatunki to jednak inna galaktyka, ale nie znaczy to, że nie będę jeszcze próbować.

Pierwszy owoc mojego drzewka cytrynowego.
Niedawno przestrzegałam Was przed wydawaniem pieniędzy na niebieskie storczyki. Ich wygórowana cena bierze się stąd, że pędy, na których dopiero pojawiły się pąki, zaszczepia się błękitnym barwnikiem. Efekt zostaje na jedno kwitnienie, potem okazuje się, że nasza roślina jest po prostu biała. Co nie oznacza, że nie jest piękna.
   Ten storczyk ma największe kwiatostany ze wszystkich jakie posiadam w domu.


Pewnego dnia nabyłam drogą kupna storczyka miniaturowego. Głównie z ciekawości, oraz że kwitł tak jak jego większy odpowiednik, który już miałam w domu. W ten sposób zbudowałam bardzo miłą dla oka kompozycję:


Mały okazał się mieć intensywniejsze kolory od dużego brata. Zrobił się taki po roku, osobiście uważam, że to kwestia prawdziwych promieni słonecznych i dobrego nawozu. Widocznie gdy go kupowałam, za długo wcześniej stał w sklepie, a teraz wybarwił się tak mocno, że przyćmiewa urodą nawet wielki, dorodny storczyk za nim.
   W uprawie nie różni się niczym od zwykłych, większych braci.

Mój pierwszy storczyk. W tej chwili siedzi w największej donicy jaką udało mi się kupić.
Dostałam go od męża, kiedy dopiero próbował mnie poderwać ;)
To był szczęśliwy wybór, bo nie lubię dostawać kwiatów ciętych. Są przecież bezużyteczne...

"Zdaje mi się, że nikt nie potrzebuje kaprysić, gdy ma wkoło siebie takie śliczne kwiatki i tyle cudnych, dzikich roślin, co tu się pną i zwieszają, i takie miłe stworzonka, co sobie budują domki i gniazdka i ćwierkają a śpiewają."
- "Tajemniczy ogród"

Nastąpiły zmiany. Podjęłam decyzję o skasowaniu strony Mad House. Oficjalnie odpowiadam, że po prostu nie lubię się rozdrabniać, że chciałam mieć JEDEN blog. To także prawda, ale nie jedyna:
   Mad House był jedynie kumulacją wielu przeczytanych przeze mnie prac, z których wyodrębniałam i publikowałam tylko konkretne, interesujące mnie fakty, a te zawsze podpisywałam nazwiskiem autora. (Taki skrót wszystkiego, co znajdowałam w Internecie na dany temat)
   Mad House prowadziłam w sposób dość powszechny - zbierałam informacje do kupy i podawałam w postaci jednego, zwięzłego artykułu. Tak naprawdę ciężko było wynaleźć coś oryginalnego, bo nie tylko ja tak robiłam. Zawsze otwierało się pół tuzina stron, na których widniało dokładnie to samo, więc zasępiłam się pewnego dnia nad trafnym pytaniem - po co mam to powielać?

Nad Renem.
"Zauważono ostatnio, że myśl - po prostu myśl - może być silna jak prąd elektryczny, dobroczynna jak promienie słoneczne lub zabójcza jest trucizna. Dopuszczenie do siebie myśli smutnych lub złych jest tym samym, co zakażenie organizmu, na przykład zarazkiem szkarlatyny. Skoro więc dopuści się do osiedlenia takiej myśli na stałe, może to mieć zgubny wpływ na całe życia."
- "Tajemniczy ogród"

Mad House to nie był portal autorski, a prowadzenie go, sprawiało, że przy okazji sama uczyłam się nowinek w dziedzinie sportu i dietetyki. Natomiast nigdy nie ukrywałam, że to nie jest moja wiedza.
   Mimo iż postępuję w zgodzie z literą prawa, mimo iż znam świat praw autorskich (publikując - muszę), do którego się stosuję i zawsze pilnowałam aby podawać adresy stron, z których korzystałam, angażując się w każdy, kolejny artykuł, pewnego dnia zdarzyło się, iż ktoś doczepił się o kopiowanie, a nawet groził mi.

Sezon plażowy rozpoczęłam na początku czerwca.
Oczywiście najlepsza plaża to kamienista 😜

To nie znaczy jednak wcale, że mnie ze świata sportu wywieje. W końcu "w drodze donikąd" to blog lifestyl'owy, a nie stricte wędrówkowy. Droga przez życie ma wiele nazw, a przecież chcę pisać głównie o tym, jak kreuję swój świat.
   Wiedzę w dziedzinie sportu i dietetyki nabywam nadal, to jedne z moich większych pasji. Czytam masę artykułów pisanych przez osoby znające się na rzeczy i nie uważam siebie za kompletnego laika, toteż dałam sobie prawo do skumulowania informacji w postaci bloga sportowego, po to właśnie, aby inni poszukiwacze mieli łatwiejszy dostęp również do źródeł mojej wiedzy. Kiedy więc to straciło sens?
   Na łamach "w drodze donikąd" zawsze pojawiały się rozmaite wtrącenia, nie zawsze pisałam tylko o wędrówce, a nawet chciałabym, aby pojawiało się znacznie więcej postów z życia wziętych. Chętnie dalej będę dzielić się z Wami sztuką dbania o biologię i fizykę ludzką ale tutaj i w mega przyswajalnym skrócie.

Rzeka Simmi.
Zawsze miałam ochotę prowadzić blog w taki właśnie sposób, a mimo to, rozpoczęłam szturmowanie odbiorców szlakami. ;) Też dobrze, nawet bardzo dobrze, chcę pokazywać jak najwięcej pięknych miejsc, bo cała Ziemia jest piękna.
   W moich oczach nasza Polska jest wyjątkowa, lecz pragnę poznać także jak najwięcej reszty świata, który dla nas wszystkich stworzył Bóg efektem... niszczenia... Nigdy nie zobaczymy świata jakim był przed wielkim potopem. Przychodzi mi na myśl stwierdzenie: przepięknie Bóg poniszczył ten świat 😏 I skoro teraz jest taki monumentalny, to wyobraźcie sobie jaki musiał być niedługo po stworzeniu go jako idealnego...

Zachód słońca nad Mordorem.
Chcąc przekazywać tak samo wiele informacji jak wtedy gdy publikowałam na Mad House, czasem będę udostępniać ciekawe źródła wiedzy na FP, który jest przecież bieżącą stroną do publikacji bloga.
   Wszystkich, którzy lubili Mad House, gorąco przepraszam za skasowanie i obiecuję, że mimo wszystko nie zawiodę i o sporcie lub dobrym żarciu skrobnę tutaj nie raz. Być może nawet, dzięki temu zrobi się na tym blogu ciekawiej :)



"Tak to już bywa, że tylko czasami odczuwa się, jakby się miało żyć zawsze, zawsze. Opanowuje owo czucie niekiedy, gdy człowiek się ze snu zbudzi o jutrzence, znajdzie się sam wobec natury i głowę w tył odrzuciwszy spojrzy ku niebu, ujrzy, jak jego blady seledyn z wolna się rozjaśnia, gdy tymczasem na wschodzie dzieją się cudowne rzeczy, aż wszystko narasta jakby w jeden okrzyk triumfu. Wtedy to serce bić przestaje wobec onego niezmiennego, potężnego majestatu wschodzącego słońca, chociaż zjawisko powtarza się każdego ranka od tylu milionów lat. Wtedy - na chwilkę - zapomina się o wszystkim. Czasem znów opanowuje owo uczucie, gdy się człowiek znajdzie sam w lesie o zachodzie słońca, a tajemnicza, przesycona złotymi promieniami cisza przenika poprzez konary drzew, jak gdyby z wolna opowiadała o rzeczach jakichś dawnych a cudnych. Nieraz poczucie ogromu ciszy nocnej z miliardami gwiazd mrugających i patrzących na nas daje nam pewność, że żyć będziemy zawsze, czasem utwierdzają nas w tej wierze dźwięki pięknej muzyki, czasem spojrzenie drogich nam oczu."
- "Tajemniczy ogród"

U mnie trwają przygotowania do obchodów Święta Włóczykija, które wedle kalendarza wypada w niedzielę, jednakże termin może mi się troszkę przesunąć. Jest jeszcze taki aspekt jak pogoda, więc będę obchodzić swoje święto wtedy, kiedy Bóg pozwoli.
   Przygotowuję także specjalny materiał do poczytania dla Was, który pojawi się deczko przed czasem, a będzie zakrawał o dwa tematy - Włóczykija i życie po trzydziestce, o tym czy coś się zmienia oraz ile jest prawdy o istnieniu legendarnej depresji trzydziestych urodzin.