piątek, 11 listopada 2016

Ostatni wschód letniego słońca.

"Bo tyle wzruszeń wciąż mi potrzeba
niespodziewanych zwrotów akcji,
by odróżnić twój dobry zamysł
od mojej inklinacji,
by dostrzec w półtonach choćby cień dobra,
które ty widzisz, które od ciebie.
By dostrzec w półtonach najmniejszy cień ciebie
w końcu usłyszeć, co chcesz powiedzieć.

A ja ciągle daleko gdzieś znikam
wciąż od ciebie na nowo odchodzę
jak przez okno pociągu obrazy
biegnę w nieznaną mi drogę
kadr po kadrze, spust migawki, stop klatka
kolejna chwila znowu umyka
kadr po kadrze, spust migawki, stop klatka
powoli czuję... czuję, że znikam.

Szepnij mi w sercu, powiedz, że jesteś(...)

Znów zasypiam by zatrzymać bieg myśli
i usłyszeć co próbujesz powiedzieć.
Wiem, że kiedyś wyciszę emocje
i znajdę drogę do ciebie
choć tak trudno dzisiaj o constans
i nic nie jest stałe prócz ciebie.
Wiem, że kiedyś wyłączę internet
i zbliżę się bardziej do ciebie.

- "Szepnij" Naaman




Gdzieś na Bandytce istnieje takie miejsce, na które by wejść, trzeba poświęcić sporo sił. Gdzieś tam pod skalną ścianą, znajduje się wygodna skarpa, na której można usiąść i poczekać aż wstanie dzień. Z kim byście chcieli znaleźć się w takim miejscu w takiej chwili? Z kim jesteście w stanie razem przyjemnie pomilczeć?
   Niemożliwe, a jednak. Z wolna wykopuję się z zaległości wędrówkowych. Co nie umniejsza wielkości mojego archiwum, pełnego nieobrobionych zdjęć, bo jesienią wędrowaliśmy jeszcze więcej. Wg moich rachunków nie ma szans na to, bym wyrobiła się do końca roku z zalegającymi opowieściami. Ale przynajmniej nie będę Was już torturować pejzażami ociekającymi latem, słońcem, bezrękawnikami i szortami. To ostatnia podróż sierpnia, teraz czekają w kolejce jesienne pigmenty ciepłych barw. Same przyjemności przed nami :)
   Aby nasze mózgi jeszcze nie zdążyły się zorientować co my robimy, rozpoczęliśmy wędrówkę o rano. Latarki w dłonie, mąż miał czołówkę, a ja niczym Lara Croft, :P dwie latarki w dłoniach i oświetlałam sobie to drogę, to krzaki, w których coś usłyszałam, a bardzo chciałam zobaczyć jakieś niespodziewające się o tej porze ludzi, zwierzę. Niestety poza usłyszeniem sowy i chrobotania tu i ówdzie, nie doświadczyłam żadnego sensacyjnego spotkania. Może nie uwierzycie, ale pierwszy raz słyszałam sowę w jej środowisku naturalnym.


Stella matutina albo gwiazda zaranna, jutrzenka czy szatan, obojętne.
Dla nas Lucifer, dla starożytnych to była Isztar, bogini wojny i miłości.
Pewne moje odkrycia zwiastują, iż my tak naprawdę nie znamy nawet imienia szatana,
który sprytnie ukrył się w tej naszej niewiedzy i głupich zabobonach. "Lucyfer" to przykrywka.

Zaczęły dziać się w moim życiu pewne rzeczy znamionujące zatrzymanie się w miejscu, czego osobiście nie toleruję w ogóle w świecie. Bo kiedy świat stawał w miejscu, należało się ruszyć samemu, a kiedy ja stawałam w miejscu, świat wydawał się zapieprzać jakoś tak nienaturalnym pędem.
   Tym sposobem mam już 33 strony książki o wreszcie uporządkowanym wstępie i wydarzeniach wprowadzających do wątków, których jest nadal za mało lecz to dopiero początek mojej pierwszej, spójnej konstrukcji, zawsze tworzyłam fragmentarycznie... dlatego właśnie otworzyłam nowy rozdział i z kolejnym rankiem i gorącą kawą, zamierzam wykreować swymi słowy następną, potrzebną mi w tej historii postać i cieszę się, że teraz rzetelnie mogę zabrać się po prostu za kontynuację. Niniejszym ogłaszam, że jestem w szale twórczym.

Ta głupia mina wpatrzona w horyzont, ukazuje, że jeszcze wgl. nie dotarło do mnie,
że przed chwilą lazłam pod górę, ani nie dotarło do mnie, że stoję na Bandytce.
Ciężko ze mną o poranku...
Tak naprawdę świat wcale nie stoi w miejscu i nigdy nie stał. To my nie dostrzegamy jego biegu, z każdym świtem i z każdym zmierzchem. Z każdą wiosną i z każdą jesienią. Choć cykle są powtarzalne, nie nudzą tego, kto obserwuje wszystkie wschody słońca, bo zauważa, że każdy nowy dzień budzi się inaczej.
   Od kilku tygodni mam tą możliwość, że rano o siódmej wychodzę na spacer albo na jogging. I nie było jeszcze dwóch takich samych wschodów słońca, dwóch tak samo ułożonych na niebie chmur, ani takich samych kolorów. I my też żyjemy cyklicznie, budząc się co rano i kładąc się spać co wieczór. Ale nigdy nie wstaniemy z takim samym zapałem do życia, albo z takim samym dąsem z powodu czekającej nas zagłady w obliczu jakiegoś nieprzyjemnego wyzwania. Musimy jedynie zrozumieć, że nic nie dzieje się bez przyczyny, że Bóg bardzo mądrze poukładał elementy naszej układanki i niektóre sprawy są nieodzowne. Jak np nasza osobowość, która potrafi popchnąć nas do sukcesu lub zwieźć nas na manowce.




To dużo trudniejsza układanka, niż nam się wydaje. Ma w sobie mnóstwo detali, malutkich elemencików niedostrzegalnych na pierwszy rzut oka. Bo dwoje ludzi, których by postawić w takich samych sytuacjach, zupełnie inaczej zareaguje i zupełnie inaczej zadecyduje o tym, co ma być dalej.
   Bóg dał nam wolną wolę wybierania, ale sam podkłada nam nierzadko kłody jako impulsy do zmieniania życia na lepsze, więc niby przydarzają nam się podobne rzeczy, ale nadal nie możemy się spodziewać, co będzie dalej. I nigdy, przenigdy nie sugerujcie się tym, że ktoś był już w takie samej sytuacji i przegrał. Nie bójcie się uwierzyć, że wy ten bój możecie wygrać.



To były cholerrrrnie gorące dni, schyłek sierpnia powodował, że muchy mdlały i szyby topiły się w oknach. Dzięki Szwajcarii zaczęłam z wielką empatią i współczuciem myśleć o wszystkich wampirach jakie poznałam na łamach wielu książek i filmów - ja już wiem jak one się czują kiedy w blasku słońca następuje samozapłon. Mimo iż generalnie ja nie umieram na słońcu tak efektownie, ale bywało, że nie raz prawie umarłam czując, że chyba wysycham na wiór...







Gdy wracaliśmy na dół, a słońce pięknie prezentowało się w lesie, w tym oczarowaniu był jeden haczyk - zaczęło brakować powietrza.
   Z naprzeciwka szło dwóch mężczyzn. Padł za naszymi plecami komentarz, który wymienili między sobą: "robi się kurewsko gorąco". Tak, tak, ja im po prostu zaczęłam współczuć, że jak dotrą na bandytkową sawannę, będą jak jajeczko na patelni - bezbronne i słabe. Mnie się już całe białko ścięło, a była dopiero szósta.
   Lato, lato i po lecie. Wreszcie można bezpiecznie wyleźć ze swej pieczary na dobre. Nic nie oczyszcza bardziej duszy niż deszcz. Nic nie oczyszcza bardziej ciała z zarazków, niż jogging w deszczu.

14 komentarzy:

  1. Witaj Hexe.
    Fajnie sobie wędrować zacienionym lasem.
    Fotki super.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję serdecznie za odwiedziny. Nocą w lesie jest najspokojniej ;) polecam.

      Usuń
  2. Witaj!
    Cudnie fotografie, jak zawsze ciekawy post- dziękuję:)
    Jesiennie, ale kolorowo pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby mi ktoś za notatkę dziękował... TO JA WAM DZIĘKUJĘ, ŻE TO CZYTAĆ CHCECIE!! :*

      Usuń
  3. Robisz dokładnie takie zdjęcia lasu i drzew, słonecznej poświaty na nich, jakich ja bym się chciała nauczyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem o co chodzi i z doświadczenia Ci powiem - nabądź lustrzankę. Cyfrówką się nie da, lata próbowałam różnych czarów i marów, szczególnie robiąc zdjęcia pod słońce.

      Usuń
    2. Jeszcze trochę czasu minie. Dopiero co kupiłam telefon, ponieważ mój już ledwie zipał. Lustrzanka mi się marzy i jest moim kolejnym celem.

      Usuń
    3. 10 lat pracowałam na cyfrówce i doprawdy nie wiem jakim cudem ja osiągałam jakieś efekty, przyznam próżnie, że całkiem niezłe.
      Po przejściu na lustro niektóre rzeczy dopiero teraz stały się możliwe, jak np to, że ja decyduje, który plan ma być najostrzejszy, oraz że nigdy nie jest za mało światła. Dlatego polecam.

      Usuń
  4. Myślę, że odwiedzanie takich miejsc, jak to, bardzo inspiruje, wyzwala energię, która drzemie stłumiona w murach wielkich miast czy w czterech ścianach. Ściskam kciuki za Ciebie i życzę udanego szału twórczego! :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już dawno powiedziałam, że wychodzenie do natury powinno być przepisywane na receptę wszystkim mieszczuchom. Mniej by depresji było na świecie.

      Usuń
  5. Jestem pod wrazeniem kadr ktore udostępniłas są niesamowite nie pomijając Twojej osoby super serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie, mnie to wytnij, gdzie ja takie zomby zaspane... :P

      Usuń
  6. Przez to matkowanie stałam się strasznie ciepłolubna ;)!!! Tęsknię za latem (choć staram się dzielnie znosić kaprysy pogody). Moje dziewczynki są niezniszczalne. Potrafią brykać na dworze w każdą pogodę :).

    Wspaniały spacer o poranku :). My tak często wyruszamy w Tatry. Ale to przez straaaasznie długie doliny :).
    Pozdrawiam serdecznie :)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w jesieni i zimie ja jestem w swoim żywiole. Tęskniłam za chłodniejszymi dniami, kiedyś byłam strasznym zmarzlakiem i ciągle się przeziębiałam. Gdyby spotkał mnie ktoś ze starych znajomych po latach, byłby w szoku.

      Bo najlepiej jest ruszać przed świtem. Dla fotografa "złote godziny najlepsze" (świt i zmierzch) i czasu więcej na spokojne zwiedzania, a nie pędzenie, by zdążyć przed zachodem. Nam jednak zdarza się ruszyć nawet i o 10 rano... ^_^'

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.