wtorek, 8 listopada 2016

Margelhopf - w krainie cieni.

"Zabierz i ukryj mnie
Bo dla ciebie tylko trwam
Pośród kwiatów i cieni
Pośród mgieł spowijających myśli
Wiem!
Mój ogród zniknie
Wszystko zacznie się od nowa"
- Artrosis "Pośród kwiatów i cieni"



Margelchopf, jest to góra wynosząca 2163 m wysokości. Swój szczyt ma w północno-wschodniej części łańcucha Alviergruppe w kantonie St. Gallen.
   Dzięki dobrej dostępności i pięknym krajobrazom, (zwłaszcza w dolinie Renu) jest najbardziej znanym i najczęściej odwiedzanym szczytem grupy zaraz po Alvier [na który, notabene też urządziliśmy wyprawę, ale równo miesiąc później]. Jest łatwo dostępny jedynie od południa, od Buchser - Malbun, o którym pisałam TUTAJ.
   Szczyt Margel widzę z balkonu w dostatecznej odległości, aby zdążył mnie wnerwić. Znacie historię moją i bandyckiej góry, która przesłania mi cały widok z okna, że wielokrotnie próbowałam wdeptać ją w ziemię wspinając się na nią już od każdej strony i w każdym punkcie? Z masywem Alvier stało się tego roku tak samo. I wciąż cholerniki stoją i zasłaniają horyzont!










Masyw jest naprawdę imponujący, już z samego podnóża z dzielnicy Werdenberg widać dobrze te potężne góry. Prawdziwa zabawa zaczyna się po wejściu na wysokość ponad dwóch tysięcy metrów. Tam rozpościera się rozległy trawnik na płaskowyżu. Teren ten jest w dużym nachyleniu.





Wielka otchłań.
Sierpniowa wędrówka w chmurach była niesamowitą przygodą pośród kwiatów i cieni. Wiecie, że ja bardzo lubię takie warunki ;) A do tego niezmącony spokój. Pustka wielkiej ciszy, albo wielka pustka przestrzeni i jeszcze większa cisza... i południowoamerykańskie, trawożerne ssaki parzystokopytne.




Lazły za nami jakiś czas.
Później pojawiła się na szlaku garstka ludzi.


Sam wierzchołek, na który najpierw trzeba się wspiąć, wynosi 2167m To było wyzwanie, ponieważ mam syndrom kota, czyli wlezę wszędzie ale gorzej z powrotem na dół. Na szczęście lęku wysokości też nie mam, więc bez obaw, było spokojne jak na wojnie.

Tam na górę.


Tak jest - to szlak.
Przed wspinaczką należało schować aparat do plecaka, więc aby nadać smaczku moim słowom o ostatniej prostej na szczyt, dodam dwa zdjęcia pochodzące z sieci. Jednak w dowód na zwycięstwo, na szczycie koniecznie musiało powstać selfi z tabliczką na krzyżu. Zaryzykuję stwierdzenie, że minimum doświadczenia górskiego tutaj nie wystarczy.

źródło: internet
Łańcuch wskazuj którędy przebiega ścieżka.
źródło: internet

Z każdym rokiem moje wykwalifikowanie jako łazika górskiego będzie zdumiewająco rosło. Obecnie jest sto razy lepiej niż przy moich początkach gdy nie docierałam na żaden szczyt, rezygnując z dalszego podejścia po trzech czwartych, ale i zdarzało się zawracać już w połowie. Teraz nie ma szlaku, którego bym nie skończyła tam, gdzie planowałam jeszcze w domu. A jak potem zejdę? A kto by się martwił jak zejść, zanim wejdzie?



W mojej skali trudności od 1 do 10, szlak oceniłabym na czwórkę, czasem piątkę, ale ostatni, skalny odcinek to zdecydowana dziesiątka+. Muszę zaznaczyć, że choć straszę i straszę - podróż ta nie wymagała żadnego szczególnego sprzętu, wyłącznie dobre buty. Nie było potrzeby asekuracji linowej czy innych gadżetów alpinistycznych. Wzdłuż pionowego szlaku na skałach, wisiała solidna linka do przytrzymywania się. Margel jest zdobywany przez osoby w przeróżnym wieku, nie należy się bać, ale przystoi być świadomym każdego kroku.




W górach, w każdych górach, tych niskich, czy tych arcywymagających, trzeba zachować zdrowy rozsądek i zawsze szczególną ostrożność, bo głupi błąd może nas kosztować utratę zdrowia albo sprzętu. Jak dotąd straciłam jedynie pokrywkę od obiektywu, ale to było dawno, mam już nową, tym razem przywiązaną na sznureczek ;) Stare kontuzje nie wracają, tym pewniejsza jestem, że to co robię, jak robię, idzie ku lepszemu.
   Przede mną jeszcze sporo ambitnych planów, dużo trudniejszych podejść i jeszcze bardziej denerwujących gór za oknem. Jestem pewna, że jako człowiek umiejący mierzyć siły na zamiary, zdobędę te szczyty, których zdobywanie nie zagrozi utracie zębów. I mam nadzieję, że mi wierzycie, wszak słowo pisane jest prawomocne ;)




Kosmiczny był ten teren ze skałkami pociętymi na paski. Jak krajobraz z innej planety, można było oczy wypatrzeć.




Jego lordowska mość na czubku świata, kontempluje ciemność pod gęstniejącymi chmurami.
Ciemność niby taka cwana, ale jak zapalić światło, to już nie.


Po czym oznajmił, że zamierza w tej ciemności zniknąć w celach badawczych.



Zostawił mnie z parzystokopytnymi z rodziny krętorogich. A one tak dziwnie świdrowały mnie wzrokiem...


Gdy zdobył jedzenie, powrócił.


"Cicho jakby cały świat,
zgasił światło - poszedł spać."

Przypomniała mi się jesienna wyprawa w to samo miejsce. Wówczas wystąpiła mi boleść z rodzaju tych co przychodzą wtedy kiedy nie trzeba, ale jak to prawił Bolesław Prus: "pluń na wszystko, co minęło: na własną boleść, na cudzą nikczemność... Wybierz sobie jakiś cel, jakikolwiek i zacznij nowe życie". W końcu zmiany na lepsze rodzą się w boleści, a jak ją pokonałam? Ostatecznie sama na szczycie Bandytki tak dawno temu, że już nawet nie pamiętam gdzie to jest w moim blogowym archiwum. Ale pamiętam jesień na Margelu i zachęcam do obejrzenia dla odmiany czerwono-rdzawych połaci TUTAJ. I pamiętajcie, że nadmiar boleści staje się kolebką geniuszu albo zbrodni... Walczcie z nią zawsze.
   Nawiasem mówiąc cieszę się, że wtedy nie dotarłam do tej szczytowej skały. Pewnie bym się połamała albo zabiła, a mąż nie chcę w spadku bloga przejąć, więc szkoda by było.





A na parkingu zastaliśmy taki old mobil:


Nawigacja:

Powiększ.
Z innej beczki: ogromnie mnie irytuje, że wejście na Staubern jest nieczynne od wiosny. Czując olbrzymi niepokój, podjechałam niedawno rowerem pod samą Bandytkę, aby zajrzeć i ewentualnie spontanicznie ruszyć na górę i wreszcie zrzucić z siebie ten ciężar trwogi i napięcia, aż tu nagle na sam środeczek drogi wyleźli trzej panowie w żółtych kamizelkach, aby mnie zawrócić. Ostatni odcinek drogi do samego początku leśnego szlaku zastawiony jest samochodami robotników, co już widziałam przez ogołocone jesiennie drzewa. Wezbrał we mnie jeszcze większy ferment. Rajzefiber przemienił się w popłoch... Na Staubern wciąż jest remont. Ale przecież tam jest Moje Miejsce! Moje siedzisko do rozmyślania, medytowania i może w przyszłości do czytania książek nawet! Jak można było pozbawić mnie kryjówki na pół roku?!! Rozumie mnie ktoś?

Na szczyt wiedzie kolejka, która aktualnie jest wymieniana, wraz z całymi słupami i linami, na nowe, stąd cały galimatias.
Bandytka w pionie jest wykarczowana doszczętnie z drzew. Widać stojące maszyny.
Strasznie długo im to idzie., przecież na tej górze już jest zima, a końca robót nie widać...
[zdj. z września]

11 komentarzy:

  1. Parzystokopytne przeurocze! Wrażenie zrobiły na mnie też niebieskie dzwonki wyrastające ze skały. No i te widoki zza mglistej zasłony.
    Na tę ścieżkę to ja bym nie wlazła za nic!!! Podziwiam Wasze umiejętności. Selfi zasłużone. :))
    Przepięknie wygląda to całe górskie bogactwo. Wspaniale, że znajdujecie czas na te górskie wędrówki.
    Dziękuję za życzenia szczęścia i powodzenia, nadal czuję, że potrzeba mi trochę Waszej energii, żebym mogła pójść o krok dalej i rozpocząć na dobre także moją tu przygodę. Ty już swoją żyjesz. :)
    Uściski serdeczne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Smutno byłoby rzec, że żyje się prawdziwie tylko raz w tygodniu, kiedy można znaleźć się na szlaku gdziekolwiek, daleko i dziko położonym. Ale jest w tym jednak trochę prawdy, bo żyje się najlepiej tam, gdzie zew ciągnie przez resztę dni tygodnia - w lesie pod chmurami. Zawsze tak było, że w domu gnuśniałam, że musiałam wyjść, pojechać gdzieś, wsiąść w pociąg albo pobiec do pobliskiego lasu chociaż... Moje życie w Polsce różni się pod względem wędrowania od tego, co mam w zasięgu teraz, jedynie położeniem geograficznym i tym, że aby polubić to miejsce, musiałam z tym walczyć rok czasu. I teraz jest dobrze.
      Mam nadzieję, że Ty nie będziesz przechodzić nawet w połowie takich problemów z adaptacją w nowym kraju, jakie ja miałam.
      Życzę Ci z całego serca pozytywnego natchnienia do zwykłej codzienności, aby ta Ciebie nie przyćmiła, a była sama w sobie inspiracją do wstawania każdego dnia.

      Usuń
  2. Witaj Hexe!
    Jak miło z samego ranka, popijając kawkę, przenieść się, chociaż tylko wirtualnie w tak cudowny, magiczny świat przyrody- dziękuję, bo to zawsze dzięki Tobie:)
    Pozdrawiam pięknie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja dziękuję, że do mojej południowej kawki mogę takie piękne słowa przeczytać :)

      Usuń
  3. Witaj Hexe.
    Mio tak sobie z Toobą powędrować, aczkolwiek nogi mi w... wchodzą.
    Fajne opisy i zdjęcia.
    Pozdrawiam serdecznie.
    michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nigdy nie próbowałam, ale zawsze można wsiąść na alpaki XD

      Usuń
  4. To jest wycieczka jaka marzyla mi sie przez cale lato. Niestety nie mielismy komu podrzucic pacholat, a teraz to juz warunki zimowe w Tatrach ;)!!!
    Piekny, naprawde piekny szczyt!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że tak wyszło. A ile właściwie te Twoje pacholęta mają? Bo tu już czterolatki śmigają samodzielnie na swoich nogach. ;) Ale musiałabyś je gdzieś wytrenować w łażeniu pod górę :P I na szlaku nie nudno, bo wszędzie jakieś zwierzęta są.

      Usuń
  5. Kobieto mam wrażenie, że Ty ciągle jesteś zawieszona między ziemią, a niebem:)
    I chyba ten stan jak najbardziej Ci odpowiada?
    Jak zwykle patrząc na Twoje zdjęcia - ja po prostu czuję to górskie powietrze aż tutaj:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zawieszona? I TO JAK! Moja głowa jest w tej chwili w pełni twórczej O_O i ten stan odpowiada mi jeszcze bardziej!

      Usuń
  6. Piękne krajobrazy, takie mroczne i tajemnicze, ale... i tak najlepsze zwierzaki! :)) Miłego weekendu!

    OdpowiedzUsuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.