środa, 12 października 2016

Schaffhausen i destylaty z mandragory.

Mandragora a. dziwostręt, rodzaj roślin z rodziny psiankowatych, obejmujący rośliny zielne, bezłodygowe z korzeniami rzepowemi, w których dostrzec można podobieństwo do postaci ludzkiej liście zebrane są w rozetę. M. autumnalis a. officinalis, uprawiana na niewielką skalę w Vicovaro, Rowan i Ymlac, dziko rośnie rzadko. Jagody zielone, następnie żółknące, jadane są z octem i pieprzem, liście używają się w stanie surowym. Korzeń m., dziś ceniony w medycynie i farmacji, miał dawniej wielkie znaczenie w zabobonach, zwłaszcza u ludów Północy; wyrzynano z niego figurki ludzkie(airuniki, airauny) i przechowywano w domach jako szacowny talizman. Uważano je za ochronę od chorób, dawały szczęście w procesach, kobietom zapewniały płodność i łatwe porody. Strojono je w sukienki i na nowiu dawano nową odzież. Korzeniami m. prowadzono handel, a cena ich dochodziła do sześćdziesięciu florenów. Do tegoż celu używane były korzenie przestępu (ob.). Wedle zabobonu był korzeń m. używany do czarów i czarodziejskich filtrów, a także trucizn, przesąd ten powrócił w okresie polowań na czarownice. Zarzut zbrodniczego posługiwania się m. postawiono m.in. w procesie Lukrezii Vigo (ob.). Używać m. jako trucizny miała też legendarna Filippa Elihard (ob.).


Effenberg i Talbot,

Encyclopaedia Maxima Mundi, tom IX



Schaffhausen po naszemu Szafuza. Miasto w północnej Szwajcarii nad Renem, położone przy granicy z Niemcami. Szafuza biła własną monetę od 1005 r., gdy została niezależnym państwem-miastem. Przez pewien okres znajdowała się pod panowaniem Habsburgów, jednak odzyskała niezależność w 1415 r. W 1457 r. zjednoczyła się z Zurychem, a w 1501 r. została pełnoprawnym członkiem Konfederacji Szwajcarskiej. 1 kwietnia 1944 roku miasto ucierpiało z powodu omyłkowego amerykańskiego nalotu. Taki pryma aprylisowy żarcik.
   Tym razem pokusiłam się o przygotowanie  p r z e d  wędrówką, a nie jak to zwykle bywało, po powrocie z niej, gdy sporządzałam dla Was opis. Z plikiem arkuszy ze zdjęciami oraz z odręcznymi opisami tłumaczonymi na polski, wybraliśmy się na spacer po starówce Szafuzy. Przy okazji zaprowadzę Was do pewnego zielarza. Zatem komu w drogę, temu pantofle!


   Jest to ostatnia wyprawa maja tego roku. Jak widzicie, majówkę można mieć w każdy weekend, w każdy dowolny dzień tygodnia, wolny od pracy, dlatego nie przejmujcie się, jeśli pojęcie długiego weekendu nie istnieje u Waszego szefa, albo jeżeli przemeldowuje Wasz krótki urlop na inny termin. Wyjechać można zawsze, choćby na jeden dzień, bo przecież czemu nie? I wiem co mówię, miewałam trudnych szefów, a specjalistka od układania grafików, była lustrzanym odbiciem Małej Mi. Lustrzanym, więc w pewnym sensie przeciwieństwem, bo choć faktycznie nieduża wzrostem, wredna i bezczelna, a do tego złośliwa, czasem nawet agresywna, to jednak nigdy nie była zadowolona z siebie. A Mała Mi była zawsze. I miała bardzo pozytywny stosunek do życia. W czym tkwi siła?
   Księgowa, choć zawsze się starała, nigdy nie przebiła się przez mój pancerz stoicyzmu i pogodnego nastawienia jak i przez moją nieukrywaną wdzięczność do układanych przez nią planów zajęć. [mogła sądzić inaczej i w tym tkwił podstęp] Nic bardziej nie może wyprowadzić z równowagi, niż obnażone, choć efemeryczne, to jednak wylewnie pokrzepiające uczucie na widok grafiku. (A że tak naprawdę komplikowała mi znaczną większość spaw prywatnych, to już inna sprawa ;)) Skąd mi się to wzięło? Mnie szkolili w tym o dziecka!
   Taki Włóczykij na przykład: uwielbia dobrą kawę. Jest osobą, która woli samotność niż przebywanie w gronie przyjaciół, ale mimo to jest przyjacielski, empatyczny i mądry. Lubi piesze wędrówki, nienawidzi wszelkich zakazów - wypisz wymaluj ja. ;) :P
   Jak już dawniej wspominałam, mnie wychowywały głównie książki, bo rodzice wychowali mnie tak, abym te książki czytała, a nie jak większość moich rówieśników, którzy po skończeniu szkoły, innego druku poza czasopismem w ręce nie miało.
   I tak, poza baśniowym Włóczykijem z całym arsenałem cech, które przysposobiłam, jest jeszcze to moje nieznośne mądrowanie się, o czym trzeba by się przekonać osobiście, aby zrozumieć, że mam całą gamę potwornych wad ;] Jest bowiem jeszcze jedna postać fikcyjna, która na łamach wielu tomów długiej sagi, wielokrotnie dawała dowody swej inteligencji i wiedzy, która obejmowała bardzo wiele dziedzin. I to przez ową postać, w którą zapatrzona jestem od piętnastego roku życia, (czyli później niż Włóczykij), stałam się upierdliwa w dyskusji z czym przyjaciele walczyli większość czasu i polegli z kretesem. Jednak dnia pewnego postanowiłam okiełznać samą siebie. Ale wyłazi mi to sporadycznie, za to ze zdwojoną siłą... na przykład odpowiadając na pytanie, zanim jeszcze rozmówca zdążył je dokończyć, o czym kilkukrotnie już przekonał się mąż, podejrzewając mnie o umiejętność czytania w myślach. Nie, to tylko pewna forma wyuczonej przenikliwości. Teraz raczej staram się słuchać ludzi do końca ;]
Ale i zalety są.
   Zaczęłam stosować w życiu bardzo ważną zasadę wyssaną właśnie z książek A. Sapkowskiego. Wspomniany bohater uważa, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, jest to tylko kwestia pomysłu i pozytywnego myślenia. Hmmm, a myśleliście, że z czego mi się to wzięło? Nie samo, nie w tym wieku, nie z głowy zbuntowanej nastolatki z depresją, kontemplującej przemijanie. Dzisiejszą siebie zawdzięczam przede wszystkim książkom. Temu, że jakiś pisarz potrafił mnie zainspirować, a przede wszystkim zaimponować mi czymś lepszym.
   A owa postać pojawi się w poniższych cytatach, czym mam nadzieję, wzbogacę zabawę na moim blogu.



Zegar astronomiczny.
Dom kultury i późnobarokowa fasada z barokowym portalem.
Najmłodszy z Trzech Króli. Symbol obywateli miasta.
Warto wspomnieć, że tutaj święto trzech króli ma troszkę inne znaczenie,
bowiem wówczas odbywa się karnawał. A wieczorem jest darmowa zupa.
Elegancka, późnogotycka kamienica. Kiedyś mieściła bydło i gości. Została przebudowany w roku 1608.
   Wykusz i portal - niemiecki renesans. Freski: wół, oznaka domu oraz ludzie z historii babilońskiej i starożytnej Grecji. Głównie bohaterowie wojny trojańskiej.




Tutaj kiedyś było więzienie, od którego kamienica otrzymała nazwę: Grosser Kafig [wielka klatka]
Kościół protestancki. Budowa trwała od 1000 do 1990 roku.
Styl wewnątrz gotycki. Jest trzecim co do wielkości, kościołem w Szwajcarii, ma szerokość 34m.
Organy pochodzą z 1879r. 67 przystanków, 3 manuały i wbudowany klarnet.
Ten instrument naprawdę ma czym oddychać.

Munot. Twierdza miasta, jego symbol. XVI w. Dziś jest to centrum kultury. W letnie soboty na dachu odbywają się tańce przy muzyce na żywo. Ponoć tańczyła tu kiedyś jakaś Française. Ponoć jest sławna.
   Po wakacjach odbywa się tutaj gruba impreza z fajerwerkami.














W Szafuzie znajduje się największy klasztor w Szwajcarii. Jest częściowo romański z XII wieku, częściowo gotycki z XIII wieku, a otacza go ziołowy ogród, dziedziniec, i cmentarz. I tu zapraszam Was do w/w zielarza i zarazem bohatera moich najulubieńszych skiążek :)

Klasztor Benedyktynów był głównym klasztorem w południowo-zachodnich Niemczech aż do jego zniesienia w 1529 r. Został założony w 1049 jako dom-klasztor Nellenburger. Został zreformowany około 1080 przez William'a Hirsau'a.














- Co to za dziwny zapach? - spytał nagle Geralt. - Nie czujecie?
- W rzeczy samej - krasnolud powęszył jak wyżeł. - Dziwnie śmierdzi.
- Zioła - Percival pociągnął swym wrażliwym, długim na dwa cale nosem. - Piołun, bazylia, szałwia, anyżek... Cynamon? Ki diabeł?
- Czym śmierdzą ghule, Geralt?
- Trupem - Wiedźmin rozejrzał się bystro, szukając śladów wśród traw, potem kilkoma szybkimi krokami wrócił do zapadniętego dolmenu i lekko postukał płazem miecza o kamień.
- Wyłaź - powiedział przez zaciśnięte zęby. - Wiem, że tam jesteś. Żywo albo pchnę w dziurę żelazem.
   Z doskonale zamaskowanej jamy pod głazami rozległ się cichy chrobot.
- Wyłaź - powtórzył Geralt. - Niczego ci nie zrobimy.
- Włos ci z głowy nie spadnie - zapewnił słodko Zoltan, wznosząc nad dziurą sihill i groźnie przewracając oczami. - Wychodź śmiało!
   Geralt pokręcił głową i zdecydowanym gestem nakazał mu odstąpić. Z dziury pod dolmenem zachrobotało ponownie i ostro powiało ziołowo-korzennym zapachem. Po chwili ujrzeli szpakowatą głowę, a potem twarz ozdobioną szlachetnie garbatym nosem, należącą bynajmniej nie do ghula, lecz do szczupłego mężczyzny w średnim wieku. Percival nie mylił się. Mężczyzna w samej rzeczy przypominał nieco poborcę podatków.
- Mogę wyjść bez obawy? - spytał, unosząc na Geralta czarne oczy pod lekko siwymi brwiami.
- Możesz.
   Mężczyzna wygramolił się z dziury, otrzepał czarną szatę, przewiązaną w pasie czymś w rodzaju fartucha, poprawił płócienną torbę, powodując kolejną falę ziołowych zapachów.- Proponuję, by schowali panowie broń - oświadczył spokojnym głosem, wodząc oczami po otaczających go wędrowcach. - Nie będzie potrzebna. Ja, jak widzicie, żadnego oręża nie noszę. Nigdy nie noszę. Nie mam również przy sobie niczego, co można by nazwać godziwym łupem. Zwę się Emiel Regis. Pochodzę z Dillingen. Jestem cyrulikiem.

A ja zapraszam na spacer po ogrodzie ziołowym :)
   Jest to rekonstrukcja średniowiecznego ogrodu, w którym rośnie aż 60 gatunków roślin leczniczych.








Mandragora officinarum L.
   Bardzo długo kontemplowałam tą roślinę. Kilkakrotnie do niej podchodziłam i znów się zatrzymywałam. Zastanawiałam się nad dwiema rzeczami: czy jak ją wyrwę to zacznie wrzeszczeć i rozwali mi bębenki oraz czy jak ją zjem to mnie pokręci. Wszak ma własności narkotyzujące. Żadnej z tych rzeczy nie sprawdziłam, przecie ona nie moja, jednakże w celach badawczych, mam zamiar nabyć cebulkę i stosować.
   Stosowana w produkcji środków przeciwbólowych, zwłaszcza w chorobach reumatycznych. Jako roślina lecznicza, mandragora jest obecnie prawie zapomniana, używana sporadycznie jako składnik o działaniu rozkurczowym.
   Jako roślina lecznicza wymieniona jest już w staroegipskim papirusie Ebersa z 1550 r. p.n.e. Hipokrates zalecał stosowanie małych doz nalewki dla opanowania depresji i stanów lękowych. W czasach biblijnych uznawano mandragorę za afrodyzjak i stosowano w różnych rytuałach płodności. W starożytności mandragorę uważano za środek przeciwbólowy i nasenny.
   Mandragora była atrybutem bóstw podziemnych, zsyłających śmierć, takich jak Hekate, w której czarodziejskim ogrodzie rosła.
   W średniowieczu i później, silnie zgrubiały, rozgałęziony korzeń (tzw. alrauna) tej rośliny był uważany za środek magiczny. Korzeń przypomina ludzką postać i wierzono, że jego kształt jest wskazówką do leczenia odpowiednich narządów ludzi.
   Mandragora była prawdopodobnie składnikiem owianej mgłą tajemnicy maści czarownic. Wierzono, że rośnie zawsze pod szubienicami powstając z nasienia wisielca spływającego do ziemi.
   Toż to stworzone jest dla mnie! Będę robić nalewki i leczyć depresję.




Wnętrze chaty było ciemne i przepełnione ciepłym, oszołamiającym, wiercącym w nozdrzach zapachem, bijącym głównie od pęków ziół i korzeni, którymi obwieszone były wszystkie ściany. Za całe umeblowanie służył barłóg, również usłany ziołami, oraz krzywy stół, zagracony niezliczoną liczbą szklanych, glinianych i porcelanowych buteleczek. Skąpe światło, które pozwalało widzieć to wszystko, wydzielały węgle w palenisku dziwacznego pękatego piecyka, przypominającego brzuchatą klepsydrę. Piecyk otaczała pajęcza sieć błyszczących rurek różnej średnicy, powykręcanych w łuki i spirale. Pod jedną z takich rurek stał drewniany ceber, do którego kapało.
   Na widok piecyka Percival Schuttenbach wybałuszył oczy, rozdziawił usta, westchnął, a potem podskoczył.
- Ho, ho, ho! - zawołał w nie dającym się ukryć zachwyceniu. - Co ja widzę? Toż to najprawdziwszy atanor sprzężony z alembikiem! Wyposażony w kolumnę rektyfikacyjną i miedzianą chłodnicę! Piękna robota! Samiście to skonstruowali, panie cyruliku?
- Owszem - przyznał skromnie Emiel Regis. - Zajmuję się wyrobem eliksirów, muszę więc destylować, wyciągać piąte esencje, a także...
   Urwał, widząc, jak Zołtan Chivay łowi kapiącą z rurki kroplę i oblizuje palec. Krasnolud westchnął, na jego rumianej twarzy odmalowała się nieopisana błogość.
   Jaskier nie wytrzymał, również spróbował. I jęknął z cicha.
- Piąta esencja - przyznał, mlaskając. - I chyba szósta albo nawet siódma.
- No tak... - cyrulik uśmiechnął się lekko. - Mówiłem, destylat.
- Samogon - poprawił bez nacisku Zoltan. - I to jaki. Spróbuj, Percival.
- Ale ja się nie znam na organicznej chemii - odrzekł w roztargnieniu gnom, na kolanach oglądający szczegóły montażu alchemicznego pieca. - Wątpliwe, bym poznał składniki...
- Destylat jest z alrauny - rozwiał wątpliwości Regis. - Wzbogaconej belladonną. I sfermentowaną masą skrobiową.
- Znaczy, zacierem?
- Można to i tak nazwać.
- A jakiś kubek można dostać?
- Zoltan, Jaskier - Wiedźmin skrzyżował ręce na piersi. - Czy wy głusi jesteście? To mandragora. Samogon jest zrobiony z mandragory. Zostawcie w spokoju ten kociołek.
- Ależ drogi panie Geralt - alchemik wygrzebał niewielką menzurkę spomiędzy zakurzonych retort i butli, pieczołowicie wytarł ją szmatką. - Nie ma się czego lękać. Mandragora jest właściwie sezonowana, a proporcje starannie dobrane i precyzyjnie odważone. Na librę masy skrobiowej daję tylko pięć uncji alrauny, a belladonny tylko pół drachmy...
- Nie o to szło - Zoltan spojrzał na wiedźmina, zrozumiał w lot, spoważniał, ostrożnie cofnął się od piecyka. - Nie o to się rozchodzi, panie Regis, ile drachm wrzucacie, ale o to, ile drachma alrauny kosztuje. Zbyt drogi to trunek jak dla nas.
- Mandragora - szepnął z podziwem Jaskier, wskazując na piętrzącą się w kącie szałasu kupkę bulw przypominających małe buraki cukrowe. - To jest mandragora? Prawdziwa mandragora?
- Odmiana żeńska - kiwnął głową alchemik. - Rośnie w dużych skupiskach właśnie na cmentarzu, na którym przyszło nam się poznajomić. Dlatego też tutaj właśnie spędzam lato.

- Andrzej Sapkowski, "Chrzest ognia", rozdział III

Na Klosterstrasse 16 w zabytkowym  klasztorze, znajduje się wyjątkowe, największe muzeum regionu. Pamiętam jak zastanawialiśmy się, czemu między piętrami nie utworzyli jakiejś restauracji. Meandrując korytarzami tej wielkiej atrakcji, można umrzeć z głodu...
   Znajdują się tutaj podzielone na epoki pomieszczenia z ciekawymi eksponatami, makietami odtwarzającymi życie codzienne w danym wieku (niektóre w skali 1:1) i przedmiotami wykopanymi na terenie miasta oraz całego kantonu. Archeologia, historia, sztuka, wszystko w jednym miejscu, a do tego wystawy stałe i specjalne. Muzeum jest interaktywne, można nieźle zabawić się skomputeryzowanym systemem licznych spektakli.

Czynne codziennie prócz poniedziałków, od 11 do 17.

Epoka pierwsza, pierwsi ludzie, czyli: "Biorę dzidę i idę" - Ich nehme die Lanze und ich gehe.



W tej sali stało wiele monitorów dotykowych z prostym interfejsem, na których można było wybrać interesujący nas egzemplarz z danej gabloty, przeczytać jego szczegółowy opis i obejrzeć obracając eksponatem we wszystkie strony, przybliżać i analizować do woli.




Makieta w skali 1:1.
A tutaj mamy postęp:







Znaleziska archeologiczne, szkielety, biżuteria, a także minerały.






Bardzo ciekawa zabawka, książka, która widzicie jak wygląda, niby nic takiego, ale na ekranie naściennym, strony ożywają.


Spójrzcie jak to wyglądało naprawdę:



To było zabawne i zachwycające zarazem. Starożytność. Mięliśmy okazję zerknąć w wizjer, tak jakbyśmy patrzyli prze wizjer w drzwiach podglądając przeszłość.
   Zdjęcie nie jest takie pełnowymiarowe jak realia. Ten pokój stawał się pełnowymiarowym, prawdziwym pomieszczeniem, drżące światło, cień... uczucie nieziemskie.


Malowane rekonstrukcje starożytnych miast, kolejne oraz bardzo szczegółowe i wspaniałe makiety.






Jak składano kiedyś zwłoki, dziś wszyscy wiemy ze szkół. Chowano z ulubionymi przedmiotami, z najlepszą biżuterią, z ukochanym zwierzątkiem jeśli takowe było, lub z jedzeniem. Ale po co przyrządzać coś z wieprzowiny jak można wraz z nieboszczykiem złożyć całą świnkę?
   Po raz pierwszy miałam wielką ochotę obrabować grób. Ten grób, więc raczej to nic zdrożnego okraść manekina... miała na palcu pierścień ze spiralami, dokładnie w takim ułożeniu jak ja mam swoje spirale na szyi. To prawda, nie lubię nosić pierścionków, ale ten bym nosiła O_0



Tu już mamy wieki średnie, kropla codzienności w miniaturze. A po tym przeszliśmy do oryginalnych komnat. Wszystkie poprzednie pokoje były wyremontowane na nowoczesna modłę.






A co to tu robi?! Ano musicie wiedzieć, że kiedyś Szafuza była wrocławska ;)
Perełki historii: księgi, wspaniałe rękopisy... a może ja etatowym skrybą zostanę? Czy jestem dostatecznie wyedukowana w zakresie posługiwania się pismem aby reprezentować przynależność do grupy społecznej, którą można określić jako średnią klasę wyższą?
   Skrybowie uważani byli za część dworu królewskiego, w związku z czym zwolnieni byli z obowiązku płacenia podatków. Seszat miałaby mnie w swej opiece O_o [bogini pisma i rachunków]


Starannie odnowiona płyta nagrobna. Spoczywają tu hrabia Eberhard z Nellenburg,
jego syn Burkhard (po lewej) i jego żona Ita (po prawej).





Posłuchajcie tego nagrania! W muzeum, zależnie od epoki i prezentowanej ekspozycji, płynęła inna muzyka. W części kaplicznej było niesamowicie.


A teraz posuniemy się nieco dalej w czasie. Teraz żałuję, że nie dokumentowałam dat, które były namalowane u wejścia do każdej następnej części muzeum.






Portret ten znamionuje, że przeszliśmy właśnie do najbardziej fikuśnych czasów cywilizacji człowieka. Białe pudelki, męskie rajstopy i trzewiki na obcasie.
   Ten pan, notabene, miał kilka fajnych gadżetów w swoim dobytku, np piękny, grawerowany miecz i kolekcję dybów :P oraz bardzo brzydką rodzinę... Oo
   Choć sam był w sumie niczego sobie z wąsem Dartaniana, gdyby jednak nie ta wielgachna peruka...
   Nawiasem mówiąc, najbardziej lubiłam Aramisa ;)




Na tym obrazie już wszyscy wyglądali paskudnie. Spójrzcie na twarze dzieci...




Memento mori - jedz, jedz, do syta, byś żył!




Taka trumna w zupełności wystarczy. Po co teraz robi się te błyszczące, lakierowane skrzynki, wyściełane atłasem i koronką? Mnie takie pudełko jak tutaj w zupełności by wystarczyło ;)








Sala czasu.



Tablet.  Zrekonstruowane makiety to autentyk pejzaży dawnych czasów, na co wskazywały zdjęcia, które można było dowolnie przeglądać i powiększać.

Niezwyle ciekawa była aranżacja czasów współczesnych od epoki parowozów po szwajcarski odpowiednik PRLu.





Takie domki dla lalek to ja rozumiem, nie plastiki made in China.




To już końcówka naszej wędrówki w czasie. Tutaj mamy das Refektorium, czyli refektarz. W budynkach klasztornych, seminariach duchownych, duże pomieszczenie służące jako jadalnia, charakterystyczne zwłaszcza dla klasztorów średniowiecznych.





Na samej górze, na poddaszu była wystawa zdechłych ścierw. Mniej kolokwialnie mówiąc, wypchane zwierzęta. Mało to interesująca rzecz, nawet kota dachowego wypchali. I jeża Oo
   Mogliby krety zacząć wypychać, bo niektórzy cudzoziemcy, przez to, że nie mają tego zwierzątka w swoich środowiskach ojczystych, nie wiedzą co to kret i potem ciężko jest mi się dogadać. Taką przygodę miałam w szkole z Hinduską i z Malezjanką.
   Postanowiłam darować Wam część tej wystawy, na Boga, każdy przecież widział wypchane truchła.


To była bardzo duża szczęka.
A tu nie lada gratka, bo pszczoły, tym razem coś żywego. Można było obserwować ul zza szyby, a robotnice wyfruwały przez okno połączone z pasieką plastikową rurką. Obserwacja była całkowicie bezpieczna.


A co powiecie na spacer po mieście?











Na każdej rurce jeden wróbel.
A kto tam?
A kuku XD







A od następnego razu zapraszam znów na górskie szlaki, planuje też zabrać Was wgłąb ziemi, do jaskini. Ale wszystko w swoim czasie ;) Doch ich komme!

10 komentarzy:

  1. Witaj Hexe.
    O mandragorze wiele słyszałem i czytałem.
    Jestem zachwycony nową wędrówką, bo trafiłaś w moje klimaty... Przynajmniej ostatnie z Wrocławia, Wschowy i okolic.
    Niedługo będę o nich pisał.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach te starówki :)
      Czekam więc na kolejne opowieści z Twoich wędrówek :)

      Usuń
  2. Świetna wycieczka, świetny wpis, świetne zdjęcia!
    Sagitta zdecydowanie musi odwiedzić ogród ziołowy :)
    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli interesują Ci takie miejsca, może zaintryguje Cię przyszły post :) Co powiesz na ogród botaniczny na dwóch tysiącach metrów? :)

      Usuń
  3. Witaj
    Nie byłam w Szwajcarii, ale dzięki Tobie przenoszę się tam, choć wirtualnie- dziękuję !
    Jak zawsze piękne zdjecia z doskonałymi opisami.
    Jesiennie i cieplutko pozdrawiam;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa, staram się przekazać swoje przeżycia jak najlepiej, to szalenie ważne móc czytać tak pozytywne komentarze.
      Pozdrawiam słonecznie :)

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. A znasz to?

      https://www.google.ch/url?sa=i&rct=j&q=&esrc=s&source=imgres&cd=&cad=rja&uact=8&ved=0ahUKEwjJu9mP6tzPAhWCUhoKHQ-zDoEQjRwIBw&url=http%3A%2F%2Fzszywka.pl%2Fp%2Fwloczykij-lt3--lt3-5102352.html&psig=AFQjCNGcBsfMwQY2vbaX-fOnNQDGAY931g&ust=1476621563436698

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.