sobota, 15 października 2016

Hoher Kasten - ogród botaniczny na wysokości i słówko o tym jakie wybrać buty w góry.

Po raz pierwszy na tym szczycie znaleźliśmy się za sprawą kolejki górskiej. Tamtej relacji nie ma na moim blogu, ponieważ wtedy nie wiedziałam nawet gdzie ja byłam... Ach te porywy serca.
   Szczyt Hoher Kasten ma 1'794 m i znajduje się na Bandytce. W czerwcu tego roku, wreszcie zdobyliśmy ten wierzchołek pieszo. Troszkę jednak oszukując, bo kawałeczek pod górę można było podjechać samochodem. Jest tam parking na Montlinger Schwamm. Nie umniejsza to jakości tej wędrówce, bo 4/5 podejścia było wciąż przed nami. Ponadto wszędzie były krowy.




Dzień nie był na szczęście gorący, a wielkie, kłębiaste chmury łagodziły efekt uporczywego, słońca. Podejście nie jest zalesione, otwarte tereny, pastwiska krów, rozległe łąki, a do słońca coraz wyżej i bliżej. Na szczęście były te kłębuszki.
   Wspominałam Wam kiedyś, że gdzie ja się nie udam, tam zwiedzany teren zawsze jest w remoncie, szczelnie owinięty rusztowaniami i siatkami zabezpieczającymi, niby opatrunkiem przed moim obiektywem. Zamki, wieże, mury, ciekawe zabytki, notorycznie schowane przed mną, aż zaczęłam podejrzewać, że ktoś rzucił na mnie klątwę wędrowców. Teraz wyobraźcie sobie, że ta góra, ten szczyt także była w remoncie. Góra w remoncie! Uwierzycie?! I to nie był jedyny raz...
   Kiedyś chciałam wejść sobie na Staubern, niestety szlak był zamknięty, zagrodzony czerwono-białym płotem ze znakami obwieszczającymi zakaz wstępu. Jak się później okazało, na Staubern jest teraz remont kapitalny. Z dołu można dostrzec nawet dźwigi stojące na samym szczycie.
   Na Hoher Kasten było podobnie, tyle że wejść był wolno. Koparka na tysiącu siedemset metrach - bezcenne... Ale to później. I wszędzie były krowy...




Na samym początku moich przygód z górskimi szlakami, nabyłam sobie drogą kupna w sposób jak najbardziej oszczędny, buty w zwyczajnej sieciówce jednej z łódzkich galerii handlowych. Po niecałym sezonie wojaży, podeszwa zapadła się tworząc swego rodzaju buty pokutne. W czasach inkwizycji były to buty zaopatrzone w kolce pod piętami. Kat czekał, aż ofiara zmęczy się chodzeniem na palcach. Po zdjęciu ich, miałam czerwone, bolesne kropki w piętach, zupełnie jakbym na gwoździu chodziła jedną i drugą stopą. Poszły do śmietnika.

Tacy ludzie wpędzają mnie w kompleksy. Minęła nas dwójka biegnących na szczyt.
Murki ustawione bardzo dawno temu. Bez zaprawy, a jednak przetrwały.

Nadal zauroczona ideą butów za kostkę, mających chronić staw przed skręceniem przy niefortunnym stąpnięciu, nabyłam drogą kupna w jednym z licznych, profesjonalnych, szwajcarskich sklepów, buty górskie na zimę. Byłam zdesperowana.
  Mam je już dłużej niż poprzednie, zawiodły mnie tylko jeden raz, mianowicie kiedy ów podwyższony stan, niefortunnie wbił mi się w jakieś ścięgno. Kontuzja niestety wraca za każdym razem kiedy owe buty towarzyszą stromej ścieżce.
   Poza tym złego słowa o nich nie powiem, bo są niezniszczalne, można stać w nich po kostki w rzece bez obawy o przemoknięcie. Chronią przed śniegiem i mrozem, na trudne warunki przyrodnicze jak znalazł.
   Jednak moja wiara w ideę butów za kostkę legła w gruzach.



Pewnego słonecznego dnia, zmęczona wiosennymi szlakami w tychże butach, powodujących gotowanie się stóp, wpadłam na genialny pomysł o czym za momencik.
   Membrany w butach są bardzo popularne, ale nadal to kwestia sporna. Większość wędrowców poleca wyściółkę skórzaną zamiast syntetycznej membrany. Skóra jest trwalsza i nie powoduje „gotowania” się stopy w gorący dzień. Zimą natomiast, jest idealna. Dlatego, abym je włożyła, muszą być naprawdę fatalne warunki pogodowe.
   I dlatego nabyłam drogą kupna w jednej ze szwajcarskich sieciówek w sposób jak najbardziej oszczędny, buty do kostek. Sztywne, podeszwa twarda, z wierzchu również  jak z kamienia (trochę jak buty BHP), a jednak są bardzo wygodne.
   Przechodziłam w nich całe lato, nie przemokły podczas przedzierania się przez strumienie, (ani w starciu z pianą i szczoteczką), nadal wyglądają jak prosto ze sklepu, mimo iż niejedną górę w nich zdobyłam, w niejedno gówno wdepnęłam i niejedno przeorane przez krowie kopyta błoto przemierzyłam, nie zawiodły mnie.
   Kontuzja nie odezwała się bardziej niż tylko o sobie przypominając, a z czasem całkiem mnie opuściła.
   Jeszcze słówko o membranach: w przypadku niskich butów, które wentylują się dobrze same przez się, nie ma to takiego znaczenia. Buty nie zapacają się od wewnątrz, a membrana sprawia, że bez problemu radzą sobie z brodzeniem w kałużach lub wędrówką przez mokra trawę.


Najbardziej wiosenne zdjęcie z tej wędrówki. :)


A oto zamajaczył przed nami nasz cel.



Przeczytałam niedawno artykuł Łukasza Supergana (znanego wędrowca), który w przekonaniu, że wysoka cholewka stabilizuje stopę i chroni przed potencjalnymi skręceniami, pewnego dnia doświadczył sytuacji, która również go od tej wiary odwiodła. Jak opowiadał, latem w słowackim Čerhovie, chwila nieuwagi w łatwym miejscu wystarczyła, aby w takich wysokich butach maszerował potem 3 dni ze skręconym stawem, a po powrocie musiał na 2 tygodnie wskoczyć w stabilizator.
   Długi czas szukał butów idealnych zarówno na niskie góry jak i na proste wspinaczki i odkrył tzw. buty „podejściowe”, (ang. approach shoes) lekkie, ale wyposażone w sztywną podeszwę, często ze specjalną „utwardzoną” strefą na przodzie, umożliwiającą stawanie na małych stopniach skalnych. Są niskie, ale stabilne i dobrze kontrolują stawianie stóp nawet w trudnym terenie.
   Zatem czym jest faktycznie dobry but w góry? Czym powinien się charakteryzować?

Ren.




But musi stabilnie trzymać stopę, nie pozwalając jej przekręcać się wzdłuż osi podłużnej (czyli niebezpiecznie wychylać na prawo i lewo).
   Aby nasza stopa spoczywała w nim stabilnie, potrzebne jest jeszcze jedno: usztywnienie pięty. To właśnie ta partia buta odpowiada za to, by płaszczyzna na której stajemy, znajdowała się zawsze w pozycji równoległej do podłoża.
   Jestem zdania, że buty z wysoką cholewą są niezbędne w szafce wędrowca, ale trzeba wiedzieć kiedy je zabierać. Zima i pokrywa śnieżna to oczywistość. Wysokie buty konieczne są także w każdym, bardzo trudnym terenie – im bardziej wymagający, tym ważniejszy staje się drugi parametr, jakim jest sztywność podeszwy. Dobrym przykładem takiego terenu są lodowce i moreny lodowcowe. Najbardziej wymagający treking oraz świetny sprawdzian dla butów. Kamory. żwir, piasek, a także rwące potoki - wszystko w jednym miejscu. Pamiętacie lodowiec Gletscheraussichten Morteratsch? Opowiadałam TUTAJ.




Stąd można rozpoznać i nazwać wszystkie szczyty.


Lukę pokazywałam TUTAJ.
Jednym z problemów, jakie sprawiają niskie buty jest wpadanie piasku i żwiru do ich wnętrza, ale to dotyczy także wysokich, do których śnieg wpadał mi garściami, a uwierzcie mi, w ten sposób odmrożona skóra naprawdę boli.
   Wciąż noszę się z zamiarem nabycia drogą kupna jeszcze jednego gadżetu - zabezpieczających przed takimi wypadkami "nakładek" na buty i całą łydkę, ale gdy widzę ceny tej zwykłej ceratki na ekspres lub sznurki, zastanawiam się czy by nie zacząć produkcji własnych na skalę masową, byłabym bogata.
   Jeden z internautów polecał stuptuty dla biegaczy, bo te lepiej współgrają z niskimi butami, którym te fachowe trekkingowe ochraniacze nie zapewniają dokładnego zasłonięcia górnej część buta przed piaskiem, kamieniami, błotem, czy wodą.
   Jest jeszcze jeden plus niskich butów, co już zdarzyło mi się przetestować raz niechcący... Po wędrówce w deszczu lub przez mokrą trawę, niskie buty jednak szybciej schną.

Przydatna rzecz, taka luneta powinna być na każdym szczycie. Lokalizator wierzchołków. Można obracać we wszystkie strony.

Restauracja z obrotową podłogą wewnątrz. Możesz jeść, pić i rozglądać się dookoła bez kręcenia szyją.
Zainteresowanych zapraszam na stronę główną, gdzie znajdziecie menu, a nawet prognozę pogody dla tej góry i kamerkę internetową.




Niskie buty mają mnóstwo zalet. Leżą jak ulał, ale z zachowaniem poczucia swobody. Sznurowanie buta, sięgające prawie czubków palców, pozwala je dobrze dopasować. Dzięki temu latem mogę założyć cienką skarpetę "stópkę", (stopa w żadnym razie nie jeździ mi w bucie), a w chłodny dzień, grubą i nadal mam swobodę w bucie. Pęcherzy i odcisków brak, zdarzyło mi się jedno obtarcie, gdy wywędrowałam w nich pierwszy raz i to jest właśnie ta prezentowana dziś wycieczka. Obtarcie zniknęło na zawsze.
   Przetestowałam już w nich kamienie, drobny żwir i piasek, spoczywające na twardym podłożu. Marsz po zboczu pokrytym luźnym materiałem, gdzie wszystko co leży wokół osuwa się, zmieniając krok w niekontrolowany poślizg. Nie skręciłam kostki, ani nie zdarzyła mi się żadna niebezpieczna sytuacja z powodu butów.
   I jestem pewna, że nie byłabym w stanie przejść normalnie w wysokich butach w 35-stopniowym upale i wytrzymać bez ciągłego myślenia o gotujących się stopach. Jestem mega zadowolona z tego nabytku i polecam wszystkim górskim łaziorom niskie buty podejściowe na górskie wakacje.


Na Hoher Kasten jest jeszcze jedna atrakcja - ogród botaniczny. Pamiętam z pierwszej wycieczki w to miejsce, że cały szczyt był usłany alejkami wzdłuż których rosły podpisane rośliny. W czerwcu fakty były nieco inne, wokół restauracji życiem bardziej tętniły koparki niżeli zieleń... Ale na następne wakacje na pewno będzie tu pięknie.
   Część góry jest już obsadzona i zabezpieczona wygodnymi mostkami dla zwiedzających. Rosną tu na razie pospolite gatunki lecz przywołując w pamięci niedaleką przeszłość, jestem prawie pewna, że roślinność tutaj obrodzi w ciekawsze warianty. Oczywiście tego było już teraz znacznie więcej, ale nie chcę Was zanudzać, więc pokażę tylko kilka sadzonek dla zobrazowania sprawy.




Szczyt - marzenie, ale cholernie ciężkie wymogi.
Widzicie tych dwóch?






Plac budowy. Gdzie się nie obejrzę, tam gruz. Czy wiecie, że nawet na pierwszej randce towarzyszyła mi koparka?

Co powiedzieć... "Uwaga roboty na wysokościach" XD



A potem drogą w dół. Jeśli ktoś z Was miał takie marzenie w dzieciństwie żeby dotknąć chmury, dziś może je zrealizować w górach. Spacer w niej to świetna zabawa w "pojawiam się i znikam". Tylko że... uwięziono mnie i przykuto łańcuchem do skały. Ale jakoś później uciekłam.








Zdobywanie szczytów stało się proste po roku zmagań ze znienawidzonym terenem. Dziś nawet pomyślałam sobie, że przecież zawsze chciałam wędrować w Bieszczadach, a tam też są góry. Najpiękniej byłoby trafić tam którejś jesieni.
   Wiosna czy jesień - rzecz gustu. Pozostaję wierna mej miłości do złota i czerwieni, pomimo że tegoroczny październik tak znów mocno nie zachwyca, ale wierzę, że jeszcze się wybarwi i będzie pięknie.
   Na zdjęciach schyłek wiosny - początek lata. W rzeczywistości czekam już na pierwsze złote szlaki i przyznam, że z nieukrywaną niecierpliwością.








A dalej udaliśmy się innym szlakiem do leśnego jeziora Forstseeli przy którym dosłownie można się rozmarzyć.








Przy brzegu stoi drewniana chatka, w której można wypocząć lub zimą skryć się przed chłodem. O takich chatkach będę jeszcze pisać, szczególnie o tych w wysokich górach. Są świetnie wyposażone, mają łóżka, a niektóre nawet elektryczność.
   My skorzystaliśmy z okazji i posiedzieliśmy chwilkę przy ogniu.





Bo dawno krów nie widzieliśmy...
Pamiętajcie - energia jest w Was. Wiem, że tegoroczna jesień na razie jeszcze nie zachwyca, jest mało słońca, często pada, ale to nie powód aby mieć chandrę. Owszem, mnie to też się zdarza, jest to dzień, w którym kompletnie mi nie zależy, wtedy robię z siebie śmietnik i zjadam pizzę.
   Potem oczywiście żałuję i zastanawiam się na co mi to było, ale psycha ma trochę fast-narkotyku i robi się lepiej - jestem tylko zwyczajnym człowiekiem ze słabościami.
   A prawda jest taka - poddawać się nie warto, pogoda jakaś musi być, to naturalny cykl. Sztuka polega na dostrzeganiu małych, dobrych rzeczy i cieszeniu się nimi. Najważniejsze to robić swoje. "Wiem, że są ludzie, którzy mnie nie lubią i wyśmiewają to co robię. Mają prawo do swojego sposobu życia i myślenia. Nie martwię się tym i nie zajmuję się nimi. Robię swoje, bo wierzę w to, że to jest ważne.
   To ja dbam o to, żeby mieć czas na to, co jest dla mnie ważne. Dzięki temu wiem, że będę mogła w spokoju się tym zająć, nie czekając na niczyją zgodę ani łaskę. Ja jestem odpowiedzialna za to, żeby mieć czas dla siebie."
~B. Pawlikowska


"Wszystko jest dobrze w moim świecie. Dbam o moją wewnętrzną równowagę i spokój, dzięki temu mam jasne i pozytywne spojrzenie na rzeczywistość, która mnie otacza."
~ B. Pawliskowska

   "Wszystko jest dobrze" - powtarzajcie to sobie codziennie ;)


11 komentarzy:

  1. Hej ho! Mnóstwo pięknych zdjęć, pięknych wędrówek. Wiesz, że wyglądasz kwitnąco? I taka chudzina z Ciebie! Jak ja Ci zazdroszczę! Co by nie mówić pięknie tam macie dookoła. Rozumiem Twoje dylematy, bo góry nie są moje ulubione. Ciekawa jestem czy gdybym je miała w okolicy potrafiłabym się z nimi mierzyć tak jak Ty.

    Ja kupiłam już dawno temu buty z Decathlonu. Nie narzekam na nie. Nie przemakają, nie rozwaliły się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Primero - nie chudzina, tylko w sam raz :P
      En segundo lugar - pieprzyć zazdrość. Każdy może być w sam raz, problem polega tylko na tym, że nie każdemu się chce. Mnie się akurat chciało.
      Terceros - Ja problemy rozrywam na strzępy. Nie może być tak, że coś mi sprawia kłopot i dalej istnieje w najlepsze. Wciąż wierzę, że wdepczę te góry w ziemię i będzie równina.
      Ten punkt dotyczy także drugiego, nie istnieje pojęcie "nie da się". Miałam 15kg nadwagi kiedyś. Przy mojej sylwetce było widać jakby mi co najmniej 30 przybyło. To przez kłopoty zdrowotne, mam zaburzenia trawienia i wrażliwe jelita. A jednak można było dalej nie tyć.

      Decathlon zaopatrzył mnie w niedrogie buty biegowe, a są genialne, nie widać śladów zużycia (poza brudną siateczką), podeszwa nic nie wytarta, skórka nie popękała, a nawet w deszcz i po śniegu w nich biegałam. Są żelazne.

      Usuń
    2. Chcesz powiedzieć, że właśnie pieprzysz moją zazdrość? :P No to się porobiło.

      Samo chcenie czasami nie wystarcza (nie wierzę, że to piszę).Forma potrzebuje regularności. Pracuję na zmiany, często zostaję nadgodziny. Otworzyli u mnie nowy fitness, chciałabym chodzić trzy razy w tygodniu, a już wiem, że nie będę wychodzić z pracy o czasie i na te zajęcia nie zdążę po prostu. To są ostatnie zajęcia o 20.00 Biegania nie lubię. Rano wstaję na styk i jadę do pracy. 12 h nie ma mnie w domu. Taka rzeczywistość.

      Mam chore jelita i wieczny balonik. Musiałabym w ogóle nie jeść, aby nie mieć wzdętego brzucha.

      Tak, moje buty też szanuję.

      Usuń
    3. Kiedyś pracowałam na 3 zmiany, nie zawsze na 8, czasami nawet na 12h. Również musiałam zostawać po godzinach. Zdarzały się nocki, rozregulowany rytm dobowy...
      Wykupiłam karnet na siłownię, ponieważ nigdy nie mogłabym określić, czy na dane zajęcia z fitnessu ja zdążę, czy warto się zapisywać. Zmienność mojego grafiku pracy miała zawrotne tempo, a sama siłownia czynna do późna, więc dawało to jakoś radę, póki miesiąc w miesiąc nie zaczęłam pracować wyłącznie na popołudnia. Moja siłownia była czynna od 11 i w ten sposób straciłam karnet.
      Zrezygnowałam z siłowni, ale zaczęłam kompletować sprzęt w domu, nic skomplikowanego, ciężarki i obciążenia na nogi. I wtedy otworzyły się wrota do raju, i to z hukiem!
      Ćwiczyłam kiedy chciałam i ile czasu chciałam. Nie musiałam nigdzie dojeżdżać, oszczędzałam dużo na czasie. Pomimo nieregularnych grafików, udało mi się te minimum 3 razy w tygodniu ćwiczyć, a przeważnie częściej. Na wszystko jest sposób, trzeba tylko pozytywnie przyjrzeć się problemowi.

      Masz na coś nietolerancję. Też miewałam non stop balonik i ciągle mnie bolał brzuch, mniej lub bardziej, ale czułam go. Idź do lekarza i poproś o tzw. 'Food detective', musisz wyeliminować coś, co powoduje ten stan.

      Usuń
  2. Mam w tym roku straszny niedosyt takich gorskich wedrowek. Planowalam, ze w pazdzierniku podrzucimy dziewczynki babci i czmychniemy na dobe w Taterki, a tu tak sie niefajnie pogodowo porobilo. Haha...chcialam polazic w warunkach letnich, jesli przyjdzie co do czego, bede brodzic po pas w sniegu :/.

    Musze sobie kupic takie krotkie treki. Misiek juz dwa sezony w nich zasowa (zdaje sie ze na Rysy w takich wyszedl) i zadowolony bardzo :).

    Piekny szlak, piekne zdjecia!!! Gory zachwycaja mnie zawsze (no chyba ze leje jak z cebra, lub sypie tak, ze na metr nic nie widac ;)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówili, że będzie lało cały weekend, a ja siedzę w domu i patrzę jak słońce tańczy po szczytach. OSZUKALI MNIE!
      Inna sprawa, to mam takie zaległości w opowiadaniu, że może to i lepiej... Oo
      Wiem, że jesień jeszcze nas zaszczyci. W Polsce też. Wiem to i już. Dziś stwierdziłam brak śniegu na okolicznych bandytkach, do dwóch tysięcy można już wchodzić suchą nogą, drzewa zaczynają się wybarwiać, będzie dobrze.
      Ja nie lubię w śniegu łazić, za dużo kryje się pod nim niespodzianek. Idziesz idziesz, a tu nagle wpadasz w puch po pas. Albo szlak nagle znika. Bardzo lubię zimę ale nie na szlaku. Poza tym nie mam odpowiedniego sprzętu i garściami wyciągam śnieg z butów, a to bardzo nieprzyjemne.

      Usuń
  3. Ale pięknie! Aż zapiera dech w piersiach. Widoki oszałamiające, coś niesamowitego... ile bym dała, żeby tam się znaleźć. Rozpływam się z zachwytu po prostu, zdjęcia cudowne, jeszcze tak świetnie, profesjonalnie wykonane:)
    Ach, znam to. Jesteś w jakimś miejscu i nie masz pojęcia, jak się nazywa:D Miałam tak w tym roku we Włoszech, na pewnym absolutnie bajkowym wzgórzu z katedrą, z którego roztaczał się piękny widok na toskańskie wzgórza w blasku zachodu słońca. Dopiero potem sprawdziłam w Internecie lokalizację:)
    No i te nieszczęsne rusztowania. Masakra. Na wycieczce szkolnej, przewodnik: Patrzcie, jaki piękny zamek! No i cóż, może i piękny, ale muszę wierzyć na słowo, bo wszystko jest zakryte. Ale takiej ,,klątwy" jak Ty chyba nie mam;)
    Też czekam na złotą, polską jesień:)
    Pozdrawiam ciepło!
    P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaręczam Cię, że polskie góry są równie zachwycające. Jeśli wyjazd w Alpy jest z jakichś powodów dla Ciebie niemożliwy, zawsze możesz się wybrać w nasze Tatry, widoki Cię nie zawiodą.
      Dziękuję za miłe słowa i pozdrawiamy serdecznie :)
      A&A

      Usuń
  4. Witaj Hexe.
    Kolejna super wędrówka i zdjęcia.
    Niestety nie na moją kondycję.
    Pozdrawiam i do siebie zapraszam.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnio pomyślałam, że po co ja lazłam na Hoher Kasten, skoro zrobiłam zdjęcie z przybliżeniem, na którym w zasadzie widać cały szczyt i restaurację... no po co się męczyć, jak można stanąć pod górą, rozłożyć statyw i gotowe XD
      UWAGA! Jesienne lenistwo mi się załącza :D
      Sam widziałeś na FB, najpiękniejsze widoki bez wychodzenia dalej niż na balkon :D

      Usuń
  5. Widoki oszałamiajace cudowne jak zawsze serdeczności przesylam

    OdpowiedzUsuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.