piątek, 28 października 2016

Monster truck - potworna przygoda!

Ten wspaniały show odbył się w miejscowości Buchs w Szwajcarii. Pamiętam gdy pierwszy raz zobaczyłam reklamę, a był nią monster truck ustawiony na stelażu tuż obok dworca, z tablicą zapraszającą na to wydarzenie. Zwykle narzekam, że w tym kraju nic się nie dzieje, a jeśli już cokolwiek zorganizują, bardzo mocno rozczarowuje. Powiedziałam sobie wtedy, że jak uda mi się tam dostać, to przestanę mantyczyć na brak wydarzeń kulturowych. I stało się, kultura poszła z dymem, Hulk miażdżyć!!
   Pierwszy monster truck powstał w 1974 roku w USA, zbudowano go na bazie Forda F-250, na kołach od maszyny rolniczej. Bigfoot (ang. wielka stopa) to zmodyfikowane zawieszenie w celu zmieszczenia wielkich kół, które grają razem w tej zabawie najistotniejszą rolę. Pierwsze pokazy w USA odbyły się w 1982 roku.
   Zaś w roku moich urodzin, (1987) ktoś pomyślał o miłośnikach destrukcji i zatroszczył się o ich bezpieczeństwo. Powstała organizacja, która nazywa się United States Hot Rod Association. Czuwają oni nad bezpieczeństwem zawodów, opracowali w tym celu przepisy i wymogi techniczne pojazdów, a mnie, dziecię narodzone pod czarną gwiazdą, opętała chęć zobaczenia takiego pokazu na żywo.
   Mam taką niepisaną listę marzeń, wśród których taki pokaz znalazł się już wiele lat temu jednak ilekroć nadarzała się okazja, musiałam z przeróżnych przyczyn obejść się smakiem. Dziś z dumą mogę Wam wreszcie zaprezentować graficznie i filmowo, jak spełniałam swoje iście szalone wishful thinking! :D
   Zatem zapraszam do relacji z niszczenia, miażdżenia i innych pokazów, podczas których hałas i smród gum w takich okolicznościach, to pyłki kwiatów na wietrze i ćwierkanie ptaków.



Zaczęło się niewinnie od sztuczek ze zwykłymi samochodami, które bardzo dobrze znam ze zlotów samochodowych w Polsce, które kiedyś obfitowały w moim życiu. Np Tuning Show, lecz także niemało emocji wywoływały wyścigi na 1/4 mili, ale gdy raz zjawiłam się na tych nielegalnych, zaczęłam się obawiać, czy aby tylko będąc gapiem, także nie łamię prawa i w obliczu tych niepokojących wątpliwości, przestałam na nie uczęszczać.
   Później mój życiorys powędrował w kierunku motocykli i zlotów chopperów wszelkiej maści, ale to już zupełnie inna historia.



A tego nikt się nie spodziewał... Absolutny hicior i istny bandyta na drodze :D




ROLNIK ALFREDO :D

Szczególną uwagę przykuł pokaz wypadku samochodowego z dachowaniem. Teraz już wiem, że jak będę wjeżdżać na autostradę (które słyną z najpoważniejszych kolizji z racji prędkości), profilaktycznie będzie trzeba przywiązać opony do słupków, żeby nie zmiażdżyło szoferki.
   Drugą kapitalną sprawą były pokazy pirotechniczne. Np wleczenie człowieka za samochodem po palącej się jezdni, albo przejazd przez płomienie z człowiekiem na masce pojazdu.


Kierowca musiał wyjść przez bagażnik, bo drzwi nie chciały się już otwierać.



Oczywiście gwoździe programu były masywne olbrzymy i pierwszy kierowca, którego wieku nie pamiętam, ale tak na oko może 5 lat miał. I już miażdżył. Rodzice muszą być z niego dumni z młodego barbarzyńcy XD


Ciekawostki:
Przykładowo, pojazd Devils Dodge jest napędzany metanolem, ma silnik o mocy około 1500 koni mechanicznych, amortyzatory wypełnione azotem i koła o średnicy 66 cali (około 167 cm). Jego silnik może działać do 2 minut, dłuższe działanie może doprowadzić do przegrzania silnika i poważnie go uszkodzić. Pojemność skokowa silników jest ograniczona do 9400 cm³.





Starałam się aby filmy były w miarę możliwości jak najkrótsze, choć wspaniałą jakością nie grzeszą, ale to w końcu aparat, a nie kamera ;]
   Jestem dumna, że udało mi się być na tym pokazie, choć to może dalece odbiega od wielkich show w Stanach Zjednoczonych, gdzie kilka albo kilkanaście monster trucków szaleje na wielkiej arenie miażdżąc całe szpalery samochodów na raz, ale mimo tego, była to satysfakcjonująca przygoda i z listy już wykreślona z uśmiechem.
   W podpunkcie była przejażdżka taką bestią, że nie wspomnę o chęci poprowadzenia chociaż pół metra po płaskim... Może kiedyś uda się i to. Wszak mam jeszcze osobną listę marzeń na USA. ;]

Zdecydowanie mój faworyt!
Na benzynce.
Ma na imię King Kong
i jest na ropę.
Żeby odpalić, trzeba popchnąć...


Niektórych cieszą małe rzeczy i to im wystarcza. Ja potrzebuję wielkich zdarzeń i zjawisk. Wielkie góry, wielkie mgły, wielkie przygody i samochody - wielkie emocje. I wielkie głupoty w głowie mam. Powstała ciekawa myśl: czy wjechałabym Bestią na szczyt Bandytki?


wtorek, 25 października 2016

Kristallhöhle Kobelwald - czyli co we wnętrzu góry piszczy?

"Nie mogę być częścią świata, gdzie mężczyźni ubierają swoje żony jak prostytutki, pokazując wszystko, co powinno zostać ukryte, gdzie nie ma pojęcia honoru i godności, gdzie rzadko można polegać na kimś, kto mówi, że coś obiecuje.
Gdzie frajerzy wierzą, że odnieśli sukces, siedząc rozparci za kierownicami limuzyn ich ojców, gdzie ojcowie mający iluzję władzy, próbują udowadniać ci, że jesteś nikim.
   Gdzie ludzie fałszywie deklarują wiarę w Boga z kieliszkiem w ręku i brakiem zrozumienia podstaw, tego w co wierzą.
Gdzie pojęcie zazdrości jest uważane ze słabość, a skromność jest wadą.
Gdzie ludzie zapominają o miłości, szukając najlepszej opcji dla siebie, a nie człowieka w człowieku.
   Gdzie ludzie wydają ostatnie pieniądze na swój samochód, nie szczędząc środków ani czasu, a sami są tak słabi, że sądzą iż to drogie cacko ukryje ich słabość.
Gdzie chłopcy tracą ciężko zarobione przez rodziców pieniądze w klubach, a dziewczyny kochają ich za to.
   Gdzie nie można odróżnić kobiet od mężczyzn, a nazywane jest to „wolnością wyboru”, zaś idących tradycyjną ścieżką nazywa się upośledzonymi despotami.
Ja wybieram swoją drogę, jest mi tylko przykro, że nie znalazłem zrozumienia, wśród ludzi, na których naprawdę mi zależało."


- Keanu Reeves
Podpisuję się pod tym.



Co we wnętrzu góry piszczy? Ano nietoperze piszczą, ale tylko w nocy, a szkoda.  Atmosfera jaskini jest niesamowita, kryształy kalcytu, stalaktyty, wartka woda jak również dźwięk i warunki oświetleniowe wywierają zachwyt. Wizyta tutaj była wspaniałym doświadczeniem.
   Jest to największe źródło kalcytu w tym regionie, wszystkie części ściany pokryte są białymi lub szarymi, często błyszczącymi kryształkami przez co można się poczuć jak w bajkowej grocie.
   Sekretne jaskinie były niezwykle cennymi miejscówkami dla indiańskich szamanów w Ameryce. Wierzono bowiem, że w głębi ziemi/góry jest jak w głębi duszy tego świata i łatwiej skomunikować się z duchami. Nie tylko jaranie przez szamanów różnego zielska było drogą do świata niefizycznego, to także obcowanie z naturą i spędzanie z nią więcej czasu w odosobnieniu gdzie ludzkie słowa nie mają żadnego znaczenia.
   Jaskinie są zamieszkiwane przede wszystkim przez nietoperze. Jak już kiedyś pisałam odnośnie Indian, wierzą oni w swoje zwierzęta totemiczne, to tak zwane duchy-przewodnicy, które mają bardzo duży wpływ na swojego podopiecznego. Są oni nacechowani charakterem danego gatunku.
   Pisałam kiedyś o ludziach mających za przewodnika pająka lub wilka, (to moi dwaj ulubieńcy duchowi). Dziś jest okazja opowiedzieć o duchu-nietoperzu. A na zdjęciach jaskinia po europejskiej stronie globusa.







Znajduje się tam małe jezioro, postarano się w tym miejscu o ciekawe efekty świetlne. Mnogość strumieni i małych rozlewisk nie przeszkadza w wędrówce, bo korytarz został sprytnie zabezpieczony stalowymi stopniami, po których można przejść suchą nogą. To niesamowite móc usłyszeć szum potoku, który wyłania się z ciemności jaskini.
   Duch-nietoperz patronuje osobom wrażliwym na otoczenie, symbolizuje wyostrzoną intuicję, sny i wizje, więc jest on znakiem tzw. Śniących, czyli zagłębionych w wieszczby z marzeń nocnych. Cechuje ich zdolność do interpretacji snów i podobno są w tym mistrzami, nigdy się nie mylą.
   Jest to bardzo potężny symbol szamanów i medyków. Uczeń nietoperza doskonale czuje się nocą, ma też zdolność "czytania miedzy wierszami". To istota społeczna (żyje w stadzie), ma bardzo silne więzi rodzinne, patronuje ludziom czułym i delikatnym.
   Pan przewodni pokazał nam gdzie są nietoperze i którędy wlatują, ale tylko gdy nie ma ludzi, więc teren był niestety pusty w części dla zwiedzających. Jaskinia ciągnęła się dużo dalej, tam jednak wstęp byłby dużo trudniejszy.







Zwiedzanie jest możliwe tylko z przewodnikiem i cena nie jest szczególnie zawrotna. Żadne specjalne wyposażenie nie jest wymagane, zalecane są wygodne buty, wystarczą sportowe, ja weszłam w japonkach ;]
   Temperatura powietrza w jaskini jest przez cały rok taka sama, wynosi: 8,5 ° C. Warto wziąć jakąś bluzę, ja osobiście weszłam bez niczego, ponieważ był to dzień upalny i marzeniem moim najwyższym było przemarznąć do szpiku kości, co się nie udało, bo ja generalnie nie marznę.
   Dostać się do jaskini można na 3 sposoby. My podjechaliśmy samochodem (i krótki kawałek pieszo), można też oczywiście przywędrować, szlak prowadzący do jaskini jest świetnie oznakowany. Na tej górze znajduje się również idealna trasa dla maniaków Mountainbikes. Wokół jest mnóstwo tras rowerowych.
   Życie prywatne nietoperzy może budzić kontrowersje, jako stworzenie lunarne i żrące komary bez opamiętania, jest szalenie pożyteczne, ale ludzie się ich brzydzą. I pewnie co poniektórych przejmuje zgrozą myśl o człowieku, którego przewodnikiem jest właśnie on. Duch-nietoperz jest symbolem odrodzenia i głębi, ponieważ jest to istota, która mieszka w brzuchu matki (Ziemi), z jaskini niczym z "macicy" Ziemi wydostaje się co wieczór.
   Człowiek, który ma nietoperza jako totem, jest bardzo świadomy swojego otoczenia (współodczuwanie i bliskość z naturą). Czasami nawet zbyt wrażliwy na uczucia innych (szczególna empatia). Dodatkowo jest bardzo spostrzegawczy na poziomie psychicznym i podatny na prorocze sny.
   Zwierzę totemiczne to także nauczyciel. Ten konkretny zwierzak, jakim jest nietoperz, rzuca swemu uczniowi pewne wyzwania na drodze rozwoju duchowego:
- Poznaj swoje prawdziwe "ja"
- Pokochaj naszych wrogów jak samego siebie
- Odkryj "swoje demony"
- Odkryj "podziemne rzeczywistości" (co może być przerażające)
   Nietoperz uczy przede wszystkim aby stawiać czoła najciemniejszym lękom.


Szczegóły:
Kristallhöhle znajduje się nad miejscowością Kobelwald. Zwiedzanie jaskini kryształów zajmuje około 25 minut, ale zaręczam, jest to fantastyczne 25 minut!

Powiększ.
Powiększ.
EINZELTARIFE:
Erwachsene (ab 16 Jahren) CHF 8.00
Kinder (ab 6-16 Jahre) CHF 5.00

Powiększ.

Szlaki zielone - piesi.
Szlaki niebieskie - trasy rowerowe.
Szlaki żółte - hardcorowe szlaki rowerowe.


U wejścia do jaskini znajduje się mini sklepik z kamieniami wydobytymi z tego masywu, ceny są zupełnie przyzwoite.
   Zielone kółko, które czasem noszę na szyi to nie wiadomo co. Sprzedawczyni zapytana o nazwę, rozłożyła ręce, trochę mnie to zawiodło, bo akurat tutaj ludzie powinni mieć grubsze pojęcie niż turysta, tymczasem ja stawiam, że jest to agat mszysty. Może jakiś geolog się wypowie cóż to za minerał?

???

Kwarc i kryształ górski.

Ja i moja sekretna księga z drewnianą okładką. Prezent od męża :)
Prezentuję, chociaż książka nie ma nic wspólnego z jaskinią, co od razu zaznaczam.

wtorek, 18 października 2016

Saxer Lücke - mój osobisty rewanż.

Niektórzy mawiają, że to w niespełnieniu jest prawdziwy czar - tyle można powiedzieć o magii marzeń. Ja jestem z charakteru zdobywcą i za każdym razem, wedle swej dewizy: "marzenia są po to, aby je spełniać"; szturmowałam cały świat póki nie osiągnęłam założonego celu.
Zaś później ze szczęścia przechodziłam w wypalenie. Oczywiście było wiele wyjątków, szczególnie myśląc o wspaniałych podróżach, nadal uważam, że marzenia trzeba spełniać lecz może z większym rozmysłem...
   Może żyłam zbyt szybko?
      Ale jak to jest z tymi podróżami? Z wymarzonymi miejscami, w których już się znalazłszy, czar pryska.

UWAGA: post z przymrużeniem oka, nie należy go traktować dosłownie w każdym calu (tylko w 3/4). Nie mam depresji.
   Z uwagi na często powtarzające się (lub wyraźnie sugerowane) jedno niecenzuralne słowo, ten wpis powinny czytać osoby pełnoletnie.
   Ale dowodów nie będę sprawdzać...


był to lipiec
Bo z tymi miejscami to tak właśnie jest, że marzysz, marzysz, myślisz sobie jak to będzie, oglądasz zdjęcia w internecie, a potem jesteś i... i co?
  Nie mówię wcale, że nie ma w tym żadnej radości, a nawet są takie miejsca, że po powrocie do domu jest tak wielki niedosyt, aż łezka w oku tańczy.
   Są jednak i takie miejsca-marzenia, w których będąc, odczuwamy zachwyt tylko przez chwilę i tuż po nim coś troszkę jakby pęka w sercu. Pikanteria zamienia się w trochę nazbyt mdłą słodycz.
   Pomyślałam sobie, że gdybym faktycznie straciła ten żar wędrowania, wypalenie i rozczarowanie wędrówkami, byłaby to renta chorobowa mojej duszy. W roztargnieniu zgubiłabym swą fotograficzną pasję, a całą swą ochotę do życia oblekłabym w szaro-zimne pajęczyny goryczy.
   Tymczasem wiele osób mi zazdrości, że jestem tu w potężnych, monumentalnych Alpach... no i co?Ludzie, no i co? No i możemy sobie zaśpiewać piosenkę Elektrycznych Gitar "Wszystko Chuj". Znacie?

"...Byłem w Ryjo, byłem w Bajo, miałem bilet na Hawajo
Byłem na wsi, byłem w mieście, byłem nawet w Budapeszcie
Wszystko chuj, o ja wam mówię wszystko chuj..."

Zaprzyjaźniłam się z blogami góro-maniaków, którzy wędrują po polskich górach i podziwiając ich zdjęcia, zauważyłam zupełnie szczerze, że nie ma różnicy między ich szlakami, a moimi. "Ja wam mówię wszystko..." Czarownik, czarownik! Zepsuć się pokrętło od radia! I ja Wam mówię: CZAROWNIK NIE MIEĆ PROBLEMU! Mimo iż łezki tańczą na myśl o Mazurach, któryś urlop poświęcę na pewno na polskie góry. Bo to jest dostępne. Dla każdego. Tak samo jak Alpy są dostępne dla Was.

Na Saxer Lucke byliśmy w maju, foto-relacja TUTAJ, a teraz ja  s a m a  postanowiłam w ramach rewanżu wejść na Bandytkę tym samym szlakiem.
   Nazwałam tę wędrówkę rewanżem, ponieważ jak (jeśli) pamiętacie, ta góra wysłała mnie do lekarza. I szłam i nuciłam piosenkę Elektrycznych gitar i szłam...





Equisetum arvense to roślina, którą można spotkać w całej Europie, m.in. w górach. Rok temu przyglądałam się tej miniaturowej jodełce, myśląc, że to młode drzewo... Ta gafa obiegła pół światu, bo pochwaliłam się znaleziskiem publicznie, a to żadne drzewo przecież.
   Częściej mylony jest z chwastem. Są w internecie artykuły o tym jak pozbyć się skrzypów z działki, tymczasem ludzie powinni je po prostu zbierać i suszyć dla zdrowia.
   W celach leczniczych wykorzystuje się zielone pędy o wysokości około 40 cm, które zbiera się od połowy lipca do końca sierpnia.
   Suszy się je w warunkach naturalnych, w temperaturze do 40 st. C. W ten sposób otrzymuje się ziele skrzypu Herba Equiseti.
   Działa uspokajająco i hardocorowo moczopędnie, co wykorzystuje się w leczeniu schorzeń dróg moczowych.
   Poleca się stosowanie przetworów ze skrzypu polnego kobietom zmagającym się z obfitym okresem, gdyż działa przeciwkrwotocznie. Pobudza produkcję czerwonych krwinek, przez co zapobiega anemii, na którą narażone są kobiety z nadmiernymi krwawieniami miesięcznymi. Tym samym jest doskonały jako środek przyspieszający gojenie się ran, m.in. po oparzeniach. Można go stosować zewnętrznie w postaci okładów także w niektórych chorobach skóry, np. łuszczycy, lub w formie płukanek w stanach zapalnych jamy ustnej.
   Dzięki zawartości krzemionki, skrzyp został spopularyzowany jako remedium na słabe paznokcie oraz włosy.
   Skrzyp uzupełnia niedobory magnezu i potasu, ale UWAGA roślina ta zawiera antywitaminę B1 – substancję doprowadzającą do niedoboru tiaminy w organizmie, więc lepiej jej nie przedawkować.



Mój mąż lubi wejść na górę w dzień słoneczny, żeby mógł zobaczyć cały świat. Dla mnie z kolei boskie widoki to chmury i mgły. Widok nie jest jednostajny, a ja wyobrażam sobie, że za moment zobaczę drzwi do Minas Morgul...  Albo do Mordoru, też ładnie.
   Zawsze było trzeba mi wrażeń. Wchodzę na nie praktycznie cały rok i ja Wam powiem, że "wszystko..."
    I szłam tak jeszcze przez gęsty las, przez omszałe kamory i szłam i szłam.










Na górze, jak się potem okazało, nawet nie było takiego wiatru jak poprzednio na Bandytce i jak w inne poprzednio i jeszcze innym poprzednim razem. Aż dziwnie... O_o Bo tam zawsze wiało. I wtedy pojęłam swoje zwycięstwo! Góra zamilkła i honor mi zwróciwszy, delikatnie tylko świerszczową nutą mi zagrała, którego to potem mrówki wpieprzyły.






Lubię spojrzeć sobie przez chaszcze na świat. Wtedy wszystko takie małe tam w oddali wydaje się błahostką, wtedy moje życie z całym dobytkiem i wspomnieniami tkwi w zawieszeniu, bo na szlaku jest ktoś inny - już nie ja. Ktoś wolny od zgiełku codzienności, od obowiązków, czysty, niezatruty cywilizacją, opętany przyrodą, jej dźwiękami. Na szlaku nikt nie jest bogaty ani biedny. W górach wszyscy są sobie równi, bo w górach nic nie należy do człowieka poza powietrzem, marzeniami, wiatrem i niebem... Będąc samotnie na szlaku, pojmiecie wszystkimi zmysłami, że w górach powietrze pachnie wolnością. Nareszcie ujrzycie to, czego nie dostrzegaliście dotychczas.




Zdjęcie zostało wykonane kierując obiektyw w górę. To miałam nad głową.


Słońce świeciło, trawy się zieleniły i w zasadzie to "wszystko...". Dosłownie jakbym poszła tylko rekonesans zrobić czy świstaki już się parzą. Otóż nie, jeden tylko był, zdradzę Wam sekret, że parzą się teraz. I kiedyś Wam o tym opowiem, ale póki co, opowiadam o lecie wolnym od wychowania seksualnego wśród świstaków. W końcu wakacje.




Smog fotochemiczny powstaje w słoneczne dni przy dużym ruchu ulicznym. Podczas gorącej, słonecznej pogody, kiedy to mieszanka czynników zanieczyszczających powietrze, zwłaszcza spalin wchodzi w reakcję ze światłem słonecznym, w wyniku czego powstaje trujący gaz, czyli ozon. Gaz ten może być przyczyną trudności w oddychaniu.
   Obserwowany jest najczęściej od czerwca do września, przy wysokiej temperaturze (pomiędzy 25 a 35°C) i słabym wietrze.
   Tlenki azotu i węglowodory obecne w spalinach samochodowych w obecności światła wchodzą w reakcje prowadzące do powstania silnych utleniaczy (m.in. ozonu), formaldehydu, acetaldehydu, PAN oraz nadtlenku wodoru.
   Powodują nie tylko kiepskie efekty na zdjęciach (smog potrafi zepsuć nawet najlepsze prace, objawia się w przekłamanych, przesyconych kolorach).
   Dla kogoś kto dopiero przyjechał do kraju autostrad, samolotów i śmigłowców, na dzień dobry może dostać zapalenia oskrzeli (znam dwie ofiary), oraz trudności z oddychaniem np podczas snu.
   Dlaczego ludzie, jak dzieci zajmują się psimi odchodami, a nie zajmują się gównem, które spada nam na głowę z samolotów i wydobywa się z aut? Gówno na chodniku mnie nie zabije.





Dlaczego chodzę po górach? Ludzi można podzielić na dwa typy: Na tych, którym nie trzeba tego tłumaczyć i na tych, którzy nigdy nie zrozumieją.
   Życie jest tym, co przechodzi obok Was gdy jesteście zajęci robieniem planów. A emocje? Te są jak chmury. Płyną, a już za chwilę rozpierzchają się i znikają na dobre. To, czy spadnie deszcz, zależy wyłącznie od Was, od nastawienia. Czy chmura będzie kojarzona tylko z cieniem i chłodem, czy może zostanie pięknym zjawiskiem atmosferycznym?
   Emocje przychodzą, mącą nam w głowach, działamy pochopnie - nie warto. Warto wycofać się na chwilę, uspokoić się i choćby nie wiem jak mordercze to były myśli, raz jeszcze w samotności je przeanalizować i postąpić słusznie. Nie ważne jakie miewamy emocje, ważne jak reagujemy na nie.
   Tak samo jest między ludźmi, nasze reakcje budują więzy. Im więcej w nas życzliwości i pozytywnego myślenia, tym szybciej ludzi, którzy nas otaczają, uleczymy z uprzedzeń i agresji. Negatywne nastawienie bywa zaraźliwe tak samo jak pozytywne. Zarażajmy więc dobrem!










I wreszcie dotarłam do celu. Stanęłam w tej Luce no i co?


I tak stałam. Popatrzyłam sobie w obie strony, nawet trochę głodna się zrobiłam, zjadłam co tam miałam ze sobą, postałam sobie jeszcze trochę...
   Czasami w tej kotlinie potrafi uwięznąć chmura. Lubię chodzić w chmurze, tak samo jak wychodzę na spacer o 7 rano, (a czasami wcześniej), tylko po to żeby pospacerować we mgle.
   I ta myśl, że jestem wolna, że mogę wszystko, że mogę podjąć każdą decyzję, że wszystko leży w zasięgu moich rąk, absolutnie wszystko może sprawić radość także praca nad sukcesem.




Pokonałam giganta z przyjemną łatwością, oceniając trudność wędrówki  w skali od 1 do 10, na piątkę, momentami szóstkę. Poprzednia ocena była mocno zawyżona przez panujące tam warunki atmosferyczne. Zimą i wczesną wiosną nie należy wchodzić na Bandytkę.
   I mimo że już tu byłam, to wejdę jeszcze kiedyś. Mimo że z tych gór widać to samo "i wszystko...", ja będę dalej na nie włazić. Bo mogę. ;]
   Gdy znów obiorę kurs na Saxer Lücke, celem będzie trasa jaką obraliśmy poprzednim razem: Sax -> Saxer Lücke -> Staubern -> Ruine Hohensax -> Sax. W maju nie udało się nam, a w lipcu wyznaczyłam tylko Lucke jako cel. Poza tym za dużo emerytów łaziło po grani, aby iść dalej. Serio, bałam się spaść. Pamiętam jeszcze siłę polskich emerytów biegnących do drzwi od tramwaju... a ci szwajcarscy mają lepszą kondycję, więc fikać nie będę, a tam naprawdę ścieżki wąskie...


Następnym razem pokażę Wam coś mrocznego i tajemniczego. Zabiorę Was do wnętrza góry i pokażę co sobie stamtąd przyniosłam.