wtorek, 27 września 2016

Saxer Lüce - lekcja pokory.

Nic bardziej nie uczy pokory i respektu do natury jak sytuacja, w której masz okazję przekonać się, jak mocno trzymasz się życia.
   Ta wędrówka z pewnością była najbardziej pouczającą, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mierząc się z granicami swoich możliwości, wiem gdzie następnym razem nigdy się nie zapuszczę, nie w takich warunkach.
   Najwyższą atencję mam do gór w porze zimowej i wczesnowiosennej. Budując swoje doświadczenie na szlakach już przez dwa lata, za każdym razem tak naprawdę, wchodząc na nowy, nieznany szlak, możemy być pewni, że zaskoczy nas coś nowego.
  Zaledwie miesiąc później gdy śniegi stopniały, poszłam samodzielnie tą samą drogą raz jeszcze. Szlak wydał się wtedy aż nieprzyzwoicie banalny, co oczywiście nigdy nie może przyćmić naszej wyjątkowej w górach uwagi i czujności.
   Ta wyprawa była szalona, nierozważna ale i wyjątkowa oraz piękna. Wróciłam. To jest najważniejsze i nie chcę czytać pod spodem żadnych pouczeń itp. Góra sama dała mi reprymendę oraz wysłała z moimi rozwalonymi stawami do lekarza. To było wtedy, a o stawach pisałam dawno temu. Mimo to dalej wędruję z nadzieją, że moja pani doktor nie znalazła jeszcze tego bloga, bo inaczej jak mnie opierdzieli, to Wy w Polsce usłyszycie...

   Lekcja 1 Jeżeli szlak zasypało, ale twierdzisz, że go widzisz, nie idź za wszelką cenę obok niego. Szlak jest po to, aby iść nim bezpośrednio, a nie szukać samobójczych środków zastępczych.
   Lekcja 2 Jeżeli twierdzisz, że widzisz szlak, a w rzeczywistości tak nie jest, nie próbuj udowadniać, że masz w głowie gps i go widzisz jak błękitną linię na mapach google.
   Lekcja 3 Jeżeli jesteś standardowym piechurem, a leży śnieg i ledwo już zipiesz, zaś ktoś hen hen przed Tobą sprawnie porusza się na przód, nie zakładaj, że ma takie samo wyposażenie jak Ty. Ten ktoś może mieć raki i kijki z bolcami, bez których łatwo się poślizgnąć. Mierz siły na zamiary ZAWSZE. Pamiętaj, że w dole jest przepaść.
   Lekcja 4 Jeżeli mijasz kogoś, kto zabiera się właśnie do zawracania, nie próbuj udowodnić, że jednak da się iść dalej. Najlepiej zapytaj się go jakie są dalej warunki.

Przeczytałam na pewnym blogu osoby bardzo doświadczonej w wędrowaniu w trudnych warunkach, że można przed wyprawą w wysokie góry złożyć ofiarę całopalną z kozicy. Rozważę następnej wiosny. 
   A na jej blog zapraszam, bo podaje bardzo przydatne informacje -> KLIKNIJ.

   A teraz przejdźmy do lekcji z fotografii czyli jak nie robić zdjęć, plus kilka przykładów:



Jak większość fotoamatorów czasów współczesnych, zaczynałam od cyfrówki takiej trochę większego kalibru, wtedy to było coś! Na dzień dzisiejszy warta jest niewiele. Jestem też zdania, że aparaty cyfrowe, nawet te najnowsze i najlepsze, nigdy nie przekroczą szczebla amatorszczyzny, sprzęt ten, nie jest postępowy i nawet nowy model firmy, której aparatu kiedyś używałam, nie wykrzesa z siebie więcej, niżeli potrafił mój staruszek. A mimo to, pracowałam na nim przez dziesięć lat, aż się wierzyć nie chce jakie ja na nim prace wykonywałam...

Te kamienne "zęby" to tzw. góry krzyżowe "Kreuzberge", które są punktem kulminacyjnym
szlaku "Saxer Luce". My jednak poszliśmy dalej.

      „Nieważne, jak wyrafinowany i obyty jesteś – z wielką granitową górą nie ma dyskusji: ona przemawia w ciszy do samego sedna twojego istnienia”
- mówił Ansel Adams.

Większość zdjęć z cyfrówki nie była satysfakcjonująca, powiedzmy, że 30 zdjęć ze 100 można było wykorzystać, ale nie bez porządnej obróbki na komputerze. Zdarzały się niesamowite zdjęcia, najczęściej jednak mistrzowski kadr zostawał wypaczony przez jakość fotografii, która pozostawiała wiele do życzenia i nie mogłam już takiego zdjęcia wykorzystać. Była to wina aparatu.
      Kiedy dzisiaj z niejakim sentymentem przeglądam stare zdjęcia, zauważam błędy, których nie popełniłabym lustrzanką. Myślę tutaj o fotografii imprez masowych, o koncertach, stali czytelnicy znają już ten epizod, wtedy prowadziłam innego bloga, aktualnie pozostały w sieci tylko albumy na FP zespołu. Podpisywane jeszcze moim nazwiskiem panieńskim. Jeśli macie ochotę: click, click. I większość z tego albumu: click.
      W górach również zaczęłam się mierzyć początkowo właśnie z moim poczciwym staruszkiem. Co mi dała wymiana sprzętu? Samodzielne decydowanie o tym, co chcę uznać za plan główny. Automatycznie w cyfrówce zawsze był to pierwszy plan, dlatego zrobienie zdjęcia np wodospadu zza krzaków, tudzież pięknie oświetlonego stoku wychylającego się zza innej góry lub w przeszłości, zdjęcie wokalisty stojącego za kolegą, było niemożliwe.

Ostry drugi lub trzeci plan jest możliwy lustrzanką jako cel zamierzony
albo cyfrówką przez przypadek.
Jak się nie umie w pełni obsługiwać lustrzanki, to i tak najlepiej wyjdzie trawa :P
Trzeba wciąż się uczyć, operowanie aparatem nie przychodzi łatwo, kiedy wszystko jest w nim manualne, a nigdy nie mięliśmy styczności z profesjonalnym sprzętem, okazuje się, że cierpliwość i dystans to niezwykle pożądane cechy.
     Choć "spust" pracuje lekko i bardzo szybko, to jednak podczas wspinania się oczywistą rzeczą jest, że zmęczenie powoduje lekkie drżenie, i że po wyjściu na szczyt lub przełęcz, naturalnie od razu chwytamy aparat i... posapując bierzemy się do fotografowania. Doszłam do wniosku, że najpierw trzeba się położyć.


Najlepszym wyjściem jest oczywiście statyw, ale nie wszyscy mają ochotę wlec się po górach objuczeni jak muły. Jak sobie zatem radzę bez żyrafy? Stawiając aparat w bezpieczny sposób np na skałach, jest on wtedy równie stabilny jak na statywie. Aby nie poruszyć nim podczas wciskania spustu, włączam dwu sekundowy samowyzwalacz. Problem polega na tym, że na statywie skieruję obiektyw tam gdzie chcę i jak chcę, nawet pod kątem, a w przypadku naturalnych statywów, zabawa wymaga więcej inicjatywy i twórczego myślenia.
      W górach zawsze dla powodzenia w fotografii, buduję kilka stelli ku czci Matki Fotograficznej... Nie, nie, to rzecz jasna moje grudki "statywy" pod aparat. ;)




Fotografia górska to może być pasja ale tylko dla niezmordowanych i wytrwałych, a najlepsze widoki kryją się we wnętrzu gór – w miejscach, do których musisz dojść pieszo.
      Czasami w tym celu ktoś buduje stopnie i kładki. A czasami nie...



W przypadku fotografii górskiej „odpowiednia pogoda” to nie tylko błękit nieba, lecz także ekstremalne warunki: deszcz, burza czy mgła. Na takie zjawiska warto polować, bo to dzięki nim niektóre zdjęcia tak się podobają – powstały w czasie, kiedy zwykły śmiertelnik siedzi w domu i marzy o słońcu i bezchmurnym niebie. Przykład TUTAJ.
      Fotograficznym sprzymierzeńcem będą wszelkie nietypowe i rzadkie zjawiska. Również wschody i zachody słońca – banalne nad morzem – w górach zyskują na dramatyczności.

Niektóre zdjęcia w tym poście wykonano lustrzanką, niektóre cyfrówką.
Dlaczego nie widać spektakularnej różnicy?
Jeśli Wy widzicie jednak te różnice, piszcie w komentarzach.
Jestem ciekawa Waszych spostrzeżeń :)
Robienie zdjęć górskich wymaga bardzo starannego ułożenia planów: pierwszego – mocnego, drugiego i trzeciego – jako tła. Kolory, mgły, chmury to sprzymierzeńcy. Aby wizja zyskała na głębi i by plany w mniejszym stopniu nakładały się na siebie, duże kontrasty pomiędzy bardzo jasnym niebem, a zacienionymi dolinami należy nieco zredukować, używając neutralnych, szarych filtrów i tu jest pies pogrzebany, bo to trzeba sobie iść i kupić, nie dostajemy tego wraz z aparatem. Dlatego właśnie w punktach horyzontalnych, mam prześwietlone obrazy albo zielone niebo, zaś przy nieumiejętnym użyciu soczewki UV, zbyt ciemne barwy bez głębi albo tzw flary, które potrafią upiększyć zdjęcie, a czasami je zepsuć.
    Zainteresowana plenerem jaki mam wokół, przeczytałam kilka artykułów i wywiadów sporządzonych przez fotografów gór. Zrozumiałam, że w środku dnia niestety panuje światło nieodpowiednie do takowych zdjęć. Tego zdania jest wielu fotografów, ale nie znaczy to, że nie można sobie z tym poradzić. I nie wolno mi podjąć tego akapitu jako wymówki do nieudanej roboty.





      W górskim krajobrazie pora dnia może zmienić wszystko. "Żeby zrobić dobre zdjęcie, najlepiej być w nietypowym miejscu o nietypowej godzinie"
- radzi Wojciech Wandzel.

Piotr Trybalski, którego fotografia ma bardziej podróżniczą dynamikę, radzi:
"Po pierwsze lustrzanka. Dodatkowe obiektywy to zawsze dodatkowy ciężar. Trzeba samemu odpowiedzieć sobie na pytanie, czy je zabierać, czy zostawić w domu.
      Na pewno trzeba wziąć statyw, bo dużo dobrych zdjęć można zrobić jedynie ustawiając dłuższy czas otwarcia migawki, a tego z ręki nie da się zrobić.
      Filtry połówkowe pozwolą zbalansować różnicę pierwszego planu z niebem. Dzięki temu niebo nie wyblaknie na zdjęciu, a nie jest to duża inwestycja, a pozwala wyciągnąć z górskiej przygody najciekawsze zdjęcia. Filtr polaryzacyjny, warto mieć, ale trzeba wiedzieć, kiedy go używać."
      (Temat na inny raz, jak będę mogła coś takiego najpierw przetestować.)





Większość zdjęć, które widziałam na stronach internetowych, przedstawiająca zakątki górskie, charakteryzuje się brakiem zdecydowanej i wyrazistej kompozycji.  Ale ile już takich zdjęć zrobiono...?
      W swoich starych pracach klubowych, gdzie miałam do czynienia wciąż jakby paradoksalnie z tą samą sytuacją, (ci sami ludzie, ten sam układ), wciąż były potrzebne inne, unikatowe zdjęcia. Nauczyłam się dzięki temu jak kreatywnie zarządzać efektami swojej pracy, w każdej chwili mógł powstać nowy, rewelacyjny moment, jakiego jeszcze w albumie nie widziano. I wtedy prędkość migawki była moim utrapieniem. Oj jakże wiele przekleństw padło na utracone okazje, bo mi się cyfrówka nie ogarnęła jeszcze z poprzednim "pstryk", a tu następne trzeba robić... W lustrzance "pstrykanie" jest bajką.




Widok na dolinę Renu. "Rheintal".

W internecie widuje się powielające wyświechtane szablony, a kto ma ambicję robić zdjęcia odróżniające się od innych, musi wiedzieć, że to gorsze niż zawód malarza, bowiem, malarz, jakiego by pejzażu nie wybrał, będzie oceniany za kreskę, farbę, kunszt malarski. Fotograf - za kadr, ogólnie rzecz biorąc za ujęcie, kompozycję etc. Czyli reasumując - tam, gdzie malarz postawi sztalugi - będzie dobrze. Zanim fotograf rozstawi statyw, musi poświęcić kilka chwil na wybór motywu i przemyślenie kompozycji, zamiast pstrykać na prawo i lewo bez opamiętania.

A tam w oddali widać góry, za które zabraliśmy się w tym roku.


      "(...) Zdarzają się chwile, kiedy mam wrażenie, że to Bóg sprawił, iż w tej właśnie chwili i w tym miejscu znalazłem się z moim aparatem, aby móc wykonać zdjęcie."
- Ansel Adams

Moim ulubionym plenerem do fotografowania jest polana gdzieś ponad tysiącem m. n.p.m., przez którą bardzo często przewalają się chmury lub powstają gęste mgły.  Fotografując zjawiska z oddali, mamy gwarant na wspaniałe zdjęcie. A co jeśli ta mgła nas dopadnie i nie widać już nic Fotografując we mgle musimy podkreślić zamglenie, by zdjęcie nie wydawało się po prostu płytkie.

Podobno aby zrobić dobre zdjęcie wystarczy wiedzieć, w którym miejscu stanąć. :)


________________
ŹRÓDEŁKA:
olga.drenda.fotoblogia.pl
fotografwpodrozy.pl
z-ne.pl, artykuł Dariusza Zaróda, fotografa artystycznego


Tak, tak, to też jest szlak, ale nie nasz.

A to już w drodze powrotnej. Cieniste lasy, mchy i nawet kozicę widzieliśmy.



Postęp, który sama obserwuję zajmując się kolejnymi postami na blogu, wypełnia mnie nadzieją, że kiedyś uda mi się dorównać do satysfakcjonującego szczebla zaawansowania w tej dziedzinie.


Jak tu trafić:

Saxer Lücke to nie jest wcale najwyższy punkt tego masywu. Jest to  z a l e d w i e  1'649 m n. p. m. do pokonania z miejscowości Sax. Masyw jest granicą kantonów: Sankt Gallen i Appenzell Innerrhoden. Stanowi on połączenie północ-południe między gminami: Sennwald w dolinie Renu kantonu St. Gallen i Alpstein (gmina Rüte).


Kliknij aby powiększyć.


Słowo "Lücke" możecie rozumieć dosłownie, bo jest to luka. Inaczej przełęcz znajdująca się na grzbiecie między szczytami Hall (1'951 m) w północno-wschodniej części i Chrüzberg (2'065 m) w południowo-zachodniej.
      Jest to jeden z najbardziej popularnych, okolicznych szlaków pieszych. Trasa do przełęczy rozpoczyna się na około 480 m w Sax w dolinie Renu, gdzie można zaparkować samochód. Droga prowadzi dosyć stromo, w tym znaczeniu w mojej prywatnej skali trudności od 1 do 10, dałabym piątkę, momentami siódemkę (końcówka).
      Szlak jest niezwykle atrakcyjny widokowo. Tą górę poznałam już z trzech możliwych podejść, każde inne, każde wyjątkowe.

W razie jakichkolwiek pytań, piszcie śmiało, czekam na komentarze, odpowiem w miarę możliwości na wszystkie :)

piątek, 23 września 2016

Bandytkowe lasy i kwiatki wiosenne.

      Jesień tuż tuż, robi się coraz bardziej kolorowo, żółte listki spadają, już nie ma upałów i mam nadzieję, że prędko nie wrócą!
      Długo padał deszcz, dlatego miałam więcej czasu na to, aby usiąść przy biurku i popracować. Dobra pogoda jest każda i każda nadaje się na coś dobrego. Słoneczna i niezbyt ciepła aura jest dosłownie nachalna - nie potrafię wtedy usiedzieć w domu. Zaś w większość lata (za ciepło) znajduję się w pozycji horyzontalnej do zachodu słońca i wtedy zazdraszczałam sama sobie, że mój horyzont jest 2000 m wyżej niż Wasz.
      Czekałam na ten deszcz, na natchnienie, na ulgę. Na przepiękny zapach orzeźwienia. A kilka dni później w dolinie mgieł pojawiły się właśnie one - mgły tak gęste, że Slenderman gubił się w lesie. Czasami utrzymywały się aż do wieczora. Już słońce nie będzie opiekać nas niczym prosiaki nad... a właściwie pod paleniskiem, już zaszły szanse na ponowny powiew lata, już porzuciły nadzieję bociany.
      Po diametralnym wychłodzeniu naszły Szwajcarię miłe dni słoneczne o temperaturze umiarkowanej 15- 22 stp. C. Mogłoby tak zawsze być... Drzewa z wolna się złocą, błękit nieba zalewany przez kłębuchy chmur, a szczyty górskie są zjadane przez wyższe barankowe tumany. Ależ poetycznie... :P Wciąż mam nadzieję, że kiedyś zobaczę tzw. "chmurę opalizującą". Lubię chmury. Bardzo lubię chmury.
      Tymczasem dla przełamania, na zdjęciach zaprezentuję Wam WIOSNĘ! 🌋🌅🌄
Jest to początek naszej trasy wysokogórskiej z maja. Bandytka w kwiecistej odsłonie.








      Wiem, że zwyczajna, ludzka potrzeba akceptacji ma w tej chwili inną nazwę - Facebook. Też mam FB. Jest to portal, na którym ludzie sami plotkują na swój temat. Spójrzmy na to z przymrużeniem oka:
      Czasami przejrzę FB i dowiem się co jakaś znajoma robiła wczoraj. Czasem pokażę całemu światu co ostatnio sobie upichciłam XP albo ktoś jeszcze inny pokaże gdzie aktualnie jest. W dobie internetu to wiele ułatwia, ale ma to szczególne zastosowanie, kiedy brakuje nam możliwości na spotkania.
      Kiedyś pisałam bardzo dużo listów, miałam 4 korespondentów i oczywiście wyprowadzając się za granicę, zabrałam ze sobą swoją specjalną teczkę pełną kopert i dużych pergaminów listowych, cała gotowa do działania... niestety... - już żadnej więcej przesyłki nie dostałam. Mało rzeczy mnie dziwi, jednak to wprawiło mnie w taki osobliwy... niepokój. Uwaga - kontakty via FB nie umarły. Dlaczego tak jest? A może najpierw powinnam była spalić teczkę w darze dla nimf pisarskich?
      Co więcej, obserwując fejsbukowe tablice znajomych, nie da się nie zauważyć ich marzeń, które ilustrują chciejstwo najwyższe. Wishful fucking thinking!
Czego pragną - to jest w zasadzie nie tak bardzo ważne. Cokolwiek by to było - pragną tego jak najwięcej. Głównie piękna, otaczania się pięknymi rzeczami i bogactwa. Zabawy, imprez i humoru.
      Filmiki z nocnych melanżów, które cierpliwie scrolluję w poszukiwaniu postów z polubionych stron, nasuwają taką refleksję - gdzie jest ten świat gdy dziewczyny podrywało się na wiedzę o książkach, a nie na imprezowy lifestyle? Zechciejcie teraz zaintonować: "Gdzie się podziały tamte prywatki..."
      Dzięki znajomym oglądam wymarzone modele torebek znanych projektantów, selfiki z drogimi samochodami etc... A jeśli już to wszystko zostanie kupione, to co będzie za rok, kiedy w następnym sezonie te rzeczy będą już niemodne?
      Przepraszam, rzeczywiście jestem archeo. Przecież to co mamy w zupełności wystarcza do tego, aby osiągnąć satysfakcjonujące życie.
      Np po dzisiejszej własno-mojo-ręcznej robocie, osobiście wybranymi kosmetykami do pucowania lakieru samochodowego, stwierdziłam, że niepotrzebny nam nowy Mercedes, skoro nasz wózek świeci się lepiej od takowego? Bo właśnie obok nas w miejscu zdarzenia zaparkował nowy, świeżo umyty Merc w tym samym kolorze i zdecydowanie nie był tak lustrzany. A skoro różnica była na korzyść naszego auta, to po co przepłacać? O_o





Dlatego po górach nie chodzi się w trampkach.
      Opowiem Wam teraz coś pro szwajcarskiego, do czego musiałam się przyzwyczaić tutaj, ale temat niewiele odbiega od poprzedniego akapitu. Mianowicie, sprawa prozaiczna: zamknięte sklepy w niedzielę. W Polsce przecież toczy się spór już niemal na dzidy o handel w te dni. "Zapracowani ludzie vs zakupy w weekend"
      Jeżeli jednak nie zabronią handlu w niedziele, to chciałabym żeby nie był to dzień okrutny dla pracowników sklepów. Czy wiecie, że w marketach, właśnie w ten jeden dzień tygodnia, wszyscy pracownicy muszą być w firmie po 12 godzin, a nie po 8 jak w tygodniu? Oczywiście są wyjątki, ale mówię o większościach, a najwięcej jest supermarketów typu Tesco.
      Czy mnie sprawiło jakiś problem, że nie mogłam iść na zakupy w niedzielę? Żaden, wystarczyło przeplanować czas dobowy innego dnia. Ludzie mogliby nauczyć się żyć praktyczniej. Oszczędzając czas, można go znaleźć na szybkie zakupy w sklepiku niedaleko. Nie trzeba wcale włóczyć się pół dnia po hipermarkecie w ramach rekreacji weekendowej. Ja to wiem i pewnie Wy to wiecie - czy to jest rzeczywiście takie trudne?
      Owszem, bo system nas tak zmanipulował, że gdy przychodzi taki całkowicie wolny dzień i dużo zaoszczędzonego czasu, nagle wpadamy w popłoch, bo co tu robić? Znowu oglądać telewizor? A może gapić się w sufit?
      Znajoma bloggerka słusznie zauważyła, że taki dzień bez pracy i handlu wybija ludzi z rytmu. Że jako społeczeństwo, boimy się zebrać myśli, przeanalizować codzienność. Zatrzymać się, zwolnić, przeorganizować listę priorytetów. Słusznie. A zauważyliście jak wielu ludzi boi się samotności? Nie potrafią zostać sam na sam z własnymi myślami - sądzę, że to spójnik u ludzi zjedzonych przez system i pieniądz. Bo pieniądzem przecież trzeba obracać, "harowałem cały tydzień, teraz trzeba go wydać". A ile się słyszało jak pensja u kogoś znikała w dobę i znów było "oszczędzanie i ciułanie"?
      W Szwajcarii w niedzielę są czynne sklepy przy dworcach i na stacjach benzynowych. Ale te w miejscowościach nie są, tak jak w Polsce, czynne na okrągło. Nawet w tygodniu stacje są zamykane, nie ma nocnej zmiany NIGDZIE! (Wyjątek stanowią stacje przy autostradach, taka jest ustawa na chyba całym świecie). I ludzie żyją i nie stresują się, a weekendy spędzają na wędrowaniu lub grillowaniu, często też, swoje wolne dni poświęcają swojemu hobby. Bo tak powinno być!

Carpe diem!






      A w następnej notatce zabiorę Was w podróż prosto pod nieboskłon, do krainy śniegu i lodu. A będzie to przy okazji krótka lekcja "czego nie robić w górach", oraz przykłady "jak nie robić zdjęć w górach".