czwartek, 4 sierpnia 2016

Wyspa Dadaj.

"...Och Warmio moja miła!
Aleś się roztańczyła,
O Warmio moja mała!
aleś się rozszalała,
sąsiedzi z Jedwabna,
O Warmio Moja zgrabna, sąsiedzi z Mrągowa,
Już tydzień jakaś para
stają z nami na głowach. tańczy tango w szuwarach,
Warmińska gburka z chłopem
teściową w opalaczach miota namiętna cza-cza. zajęci są hip hopem.
mieszczański stracił umiar,
Nawet meteorolog tańczy solo na molo. Nawet piernik z Torunia po lasach i po polach
Trzeba się obejść ze smakiem
wywija rock n’rolla. Bo pojął rzecz ciekawą: Kopernik nie był babą.
Kopernik był Warmiakiem!!!..."


"...Tańczymy, tańczymy, tańczymy!
Obrotów nie tracimy!
Gorąca bucha rumba
W zamkowych katakumbach Tańczymy z Mikołajem
Salsę i pofajdoka..."
Nad warmińskim rajem
Tańczymy na obłokach

- Enej "Coppernicana"


  Oto historia o tym jak postanowiłam zostać jarlem wyspy Dadaj w warmińskim raju, ale jednak mi nie wyszło. Po cóż było miecze ostrzyć, buławy w wypustki przysposabiać, puszki prochem wypychać, skoro nie miałam sił by do konia podejść - [to konie podeszły do mnie]? To raczej historia o tym jak zamierzałam wskoczyć do jeziora, ale ze słabości swej niezmiernej względem słońca, zemdlałam do jeziora jak czarnoksiężnik do źródła swej mocy zaraz po tym, gdy ktoś go wyssał z sił. Padłam i mułem przyjemnie chłodnym otoczona, zawoalowana w wodorosty, niczym węże swych złowrogich myśli, zostałam na dnie, stwierdziwszy uprzednio, że tylko w ten sposób uda mi się osiągnąć temperaturę adekwatną do wymagań i potrzeb. Bo na lądzie nawet myślenie zużywało zbyt wiele energii, wytwarzając przy tym zbyt nadmiernie pot i zniechęcenie.
        Lecz to już były moje prywatne problemy z biologią, nie będę winić przecież szerokości geograficznej czy pory roku, jak zwykłam to robić w domu, zdychając w czterdziestu stopniach na pewnej wysokości n.p.m. Tutaj, na nizinie, nie było wcale tak źle. Było jezioro.



  Patrzył z zamku na zapadający na całuny śnieżne mrok i słuchał wycia wichru”... niestety choć moja wyobraźnia jest naprawdę wszechogarniająca mnie i pozwalająca mi świetnie wczuć się w panujący klimat lektury (nawet niekiedy fizycznie), w temperaturze jaka panowała na naszej warmińskiej przygodzie, było to niemożliwe, wręcz abstrakcyjne.
  Obserwowałam muchę na oknie. Oczywiście nie cały czas, nie jestem psychopatą. Nie tego typu... Z godziny na godzinę chodziła coraz wolniej aż w końcu przestała latać i zemdlała. Rozumiecie? Mucha na oknie w słońcu zemdlała. W zasadzie nawet komarów tutaj nie było. Warmia bez komarów to istny raj, nawet z nimi jest nim, ale co z tego, skoro obsesyjne poszukiwanie cienia kończy się na siedzeniu w domku w przeciągu zrobionym w zasadzie nie wiadomo z czego, bo nie było przecież wiatru.
  Czułam się jakby lampa mego życia gasła. Lecz jeszcze nie zaniemogłam aż tak, by miano mnie odnieść do komnat cyrulika, z tymże jeśli nie miałby klimy, to i tak nie dałabym się wynieść. Pomyślałam, że nim zginę, jeszcze zdążę zaśpiewać sobie Anielski Orszak, ale nie uratuje mnie nikt. A będę żyć na tyle długo, że przeżyję swą gwiazdę pomyślną, nadzieję przeżyję i swe zamiary.

- Teksty w tej notatce, natchnione zostały zacną powieścią Henryka Sienkiewicza. Taką to sobie przyjemność zabrałam na dni wolne i leniwe. :)



Czystą wodę mięliśmy.





Zdjęcie w skali 1:1
Gorąco, nie znaczy źle, a dlaczego? Ano dlatego, że był stały dostęp do jeziornego dna, oraz przeciągów w naszej willi.
  Willa zbudowana na kwadracie o skromnym, w zupełności wystarczającym metrażu, była idealna do stworzenia warunków pół cienistych i nadawała się idealnie do poobiednich drzemek.
      Ja takowych nie preferuję, bo jak się budzę po paru godzinach, czuję się jeszcze gorzej. Mąż możliwość tą wykorzystywał namiętnie, o ile wcześniej zdołaliśmy wybić wszystkie muchy, te, które jeszcze zachowywały swą nader irytującą przytomność.


Tak bliziutko mięliśmy do jeziora.
A kopytne, wolno chodziły po wyspie przez cały czas.





Do dyspozycji były łódeczki wiosłowe i żaglówki, które "przewalają" się przez większość zdjęć.




  Co rano rześkość poranka wespół z muchami, wyciągały mnie z łóżka około 6, podczas gdy mąż dryfował łodzią cichobieżną w obliczu niebezpieczeństwa jakie czyhało na niego z głębin czeluści jeziornych, a przynajmniej tak opowiadał, on i kolega od polowań na wodne potwory:
       -   Takie grzbiety wyłaniały się nad powierzchnię! - I pokazują dłonią.


A te rybki, nałapał mąż z pomostu.
Ja łowiłam jeden wieczór, uklejką chwalić się nie będę -_-'
Do pakietu wędkarskiego były dołączone koty w gratisie.
Nie wiesz co zrobić z rybą? Wykarm pyski.
Ostatniego dnia mężowi towarzyszyły 3 pazerne koty.
  Ambicje mięli wielkie jak i te potwory. Oczywiście najbardziej szczęśliwam z tego, iż wracali niepoobgryzani... no bo skoro takie bestie tam były?! Ale czasami słyszałam Morlocki...
   
źródło: świat Warcrafta.
Kilka zacienionych miejsc na wyspie:








Delikatna mgiełka na wodzie.
      Nie mogłam tracić swej formy, moje szczególne uprzedzenie do wakacyjnej atrofii mięśni, motywowało mnie o porankach do treningów. Garnęłam się do tego jak nikt, jednak gdy już po treningu i po kąpieli w luksusowej kabinie z hydromasażem, okazywało się zbyt ciepło aby nawet mrugać, muchy mdlały i potwory spały, generalnie niecierpliwa czekałam na deszcz...
      A z wojny o ląd nadal nici... Upał trwał dwa dni.


  Zaszywałam się na całe dnie w chatce, zupełnie incognito pod fałszywą tożsamością (dla niepoznaki założyłam nawet spódnicę, że niby nic, słaba białogłowa), a dla pokrzepienia, wlewałam w siebie napoje regionalne, niestety nie te same co zawsze, bo o dziwo nie zastałam ich na półkach austerii.
      Aż nagle nadszedł deszcz!


      Akurat tego dnia przyszedł mi pomysł do głowy, aby - skoro konie przyszły do mnie - pójść w końcu do koni. Nie dotarłam na drugi koniec wyspy za pierwszym razem, zwykle kończyło się na zaplanowaniu, ale samo spojrzenie na mdlejące ciała much, zniechęcało mnie do wyjścia z azylu, że niby jeszcze nogę miałam wyżej zadrzeć do strzemienia?
      Ale gdy już ta burza dała o sobie znać, wiaterek podkręcił mój wigor, wsiadłam na konia bojowego, ale natura burzy sprawiła, że i wtedy musiałam skapitulować, nawet go dobrze nie rozstępowałam, a tu wichura, że ho ho! Do ust miałam poprzyklejane wszystkie paproki, kurze i piaski z wyspy.
      A koń odważny albo... zbyt leniwy, by się płoszyć. ;) Właścicielka sama powiedziała, że on na burzę wykazuje zerową reakcję. Że można by pociągiem koło niego przejechać, a on będzie stał spokojnie i trawkę skubał. Dobra uwaga dla osób, które chciałyby się nauczyć jeździć, ale mają złe wspomnienia, np o spadaniu z konia, który przestraszył się dzwonka od roweru, co miało miejsce w moim przypadku. Tzn. nie spadłam, ale blisko było.
      Pedro boi się jedynie parasolek. Ściślej mówiąc, tego momentu jak się otwiera parasolkę. Na wojny by się nadał.
      Toteż zdobył moje serce tajemniczy Don Pedro z warmijskiej krainy. I zaniechałam planowania zdobycia wyspy.
      Nie zostałam jarlem i dobrodusznie ocalały niewinne istnienia. Skoro w mojej książce na wakacje Kmicic stał się dobrym i sprawiedliwym, to ja też. Ale to nadal nie znaczy, że my bezpieczni i zrównoważeni jesteśmy...





  Cóż, nikt wcale nie mówił, że urlop to rzecz łatwa, i że podbijanie cudzych włości to prosta sprawa. Zostały jeszcze wieczory, godzina policyjna, czy coś w tym rodzaju... okoliczny mafiozo wespół z kompanem wychodził skoro zmrok na zwiady. Trzeba było mieć się tedy na baczności i w razie opuszczenia swego azylu, schować wszystkie rzeczy do środka i zamknąć chatkę, gdyż oni krążąc po ośce, zwykli przywłaszczać sobie cudze zmiano, lub... zjadać je na miejscu.


  Za dnia było bezpiecznie. Wszyscy mdleli, a żelazo bitewne grzało się do czerwoności. Równie ciekawie było nad ranem, gdy Dadaj-Mafia krążyła już we trójkę i pod osłoną ludzkich snów, ok 6 rano sprawdzali, co by tu jeszcze można z tarasu ściągnąć... Osobliwa przygoda. Przyznam, że osły były bardzo zabawną odskocznią od rzeczywistości każdego dnia. Miłe były.


      Nie jest to typowa prezentacja miejsca, w którym zażyliśmy z mężem spoczynku, oraz przecież nie czas cały słońce grzało wysuszając mnie na wiór. Pora na moją prywatną opinię.

      Wyspa Dadaj na Warmii to doskonałe miejsce na wypoczynek dla rodzin z dziećmi. My jako wędrowcy prowadzący ciche i spokojne życie w zgodzie z naturą, troszeńkę mięliśmy niesmak z powodu odgłosów kolonijnych z drugiego brzegu jak i ustawicznie kurwującej rodziny z naprzeciwka. W rozjątrzenie wpędzała mnie też rodzina głośnych plotkarek i ich szalejące po plaży pociechy, a na ostatnie dwa dni naszego turnusu, zjechała się nam do domku obok rodzina z dzieckiem, co definitywnie już rozstroiło wypoczynek. Momentami byłam pełna nerwacji i zniechęcenia. Przez to właśnie, jestem uprzedzona do takich ośrodków wypoczynkowych.

      ALE to nie jest wina ośrodka, ani właścicielki, toteż moja recenzja jest w tym momencie niemiarodajna i nieadekwatna do rzeczywistości. To po prostu dokazujący goście, a jak wiecie, ja sobie bardzo cenię ciszę. W czas urlopowy lubię sobie spokojnie siąść na łonie natury, wydziczyć się i np. przeczytać książkę. Powyższe przeszkody udaremniły mi to i przekreśliły efekt tego, jak to nazwałam "wydziczenia".

      Obstawiam, że poza sezonem urlopowym musi tam być niezmącona cisza, ponadto jezioro oferuje dostatek ryb dla wędkarzy, co jest wykorzystywane namiętnie przez zapaleńców. Organizowane są tam zawody w połowach.

      Do tego dla miłośników koni, w ofercie jest Pedro, koń, który kocha galopować. Czasami nawet aż za bardzo, ale uwierzcie mi, galop przez kwitnącą łąkę na wyspie to nieziemskie uczucie!
      Pedro to koń dla ambitnych, wyrabia charakter. Bo czasem ma tak, że jak batem nie świśniesz, to za cholerę nie ruszy :P






      I osły, na potęgę całego wścibstwa i wszędobylstwa, te zwierzęta genialnie rozprawiły się z codziennością, właściwie nie było dnia żeby czegoś nam nie zwinęły z tarasu i to ma się na plus. Jeśli ktoś oczywiście lubi takie "problemy" ;)


      Podróżując w te rejony w poszukiwaniu cichego azylu, ciszy nie znaleźliśmy, ale gdyby ktoś z dziećmi miał ochotę na odpoczynek w uroczych okolicznościach natury - te wszystkie dzieci sprzęgają się do wspólnej zabawy, a rodzice mają czas dla siebie - tak to działało. Dlatego z czystym sumieniem mogę Dadaj polecić wszystkim familiom.

      Szczegóły dla zainteresowanych urlopem na Dadaj: TUTAJ.

8 komentarzy:

  1. Ladne miejsce :)!!! Moze kiedys je odwiedzimy... jak moje pociechy nabiora wiecej wigoru do uprzykrzania zycia innym ;)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może po mamie takie pełne wigoru 'paskudy' będą? :P

      Usuń
  2. Witaj Hexe.
    Lubię Warmię. Bywałem na niej i jestem pod jej urokiem.
    Nie tylko Szwajcaria, ale i Polska jest piękna, jeśli ktoś umie wędrować.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co to znaczy "umieć wędrować"? Myślę, że droga to ścieżka do serca nas samych, jeżeli ktoś tego nie rozumie, nie umie wędrować. A Ty jaką masz definicję?

      Usuń
  3. Piękne miejsca jestem pod wrazeniem pozdrawiam

    Przesyłam zachód słońca

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudowny zachód, nadmorskie są magiczne :)

      Usuń
  4. Ale tam pięknie, a jakie cudowne zdjęcia <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Wyjazd marzenie... Zazdro!
    No, może poza tymi mafiozami. Ale w sumie ciekawa sprawa. Czy uprzedzają tam o tym z marszu każdego przyjezdnego? XD

    OdpowiedzUsuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.