czwartek, 9 czerwca 2016

Problemy misia polarnego.

      To mój prywatny blog, nie żadna strona poświęcona wędrowaniu. Ale ja jestem wędrowcem, dlatego fotoreportaże ze szlaków zajmują 80%. Głównie jednak, to blogosfera interpretacyjno-poglądowa. Jestem też czytelnikiem, dlatego czasami wypowiem się o książkach. Lubię hobbystycznie opisywać różne sytuacje z życia wzięte okiem domorosłego psychologa i badacza zachowań, co pewnie widać gołym okiem po niejednym wpisie. Cóż... amatorsko.
      To nie pamiętnik. To mój notes, do którego podchodzę na chwilę, zostawiam jedno zdanie lub dwa i gdy się tego nazbiera, w dniu wolnym od zajęć czytam wszystko raz jeszcze, redaguję i publikuję autoterapeutyczny spis emocji minionych dni.
       Gdybym miała w najprostszy sposób powiedzieć, czym kieruję się w życiu, powiedziałabym, że kiedyś na pewno robiłam to lepiej. Głębiej wierzyłam w to, że życie dobrze mnie prowadzi, choć wciąż nie umiem odnaleźć siebie, więc idę ufna za tym życiem, pchana boskim palcem. Mam różne problemy, na które nie umiem znaleźć rady.



      Nieustająco wielkimi krokami zbliża się lato i jest to istotny problem#1. Już w tym tygodniu odnotowałam za najwyższą temperaturę 27 stp. C. Nastrój obniżony, nadmierna senność - wynika że jestem niedźwiedziem polarnym. Skoro nasze miśki śpią w zimę, polarne pewnie najchętniej przesypiałyby lato w naszych polskich ZOO i pokazywały się dopiero we wrześniu. Doskonale je rozumiem.
      Póki co, obecnie korzystam z materiałów nagromadzonych przez całą wiosnę i zaciekawię Was jeszcze niejedną wędrówką, zaś później rozsądek każe mi zawiesić swoje bytowanie na szlaku z obawy o zdrowie. Szwajcaria leży stanowczo za blisko słońca. Ale to nie wszystko względem szlaków. Moja początkowa skrajna antypatia do gór, okazała się być intuicyjną.

JA TEŻ CHCE TAKI PREZENT!!!

      Zmienię temat na taki radosny, bo zmiany są dobre, przynajmniej nudą nie wieje.


      Spośród ciotkowych książek, trafiła mi się napisana po łódzku powieść, której plan wydarzeń rozmieszczony jest na dobrze znanej mi mapie. Nie całkiem trafiła w moje gusta, ale właśnie ze względu na mój beton ojczysty, przeczytam od deski do deski oba opowiadania zawarte w książce, na poły uśmierconej zębem czasu. I pomyśleć, że miałam być introligatorem, uratowałabym ją.
      "Te uliczki na Bałutach(...) ulice bałuckie są pomnikami. Każda z nich  opowiada o przeszłości Łodzi."
- "Magdalena w Nocy" i "Diablica z Mediolanu" Tadeusz Papier

      Druga zaś powieść to romans na tle historycznym i co ciekawsze, przez 3/4 książki toczyły się różne wątki, ale nie erotyczne. I dobrze, bo powieść skupiona głównie na tym, zawsze zaczyna mnie nudzić. Powiedzmy sobie szczerze, lepiej samemu coś robić, niż czytać długo o czymś, co robi ktoś inny ;)
      Jak powiadali starożytni mędrcy, marzenie o romansie z księciem na białym koniu, często przekreśla romans ze stajennym, w skutek czego marzycielki zwykle dogorywają samotne. Przecież mówiłam ostatnio, że książęta są paskudni z ryja! Mówiłam? Dobrym przykładem może być znany angielski arystokrata, który jeszcze nie dożył sędziwego wieku, a już ma galante kolanko na głowie. Dlatego jeśli już chcecie tego księcia - drogie lejdis - bierzcie starych. Im starszy książę, tym lepszy. Przynajmniej będziecie miały pewność, że gorzej już nie będzie wyglądał.
      Tymczasem przejdźmy do powieści... Zawiera ona krótkie przedstawienie zjawisk społecznych, wyjaskrawienie różnic między życiem niższych sfer, a elit, oraz także sporą dawkę niebezpiecznej i śmiertelnej magii.
      Przeczytałam książkę w kilka dni. Prosta w przekazie, moim zdaniem nietypowa jak na tę kategorię, powieść z dawnej, bardzo dawnej Anglii. Nie było księcia, był hrabia i to całkiem niezły. Tak, drogie panie, wg moich sondaży, hrabiów można brać w ciemno, oczywiście wiedza nie pochodzi z Harlequin'ów, skompromitowałabym się ;] a na to szlachta nie może pozwolić.
(...)
   - Czy kościoły są otwarte dla bezdomnych dzieciątek?
   - Nie.
   - Gdzie się podziała chrześcijańska miłość bliźniego?
(...)
- "Zakazana magia" Jo Beverley


      Obecnie wpadłam w sidła już ostatniej ciotakowej książki. Ciężko się czyta, bo format kieszonkowy czyli mikro-czcionka.
      Rok 1410, Konstancja i okolice jeziora Bodeńskiego. Wciąż czytam, więc się nie wypowiem.

      Myślę, że to nie przypadek, że pożyczono mi akurat te tytuły. ;) Zacznijmy od pierwszej - wieś na Mazurach. Potem dwie powieści osadzone w moim mieście rodzinnym. Z Anglią nie mam nic wspólnego, (no może poza romansem z trylogią o panu, który otrzymał tytuły hrabiego Nottingham i księcia Richmond i Somerset. Za takiego, drogie panie, też możecie się brać. Jak go sobie wykopiecie... Mam z nim wiele wspólnego, zmarł w dniu moich urodzin... z tym że 451 lat przed moimi narodzinami. Jak go już wykopiecie, moglibyśmy razem świętować urodziny i pogrzeb.)
      Ostatnia powieść: w tle Konstancja i jezioro niedaleko mnie w Szwajcarii. To byłby bardzo udany pomysł na motyw wędrówki - szlakiem wyobraźni pisarskiej :)


      Pogody w tej chwili na ziemi helveckiej są niemoralnie niespokojne, albo leje albo skwar. Toteż dni wolne od wszelkiej pracy kreatywnie marnuję na dwóch czynnościach - zabijanie, kanibalizm i architektonika wnętrz, a wszystko dzięki różnorodnym grom jakie oferuje nam miły, współczesny świat.
      W jednej z gier wcielam się w nieumarłego, który po zabiciu człowieka, zjada go aby dodać sobie sił. W innej buduję domy i urządzam je. Symulator wampira też jest ciekawy, chodzi się do knajpy, hipnotyzuje człowieka i gryzie go. Albo napada się na szpitale.

      I tu pojawia się problem#2 nie do przeskoczenia niestety i muszę z tym żyć.
      Jogging nie, bo lekarz zabronił. (a planowałam w tym roku nauczyć się runnmagedonu po górach!!) Szlaki górskie nie bardzo, ale jak już muszę, (moja lekarka już mnie trochę zna i wie, że muszę) to wybierać bardziej płaskie... płaskowyże? W Szwajcarii? I rewanż z Drei Schwestern mogę sobie wybić z głowy, bo tam są schodki i drabinki. To było do przewidzenia, że w końcu zacznę zabijać i zjadać ludzi. Cieszmy się więc, że nie wychodzę na ulice.
      Po obejrzeniu mojego RTG kolan, okazało się, że choć stan mam operacyjny, specjalista odradza mi zabieg, bo chociaż boleć nie będzie, sportu wykonywać też bym nie mogła. To bez sensu. Teraz przynajmniej coś tam robić mogę.
      O regularnej jeździe konnej także powinnam zapomnieć. Najwyżej raz w roku z okazji wakacji w Polsce, pod warunkiem, że będę czuła, że stawy są akurat w dobrej formie, bo to sekwencyjnie bywa różnie. (Choć i tak wiem, że będę to naginać...) Kiedy widzę w telewizji konie, czy jakiś wywiad z trenerami, ostatnio np widziałam program o koniach kaskaderskich; mam mokre oczy.
      Mam dobrą panią doktor, ufam jej, już nie raz udowodniła mi, że zna się na swoim fachu i jak za kogoś się zabiera, to wnikliwie. Jakbym nawet ze zwykłym przeziębieniem do niej przyszła, to i tak sprawdzi mi kompleksowo ciśnienie, morfologię, wszystko. I człowiek przynajmniej wie, że jeszcze go muchy nie jedzą. Mało tego, ona spojrzy się na człowieka i już ma diagnozę. Zaskakuje mnie tym. I chyba rentgen w oczach ma, bez prześwietlenia wiedziała, że to rzepki.

"Czwórki" należały kiedyś do mojego taty. Widać, sport mam w genach. Pisanie i łatwość do dobierania rymów też.
Słowem, my bardzo ciekawi jesteśmy, ja i tata.
      Na szczęście istnieje jeszcze moja prywatna siłownia. To jest świetna inwestycja, bo koszt ciężarków, czy nawet gdybym chciała maszynę kupić, zwraca się bardzo szybko. Wiadomo, że karnety na siłownie do tanich nie należą, a jednorazowe wejścia nie opłacają się. Raz straciłam karnet, bo zmienili mi grafik pracy na popołudnia, a siłownia do której się zapisałam, była czynna od południa...
     Zatem już wiemy, że prywatna siłownia oszczędza nie tylko pieniądze, ale i nerwy. Oraz czas, który traci się na dojazdy do klubu często w godzinach szczytu. I kolejki ćwiczących do konkretnych maszyn - przerabiałam i to.
      Przyzwyczaiłam się do tego, że ćwiczę w domu, przy tym nie brak mi motywacji i wypełniam dokładnie cały swój plan treningowy.


      Sinusoida życia, jak wiemy, wygląda różnie. Moja jakoś dziwnie trzyma się jednego pułapu. Czuję wyraźnie, że jestem zależna. Niesamodzielna przez co rozgoryczona swą niezaradnością.
      Czas udać się po pomoc, jak dawniej, kiedy byłam bliska poddania się. Umiejętnie złożyć sekretne słowa, zawiązać tajemnicze pętelki na rzemyku, opanować swoje życie. Dokładnie tak jak kiedyś uczyła mnie pewna bliska mi osoba.
      Ach to serce i jego porywy... Zawsze byłam zwolenniczką Móżdżka w bajce "Pinki i Mózg". W reklamie sieci komórkowej też kibicowałam Rozumowi. Bo serce rwie się wciąż pod wiatr, a daleko przecież z piaskiem w oczach się nie zajdzie.
      Czas bezpiecznie odwrócić się plecami, zainwestować w przyłbicę i znaleźć spokojnie jakieś rozwiązanie. Pomysł i motywację.
      Póki co mam chęć, obojętnie komu, wyrwać jakiś narząd z brzucha i zjeść surowy. Do emigracji trzeba mieć powołanie.
      Tak, są rzeczy, które tutaj lubię. Doceniam tutejszy spokój, kulturę osobistą tubylców. Poczucie bezpieczeństwa na ulicach... O kulturze też napiszę. O kulturze osobistej Szwajcarów, bo tego mi brakuje na ulicach naszych miast.

Kwiat cytryny. Nie brzmi tak wspaniale jak "kwiat paproci", ale przynajmniej istnieje i bajecznie pachnie.

"Jeśli chcesz miłosierdzia, módl się o miłosierdzie, ale również sam je czyń."

      Wiedziona ku życiu przez podnoszenie innych, zmieniłam kurs. Jestem tam gdzie mnie podnoszą. Często upadam.
      Radość prastarej księgi wpisana bardzo głęboko w moje serce, obrosła kurzem. Komplementarność tych pism, była moim dopełnieniem wszystkich niewiadomych. Nie jestem spójna, jak piosenka bez nut. Nie jestem czytelna, jak nuty bez pięciolinii. Jestem chaotyczna i mętna.
      Trzeba przyjąć, że trzeba zbadać każdy kontekst, ale angażować się tylko rozumem, w żadnym razie sercem, bo ono jest zbyt impulsywne. Nie wierzyć w każdą bardziej wiarygodną historię, nawet podpisaną przez specjalistę uczonego. Badania archeologiczne to nadal hipotezy. A wykładowcy są wyszkoleni do tego, aby przedstawić temat z linii naukowej, by brzmiał jak pewniak.

"Nie bój się, tylko wierz."

      "Są takie słowa, które niszczą nas samych. Kiedy źle mówimy/myślimy o innych, zabijamy ich w naszym małym świecie, nie dajemy im szansy. Słowa ranią, usuwają sen naszych nocy i sprawiają, że życie w nas umiera. Ale jest też inna moc... DOBRYCH SŁÓW, które zmieniają świat, dodają sił, powodują, że ludzie się uśmiechają i chcą być lepsi.
      Wybór należy do każdego z nas. To jak żyjemy i to jak traktujemy innych, czy inny czują się dobrze w naszym towarzystwie, będzie uzależniało nasz dalszy los. Mam co do tego całkowitą pewność."
- znalezione gdzieś w sieci i zapamiętane...
      I to jest najważniejsze.


      Dziesiątego wchodzi długo oczekiwany przeze mnie film, mam nadzieję, że będą mnie długo oczekiwać i pod koniec lipca jeszcze zdążę gdzieś jakiś seans ogarnąć. To problem#3.
      Krótki, aczkolwiek emocjonujący (przynajmniej dla mnie) zwiastun, 2 minutki:


      Dlaczego? Bo właśnie ten świat ocalił czas realny przed zagładą z mojej ręki, bo przelewam krew wirtualnie. No co? To normalne, że człowiek od czasu do czasu potrzebuje coś wypatroszyć. Normalne, prawda? A spróbujcie zaprzeczyć!


      Rozkosze podniebienia to jedno z moich licznych hobby. Dla mnie liczą się trzy złote zasady: jedzenie ma być - ładne, smakowite i zdrowe. Wiem jak wszyscy przepadamy za tłustymi sosami, jakże podkręcającymi apetyt zapachami tradycyjnej, domowej kuchni, ale...
      ...grunt to mądre dobieranie składników. Musi być jakiś węglowodan (np ryż), musi być jakieś białko (np. mięso) i muszą być warzywa, bez tego obiadu nie chcę widzieć. I trochę dobrego tłuszczu, ten też jest potrzebny. Nie wyobrażam sobie suchego ryżu z mięsem, zalanego tłuszczem z patelni, a tak się kiedyś przecież jadło, prawda? Kotlecik mielony, ziemniaczki ubite i ułożone w łódeczki na talerzu, a w nich aromatyczny tłuszczyk ze skwareczkami i to jest dobre, ja to pamiętam! Mączne sosy, choć bardzo lubię, sprawiają, że (nie zawsze od razu, czasem dzień później) czuję się jak balon.
      Ryż wyłącznie sypki, wyłącznie na pół twardawy. Ja najbardziej lubię go przemieszać z Curcumą. (Na zdjęciu ryż risotto, który wiadomo, że jest bardziej lepki, ale idealny do tego typu dań). Rozgotowanego ryżu po prostu przełknąć nie mogę.
      Gdy o risotto mowa, przy okazji zdradzę pewien włoski sekret, z którym zapoznałam się niedawno. Aby był delikatny, kremowy i jeszcze smaczniejszy, należy na nim rozpuścić ser Mascarpone.
      Kurczaczek został najpierw upieczony w piekarniku, potem rozdrobniony i położony na chwilę w papryce słodkiej na patelni. Osobiście nie boję się smażenia, choć ogólnie mówi się, że to wróg zdrowej sylwetki, ale tu bym nie przesadzała.
      I żadnej pszenicy, BROŃ BOŻE! Organizm sobie nie radzi z nią i kolokwialnie mówiąc, ja od niej puchnę w oczach.
      Chyba nie takie złe te moje zasady, skoro jakoś wyglądam.


      Wkrótce trzeba mi zająć się projektowaniem dwóch kreacji na wielkie wydarzenie, wszak muszę wydać Żonę za mąż. Kochanie, pamiętaj przed podpisaniem wyrażenia zgody, o uprzednim zapoznaniu się z regulaminem, bo już się nie wykręcisz!


11 komentarzy:

  1. Ojej, współczuję Ci stanu kolan, ale też uważam, że lepiej ruszać się trochę mniej, ale na swoich rzepkach, a nie operować się w tak młodym wieku. Też dochodzę do rezygnacji z pszenicy, bo to chyba ostatni bastion, który mi przeszkadza w osiągnięciu ostatnich celów. Łażenie po górach i schodkach jest trudne z chorymi kolanami.
    A wyglądasz bajecznie :)
    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PSZENICA jest zmodyfikowanym genetycznie zbożem, które w żadnej postaci już nie jest przyswajalne przez organizm człowieka. Pszenica zawiera szybko wchłanialny węglowodan: amylopektyna A, który bardzo mocno podnosi poziom cukru we krwi, co prowadzi do cukrzycy i wszelkiego rodzaju stanów zapalnych naszych stawów. Niekorzystnie wpływa na nasze jelita oraz naszą florę bakteryjną wątroby.
      Zawiera gliadynę, która jest najbardziej alergizującym białkiem, znacznie utrudniającym zdolność wchłaniania się innych składników odżywczych. Oprócz tego pszenica zawiera lektyny, które nie są produktem trawionym, mało tego, zlepiają się z cząsteczkami naszego organizmu, z naszymi komórkami i przenikają do środka, co nasz organizm odbiera jako coś zagrażającego życiu i zdrowiu - przez to powstają choroby autoimmunologiczne.
      Pszenica zawiera gluten czyli białko pszeniczne, które wpływa bezpośrednio na stany zapalne. Jest też po części przyczyną powstawania celiakii.
      Jest tutaj też potwornie uzależniające białko, podobne do morfiny - egzorfina. Działa podobnie jak wspomniana wcześniej morfina, nasz organizm po spożyciu pszenicy wpada w lekką euforię, lubimy produkty pszenne, są smaczne i to białko dodatkowo nas uzależnia.

      Szukasz innego węglowodanu? Lista jest bardzo długa i jestem pewna, że Ty ją bardzo dobrze znasz, przecież interesujesz się dobrą, zdrową kuchnią ;)


      Dziękuję, ale i Ty jesteś niczego sobie, powinnaś inspirować wszystkie kobiety. Odbieram Cię za energiczną i bardzo kreatywną, a rozejrzyj się wokół i spójrz ile kobiet żyje statycznie. Stagnacja życiowa nam pisana nie jest, prawda? ;)

      Usuń
  2. Współczuję problemów z kolanami :( Nie ma nic gorszego niż ograniczenie aktywności, która jest dla nas wazna...
    A kwiat cytryny - prześliczny! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się umiejętnie oszukiwać, czyli tak, żeby sobie nie zaszkodzić. Znam mniej więcej próg graniczny moich kolan.

      Usuń
  3. Witaj Hexe.
    Niesamowity misz masz, ale fajny. Mozna się deczko rozerwać... i to nie granatem.
    Zapraszam na nową wedrówke po Wielkopolsce.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że i tego typu wpis przypada do gustu :)

      Usuń
  4. Aniu, wspolczuje Ci problemu z kolanami. Troche Cie rozumiem, bo sama tez nie moge biegac, a kiedys bardzo to lubilam. Po urodzeniu 2 dzieci zdrowie posypalo mi sie konkretnie :/.
    No ale tez tak jak Ty, cwicze w domu. Inaczej szlag by mnie trafil!!!
    Pozdrawiam serdecznie :)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja i tak oszukuję. Czasem wybiorę się na półgodzinną przebieżkę, ale widzisz, nakupowałam sobie gadżetów do tego, aby w tym roku zacząć ćwiczyć podbiegi górskie i wszystko szlak trafił. Wolę nie ryzykować. Tylko co ja mam tu teraz robić?
      Coś kojarzę, Ty cholernie dużo poświęciłaś...

      Usuń
  5. Hexe! Właśnie ocaliłaś moją normalność. Myślałam, że tylko ja robię się koszmarnie senna jak wychodzi słońce. Wszyscy wypełzają a mi się oczy same zamykają.

    Czytam teraz Shantaram. Zerknij u Wujka Google. Skąd Ci się wzięły te kolana?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to już kiedyś pisałam, że prawdopodobnie w poprzednim wcieleniu byłam nietoperzem.

      Problem z kolanami mam od dziecka, ciągle bolały mniej lub bardziej. Ortopeda wtedy mi powiedział, że z tego wyrosnę. I tak zaprzepaścił dla mnie szansę na naprawienie ich, kiedy byłam jeszcze na tyle młoda, żeby się skutecznie zregenerować i dziś bym mogła śmigać po górach w maratonach.
      Później nieco się poprawiło, bo bywa, że są dni kiedy mnie w ogóle nie bolą. Było też i tak, że zawsze się odzywały jak były mi najbardziej potrzebne ;] Albo jak się pogoda psuła, albo jak miałam okres dostać. ;]
      Ostatnio bo cięższej wspinaczce górskiej, wynikła rzecz mało przyjemna, oba kolana mnie bolały, a właściwie napie.... a w lewym uzbierała się woda i nie mogłam nogą ruszać. Poszłam do lekarza, od razu zlecono mi prześwietlenie, no i co dalej, to już wiesz z posta.

      Zerknęłam do Wujka Google. I fragment recenzji: "osiemset stron czytelniczego raju" do mnie całkowicie przemówił. I to jeszcze jest w formie pamiętnika, co kocham czytać! Zapisałam sobie, nabędę jak pojadę do Polski.

      Usuń
    2. Nie wiem kim ja byłam, ale nie przepadam za upałami. W piątek myślałam, że się usmażę zanim dotrę do pracy.

      No to kiszka, jak to z lekarzami...Nie ufam nikomu, ale lekarzom to chyba najbardziej.

      Jak na razie jestem za 400 stron czytelniczego raju. Dobrze trafiłaś, będziesz mogła od razu kupić kolejną część, wyszła całkiem niedawno.

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.