niedziela, 1 maja 2016

Wanderung in Österreich. Stary kościół parafialny St. Corneli i zamek w Tostner.

      Schellenberg w Liechtensteinie, góra uczęszczana przez nas wielokrotnie. Z niej rozciąga się widok na wioski w dolinie Renu. W pogodne dni, kiedy powietrze jest bardzo klarowne, można ujrzeć nawet jezioro Bodeńskie. Tym razem jedynie przechodziliśmy, bo naszym celem był rekreacyjny "Tostner Ried" na terenie Austrii. Nasza wędrówka odbyła się pod koniec lutego.










Dawne przestawienie tego terenu.



Panorama na Bandytkę.
      A tu mamy gratkę dla geologów, przede wszystkim na uwagę zasługuje największy kamor jakim szczyci się okolica, bo on tu wcale tak sobie po prostu nie leżał. On tu został przywleczony przez Matkę Naturę. Przez glacjał.




      Ostatnio wiele spraw polskich docierało do mojej głowy dla przemyśliwań. Włoski weekend koło mojego domu w Łodzi, ominie mnie z kretesem, a jeszcze nie tak dawno myślałam, że mam szansę... Ja jednak myślę pozytywnie, nawet jeśli życie testuje moje ograniczenia - i tak zwyciężę. Wymyślę sobie własny weekend, jak zawsze z resztą... I też będzie kulturowy, tak jak np zwiedzenie tych dwóch zabytkowych perełek:




      Ten stary kościół parafialny, poświęcony był dwóm świętym: Korneliuszowi i Cyprianowi. Stoi w nim do dziś popularna, ślubna kaplica z drzewa cisowego, jego wiek szacuje się na ponad tysiąc lat.
      Kościół St. Corneli został zbudowany w XI wieku, za papieża Aleksandra III. Tostners był w tym czasie w posiadaniu klasztoru w Schänis w Szwajcarii.
      W St. Corneli istniały początkowo aż trzy bractwa.





      Wiecznie żywa pozostaje legenda związana z tym miejscem, wg której w czasach wojny, gdy został tam przeniesiony posąg Czarnej Madonny, za pośrednictwem którego Matka Boska miała zsyłać łaskę uzdrowienia, odcięto od niego kawałeczek drzewa cisowego w celach terapeutycznych.
      W późniejszych czasach to małe sanktuarium, całe w drzewie cisowym, zostało ochronione przeszkloną ścianą, jednak w 1950 roku stał się ofiarą kradzieży.
      Pastor Wallace Lourdes zdecydował się w końcu odbudować prezbiterium, które przypomina grotę i jest dostępne dla zwiedzających po dziś dzień.


      W Polsce podobne wielkie drzewo stoi w Henrykowie Lubańskim. Oszacowano jego wiek na 71 lat. To tutaj wydaje mi się starsze... na pewno jest grubsze.


Kolejny cel naszej wędrówki. Ale te ruiny, nie kończą się na jednej wierzy.
Są interesująco bardziej rozległe.
      Ruiny Tostners są ograniczone skalistymi i stromymi ścianami, wychodzącymi na północ u podnóża góry, rozlegającej się na ziemiach Feldkirch - Tostners w Austrii w krainie Vorarlberg.
      Vorarlberg to prowincja w zachodniej części Republiki Austrii.





Przekraczamy bramy czasu, a tam historia zupełnie nieznana. Posłuchajcie:
      Czy wiecie, że Austria i Szwajcaria są jednymi z niewielu krajów, których nie oprymowali Wikingowie? Czyżby bali się gór? Wiadomym jest, że ich ulubiona formą batalistyczną były bitwy na szerokich wodach, a konnica towarzyszyła tym silnym armiom bardzo rzadko. To urodzeni piechurzy. Jeden wojownik posiadał przy sobie krótki miecz i tarczę, czasem władał włócznią, jeszcze rzadziej zdarzali się kusznicy. Helveckie wojska, dużo lepiej przystosowane do bitew w tak trudnym trenie, sprawiły, że Wikingowie nawet nie pokwapili się na rekonesans w tym terenie.

Brama z widokiem na austriackie szczyty.

      Gdy siedliśmy na ławeczce celem zjedzenia posiłku, podszedł do nas kustosz zamku. Powiedział nam, że zajęliśmy najlepsze jego zdaniem miejsce na tym placu, na którym on lubi odpoczywać w przerwie od pracy. Sami popatrzcie jakie widoki rozciągają się z przyjemnie ocienionej ławeczki:



      Zamek został zbudowany około 1260 roku. Należał wonczas do hrabiego Montfort. Budowla jednak została zdobyta przez obywateli Feldkirch, którzy sprzymierzyli się z ludźmi z Appenzell. Pożar zniszczył wszystko z wyjątkiem wieży.
      Został przebudowany po roku 1408. Gdzieś na początku XVI w. powstała główna brama, a do niej prowadził drewniany most w górę, rozciągnięty nad szeroką fosą.
      System ten, niestety popadł w ruinę w 1616 r.





Inna okazała budowla, widziana z zamkowego wzgórza.
Czynny, pełnosprawny zamek. Wewnątrz znajduje się restauracja.
      Dla zainteresowanych i znających język niemiecki, podaję dość ciekawą stronę, szczerze mówiąc, nie mam czasu na przetłumaczenie je całej, z resztą... ogrom informacji spowodowałby pewnie efekt odwrotny do chęci zaciekawienia Was.
      U dołu witryny znajdują się szczegółowe informacje dla zainteresowanych zwiedzaniem: KLIK


Kliknij aby powiększyć.
Kliknij aby powiększyć.
      Przechodząc przez Liechtenstein, można podziwiać wiele starych domów z drewna. One nie niszczeją, są zamieszkiwane i utrzymywane w naprawdę dobrym stanie. Tego przykładem może być nie tylko ów mały kraj, ale również Szwajcaria jak i Austria, a przynajmniej ta prowincjonalna jej część, bo dalej nie byłam.


      Kiedyś napisałam post wyjaśniający moje nastawienie do samotnych wędrówek po górach. Mimo iż to jest notatka o wspólnej wędrówce, napiszę kilka słów w odpowiedzi, gdyż dostaję nadal masę pytań o to, co mnie skłania do wydeptywania szlaków w pojedynkę. Może to samo, co wszystkich innych użytkowników ścieżek, których mijam na swoich wyprawach, również podróżujących samotnie, nierzadko z wielkim plecakiem i zwiniętym w rulon namiotem, obrazującym wędrowca, który nie zamierza zejść do doliny po jednym dniu?
      Nigdy nie zostawałam na szlaku na dłużej, każdorazowo moja wędrówka kończy się pod wieczór, wracam do domu, przeglądam zdjęcia, a potem bardzo wcześnie jak na siebie, idę spać wypompowana wspaniałymi wrażeniami.
      Szlak pieszy po górach to nie jest nic niebezpiecznego, żadna jazda po bandzie. Nie robię niczego wielkiego ani ryzykownego. Nie wspinam się po pionowych ścianach, nie rzucam się w przepaść przebrana za latającą wiewiórkę.
      Niezaprzeczalnym wspomagaczem w takich wyprawach jest to, że ja jestem przyzwyczajona do samotności.


      W Polsce często byłam sama. Sama w kinie, sama w parku czy kawiarni. Fizyczna samotność ale z wyboru i pod pełną kontrolą. I podświadomie nadal zabiegam o tą samotność.
      Wtedy znika cała codzienność i można wspaniale wydrenować umysł. Czasami bywam zmęczona ludzkim gwarem i pragnę obdarować się ciszą.


Ta żółtawa mgiełka nad miasteczkami, to raczej nie jest naturalny efekt.

      Samotność to nie tylko kwestia bycia/niebycia z partnerem, ale cała sieć dalszych i bliższych ludzi, z którymi dzielimy codzienność.
      Czytuję artykuły pisane przez wędrowców, którzy opuszczają dom na kilka miesięcy, a nawet lat. Opisują pięknie jak odnajdują siebie na swej dzikiej drodze, ale w konsekwencji przestają pasować do świata sprzed wędrówki. Znikają wspólne tematy, zainteresowania, poglądy. Zaczynają się wyjaskrawiać granice osobowości.
      Nie jestem tego typu wędrowcem, ale wiem, że jestem podatna na szlak. Gdy długo nie wędruję, staję się dotkliwie głodna drogi... Jak uzależnieniowiec.


      Mam krew włóczykija, ale jednocześnie ustabilizowane życie. Mam ten komfort, że w każdym odpowiednim momencie, mogę spakować prowiant i iść.
      Posiadam własny kodeks wędrówek, zdecydowanie częściej na wyprawy wychodzę z mężem z potrzeby spędzania z nim czasu i dzielenia się na bieżąco podróżą i wrażeniami. Normalna sprawa bycia razem, więzi.
      Dziś czuję swoje życie inaczej, to jest jak zew, jak u wilka, który wybiega w noc aby wyć do pełnego księżyca, tak ja muszę od czasu do czasu wybrać się gdzieś sama i jest w tym coś dzikiego.
      Ale jednocześnie kojącego, że mam szczęście mogąc wracać do przytulnego domu.

19 komentarzy:

  1. Witam !Jestes niesamowitą osobą podejmujesz tematy naprawdę trudne a zarazem wspaniałe ile werwy i energii w Tobie życzę aby tak było zawsze co napisać ?musialabym każde Twoje zdanie skopiować i dać w komentarz masz zasób wiedzy pisz po prostu książkę będe piewwsza w kolejce po tak cudowne relacje milej niedzieli Jednak cytat ,, Dziś czuję swoje życie inaczej, to jest jak zew, jak u wilka, który wybiega w noc aby wyć do pełnego księżyca, tak ja muszę od czasu do czasu wybrać się gdzieś sama i jest w tym coś dzikiego.
    Ale jednocześnie kojącego, że mam szczęście mogąc wracać do przytulnego domu.'' ps;czyż nie cudownie napisane rodzice bądzie dumni ze swojej CÓRKI


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem pochylam się nad pisaniem powieści, kreuję nieistniejący świat, ale gdybym miała skupić się na tym stylu, który tutaj reprezentuję (a mam na blogu wgl jakiś? O_o) to chyba łatwiej byłoby zacząć od samiutkiego początku i nazwać książkę biografią. Myślisz, że książka o człowieku, który nie ma sławnego nazwiska, mogłaby być chwytliwa?
      Mój zasób wiedzy nie umożliwia mi w towarzystwie, pełnego wykorzystywania swych zasobów. Ciągle coś zapominam, robię bardzo dużo notatek, mam pełno zapisanych zeszytów... Do bloga wiele nie potrzeba, tu zerknę, tam sprawdzę... zainteresowania sprawiają, że prawie na każdy temat potrafię zabrać głos, bo rzeczywiście lubię bardzo poszerzać swoje horyzonty.
      Często coś cytuję, np zapamiętuję fragment czyjejś wypowiedzi i potem sama używam tych słów. Kiedy tak mówisz, to wygląda elokwentnie. Ale kiedy tak piszesz, ktoś może posądzić się o grafomanię. Podchodzę do bloga pół żartem, pół serio, ale niezmiernie cieszę się za każdym razem kiedy ktoś pisze mi tyle ciepłych słów. Cieszę się, że ludzie odbierają moje pisanie tak pozytywnie i to uskrzydla, naprawdę. Niby to tylko internet - ale hola! - sieć to LUDZIE! Tacy sami jak jak, tacy sami jak Ty. I to jest wspaniałe, że siedzę na krańcu świata i mogę dzielić się swoimi poglądami, opowieściami z wypraw z takimi ludźmi jak Ty.
      Moi rodzice są stałymi czytelnikami tego bloga, to dla mnie bardzo ważne, mają namiastkę mnie, prócz oczywiście częstych rozmów on-line. Wiem, że pokazują zdjęcia stąd po znajomych :P
      Jeszcze raz dziękuję za piękne słowa, motywujesz mnie, dzięki takiej życzliwości wiem, że warto coś tworzyć na publicznej stronie. :)
      Serdeczne pozdrowienia, Anna.

      Usuń
    2. Twoj blog Aniu to wspaniała wędrówka po nieznanym świecie ale nie wiem czy dobrze dobiorę slowa masz potencjał i zasób wiedzy o życiu że warto podjąć wezwania tu nie chodzi o nazwisko ale w jaki sposob swoje życie przedstawiasz na blogu i formę przekazania czytelnikowi(to co w postach napisane już tworzy książkę)i znowu bym musiala zacytować Twoje skojarzenie ze internet to ludzie a wsparcie Twoich najbliszych jest bardzo wazne serdecznie pozdrawiam

      Usuń
  2. Na samo wspomnienie lutego zrobiło mi się zimno! Ale w sumie na zdjęciach słonko ładnie grzało...
    Samotne wędrówki to dobra sprawa. Dla mnie cudowne są też samotne wycieczki do kina, zwłaszcza na bardziej refleksyjne filmy. Odbiór jest zupełnie inny, niż z towarzyszem, nawet, gdy niby nic się w trakcie seansu nie mówi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię filmy akcji, ale lubię też ciężkie filmy psychologiczne i na te właśnie, wolę chodzić sama. A najlepiej w poniedziałki rano, sala jest przeważnie pusta ;) Kina mnie pewnie za to nienawidzą, bo nie dość, że trzeba odpalać projekcję dla jednej osoby, to nie kupuję niczego w ich barach :P
      Do herbaciarni i kawiarni przestałam chodzić sama ze względu na impertynenckich kawalerów. Niestety dla wielu mężczyzn, to iż kobieta siedzi sama przy stoliku, oznacza zachętę. To nic, że kobieta czyta książkę i nie zwraca uwagi na otoczenie, prawda? ;]
      A wiesz, że luty był u nas piękniejszy od kwietnia?

      Usuń
  3. Hmmm... dla odbudowania rownowagi psychicznej powinnam od czasu do czasu wyjsc gdzies z domu zupelnie sama. Najgorsze jest jednak to, ze jak mi sie juz taki cud zdarzy, po godzinie zaczynam rozmyslac, co tez porabiaja moje dzieci ;P.

    Przepiekne miejsca pokazujesz :)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętaj, że zostawiasz je w dobrych rękach i na pewno w tym czasie, gdy Ty powinnaś zapomnieć o całym świecie, one nie wpadają w złe towarzystwo ani w nałogi.
      A tak serio, czy to możliwe, że macierzyństwo oducza najprostszych przyjemności? Chodzi mi o to, że zapominamy, przez lata wychowywania o tym, co kiedyś tak chętnie robiliśmy, a co przez ten czas stało się zbyt odległe i już niekoniecznie możliwe.

      Usuń
    2. Hmm... cos w tym jest. Ale wiesz, ja jestem teraz w dosc glebokim dolku, poniekad zwiazanym z macierzynstwem, wiec poglad na to o czym piszesz mam dosc wypaczony. Caly czas wierze jednak, ze to co sie teraz dzieje to czas przejsciowy i, ze za kilka lat znow bede sobie mogla pozwolic na dawne przyjemnosci.
      Brzmi jak jakis koszmar ;). Dla dzieci rezygnujesz z wielu rzeczy. Poczatkowo wydaje ci sie to naturalnym odruchem, ale po kilku latach zaczyna doskwierac.

      Usuń
    3. I to jest właśnie to, czego się boję i nie potrafię jeszcze zdecydować się na ten krok. Nie chcę stracić samej siebie...

      Usuń
  4. Również lubię być sama. Sama w lesie, sama na zakupach. I nie muszę wtedy się spieszyć.
    I widzę, że wędrówka po górze się udała. Naprawdę jest tu pięknie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są plusy i minusy samotnych wędrówek. Podczas takich eskapad nie można podzielić się emocjami z najbliższą osobą. Tymi konkretnymi chwilami, zachłyśnięciem się pięknem Natury, jakimś środowiskowym zjawiskiem, które więcej się nie powtórzy. To są momenty, wędrówki, których nie da się powtórzyć, ani przedstawić na zdjęciach.
      Piękny jest świat, prawda? Matka Natura nie zna granic politycznych, to cała planeta jest wyjątkowa, nie jakiś raj czy region.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  5. Witaj Hexe.
    Wspaniała wedrówka i spoko zdjęcia. Zauroczył mnie kościół z kamienia, a wśrodku perełki barokowe. Zamek z kamienia spoko, lubię takie trwałe ruiny. No i ten drewniany dom...
    Warto dla wyciszenia i równowagi psychicznej pobyć trochę w samotności...
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciągnie nas do podobnych skarbów historii ;) Twoje wędrówki są równie zachwycające. Moje różnią się miejscem położenia, bo czasami żeby obejrzeć taki kościółek, trzeba się nieźle nawłazić pod górę :P Każdy plan zwiedzenia ruin zamkowych, wiąże się z zabraniem sprzętu trekingowego.
      Polska jest łagodni0ejsza zdecydowanie.
      Pozdrawiam również :)

      Usuń
  6. Widzę, że się realizujesz w tych wędrówkach Włóczykiju. Piękne widoki, jak zwykle. I pięknie, że masz dokąd wracać. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ile to się namęczyć trzeba żeby ponad te góry spojrzeć :P
      Staram się realizować plany wędrowne w każdy weekend. Foto reportażowo jestem, jak widzisz, na lutym. Trochę tego jeszcze mam do przedstawienia i wciąż przybywa ;)

      Usuń
  7. Wiesz. Ja to Wam trochę zazdroszczę, że po całym tygodniu pracy macie jeszcze siłę iść w góry. Ładnie tam u Was, jest co podbijać. Jedzenie na takiej ławeczce to sama przyjemność.

    Wilk powiadasz? Czytałaś może książkę Adama Wajraka o wilkach?

    Dobrze, że tak kojąco u Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie łażenie po górach dopiero właściwie daje odpocząć. Oczywiście zależy od formy człowieka. Pamiętam swoje początki, nie szło mi zupełnie. Taka wędrówka musiała spełniać odpowiednie warunki, np dzień po, nie mogłam wstawać rano do pracy :P

      Nie, nie znam tego nazwiska, zainteresuję się tym. A Nurowską znasz?
      O... wygooglałam to nazwisko i okazuje się, że znam osobę. Ale książek jego nigdy nie czytałam.

      Usuń
    2. Co wypłatę postanawiam sobie, że kupię książkę Wilki, ale jakoś zawsze kupuję inną. Słyszałam o Nurowskiej, ale nic nie czytałam.

      Usuń
    3. "Nakarmić wilki". Od tego zacznij. :) Przemiłą opowieść o badaczce, która wyjechała w bieszczadzką dzicz celem obserwacji stada wilków. Prowadzi dziennik, a do tego w powieść wplecione są wątki osobiste bohaterki, ale ciekawie się czyta, sporo ciekawych złotych myśli z niej wypisałam, a zaskoczenie mnie zszokowało, nie spodziewałabyś się po takiej spokojnej treści.

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.