niedziela, 15 maja 2016

Kanion - podróż w głąb ziemi.

      A gdyby była możliwość zapuszczenia się wgłąb własnej osobowości, na dziewicze tereny, w które dotychczas baliśmy się zapuścić? Żyjąc wedle granic zarysowanych na naszych mapach "wypada - nie wypada", przestajemy spełniać swe marzenia, a obliczamy swoją wartość na podstawie wpływów na nasze konto.
      Niezbyt hojny pracodawca, kłopoty rodzinne (chyba dziś już każdy ma jakieś), zatruwająca życie szarość dnia, bez przerwy dobijający się do nas absurd: chcę odpocząć, ale nie mam czasu.
      W bardzo ambitnie rozplanowanym świecie, każdy może w swój grafik wpisać co chce. W dniu wolnym od wszelkich zajęć, miast znów ugrzęznąć przy biurku, a tam mam co robić... wpisałam sobie wielkimi literami - podróż.
      W Polsce, prawie każdego wolnego dnia po prostu wsiadałam na rower, wcześniej doglądnąwszy mapy i jechałam tam, gdzie coś mnie intrygowało. Obojętnie, czasem jakaś kwitnąca latem polana, czasem jakiś zabytek w sąsiednim mieście, najczęściej jednak jeziorko bądź malowniczo usytuowany staw. Moje zamiejskie, jednodniowe wędrówki za darmo, wzbogacały mnie wewnętrznie. Wracałam odświeżona, jakaś bardziej obojętna na tę gonitwę za systemem i naprawdę wypoczęta.
      Swoje własne głębie ducha penetrowałam nie raz. Jak to przyjemnie uzmysłowić sobie, czego tak naprawdę oczekujemy w życiu i powoli spełniać te zamiary :)

      Przyroda odtruwa ciało, Duszę, oczyszcza umysł. Zauważyłam, że w drodze podejmuję najważniejsze decyzje. O tak, gdy można zagłębić się w świat, zagłębiam się w siebie i prawdziwie wypoczywam. A potem przywożę masę pomysłów do realizacji, póki przyświeca im pomyślność czasu. A ten bywa wredny. Umyka. Tańczy wokół mnie jak sęp nad trupem i wrzeszczy, wciąż się przypomina. Ale ja go kocham. Kocham mojego sępa, bo jest, bo daje mi możliwości i kiedy go okiełznam - a są takie dni - lata za mną na smyczy i nie waży się mnie wyprzedzić.

      Jednak teraz nie jestem w Polsce i pejzaż, który mocno się zmienił, zaczęłam traktować jak niemałe wyzwanie. Na samym początku znienawidzone góry chyliły się nade mną swym bandyckim cieniem, przytłaczając mnie z całą mocą. Zobojętniona na ich urok, zafrasowana innymi sprawami, w końcu pokonując okoliczne szczyty, powoli zaczęłam odczuwać, że te wyzwania z każdym kolejnym razem przestają nimi być.
      Odkrywam w sobie zupełnie inne pokłady sił, nieocenione w ekstremalnych warunkach, niewyczerpane, dopóki trzeba iść - zawsze idę. Czasy pieszych wędrówek podawane na znakach, stały się dla mnie wersją pesymistyczną. Ja idę przeważnie pół godziny do godziny krócej niż podano, a zejścia skracam jeszcze bardziej. Usprawniłam się.
      Bywa czasem, że warunki nie sprzyjają, ale należy zachować zimną krew i iść do celu z pełnią spokoju.

      Jednak nie wiem jak długo jeszcze będę mogła te szczyty zdobywać... Po niedzielnych 1'649 n.p.m., odnowiła się mocno moja dolegliwość i czeka mnie prześwietlenie stawów kolanowych. Wtedy poznam lekarską rezolucję na temat mojej przyszłości na szlaku. Na razie nie wiadomo czy jeszcze będę mogła realizować się w takich wędrówkach, a nie ukrywajmy, że góry to jedyna rozrywka w Szwajcarii, więc nie będę się dobrze czuła jeżeli będę musiała przejść w wegetację... Że będę zła? To mało powiedziane... Mała Mi i Buka wtedy przede mną klękną. ;]
      Plus tego jest taki, że na pewno mam teraz szansę wykopać się z zaległości. Poniższa wędrówka pochodzi z końca marca ;)

VIA SPLUGA
VIAMALA

      Szlak nie należy do trudnych, w mojej prywatniej skali od 1 do 10, trudność oznaczyłabym dwójką, momentami trójką. Drogi dość szerokie i bezpieczne, po obydwu stronach kanionu.
      START - Thusis.



      Bezpieczne, jeżeli chodzi się w sezonie. Szlak kanionu, którym my tym razem podążyliśmy, wiedzie fragmentem przez asfalt, a tu droga była zamknięta dla samochodów. Rozmokłe skały po zimie nie były stabilne, jeszcze nie uprzątnięto tego co śniegi i wiatry zruciły na drogę. Tylko w sezonie jest ta pewność, że nic na dach nie zleci. Pewność? Ja napisałam pewność? W górach? O_o
      Dziś gdy to piszę, sezon został na tym szlaku otwarty, więc bałagan uprzątnięto, jeżdżą tamtędy samochody, przypuszczam, że barierki też już naprawili, a przynajmniej zabezpieczyli i oznakowali.
      Tak czy owak, gdy coś się dzieje, objawia się dźwięk i tak logicznie uspokoiłam siebie, co by nie panikować, że mi zaraz drzewo na łeb spadnie. Było cicho jak makiem zasiał, więc poszliśmy dalej.





      Tym niebezpiecznym akcentem, nie zamierzam pozwolić Wam myśleć, że narażaliśmy życie. Każda droga, gdzie przyroda ujawnia swą wyższość nad człowiekiem, przebyta z rozsądkiem i uwagą, nie stanie się ryzykiem, póki nic ryzykownego człowiek nie postanowi dalej zrobić.





      I tak trafiliśmy wgłąb ziemi, tam gdzie przez parujące ściany kanionu, przedostaje się zachodzące słońce i zamienia wodę na dnie w prawdziwy, płynny turkus.
      Nim doszliśmy do samej turkusowej esencji, mogliśmy podziwiać intrygującą strukturę wysokich ścian skalnych.
      Turkus jako kolor minerału, przypadł mi bardzo do gustu, kiedy pierwszy raz obejrzałam występ hinduski. Kobieta w turkusowym sari i z turkusami w biżuterii, wirowała w takt ich tradycyjnej muzyki. Pomyślałam, że w żywiołach tkwi siła, którą ludzie potrafią okiełznać. Dzieje się to wtedy, gdy instynkt bierze górę i przychodzi zapomnienie. Turkusowa woda zalała scenę muzyczną na długi czas. Fascynujące są niektóre kultury. Mam w klasie Hinduskę, ubiera się po europejsku. Ostatnio miała mnóstwo turkusowych dodatków, wtedy mi się przypomniała tancerka i ówczesny szał na ajurwedę.





      Ta wędrówka, zyskała już rok temu swoją specjalną opowieść w kilku częściach, do której serdecznie zapraszam: KLIK Tym razem weszliśmy na szlak po drugiej stronie kanionu, więc ominęliśmy dwa zamki. Ten -> KLIK widzieliśmy tym razem z daleka:


      I to miejsce -> KLIK również ominęliśmy.


      Za to nie odpuściliśmy wejścia TUTAJ. Podróż wgłąb ziemi, pomiędzy wysokie skały, długimi schodami w szczelinę, na której dnie płynny lazur mieni się nęcąco... Któż by nie chciał zanurzyć się choć na trochę?
      Schłodzę chęci, woda jest tam lodowata.


















Chyba stworzę sobie koszulkę z adresem i logiem bloga.
Będę ją nosić jak będę służbowo :D


Poprawka. Dwie muszę stworzyć XD Ciekawe czy mąż by nosił... :P
      Gdy wpisać w wyszukiwarkę hasło "Szwajcaria", wschodni region, to miejsce ukazuje się najczęściej. Zwykle też, przedstawiane jest w folderach turystycznych reklamujących Gryzonię. Idąc tędy po raz pierwszy, pamiętałam, że już widziałam to zejście i te mosty... a no. Z całą pewnością większość z Was widziało.
      Mosty w najbardziej ekstremalnych miejscach? Gdzie jak nie w Confoederatio Helvetica? Do słownika frazeologicznego wszedł mi nowy zwrot. "W Szwajcarii jest wszystko możliwe". Widziałam już takie rzeczy, że mucha nie siada.







Cena za możliwość zobaczenia kanionu z bliska, nie jest zaporowa.
      Czas nadszedł aby wyjść już na powierzchnię, choć jak wiadomo, dno bywa ciekawsze od powierzchni, w której przyszło nam na co dzień żyć. Szkoda, że nie pokusiliśmy się aby budować osiedla w nieco innych warunkach, np celem zaoszczędzenia miejsca na korzyść lasów.





To było ciekawe... Cyklicznie spływa tutaj gigantyczna fala, która zalewa większość tego, co za chwilę pokażę.



      Ale i tym razem nam się poszczęściło i nie musieliśmy ujeżdżać fal. ;) To już była końcówka drogi pomiędzy ścianami skalnymi. Przyznam, że wyjście całkiem na powierzchnię, do tej bezkresnej przestrzeni, było specyficznym uczuciem...












Czasami spotykaliśmy takie przeszkody. Jest to ogólnie normą w lesie ;]
      Odkryliśmy starożytną ruinę chaty z kamienia, zapewne należącej do jakiegoś rzymskiego piechura, po których zostały już tylko buty...





      Było już za późno gdy zorientowałam się, że nie studiowałam paleontologii. Kość została już wydobyta z prabuta. Cóż, mówi się trudno. Jak już wspominałam, w Szwajcarii nie ma rzeczy niemożliwych.


      W końcu wyszliśmy na powierzchnię. Już rozumiem co czuje koń, któremu nagle otwiera się furtkę na padok. Wygląda to mniej więcej tak, jakby spłoszył się i zaczął biegać z ekscytacji, nierzadko też kładąc się.




      Była to już ostatnia prosta do przystanku, z którego następnie autobusem udaliśmy się do miejsca startowego. Na otwartej przestrzeni też było ciekawie, a później w miasteczku, pojawiła się zabudowa z regionu włoskiego. Poznacie po dachach z kamienia ;)
      A teraz krótka przechadzka zakamarkami, przez które przewodnik Was nie przeprowadzi. Czyli prywata.


Drewniany most.



Chów z przestrogą?
"Bądź dobrą kozą, bo inaczej twój łeb zawiśnie nad wejściem!"






Wstęp do tego kościoła był biletowany. Do czynnego kościoła, rozumiecie?
Ciekawe czy gdy dzwonią na mszę, bilety też obowiązują.
Daliśmy sobie spokój.


      I to już dworzec autobusowy w Zillis, nasza META.
      W TYM poście wymieniłam wszystkie potrzebne informacje, gdyby ktoś zechciał odbyć taką podróż.
      Tymczasem pokażę Wam jeszcze kilka zdjęć zza samochodowej szyby. Bardzo lubię zdjęcia z drogi, nie wiedzieć czemu, ale nawet jak przemierzam jakąś trasę nie pierwszy raz, nie potrafię schować aparatu do plecaka. Wtedy np, można sobie znaleźć kolejny cel do wędrowania :)

Miasto na skarpie.











      Moim zdaniem to jedna z wędrówek, którą trzeba koniecznie przebyć, jeśli się jest w tej części Szwajcarii. Polecam nawet niezaawansowanym piechurom.

12 komentarzy:

  1. Ania, rozumiem, ze nie ma tam zadnych drabinek i innych tego typu stromych zejsc. Zastanawiam sie, czy dalibysmy rade przejsc kanion z dziewczynkami?!!

    Te krete gorskie drogi zawieszone nad przepasciami zawsze wzbudzaja u mnie szybsze bicie serca (jesli jestem pasazerem pojazdu)!!! Nsjchetniej poszlabym pieszo :)!!!

    Widoki zapieraja dech!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że tak. Jest jak w górach, czyli góra - dół - góra - dół, ale nie ma łażenia "po kresce" czy innych takich.
      W dół, tam gdzie jaskinie, schodzi się po normalnych schodach. Jest bezpiecznie.
      To wyprawa całodniowa, z Thusis do Zillis (Kanton Graubünden, pisałam po polsku używając słowa Gryzonia) idziesz 5 godzin normalnym tempem bez pośpiechu.
      Viamala to jeden etap Via Spluga, który zaczyna się w Thusis ale kończy w Chiavennie, we Włoszech.

      Zajrzyj sobie też tutaj: http://www.myswitzerland.com/pl/via-mala-gorge.html

      I tutaj masz mapę dokładną całej drogi: https://map.wanderland.ch/?lang=de&p&route=50&bgLayer=pk&resolution=100&X=749362&Y=153012&layers=Wanderland

      Usuń
  2. Napiszę wprost niesamowita wyprawa w cudownym i bajkowym kraju mieszkasz jestes po prostu zakochana w tych pieknych gorach serdecznosci pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ściślej mówiąc, to była nienawiść od pierwszego wejrzenia :D Ale podobno między tymi dwoma niezwykle silnymi uczuciami jest cienka linia.
      Lubię rozległe przestrzenie, po których hula wiatr, wolę być na szczycie góry niż pomiędzy nimi wszystkimi zamknięta w dolinie.
      Ale wszystkie emocje można kontrolować, nienawiść to stan umysłu, a umysł także można kontrolować. A lubi się, co się ma i szuka alternatyw, prawda?
      Mieszkam tu, bo mi się mój mąż podoba, a jemu podobają się te góry. Gdybym nie miała męża, być może miałabym domek na Warmii, a i chłop z Mazur nie brzmi źle. Generalnie im dalej na północ, tym lepiej się czuję. Gdybym miała wybrać dokąd chce pojechać, byłyby to Szwecja albo Norwegia. W Szwajcarii jest zdecydowanie za ciepło i zbyt blisko słońca.

      To tyle mojej szczerości, ja się zresztą nigdy z tym nie ukrywałam. Być może zbyt bardzo mnie denerwowała tutejsza topografia, że nieumyślne pragnienie, upragnione w nerwach, sprawiło, że górskie szlaki wysłały mnie w końcu do szpitala. Zobaczymy co będzie, biadolić nie zamierzam, zgodnie z zasadą - nie ma rzeczy nie do zastąpienia. Coś wymyślę.

      Usuń
  3. Spoglądanie wgłąb siebie to mega ciekawa sprawa, jednak nie każdy ma odwagę.... no i oczywiście dojrzałość:) by zrobić to uczciwie:)
    Koszulka z adresem bloga to ciekawa sprawa:)) ja mam długopis i świecznik:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odwaga jest potrzebna, masz sporo racji. Grzebanie w swoich zakamarkach i akceptacja wszystkich cieni, następnie wyjście do światła i uporanie się z tym wszystkim, to czasami długa droga i przebycie wąwozu to może być za mało. Powiem Ci, że wiele musiałam przejść - sama - tylko z własnymi myślami - aby zrobić skuteczną defragmentację swojego dysku.

      Usuń
    2. JA wiem czy akceptacja.... najpierw coś trzeba zauważyć, przyznać sie do tego by coś z tym zrobić...

      Usuń
    3. Ja już poszłam o krok dalej. Mnie jest łatwo przyznać się przed samą sobą do zaistniałego problemu, ponieważ całe życie spowiadałam się samej sobie i zawsze starałam się brać na piedestał te kłopoty. Zawsze żyłam tak, by ludzie przy mnie mogli czuć się "zaopiekowani", ale nigdy nie zapominałam o samej sobie, równoważyłam swoje życie pomiędzy ich i swoje sprawy.
      Teraz troszeczkę pogubiłam się na własnej ścieżce i w gruncie rzeczy o tym też mogłabym napisać coś więcej. Po pierwsze, lubię o tym opowiadać, bo wiem, że na własnym fundamencie potencjalnych niepowodzeń, można zbudować całkiem pozytywny motywator, a po drugie, już samo pisanie dosięga mojej głębi i jest dla mnie terapeutyczne, prawie jak chodzenie po górach, czego na razie nie mogę robić.

      Usuń
  4. Zatkało mnie po prostu. Bomba. Wydaje mi się z resztą, że takie wycieczki i rożne inne włóczęgi skłaniają do przemyśleń. Chętnie bym sobie coś takiego zafundowała choćby tylko po to by jakoś dojść do siebie (na piechotę) ale oczywiście co? Nie mam kiedy. Po jakiemu oni tam gadają w tej Szwajcarii? bo ja słyszałam, ze w języku kur:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W czterech językach. W niemieckim, włoskim, francuskim i retroromańskim. Oczywiście do tego dodaj różne dialekty. Ja np jestem w tym niemieckojęzycznym. Uczę się czystego niemieckiego i za cholerę nie potrafię się tu dogadać, bo oni mówią we Schwyzerdütsch czyli w dialekcie alemańskim. To mnie wpędza w depresję, ale jakoś się żyje. Jeszcze. Jak na razie bez problemów potrafię dogadywać się w mojej klasie na kursie niemieckiego z nauczycielką oraz z mnie podobnymi. I jeszcze dobrze mi szło w Niemczech, potrafiłam nawet dialog pociągnąć. Tutaj prędzej sobie wbiję nóż w serce -_-'
      Jeżeli chciałabyś tu przybyć turystycznie, angielski Ci wystarczy, a na szlakach wędrownych nie musisz z nikim rozmawiać, jedynie witać się z mijanymi ludźmi, bo tu nie jest dziwne, a wręcz wymagane, by każdemu powiedzieć "dzień dobry".
      Polecam wszelkie kaniony i wąwozy, nie są wymagające. Góry są levelem dla bardziej zaawansowanych piechurów, ale jeżeli masz chęć naprawdę wejść wgłąb siebie i zostawić wszystkie problemy w przełęczy, polecam góry co najmniej w wysokości dwóch tysięcy. Dają radę z naszymi ludzkimi czarno-myślami.

      Usuń
  5. Witaj Hexe.
    Fajna ta wędrówka i jestem pod wrażeniem. Zastanawiam sie, czy ja dałbym radę tak wędrować.
    fajne zdjęcia.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po tym kanionie z całą pewnością tak. Alpy to nie tylko wysokie góry, większość zamków również znajduje się na przyzwoitych wysokościach, a i Via Spluga to nie jedyny taki kanion do przemierzenia.

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.