czwartek, 14 kwietnia 2016

Stauberen. Moja droga przez mękę. Mój sukces, moja duma.

      Wracając jednym postem wstecz, tym o depresji i prywatnie o problemach związanych ze zwykłym życiem zwykłej kobiety na krańcu świata - miałam kiedyś plan na siebie, a nawet kilka, przecież wiecie o tym. Czytający mnie na przestrzeni lat, tego czy innych wcześniejszych blogów, (a było ich trochę), wiedzą, że porzuciłam kilka naprawdę ambitnych celów w życiu. Było oczywistym, że nie zawsze będę taka silna i zaradna, że w końcu trafi kosa na kamień i nastanie taki punkt, że się poddam. Poświęciłam coś więcej, ale dla dobra sprawy, dla miłości, dla nowych perspektyw, których po prostu jeszcze nie odkryłam. Wciąż jestem na oślej łączce tej całej maskarady po szwajcarsku i jeszcze nie wiem jaki jest mój cel. Ale ostatnio jest coraz lepiej.
      I teraz użyję porównania Beatki Pawlikowskiej, która trafiła w sedno, w głębię istoty całego mojego jestestwa, które półtora roku temu odwróciło się przeciwko mnie.
      Otóż życie jest jak wielka góra. I wyobraźcie sobie teraz, że podchodzicie do tej góry i wyciągacie ramiona tak bardzo, bardzo szeroko, pragnąc objąć tę górę swoimi ramionami i dźwignąć ją, mieć takie poczucie "tak! teraz trzymam całe moje życiem całe jest pod moją kontrolą i podlega moim decyzjom! I teraz mogę to całe moje życie przenieść tam, gdzie chciałabym by istniało." Ale to przecież jest niemożliwe. Każdy z nas pewnie próbował w ten sposób. I wtedy ja całą tę górę podźwignęłam, zrobiłam rewolucję w swoim życiorysie i jak zawsze pragnęłam, odkąd pamiętam, osiągać rzeczy wielkie. Jakby samo noszenie było już tym celem, ale wiadomo, że od dźwigania bardzo boli kręgosłup...
      Zawsze też próbujemy się motywować do szybkiego podejmowania decyzji w takim przenoszeniu gór, że jak nie dziś to kiedy, albo jak nie dziś, to pewnie jutro nie będzie nam się chciało.Wiemy na pewno z doświadczenia, że człowiek potrafi porwać się jak szczerbaty na suchary. Że podejmując wielką, ambitną decyzję, nazajutrz coś się w nim zmienia i nie jest w stanie dalej sobie z tym radzić. Dlaczego tak jest? Dlaczego po pewnym czasie poddałam się i cała rzeźba tej mojej góry posypała się na mnie brutalnie miażdżąc?
      Po pierwsze: nie dźwigamy góry, bo to głupie i naiwne. Przyjrzyjmy się jednak tej górze. Każda składa się z mniejszych kamyków. Całe nasze przenoszenie góry w inne miejsce zaczyna się od podniesienia i przełożenia jednego kamyka. Chodzi o to, aby podjąć zobowiązanie u samego siebie. Cała sztuka polega na tym, żeby kamyk po kamyku przenosić w miejsce, w którym chcielibyśmy żyć. To instynkt podpowie Wam, od których kamyków zacząć. Nie chodzi o to, aby planować już teraz jak będzie wyglądała ta nowa góra. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć co przyniesie jutro, nowy rok, dekada. Nie planujmy aż tak skrupulatnie, ale planujmy w ogóle i bądźmy konsekwentni.
      Po drugie: są rzeczy które chcemy osiągnąć w życiu i takie drobne cele należy mieć. Ćwiczyć to noszenie kamyków - ćwiczyć umiejętność konsekwentnego realizowania swoich planów.
      Nie mam planu na resztę życia. Ale codziennie, konsekwentnie, cierpliwie i wytrwale, przenoszę po jednym kamyczeku w nowe miejsce. I to działa, uwierzcie mi.

      Obecnie jest mi bardzo trudno, ponieważ zaczynałam przenosić bardzo istotne kamyki w momencie, kiedy byłam najmniej do tego zdolna. Kiedy walczyłam z własnym splinem, totalnym rozprężeniem duchowym i nie było we mnie ani trochę poczucia równowagi czy też potrzebnego skupienia, a mimo tego narzuciłam na siebie masę obowiązków, twierdząc uparcie, że tak będzie lepiej, że rzucę się na głęboką wodę,wir pracy i poradzę sobie z tym za wszelką cenę. Otóż nie ma niczego "za wszelką cenę", to nierozwaga, dobiłam się tylko.
      Wiele spraw przez to zawaliłam, marazm i frustracja nie cierpią obowiązków i dziś mam zaległości w bardzo istotnej materii. Ciężko jest nadgonić. Bo dziś mam w sobie równowagę, ale jest za późno aby powiedzieć tu coś o mającej być wzorem systematyczności swoich czynów od samego początku nowej drogi.
      Aby wziąć sprawy w swoje ręce, należy najpierw uporządkować swoje wnętrze, odczuwać spokój, a przede wszystkim czuć, że jesteśmy na właściwym miejscu. Już bardzo dużo kamyków zostało przeniesionych, ale nie są zbyt stabilne, ta góra usypuje się, ciągle muszę coś poprawiać.
      Moja rada - działajcie spokojnie i mierzcie siły na zamiary.


      A oto zupełnie inna góra...


Kliknij aby powiększyć.
      ...bo prawdziwa i wielka na ponad dwa tysiące metrów, która była przypadkowym (choć jednym z wieeeelu) powodem wielu moich frustracji. Bo jest, bo stoi, bo daje cień, bo zasłania, bo była odwiecznym wyzwaniem. Nie raz na nią naklęłam czołgając się jej szlakiem i powymyślałam na nią masę epitetów. Niejeden raz już zdobyta i niejeden raz zdobyta będzie. Jeszcze wiele ścieżek i trawersów wiedzie na jej szczyt i jeszcze wiele wędrówek jest przede mną. Ale nie poddawałam się.
      Przedstawię Wam teraz ostatnie trzy lata moich prób pokonania licznych słabości nie tylko fizycznych. Moja droga przez mękę, moja duchowa rewolucja. Sławetna Bandytka ;)


Rok 2014.
Wjazd nr 1

      Jeszcze tutaj nie mieszkałam, przyjeżdżałam czasem, bo wiadomo, że związki nie kwitną przez internet.
      Jednym z ciekawszych miejsc jest szczyt Hoher Kasten, ma nawet swoją stronę (KLIK), która jest stale aktualizowana, nawet z własną prognozą pogody.
      Wjechaliśmy na szczyt kolejką górską. Stoi tam restauracja, która wewnątrz ma obrotową podłogę. Można, jedząc obejrzeć wszystko dookoła.
      Wokół tej bazy skomponowano mini ogród botaniczny, dokładnie opisane rośliny porastające wierzchołki tutejszych gór.


      Mrożącym rew w żyłach wydaje się pomysł biegania pod ten szczyt. A jednak od 1987 roku są organizowane zawody w przebiegnięciu tej góry. Wielu biegaczy postanawia oficjalnie pokonać tę trasę. Odbywa się to w ostatnią niedzielę sierpnia.
      Założono klub sportów i turystyki pieszej Brülisau. Udział bierze zawsze około 180 biegaczy w różnym wieku, rozpoczynają punktualnie o 9:00. Rzeczywista trasa wiedzie od krzyży Rossberg w Brülisau, Rietlergatter przez właśnie Hoher Kasten. Dla mnie to wciąż abstrakcja.

Kliknij aby powiększyć.
A tak to wyglądało z olejki:







Oraz z samego szczytu:














Rok 2015.
Wjazd nr 2

      Kiedy zadomawiałam się już powoli na nowych włościach, zdarzyło nam się także bez trudu dostać na nieco niższy szczyt, również celem zjedzenia obiadku w restauracji tuż pod bożą kuchnią. :) Fotorelacja TUTAJ. I to właśnie jest tytułowe Stauberen.
      Miejsce jest nazywane w dialekcie ʃtɔubərə i ten fonetyczny zapis ani mi nic nie mówi, ani nie umiem przeczytać. Tak jest napisane w Wikipedii. Nazwa jest w jednej proporcji z niemieckiego słowa "trasa" w drugiej zaś proporcji ze szwajcarskiego słowa "wędrować".
      Stąd roztacza się wspaniały widok w dół na Dolinę Renu, widać także jezioro Bodeńskie, całą panoramę aż do Liechtensteinu i niezliczone szczyty Alp Austriackich.


Wejście nr 1

      Następnie czas przyszedł na nieco bardziej zaawansowane plany. To była moja pierwsza w życiu samodzielna wędrówka w góry. Wdrapać się na pasmo górskie będące granicą kantonów Appenzel i St. Gallen, brzmi dumnie, prawda? ;)



      Zakończyłam mozolny marsz w czterech piątych góry. Zabrakło sił i czasu, wspinałam się strasznie długo. Szlak jest dla zaawansowanych piechurów, jest dość stromy jak na szlak pieszy, choć ścieżki w większości odcinków są szerokie i na pierwszy rzut oka miłe i łatwe. Jednak świadomie mogę opisać taką wędrówkę, następująco: pot, krew i łzy. Fotorelacja TUTAJ.


Wejście nr 2

      Drugie podejście nastąpiło tego samego roku, z dopingiem mojego męża, wtedy udało się dojść aż na sam szczyt, przyznaje nie bez przekleństw. Fotorelacja TUTAJ.
      Zamiast ponapawać się szczytem i spadać do domu :P to on by jeszcze dalej i dalej i szedł i szedł... Podziwiałam szczerze jego zapał i energię.


Rok 2016.
Wejście nr 3 i pół

      Zimowa, znów samodzielna wędrówka odbyła się gdzieś na początku lutego, ale nie planowałam wtedy zdobywania szczytu (poruszałam się szlakiem na trzech czwartych jej bandyckiej wysokości). To miało być coś w rodzaju "przymierzenia się" po sezonie zimowym.
      Ostatnie roztopy towarzyszyły mi w sposób bardzo uciążliwy, kapiąc na mnie i na obiektyw. Spadające bryłki śniegu z drzew, głośny chlupot, co chwila obrywające się hałdy zmarzliny. Nietypowe i urokliwe chwile ostatniego tchnienia białej pory roku dla tych lasów.
      Inspekcja szlaków tego masywu górskiego w zimie, jest zdecydowanie niewskazana, nawet na stronie to zaznaczają. Stoki wysokiej kasty są dosłownie zamrożone i tak gładkie jak szkło. Zaś przy roztopach istnieje ryzyko lawinowe, co już słyszałam i widziałam zdecydowanie będąc za blisko.
      Był to słoneczny i bezwietrzny dzień, ziemia całej góry parowała, dosłownie jak zgrzane, cielsko smoka, oddawała całe ciepło w postaci obłoków pary. Warunki cholernie trudne dla fotografa, toteż mało mam dobrych zdjęć.
      A przy okazji powiem Wam, dlaczego śnieg skrzypi pod butami: śnieg to piana nadmuchana powietrzem i nasączona wodą z podtopionych kryształków lodu. W zależności od składu tej mieszaniny, śnieg czasem jest lepki, a czasem rozsypuje się jak puch. Kiedy jest przemrożony, to zawiera powietrze i igiełki lodu, które pod wpływem nacisku pękają, ocierają się i skrzypią, bo nie ma wody, która działałaby jak smar.
      Informację pozyskałam dzięki działalności mojej znajomej, która prowadzi bardzo ciekawą stronę i przy tej okazji zapraszam :) KLIK



















Oczywiście, że szlak wiódł w prawo, w górę :P

























Tutaj najlepiej widać jak góra parowała.

Wejście nr 4

      Aż wreszcie we wtorek tego tygodnia, wybrałam się znów samotnie na rewanż, zastając u podnóża lato, po drodze stepy, potem sawannę, a na samej grani jeszcze zimę.


      Pobiłam swój rekord, coś co było dla mnie niemalże niewykonalne, uczyniłam przechodząc swoje bariery wytrzymałości w czasie krótszym niż znaki na szlakach przewidywały, bo dostałam się na szczyt o godzinę szybciej. Mój rekord, moja "życiówka", jestem z siebie dumna :)
      Zatem niniejszym samodzielnie weszłam na efekciarskie 1860 m. n.p.m. Schodząc na dół, dumna jak paw, spotkałam dwie wędrowniczki, które zapytały mnie o kolejkę górską, czy jest czynna, bo będą chciały zjechać. Mając w myślach wredne "a trzeba było wyjść wcześniej na szlak, a nie się teraz martwić czy przed zmrokiem zdążą zejść :P" poinformowałam je, iż nie działa, a potem z racji tego, że poprowadziłam dialog po niemiecku, byłam dumna jak dwa pawie.


Tak to jest jak się samemu sobie zdjęcia robi. Wtedy 3/4 fotografii zajmuje np kamień.







      Szczyt zdobyty. Znak wskazywał kierunki, w których znajdowały się punkty docelowe, np dwie jadłodajnie.
      Saxerlucke to miejsce, w które z mężem obligatoryjnie zamierzamy się wybrać. Brulisau jest na dole w Appenzeller.


Sämtisersee. Jezioro okresowe, ale moim zdaniem to już stałe, bo co tu jestem, to ono też jest.












Jest stromo, prawda? Całe podejście z tej strony góry, od samego dołu jest właśnie takie. Oczywiście ścieżka idzie zygzakiem, nie ma drogi na wprost.

Musiałam się trochę ponapawać tą chwilą...







Statyw z próchna.














Czasami trzeba było zdjąć plecak i przecisnąć się pod pniami. Uroki dzikich uroczysk.
Latem cała góra zakwitnie. Na letnich zdjęciach (któryś tam link...) widać to najlepiej.


Niekiedy lazło się po kostki w wodzie. Na tę górę w adidaskach nie da rady, Smuteczek, bo gorąco w traperach :(
Kolejny bałagan.




Soczysta, świeża zieleń...
Zaintrygowała mnie ta lepianka w chaszczach. Tam nie było żadnej drogi, zdjęcie zrobiłam na maksymalnym zoomie.
Nie wiem jak tam dojść żeby się nie stoczyć boleśnie na dół, bo ciekawi mnie czy ktoś tam pomieszkuje.
Pół biedy, że w okolicy cmentarza żadnego nie ma...  (z pozdrowieniami dla fanów Sapkowskiego :D)
Kiedyś tu przyjdę na zioła.


Wejście nr 5?

      W planach kolejna wędrówka na tą samą górę. Jest jeszcze taki szlak, którym nie wędrowałam nigdy, a wiedzie on na same skalne kły, pomiędzy którymi najczęściej tańczą chmury. Wtedy będę dumna z siebie jak trzy pawie. Mówię Wam - kamień po kamieniu. Jeszcze rok temu nie zdobyłam o własnych siłach ani jednego więcej szczytu, poza tym jednym, na który pełzłam wściekła jak osa... a tymczasem teraz jestem rządna wędrowania po górach.
      Na szczyt prowadzą różne szlaki. Są mi znane te, rozpoczynające się w miejscowościach Frümsen i Sax. Z Frümsen jeździ kolejka, szczegóły TUTAJ.


Wejście nr 6?

     Góra w najwyższym miejscu ma aż 2,502,9 m. n.p.m., ten szczyt zowie się Säntis (również posiada szczegółową stronę, kolejkę górską, restaurację i hotel - KLIK) i wiedzie do niego bardzo stroma z obu brzegów, wąziutka grań. Zwięczenie szlaku jest gorsze od Drei Schwestern, jest na co się porwać. Tam jest jeszcze jakiś tunel pomiędzy Bergwegen, a Gipfelbauten, jest to jeszcze obszar przeze mnie zupełnie niezbadany.


 Na tej stronie - KLIK - przewodnik dla zainteresowanych Clubbingiem w tym regionie.

      Która wędrówka przypadła Wam najbardziej do gustu? :)


      Nie jestem idealna i nie muszę być. Ciągłe dążenie do ideału to pewna fikcja, która ma odwrócić uwagę od prawdziwego życia. Dlatego wiem, że nie muszę być idealna. Ale jednocześnie staram się być coraz lepsza. Lubię ludzi, lubię świat. Lubię siebie. Lubię chmury i mgły, to nie ma na mnie negatywnego wpływu, doceniam ich wspaniałą aurę. I najbardziej lubię chodzić po górach, kiedy te wprost toną w cienistych kotłowiskach chmur, niby widziadłach bezcielesnych pokutników. Jeszcze jęków mi tam brakuje. ;]

18 komentarzy:

  1. Plany na życie, siebie, od pewnego - już dość długiego czasu, traktuję jako szkic. Życie robi niespodzianki, które mogą nam plany przekreślić, zmodyfikować. Nie warto się spinać i za wszelką cenę je realizować teraz, bo tak wykombinowaliśmy sobie, bo inaczej przecież nie można. Czasem warto po prostu pozwolić się życiu ponieść jak rzece. Nie męczyć się z jej prądem. ...a wszystko ma swój czas ;)
    Niezła ta twoja góra :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to powinien być szkic, ale zawsze jakiś. Nie traktujmy życia po macoszemu, nie snujmy też planów zupełnie nierealnych, jednak najważniejsze, by nie tracić nadziei oraz motywacji do ich spełniania.
      Owszem już nie raz doświadczyłam nagłego zwrotu akcji, że Bóg miał dla mnie inny plan, przedstawił mi go bez pytania i wrzucił na nowy tor. Co się potem okazało - bardzo słusznie.
      Należy planować, dążyć do realizacji, ale być elastycznym i potrafić odpuścić. Bo głupie upieranie się przy swoim może tylko zaszkodzić nam samym.

      Usuń
    2. O to upieranie się na siłę mi chodzi. Czasem warto zawalczyć wbrew okolicznością ale nie zawsze. Najtrudniejsze jest poleganie nie na uporze ale na intuicji/przeczuciu czy jak to sobie tam nazwiemy.

      Usuń
  2. oj marzy mi sie wyjazd w góry...
    Nikt nie jest idealny, najważniejsze że lubisz siebie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Weź kalendarz, sprawdź kiedy masz urlop, zaplanuj konkretny cel, sprawdź czy są wolne pokoje, zaklep i czekaj wyjazdu ;)

      Usuń
  3. Cudowne zdjecia oraz relacja podziwiam Twoja odwage i zapal szczescia życze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odwagą bym się dzieliła wisząc na linach. Nie uważam swojego wyczynu za osiągnięcie na wielką skalę. Po prostu nie jestem zapaleńcem gór, ale ile można siedzieć w domu? W ramach znanego powszechnie: "jak się nie ma co się lubi..." postanowiłam pokonać wszystkie moje potwory powyżej tysiąca metrów. Oczywiście konsekwentnie będę zwiększać pułap :)
      W dół także, bo wąwozy są równie interesujące... nie wiem nawet czy nie bardziej. Znana jestem z tego, że ja w każdą dziurę muszę wejść ;)

      Usuń
  4. Witaj Piękna!

    Jeju, jak ja bym się na tym mchu położyła, a ten śnieg albo sople to ja bym za koszulkę komuś wrzuciła. Do drzew bym się przytuliła! Pięknie tu. Uczta dla oczu. Zdobywaj. Jęków nigdy za wiele;] Byle nie udawanych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam słabość do turlania się po trawie, więc Cię rozumiem ;)

      Usuń
  5. Ech, ta Bandytka!!! Piekna jest!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest kilka jeszcze szlaków kompletnie mi nieznanych, dlatego Bandytka nie raz pojawi się na moim blogu. Ale mimo iż u mnie wiosna, tam u góry śnieg na wąskich ścieżkach sprawia wiele kłopotów. Poszłam, bo znam je na pamięć i wiem jak obejść te niebezpieczne fragmenty.
      Dlatego nowe tory poczekają jeszcze z miesiąc, bo tam gdzie chcę się wybrać w następnej kolejności, leży więcej śniegu.

      Usuń
  6. Powiem otwarcie: dech mi zaperło:-)
    Drugi blog tez mi się bardzo podoba. Dobrze, że nareszcie mam trochę spokojniejsza pracę i czas żeby czasem odwiedzać Twoją jakże ciekawą przestrzeń. Ściskam w mężną stopę. Dominika.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że mogę Cię znów u siebie gościć :) Bardzo mi miło i zapraszam do kolejnych odwiedzić.
      Stała czytelniczka, Anna ^_^

      Usuń
  7. Cóż za przepiękne widoki! I Ty na tym tle - rewelacja. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Świat dzisiaj tak pędzi, że czasem trudno się powstrzymać i nie próbować góry na raz przenieść... Ale przecież tylko z tego problem!
    Widoki z gór piękne! Dlatego właśnie tak je kocham. Bo choć a przykład lasy są równie piękne, to jednak brakuje im tego ogromu gór.

    OdpowiedzUsuń
  9. Witaj Hexe.
    Długa wędrówka dzisiaj....
    Fajnie, ze jesteś młoda...
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się tak żyć dzisiaj, aby jutro wiek nie miał znaczenia.

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.