środa, 27 kwietnia 2016

Łódzki fotoreportaż mojej mamy, oraz o tym, że rodziny bywają różne.

      Moje polskie miasto, kolejny raz rozkręca się beze mnie, podczas gdy w Szwajcarii wieje nudą, a występujące tutaj wydarzenia klubowe mnie nie interesują. I być może stąd to stwierdzenie, gdyż głodna będąc wydarzeń kulturowych, nie uznaję jednako za takowe zbiegowisk dziesiątek podobizn Justinów Bieberów, mimo iż wiele ich, wiele imprez tak naprawdę. Ach ta Szwajcarska młodzież...
      Motocykliści rozpoczęli swój sezon w Polsce paradą przez ulicę Piotrkowską w Łodzi, w którym wzięło udział ponad tysiąc jednośladów.
      Na Street Food Festival zjechało mnóstwo najlepszych ciężarówek z jedzeniem, serwujących zarówno dania wegetariańskie, przysmaki dla koneserów „sztuki mięsa”, jak i amatorów słodkości.
      Tymczasem dzięki uprzejmości moich rodziców, pokażę Wam zdjęcia z ich spaceru po łódzkiej manufakturze, gdzie odbyła się Wystawa Figur Stalowych.
      Już po raz drugi moja rodzicielka została współautorką jednego z postów na tym blogu, :) oto jej fotoreportaż:

      Kilkanaście stalowych postaci stanęło w przestrzeni galerii handlowej w pełnej dostępności dla klientów. Figury wykonano z części samochodowych, m.in. z silników, hydrodynamicznej skrzyni biegów i baku motocyklowego.
      Ogromną popularnością cieszy się potężny i wściekły Hulk, wykonany z ponad 38 tysięcy ośmiomilimetrowych nakrętek. Również w rotundzie stoi kolejny niezwykły eksponat - wyścigowy Mercedes 300 SLR z 1955 roku, w skali 1:1. Jego budowa trwała aż 8 miesięcy, a o kunszcie autorów tego dzieła świadczy fakt, że nie dość, iż auto jest dokładnie takiej samej wielkości, co oryginał, to jeszcze waży tyle samo!


      Wchodzących do galerii handlowej witają czterometrowi Transformersi – przyjacielski Optimus Prime oraz przedstawiciele Deceptikonów, groźny Megatron.






      Stalowe rzeźby mogą pełnić również funkcje praktyczne. Stół i krzesła w stylu steampunk zostały opanowane przez dwóch filmowych bohaterów: Aliena z „Obcego” oraz Golluma, czyli bohatera „Hobbita” i „Władcy Pierścieni”.


      W pasażach galerii handlowej czekają ikony popkultury – uwodzicielska Marylin Monroe, charyzmatyczny Michael Jackson, niezapomniany Elvis Presley i ekstrawagancki Freddie Mercury. Tu również zachwyca pieczołowitość i dbałość o każdy szczegół. Wystarczy przyjrzeć się np. włosom Elvisa czy stalowym pantofelkom Marylin.

"Yo, ho, haul together,
hoist the colors high"

      Wystawa potrwa do 24 kwietnia. Mnie pozostają zdjęcia.
____________________________
- szczegółowe info z manufaktura.com


      Sporo ostatnio piszę na luźne tematy, przepraszam z góry, bo przecież miałam opowiadać o podróżach, lecz nie mam po prostu czasu na to, aby posegregować zdjęcia, oddzielić wartościowe od tych złych, poobrabiać... Jednakże... czy podróż przez życie nie jest najlepszym tematem rozmów?
      Przychodzi też okazja do tego, aby poruszyć pewien pieczołowicie opracowywany w ostatnich dniach temat.
      Wiecie, że nie mam planów rozrodczych i ogłosiłam kilka lat temu, że rozmnażam się przez podział i że na pewno nikt w rodzinie nie chciałby nigdy w życiu czegoś tak okropnego zobaczyć, w związku z czym dobrodusznie postanowiłam darować tego widoku. Ale nigdy nie powinno mówić się 'nigdy'..., bo...
      ...jeżeli zmienię zdanie i postanowię być człowiekiem, a nie komórką, to postanowiłam opowiedzieć słówko o moim planie wychowania, którego wcześniej nie obmyślałam, bo przecież komórki się nie wychowują, ale że poznałam drugą komórkę...
      Rodzina to nie jest tylko taki doskonały materiał na śliczną ozdobę do powieszenia w ramce na ścianę.

Źródło: internet.
"Głuchonieme serca szalone 
z boku patrzę na nie i widzę 
że nie pragną się wcale oboje 
wolą ciszę..."
- "Woalka"

      Wyniosłam z mojego domu wspaniały model rodziny, który mogłabym przekazywać przez następne pokolenia, (wciąż zakładając, że postanowię być człowiekiem). Model ten, mimowolnie porównywałam z wieloma innymi domami.
      Rówieśnicy z moich młodszych lat, można powiedzieć, mięli raczej limity sankcjonowane czyli nieprzestrzeganie ich, groziło licznymi zakazami i mało wymyślnymi, lecz upierdliwymi karami. Zaś ja zawsze miałam wybór i zawsze mogłam argumentować, ponad to moi rodzice dążyli do mojej niezależności. Moje dzieciństwo i czas młodzieżowy były do negocjacji, miałam swój Dom - schron, azyl, u innych obserwowałam stale domowy front...
      Nauczono mnie, że spoiwem rodziny są przede wszystkim wolność słowa i poglądów oraz otwarte serce. To są wartości, którymi się kieruję przez całe swoje życie. Oraz, że to nie materialna rzecz jest sensem prawdziwego istnienia, więc ciężko jest mnie podejrzewać o luksus kilku aut i jacht cumowany na Bodeńskim. Bo rodziny nie powinny łączyć ani dzielić majątki. Bo rodzina, proszę państwa, to coś znacznie więcej.

      Zauważam też bardzo często, że po dziś dzień  m o i   r ó w i e ś n i c y  nadal mają nakładane rodzicielskie normy, zupełnie jakby przeoczono w ich życiu dorosłość. Czas polegać na własnym doświadczeniu, ale jednak mama wie lepiej. Czy to znacie?
      Ja znam pojęcie "radzić się rodzica i podjąć decyzję". Obserwuję jednak inne oblicze: "słuchaj rodzica, on wie lepiej" - u moich rówieśników, podkreślam, a ja mam prawie trzydziestkę na moim chudym karku.
      Poprawka, on nie jest chudy, nie ma chudych komórek...

      Rozważałam kiedyś rozmnażanie przez pączkowanie, bo ogólnie bardzo podoba mi się życie codzienne stułbi wodnych. One mają chude karki... gdzie właściwie stułbia ma kark? Oo

Źródło: internet.
      Przyglądałam się ostatnio koegzystencji mojej koleżanki, która mieszka w "pełnej chacie" (znacie ten amerykański serial?), acz nieznośnej i momentami przykrej, w której rządzi mama - malkontentka.
      Zwierza mi się, wymieniamy niekiedy bardzo długie maile i stale próbuję ją pocieszyć, oraz nakłonić do zmiany swojej negatywnej energii względem tej patowej sytuacji. Ale tak naprawdę, to jej matka potrzebuje psychologa, a nie koleżanka.

      Objawy bycia dorosłym naszych dzieci:
- ślub
- wyprowadzka na swoje
...kolejność dowolna.

Źródło: internet. Zdjęcie współczesne, preparowane.
      Postawmy sprawę jasno - u mnie nie będzie czegoś tak absurdalnego, że dorośli ludzie wtrącają się w życie dorosłych ludzi. Jak rodzic narzuca dorosłemu dziecku swoją wolę, to zakrawać powinno o paragraf jako próba ubezwłasnowolnienia osoby pełnoletniej, poprzez szantaż emocjonalny. Moim zdaniem to  a g r e s j a  w stosunku do potomka i popieprzony odruch w celu wywołania konfliktu.
      Bardzo krytyczne ocenianie, wydawanie gorszących opinii, a potem     ż ą d a n i e,   by coś zostało w taki sposób zrobione, w jaki sobie rodzic życzy.
      Jako domorosły psychoanalityk (podpierając się na krótkim wykładzie kogoś mądrzejszego ode mnie) - wywnioskowałam, że każde takie zachowanie wynika z bardzo głęboko zakorzenionego strachu. To jest strach, z którego rodzic kompletnie nie zdaje sobie sprawy. Ale to taki strach, który kieruje jego myśleniem, emocjami i zachowaniem. I niestety - rodzic który mimowolnie przekazuje swoim dzieciom taki strach, sprawia, że dzieci stają się podatne na to także w życiu dorosłym.

"Załzawione rzucone w górę 
zatrzymane, nie wiem dlaczego? 
takie szczere, związane sznurem 
własnym ego!"
- "Woalka"

      I teraz tak, wyobraźcie sobie rodzinny obiadek, ktoś nagle rzuca jakąś złośliwość, albo wyrazi zdanie kompletnie sprzeczne ze zdaniem reszty. I mogą zdarzyć się wtedy dwie rzeczy. Albo reszta potraktuje to jako żart i przejdzie to bez echa, albo ktoś poczuje się głęboko urażony. Takie poczucie oraz wrażenie bycia atakowanym, choć najpewniej tamte słowa nie miały konkretnego adresata, to jest właśnie ten sam strach. Branie zbytnio do siebie pewnych słów, ogromna wrażliwość na swoim tle, to dokładnie to samo. S t r a c h.
      Ludzie często nakręcają się wzajemnie w przypadku takich konfliktów. Jest tylko jeden sposób aby tego uniknąć: nie dać się ponieść fali świadomego strachu, objawiającego się jako agresywne reakcje lub narzucanie własnej woli. To jest, moi drodzy - przemoc emocjonalna.
      Miłość rodzicielska nie powinna istnieć w towarzystwie agresji i walki. I nie można pozwolić, aby taki system wyświetlał się dzieciom w przyszłym pokoleniu. Miłość nie jest powiązana z konfliktami.

"Wtedy batem pogromię dni 
te co nie chcą o nas nic słyszeć 
choć ja do nich podnoszę wzrok 
krzyczą do mnie wciąż - bądź ciszej!"
- "Woalka"

      Dzieci to nie ozdoba naszych ramek na półkach ani główny folder galerii na FB. To nowy człowiek, który w młodości jaką spędza z nami (a przecież i później), chłonie jak gąbka nasze zachowania - my na zawsze już będziemy ich głównym wzorcem.

Źródło: internet.
      Bądźmy życzliwymi odbiorcami takich ataków i nie dajmy się ponieść. Nie próbujmy walczyć, nie dajmy się brać pod włos. Przede wszystkim nie dajmy się wmanipulować w taki konflikt.
      Ja nie zachęcam do ignorowania członków rodziny. Naświetlam fakt, iż rodzic który stosuje szantaż psychiczny, tak naprawdę działa bardzo niezdarnie, to nie są żadne metody wychowawcze ani pokazanie kto tu rządzi - to jest okazywanie strachu.

      Moja ulubiona rodzina :) To pół żartem, pół serio, ale spójrzcie na to przez pryzmat tego posta. Niekłótliwe małżeństwo, które nie kryje nigdy przed dzieciakami wzajemnego zafascynowania sobą. Nie kryją miłości do siebie i do nich. Dżentelmen i kobieta z klasą. Rodzinka szalona, ale nie ograniczona mnóstwem niepotrzebnych "tak nie wypada".

      Osobiście, zanim rozpęta się piekło w domu, proponowałabym powiedzieć "przepraszam cię, ale ja nie mogę tego słuchać" i wyjść. Ale nie gwałtownie i bez trzaskania drzwiami. I nie ma tutaj za co przepraszać, że niby pokora, nawet udawana, załatwi całą sprawę... nie.
      Każdy człowiek dorosły ma prawo do tego, aby słuchać, albo nie słuchać. Każdy człowiek ma prawo poprosić o radę, i ma prawo jej nie chcieć. Jeśli coś bodzie w jego poglądy czy nawet godność, bo myślę, że próba manipulacji i szantażu są czymś takim; ma prawo, a nawet powinien odmówić wysłuchania zdań w takim tonie.
      Pamiętajcie, że nienawiść wymaga dużo energii. Oszczędzajcie swoją na wszystkie dobre rzeczy, które Was jeszcze czekają.

"Gdy przez bladą woalkę spoglądam..."
      Kończąc ten temat, zapytam Was: a któż nie lubi starych fotografii? Album ze zdjęciami w sepii to bardzo wartościowy skarb rodzinny. Gdy oglądam zdjęcia z nieznanego mi kompletnie wieku, czuję się oczarowana, a wraz z tym czarem budzi się zaczajona wyobraźnia. Uśmiechamy się do ludzi ze starych fotografii, których zobaczyliśmy po raz pierwszy. Na każdym zdjęciu wisi woalka jakiejś historii. Przy oglądaniu starych zdjęć samoistnie układają się opowieści.
      Kocham podróże do przeszłości. Nie możemy dosłownie podróżować w czasie, nie możemy też przeżyć więcej niż jeden wiek, a szkoda, ale cała historia, czy to naszych przodków, czy też po prostu dzieje ziemi, budzą we mnie jakąś dziwną sympatię. Wszystko jedno czy snuję się po średniowiecznych, zamkowych murach, czy oglądam stary, czarno-biały film. Wszystkie fakty z przeszłości mają jeszcze wiele niewidocznych cieni historii. Cieni, do których chciałabym umieć zajrzeć, otworzyć okno czasu i oglądać. A tymczasem prawdziwe opowieści umierają przeplecione z poezją gwiazd, razem z ludźmi.


      A co słychać w teraźniejszości? Pewnego dnia obudziłam się kompletnie zaskoczona. Jakbym przespała pół roku. Przecież nie tak dawno było 25 stp. C w cieniu i chodziłam już w krótkich spodniach i bezrękawniku, tymczasem podnoszę żaluzje i widzę to:



      Dodam, że aktualnie znów jedynie góry bieleją na tle błękitnego nieba, zaś trawniki i drzewa cieszą oczy soczystą zielenią. Tak naprawdę zobaczyłam cztery pory roku w ciągu jednego dnia. To było ciekawe doświadczenie, utwór Vivaldiego powinien zostać hymnem Szwajcarii.

sobota, 23 kwietnia 2016

Czego o mnie nie wiecie - lista rzeczy prawdopodobnie zaskakujących:

1
      Wiecie, że marzę o nieustających podróżach, że chciałabym, aby moja droga nie kończyła się aż do śmierci, stąd tytułem strony jest wariacja na temat "drogi donikąd", czyli marzenie o tułaczce jak w "Into the wild", lecz ponieważ nie jestem typem osobnika żyjącego chwilą (o czym pisałam niedawno) nie rzuciłam dotychczasowego życia w cholerę i pełnię rolę przykładnej (mam nadzieję) żony. Wędrujemy razem, czasem osobno. Poznajemy świat i swoje granice wytrzymałości na niełatwych szlakach górskich.
      Nie wiecie natomiast, że marzę o pojechaniu w takie miejsca jak Australia, Afryka, któryś z biegunów, Indie, Chiny, Szkocja, cała Skandynawia, Puszcza Amazońska, Ameryka Łacińska... etc. i każde z tych miejsc ma określone przeze mnie punkty, w których chcę się znaleźć. Np Stary Szczyt, czyli miasto Inków, krótko mówiąc - Andy. Ten akapit mogłabym rozwinąć do rozmiarów obszernego folderu turystycznego, ale mam nadzieję, że kiedyś będzie to album wędrowca z moimi własnymi zdjęciami.

Nowoczesne wiedźmy nie potrzebują mioteł.
      Oczywiście wiecie, że to co tu wymieniłam, to zaledwie kropla w morzu potrzeb? Nie interesują mnie kurorty, interesuje mnie droga jaką muszę pokonać.
      Prócz tego z pobudek prywatnych, chcę iść na Nanga Parbat (olbrzymi masyw górski, zbudowany z prekambryjskich skał metamorficznych i krystalicznych. Ośmiotysięcznik i dziewiąta góra co do wielkości na świecie). Wszyscy fajni ludzie tam byli, Bruce Wayne, Oliver Queen itd. Ja też jestem fajna i tam pójdę. I w imieniu wszystkich fajnych ludzi, zaśpiewam ze szczytu " We Are The Champions". I promise. No time for losers!!


2
      Wiecie, że lubię chłód, kocham jesień, a zimowy mróz wgl. mi nie przeszkadza. Nie wiecie natomiast, że jestem zwolenniczką chłodnego prysznica, i może dlatego termy i jacuzzi nigdy mnie nie kręciły... nie lubię też piany. Sole aromatyzowane, olejki - TAK, ale płyny robiące pianę - kategorycznie nie. Z tą pianą mam problem od dziecka, zawsze najpierw próbowałam się jej pozbyć, a dopiero potem się zanurzałam :P

3
      Wiecie, że kocham zapach przypraw korzennych, kawa bez cynamonu i imbiru to nie kawa, a omlet lub owsianka na śniadanie, muszą być z gałką muszkatołową i... cynamonem, kardamonem i goździkami. Właściwie kawa też XD
      Nie wiecie, że od małego dziecka kocham zapach aptek, ale tych starych, bo dziś mi pachnie sztucznością. Pamiętam jak mama ze mną wchodziła do apteki, a ja potem nie chciałam wyjść.
      Interesuje mnie medycyna naturalna, czasami sama zbieram zioła i tworzę dziwne wywary, kolekcjonuję też stare dzieła na ten temat... o właśnie, wszystkie zostały w Polsce! To ważne, lepiej się nie pomylić...
      Przy okazji, od nastu lat, moją ulubioną postacią książkową jest pan zajmujący się ziołolecznictwem XD


4
      Wiecie, że kocham pisać i noszę się z zamiarem wydania książki, ale ciągle nie mam w sobie tej potężnej weny, która wreszcie ucapiłaby mnie za kark i usadziła na kilka godzin przed komputerem. Dopisuję kawałki, ale zbyt rzadko. Nie mam więcej czasu. Wena, panie i panowie, została niestety w Polsce, gdzie czasu odnajdowałam w brud. To tam powstał temat powieści i tam zaczęły pojawiać się na piśmie konkretne wątki i zarys ogólny. Tu jakoś ich nie umiem połączyć.
      Nie wiecie natomiast, że napisałam już pierwszy rozdział. Pewnie nim powstanie drugi, minie ruski rok, ale od czegoś trzeba zacząć.


5
      Wiecie, że wędruję samotnie po górach. Nie wiecie jednak, że często nie zabieram mapy, ufam swojej intuicji, nawet jeśli muszę wrócić inną drogą, a jest ona nieoznaczona. Zwykle jednak jest. Szwajcaria zadbała o bezpieczeństwo turystów, wydaje mi się, że zgubienie się w Alpach jest niemożliwe. Ale to moje prywatne zdanie, znam takich, którzy zgubili się w polskim mieście Łódź.

6
      Wiecie jak wyglądam, ale nie wiecie, że ważę około 65 kilo :P Nie wiem dokładnie, bo wagi tu nie mam.



7
      Wiecie o mnie, że jestem apolityczna i antyklerykalna. Ale nie wiecie, że nie cierpię jak się ubezwłasnowolnia ludzi. Jestem zdania, że człowiek ZAWSZE powinien mieć wybór i że prawo nie powinno zabraniać ani decydować o tym jak człowiek żyje. To a porpos ostatnich fanaberii medialnych.

8
      Wiecie, że kocham przyrodę i zwierzęta, ale nie wiecie, że jak byłam mała, moimi zwierzątkami były różne gatunki z poza słownikowych "zwierząt domowych". Nawet zwinkę jakiś czas miałam. Wszystkie po pewnym okresie wypuszczałam na wolność, miałam na tym punkcie bzika. Co zabrane z natury - musi do niej powrócić.
      Nie wiecie jeszcze, że najbardziej znienawidzoną przeze mnie instytucją na świecie jest cyrk. To w ogóle jest instytucja?


9
      Najbardziej bombową rozrywką w moim wykonaniu, której kiedyś często się oddawałam, jest chodzenie na koncerty. Nawet Behemotem nie pogardzę, ale głównie były to Closterkeller, Artrosis, Wilki oraz...
      ...ha, o tym nie wszyscy wiedzą, bo przybyło mi czytelnków! Enej i Kozak System. Ale z tymi Kozakami to już zupełnie inna przygoda mnie wiąże. Ja tam się nie opierdzielałam pod sceną, ja tam walczyłam na scenie o dobry kadr!
      Niemniej... od kiedy mieszkam w Szwajcarii, tych dobrych kadrów przestało przybywać. Ale ja jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa.
      Nie wiecie, że poza ostrymi brzmieniami ja naprawdę lubię folk. Posłuchajcie np Drymbadadzygi. Tu link do mojej ulubionej piosenki - KLIK
      Słucham też Reggae, głównie Mesajah oraz Maleo Reggae Rockers - zespół który miałam zaszczyt poznać poza sceną.

10
      Wiecie, że dużo czytam książek. Nie wiecie, że dobieram sobie powieści do pór roku. Np nie potrafiłabym przeczytać Brama Stockera w lipcu. To zdecydowana jesień.

11
      Wiecie, że podpisuję się "Hexe" ale nie wiecie dlaczego. W czasach liceum napisałam pewną powieść młodzieżową, mam ją nadal na dysku, nie ma zakończenia i nie mam pewności, czy warto ją publikować.
      Nie wiecie, a do tego potrzebna jest ta wiedza, że w czasach liceum byłam cichą i bardzo zamkniętą w sobie dziewczyną. W powieści zaś, stworzyłam kobitkę o przeciwnym do mojego charakterze. Pewna siebie, samodzielna i śmiała czyli taka jaką chciałam być ja.
      Za młodu przezwali ją wiedźmą, ale że korzenie miała niemieckie, a przezwali ją tam, zostało jej po czasy dorosłe właśnie Hexe.
      Po latach pewien znajomy, który książkę tę poznał, powiedział mi, że to wypisz wymaluj ja, tylko inaczej wyglądamy. Czyli Hexe to ja, wypisz wymaluj. Wychodzi na to, że się stworzyłam i jestem postacią fikcyjną.


12
      Wiecie, że nie zamierzałam nigdy wyjść za mąż, ale nie wiecie, że jako czternastolatka, zamierzałam wyjść za bohatera z książki, a ponieważ on nie istnieje kwestia była bardzo prosta i bezpieczna - mój status miał się po prostu nie zmieniać, a swoje piastowskie nazwisko miałam zachować. Był to świadomy wybór i po prostu było mi z tym dobrze. Wolałam być sama niż z kimkolwiek, byle tylko być z kimś, co praktykowało większość koleżanek. Poza tym bycie singlem ma bardzo dużo pozytywnych stron.
      Wyjaśnię to słowami takiej jednej... już nawet nie ważne, po prostu cytat: "Kiedy słyszałam słowo "stabilizacja" dostawałam wysypki i uciekałam na inna planetę. Dużo bardziej interesowało mnie to co znajduje się poza strefą komfortu... NIEZNANE zawsze wzbudzało u mnie hiper zainteresowanie i ekscytacje... Nie szukałam poczucia bezpieczeństwa... Szukałam emocji... Szukałam doświadczeń... Rożnych.
      "Uczę się" - zawsze w ten sposób tłumaczyłam swoje porażki, nieprzemyślane decyzje, głupie wybory, fatalne pomysły.
      Dzisiaj jestem tu gdzie chciałam być. Spełniam swoje marzenia! Zamiast mówić "chciałabym" wstaje i to robię. Projektuję swoje jutro razem z osobą u boku, która jest moim partnerem, a nie przeciwnikiem! Razem smakujemy życia i wciąż wszystkich emocji z nimi związanych. budujemy symbiotycznie."
      Teraz jestem mężatką, dokonałam tak samo - świadomego wyboru i nie żałuję :) Nadal przecież jestem człowiekiem wolnym. Moja wolność polega na tym, że zawsze mam wybór. To ja decyduję o tym co wybieram i jakie życie chcę prowadzić. Mam wspaniałego męża i nie zamierzam niczego w związku z tym w życiu swoim zmieniać.
      Nie wiecie jednak, że marzyłam nazywać się krócej, bo wiecznie nie mieściłam się w rubrykach na dokumentach. Notabene... nazwisko owej postaci fikcyjnej jest wieloczłonowe, na podpis potrzebowałabym chyba oddzielną kartkę... Zdaje się, że niedopracowałam tamtego marzenia :P A właściwie... gdy kobieta wychodzi za mąż za osobę, która ma potrójne nazwisko, to przyjmuje całość? O_o
      Tak czy owak status zmieniłam, nazwisko również. Na takie bardziej botaniczne, co przypada mi do mojego zielarskiego gustu, lecz w rubrykach nie mieszczę się nadal.
      Postać fikcyjna, załóżmy że postanowiła z miłości do mnie zacząć wreszcie istnieć, się ino spóźniła, bo teraz najwyżej mogę pójść z nim na kawkę z przyprawami korzennymi, mile widziane jego własne zbiory. Ale mimo iż ja się stworzyłam książkową Hexą, to ja naprawdę istnieję, a on naprawdę nie.
      





13
       Wiecie, że kocham lasy, że chora tu jestem na ich brak. Wiecie (bo pokazywałam), że nieopodal jest mały lasek, a w nim bardzo stare ruiny układane kamień po kamieniu bez zaprawy, prawdopodobnie w średniowieczu, przynależne do zamku, który stoi dumnie po dziś dzień z chorągwią u szczytu, ale jest to własność prywatna, najprawdopodobniej osoby z nazwiskiem herbowym, a ów herb na jego domu wisi także. (I dobrze, bo przynajmniej zamek nie niszczeje.)
      Wiecie także, że mi ten las skrupulatnie wycinają i jest już o sporo mniejszy niż pamiętam z początków. Zobaczyłam to z góry Bandytki i zachciało mi się płakać - tego nie wiedzieliście.
      Teren najprawdopodobniej pójdzie tradycyjnie pod pola uprawne. Jednak mam nadzieję, że ruiny, dziś porośnięte mchem i bluszczem, pozostawią. Zajmują ogromną powierzchnię, są fascynujące...
      Jeśli będzie trzeba, zamienię się w rusałkę i będę tam kolejno eliminować drwali. To wszystko oczywiście dla dobra historii i kultury.







14
      Wiecie, że jestem znana z tego, iż w każdą dziurę muszę wejść? Choć to nierozsądne, lecz gdy widzę grotę skalną, jaskinię, dno wąwozu, ja muszę i już. Zorientowałam się jednak parokrotnie, że z tymi wąwozami to nie taka prosta sprawa.
      Ja jeszcze o tym nie wiem, ale już Wam powiem, że chyba planuję zostać grotołazem w pojęciu bardzo szerokim.

15
      Wiecie, że ja nie mam podwójnej osobowości. Nie wiecie natomiast, że ja zawsze jestem pani Hyde.

16
      Zapewne wiecie, ale dodam do tej listy, bo to ważne. Nienawidzę hipokrytów, manipulatorów i szantażystów emocjonalnych. Nienawidzę jak ktoś mi narzuca swoją wolę twierdząc, że potrafi lepiej, nie lubię robić czegoś wbrew sobie. Nienawidzę gdy ktoś podczas dialogu podnosi głos i upiera się przy swoich racjach, to jest ostentacyjne okazywanie braku szacunku dla rozmówcy.
      Staram się unikać takich osób, a jeśli to nie jest możliwe, to unikam chociaż konwersacji, by zwykła odmienność zdań nie przerodziła się w awanturę. Jeśli jednak już na to za późno, wychodzę.

17
      Wiecie, że 23 lipca jest dzień Włóczykija. Czy wiecie, że corocznie tego dnia biorę sobie wolne w pracy i wyruszam w podróż na cały dzień?
      Włóczykij był moją ulubioną postacią bajkową.



To niestety nie ja, nie mój koń ani nie mój wilk.



18
      Wiecie, że świat kina i książki urozmaicają moje dni. Nie wiecie, że od dziecka moimi ulubionymi bohaterami byli Batman i Spiderman. A może to wiedzieliście...(?) Wszak mam pociąg do symbolów krwiopijców. Nie, nie miałam trudnego dzieciństwa. Miałam normalny dom. ;]

19
      Moim celem codziennej egzystencji jest utrzymanie wewnętrznej równowagi. Bo wtedy wszystko jest jasne, dobre i czyste. Ciało utrzymuje się w zdrowiu, a ja czuję się szczęśliwa.
      Wiem, że wszystko można zmienić. Jestem w stanie naprawić każdą rzecz w moim życiu, wyczyścić ciemne zakamarki duszy i zacząć wszystko od nowa. Zawsze i każdy może to uczynić, jeśli tylko czujecie, że jesteście w nieodpowiednim miejscu i robicie coś wbrew sobie. Nigdy nie jest za późno na zmiany, tak jak nigdy nie jest zbyt późno na nową podróż.

20
      Niektórzy wiedzą, że prowadzę witrynę poświęconą sportowemu stylowi życia oraz zdrowej kuchni. Dla tych którzy nie wiedzą -> LINK.
     Wiecie, że lubię gotować, ale rzadko się chwalę swoimi manewrami w kuchni. Teraz mam okazję: KLICK.

...
To Wasz czas, czy macie jakieś pytania. Czego jeszcze nie wiecie, a potrzebujecie wiedzieć?

czwartek, 14 kwietnia 2016

Stauberen. Moja droga przez mękę. Mój sukces, moja duma.

      Wracając jednym postem wstecz, tym o depresji i prywatnie o problemach związanych ze zwykłym życiem zwykłej kobiety na krańcu świata - miałam kiedyś plan na siebie, a nawet kilka, przecież wiecie o tym. Czytający mnie na przestrzeni lat, tego czy innych wcześniejszych blogów, (a było ich trochę), wiedzą, że porzuciłam kilka naprawdę ambitnych celów w życiu. Było oczywistym, że nie zawsze będę taka silna i zaradna, że w końcu trafi kosa na kamień i nastanie taki punkt, że się poddam. Poświęciłam coś więcej, ale dla dobra sprawy, dla miłości, dla nowych perspektyw, których po prostu jeszcze nie odkryłam. Wciąż jestem na oślej łączce tej całej maskarady po szwajcarsku i jeszcze nie wiem jaki jest mój cel. Ale ostatnio jest coraz lepiej.
      I teraz użyję porównania Beatki Pawlikowskiej, która trafiła w sedno, w głębię istoty całego mojego jestestwa, które półtora roku temu odwróciło się przeciwko mnie.
      Otóż życie jest jak wielka góra. I wyobraźcie sobie teraz, że podchodzicie do tej góry i wyciągacie ramiona tak bardzo, bardzo szeroko, pragnąc objąć tę górę swoimi ramionami i dźwignąć ją, mieć takie poczucie "tak! teraz trzymam całe moje życiem całe jest pod moją kontrolą i podlega moim decyzjom! I teraz mogę to całe moje życie przenieść tam, gdzie chciałabym by istniało." Ale to przecież jest niemożliwe. Każdy z nas pewnie próbował w ten sposób. I wtedy ja całą tę górę podźwignęłam, zrobiłam rewolucję w swoim życiorysie i jak zawsze pragnęłam, odkąd pamiętam, osiągać rzeczy wielkie. Jakby samo noszenie było już tym celem, ale wiadomo, że od dźwigania bardzo boli kręgosłup...
      Zawsze też próbujemy się motywować do szybkiego podejmowania decyzji w takim przenoszeniu gór, że jak nie dziś to kiedy, albo jak nie dziś, to pewnie jutro nie będzie nam się chciało.Wiemy na pewno z doświadczenia, że człowiek potrafi porwać się jak szczerbaty na suchary. Że podejmując wielką, ambitną decyzję, nazajutrz coś się w nim zmienia i nie jest w stanie dalej sobie z tym radzić. Dlaczego tak jest? Dlaczego po pewnym czasie poddałam się i cała rzeźba tej mojej góry posypała się na mnie brutalnie miażdżąc?
      Po pierwsze: nie dźwigamy góry, bo to głupie i naiwne. Przyjrzyjmy się jednak tej górze. Każda składa się z mniejszych kamyków. Całe nasze przenoszenie góry w inne miejsce zaczyna się od podniesienia i przełożenia jednego kamyka. Chodzi o to, aby podjąć zobowiązanie u samego siebie. Cała sztuka polega na tym, żeby kamyk po kamyku przenosić w miejsce, w którym chcielibyśmy żyć. To instynkt podpowie Wam, od których kamyków zacząć. Nie chodzi o to, aby planować już teraz jak będzie wyglądała ta nowa góra. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć co przyniesie jutro, nowy rok, dekada. Nie planujmy aż tak skrupulatnie, ale planujmy w ogóle i bądźmy konsekwentni.
      Po drugie: są rzeczy które chcemy osiągnąć w życiu i takie drobne cele należy mieć. Ćwiczyć to noszenie kamyków - ćwiczyć umiejętność konsekwentnego realizowania swoich planów.
      Nie mam planu na resztę życia. Ale codziennie, konsekwentnie, cierpliwie i wytrwale, przenoszę po jednym kamyczeku w nowe miejsce. I to działa, uwierzcie mi.

      Obecnie jest mi bardzo trudno, ponieważ zaczynałam przenosić bardzo istotne kamyki w momencie, kiedy byłam najmniej do tego zdolna. Kiedy walczyłam z własnym splinem, totalnym rozprężeniem duchowym i nie było we mnie ani trochę poczucia równowagi czy też potrzebnego skupienia, a mimo tego narzuciłam na siebie masę obowiązków, twierdząc uparcie, że tak będzie lepiej, że rzucę się na głęboką wodę,wir pracy i poradzę sobie z tym za wszelką cenę. Otóż nie ma niczego "za wszelką cenę", to nierozwaga, dobiłam się tylko.
      Wiele spraw przez to zawaliłam, marazm i frustracja nie cierpią obowiązków i dziś mam zaległości w bardzo istotnej materii. Ciężko jest nadgonić. Bo dziś mam w sobie równowagę, ale jest za późno aby powiedzieć tu coś o mającej być wzorem systematyczności swoich czynów od samego początku nowej drogi.
      Aby wziąć sprawy w swoje ręce, należy najpierw uporządkować swoje wnętrze, odczuwać spokój, a przede wszystkim czuć, że jesteśmy na właściwym miejscu. Już bardzo dużo kamyków zostało przeniesionych, ale nie są zbyt stabilne, ta góra usypuje się, ciągle muszę coś poprawiać.
      Moja rada - działajcie spokojnie i mierzcie siły na zamiary.


      A oto zupełnie inna góra...


Kliknij aby powiększyć.
      ...bo prawdziwa i wielka na ponad dwa tysiące metrów, która była przypadkowym (choć jednym z wieeeelu) powodem wielu moich frustracji. Bo jest, bo stoi, bo daje cień, bo zasłania, bo była odwiecznym wyzwaniem. Nie raz na nią naklęłam czołgając się jej szlakiem i powymyślałam na nią masę epitetów. Niejeden raz już zdobyta i niejeden raz zdobyta będzie. Jeszcze wiele ścieżek i trawersów wiedzie na jej szczyt i jeszcze wiele wędrówek jest przede mną. Ale nie poddawałam się.
      Przedstawię Wam teraz ostatnie trzy lata moich prób pokonania licznych słabości nie tylko fizycznych. Moja droga przez mękę, moja duchowa rewolucja. Sławetna Bandytka ;)


Rok 2014.
Wjazd nr 1

      Jeszcze tutaj nie mieszkałam, przyjeżdżałam czasem, bo wiadomo, że związki nie kwitną przez internet.
      Jednym z ciekawszych miejsc jest szczyt Hoher Kasten, ma nawet swoją stronę (KLIK), która jest stale aktualizowana, nawet z własną prognozą pogody.
      Wjechaliśmy na szczyt kolejką górską. Stoi tam restauracja, która wewnątrz ma obrotową podłogę. Można, jedząc obejrzeć wszystko dookoła.
      Wokół tej bazy skomponowano mini ogród botaniczny, dokładnie opisane rośliny porastające wierzchołki tutejszych gór.


      Mrożącym rew w żyłach wydaje się pomysł biegania pod ten szczyt. A jednak od 1987 roku są organizowane zawody w przebiegnięciu tej góry. Wielu biegaczy postanawia oficjalnie pokonać tę trasę. Odbywa się to w ostatnią niedzielę sierpnia.
      Założono klub sportów i turystyki pieszej Brülisau. Udział bierze zawsze około 180 biegaczy w różnym wieku, rozpoczynają punktualnie o 9:00. Rzeczywista trasa wiedzie od krzyży Rossberg w Brülisau, Rietlergatter przez właśnie Hoher Kasten. Dla mnie to wciąż abstrakcja.

Kliknij aby powiększyć.
A tak to wyglądało z olejki:







Oraz z samego szczytu:














Rok 2015.
Wjazd nr 2

      Kiedy zadomawiałam się już powoli na nowych włościach, zdarzyło nam się także bez trudu dostać na nieco niższy szczyt, również celem zjedzenia obiadku w restauracji tuż pod bożą kuchnią. :) Fotorelacja TUTAJ. I to właśnie jest tytułowe Stauberen.
      Miejsce jest nazywane w dialekcie ʃtɔubərə i ten fonetyczny zapis ani mi nic nie mówi, ani nie umiem przeczytać. Tak jest napisane w Wikipedii. Nazwa jest w jednej proporcji z niemieckiego słowa "trasa" w drugiej zaś proporcji ze szwajcarskiego słowa "wędrować".
      Stąd roztacza się wspaniały widok w dół na Dolinę Renu, widać także jezioro Bodeńskie, całą panoramę aż do Liechtensteinu i niezliczone szczyty Alp Austriackich.


Wejście nr 1

      Następnie czas przyszedł na nieco bardziej zaawansowane plany. To była moja pierwsza w życiu samodzielna wędrówka w góry. Wdrapać się na pasmo górskie będące granicą kantonów Appenzel i St. Gallen, brzmi dumnie, prawda? ;)



      Zakończyłam mozolny marsz w czterech piątych góry. Zabrakło sił i czasu, wspinałam się strasznie długo. Szlak jest dla zaawansowanych piechurów, jest dość stromy jak na szlak pieszy, choć ścieżki w większości odcinków są szerokie i na pierwszy rzut oka miłe i łatwe. Jednak świadomie mogę opisać taką wędrówkę, następująco: pot, krew i łzy. Fotorelacja TUTAJ.


Wejście nr 2

      Drugie podejście nastąpiło tego samego roku, z dopingiem mojego męża, wtedy udało się dojść aż na sam szczyt, przyznaje nie bez przekleństw. Fotorelacja TUTAJ.
      Zamiast ponapawać się szczytem i spadać do domu :P to on by jeszcze dalej i dalej i szedł i szedł... Podziwiałam szczerze jego zapał i energię.


Rok 2016.
Wejście nr 3 i pół

      Zimowa, znów samodzielna wędrówka odbyła się gdzieś na początku lutego, ale nie planowałam wtedy zdobywania szczytu (poruszałam się szlakiem na trzech czwartych jej bandyckiej wysokości). To miało być coś w rodzaju "przymierzenia się" po sezonie zimowym.
      Ostatnie roztopy towarzyszyły mi w sposób bardzo uciążliwy, kapiąc na mnie i na obiektyw. Spadające bryłki śniegu z drzew, głośny chlupot, co chwila obrywające się hałdy zmarzliny. Nietypowe i urokliwe chwile ostatniego tchnienia białej pory roku dla tych lasów.
      Inspekcja szlaków tego masywu górskiego w zimie, jest zdecydowanie niewskazana, nawet na stronie to zaznaczają. Stoki wysokiej kasty są dosłownie zamrożone i tak gładkie jak szkło. Zaś przy roztopach istnieje ryzyko lawinowe, co już słyszałam i widziałam zdecydowanie będąc za blisko.
      Był to słoneczny i bezwietrzny dzień, ziemia całej góry parowała, dosłownie jak zgrzane, cielsko smoka, oddawała całe ciepło w postaci obłoków pary. Warunki cholernie trudne dla fotografa, toteż mało mam dobrych zdjęć.
      A przy okazji powiem Wam, dlaczego śnieg skrzypi pod butami: śnieg to piana nadmuchana powietrzem i nasączona wodą z podtopionych kryształków lodu. W zależności od składu tej mieszaniny, śnieg czasem jest lepki, a czasem rozsypuje się jak puch. Kiedy jest przemrożony, to zawiera powietrze i igiełki lodu, które pod wpływem nacisku pękają, ocierają się i skrzypią, bo nie ma wody, która działałaby jak smar.
      Informację pozyskałam dzięki działalności mojej znajomej, która prowadzi bardzo ciekawą stronę i przy tej okazji zapraszam :) KLIK



















Oczywiście, że szlak wiódł w prawo, w górę :P

























Tutaj najlepiej widać jak góra parowała.

Wejście nr 4

      Aż wreszcie we wtorek tego tygodnia, wybrałam się znów samotnie na rewanż, zastając u podnóża lato, po drodze stepy, potem sawannę, a na samej grani jeszcze zimę.


      Pobiłam swój rekord, coś co było dla mnie niemalże niewykonalne, uczyniłam przechodząc swoje bariery wytrzymałości w czasie krótszym niż znaki na szlakach przewidywały, bo dostałam się na szczyt o godzinę szybciej. Mój rekord, moja "życiówka", jestem z siebie dumna :)
      Zatem niniejszym samodzielnie weszłam na efekciarskie 1860 m. n.p.m. Schodząc na dół, dumna jak paw, spotkałam dwie wędrowniczki, które zapytały mnie o kolejkę górską, czy jest czynna, bo będą chciały zjechać. Mając w myślach wredne "a trzeba było wyjść wcześniej na szlak, a nie się teraz martwić czy przed zmrokiem zdążą zejść :P" poinformowałam je, iż nie działa, a potem z racji tego, że poprowadziłam dialog po niemiecku, byłam dumna jak dwa pawie.


Tak to jest jak się samemu sobie zdjęcia robi. Wtedy 3/4 fotografii zajmuje np kamień.







      Szczyt zdobyty. Znak wskazywał kierunki, w których znajdowały się punkty docelowe, np dwie jadłodajnie.
      Saxerlucke to miejsce, w które z mężem obligatoryjnie zamierzamy się wybrać. Brulisau jest na dole w Appenzeller.


Sämtisersee. Jezioro okresowe, ale moim zdaniem to już stałe, bo co tu jestem, to ono też jest.












Jest stromo, prawda? Całe podejście z tej strony góry, od samego dołu jest właśnie takie. Oczywiście ścieżka idzie zygzakiem, nie ma drogi na wprost.

Musiałam się trochę ponapawać tą chwilą...







Statyw z próchna.














Czasami trzeba było zdjąć plecak i przecisnąć się pod pniami. Uroki dzikich uroczysk.
Latem cała góra zakwitnie. Na letnich zdjęciach (któryś tam link...) widać to najlepiej.


Niekiedy lazło się po kostki w wodzie. Na tę górę w adidaskach nie da rady, Smuteczek, bo gorąco w traperach :(
Kolejny bałagan.




Soczysta, świeża zieleń...
Zaintrygowała mnie ta lepianka w chaszczach. Tam nie było żadnej drogi, zdjęcie zrobiłam na maksymalnym zoomie.
Nie wiem jak tam dojść żeby się nie stoczyć boleśnie na dół, bo ciekawi mnie czy ktoś tam pomieszkuje.
Pół biedy, że w okolicy cmentarza żadnego nie ma...  (z pozdrowieniami dla fanów Sapkowskiego :D)
Kiedyś tu przyjdę na zioła.


Wejście nr 5?

      W planach kolejna wędrówka na tą samą górę. Jest jeszcze taki szlak, którym nie wędrowałam nigdy, a wiedzie on na same skalne kły, pomiędzy którymi najczęściej tańczą chmury. Wtedy będę dumna z siebie jak trzy pawie. Mówię Wam - kamień po kamieniu. Jeszcze rok temu nie zdobyłam o własnych siłach ani jednego więcej szczytu, poza tym jednym, na który pełzłam wściekła jak osa... a tymczasem teraz jestem rządna wędrowania po górach.
      Na szczyt prowadzą różne szlaki. Są mi znane te, rozpoczynające się w miejscowościach Frümsen i Sax. Z Frümsen jeździ kolejka, szczegóły TUTAJ.


Wejście nr 6?

     Góra w najwyższym miejscu ma aż 2,502,9 m. n.p.m., ten szczyt zowie się Säntis (również posiada szczegółową stronę, kolejkę górską, restaurację i hotel - KLIK) i wiedzie do niego bardzo stroma z obu brzegów, wąziutka grań. Zwięczenie szlaku jest gorsze od Drei Schwestern, jest na co się porwać. Tam jest jeszcze jakiś tunel pomiędzy Bergwegen, a Gipfelbauten, jest to jeszcze obszar przeze mnie zupełnie niezbadany.


 Na tej stronie - KLIK - przewodnik dla zainteresowanych Clubbingiem w tym regionie.

      Która wędrówka przypadła Wam najbardziej do gustu? :)


      Nie jestem idealna i nie muszę być. Ciągłe dążenie do ideału to pewna fikcja, która ma odwrócić uwagę od prawdziwego życia. Dlatego wiem, że nie muszę być idealna. Ale jednocześnie staram się być coraz lepsza. Lubię ludzi, lubię świat. Lubię siebie. Lubię chmury i mgły, to nie ma na mnie negatywnego wpływu, doceniam ich wspaniałą aurę. I najbardziej lubię chodzić po górach, kiedy te wprost toną w cienistych kotłowiskach chmur, niby widziadłach bezcielesnych pokutników. Jeszcze jęków mi tam brakuje. ;]