sobota, 16 stycznia 2016

Zimowy ład.

      Przez cale swoje życie z żelazną konsekwencją dbałam o higienę snu, po to żeby spać tyle ile mój organizm rzeczywiście potrzebuje. To daje siłę, poczucie wewnętrznej równowagi i zdrowie. Niewyspana jestem słabsza, ciągnie mnie do zrzędzenia, biadolenia, staję się kąśliwa i szydercza, a ponadto ulegam infekcjom. Nie będzie to odkrywcze, ale lekarstwem na taki stan jest sen. Dużo snu. Bardzo dużo snu, minimum 10 godzin na regenerację po hard-corowym etapie tygodnia. Już pierwszego dnia gdy zdrowo się wyśpię, wszystkie dolegliwości odchodzą jak sen złoty, łącznie z przeziębieniem, wracają sny, wraca uśmiech.
      Moje sny to przeważnie Mortal Combat w scenerii średniowiecznej lub piracko-karaibskiej, zawsze z bronią białą i w charakterze bohaterki ratującej przyjaciół. Z całego serca współczuję współspaczowi za to, że musi znosić nocą moje waleczne ciało.
      Moje godziny aktywności zmieniły się na przestrzeni lat. Kiedyś przypadały na godziny wieczorne i nocne. Od kiedy podjęłam pierwszą pracę, musiałam się przestawić, bo nie mogłam kłaść się o 3, skoro wstawałam o 4. Zmieniał mnie system.


      Byłam zdeklarowaną sową, teraz prawie przemieniłam się w skowronka czy coś raczej pomiędzy... W dni wolne najzdrowiej czuję się kładąc spać o północy, a wstając rano o siódmej, zegar biologiczny przestawił się o kilka godzin do tyłu. W tygodniu poszłabym spać nawet o dwudziestej, jednak do pracy często wstaję o 4, a z zajęć lekcyjnych wracam po 22, czasem o 23. Teraz rozumiecie mój niehigieniczny stosunek do tej sprawy.
      To nie jest wymówka, próba wytłumaczenia mojego skandalicznego reagowania na bodźce, otępienia umysłu, które nazywam "niepełnosprytnością" - ale ujawnienie tego, że fizycznie tak naprawdę jestem słaba i stąd też bierze się niekiedy czarnopisanie na łamach bloga.
      Pomimo zmęczenia pracuję nadal i z całego serca wierzę, że życie prowadzi mnie w możliwie najlepszym kierunku. Oczywiście niczego nie osiąga się bez własnego wkładu pracy. Po prostu idę przed siebie i robię co do mnie należy. I nadal twierdzę, że jestem zdolna pociągnąć dwa etaty + szkołę.


      Tu na obczyźnie to już nie mój świat, w którym jetem zaradna i potrafię wszystko załatwić i wynegocjować najkorzystniejsze warunki. Tutaj w tych ciasnych granicach małego państwa, najeżonego ostrymi pazurami gór, jest inaczej, jestem przyciszona, pokorniejsza. Kraj ten stał się moim cichym portem z dala od koncertowo wyeksponowanego doku macierzystego, gdzie zawsze jestem na pierwszym planie.
      Ale kiedy odbijam w daleki rejs, marzę o wiecznej wędrówce, która nigdy się nie kończy. Akceptuję teraz tę ciszę wokół siebie. Wędrowałabym jak średniowieczny koczownik. Ale taki co ma dom, w którym chowa się przed światem gdy tego potrzebuje, w którym trzyma swoje najcenniejsze skarby i w którym sortuje fotografie odległych miejsc. Z tym że nie można mieć domu, nie oddając się systemowi pracy, droga niezależnego wędrowca wiąże się z brakiem domu, podatków, rachunków za prąd etc. A jeżeli chcę mieć to wszystko, to muszę zapomnieć tymczasowo o higienie snu, bo potrzeba mi jeszcze wiele pracy, aby osiągnąć choć pozorną swobodę w tym porcie - czyli by dawać sobie radę. Na całe szczęście nie jestem tutaj sama, nie jestem narażona na bezradność w różnych instytucjach, mąż zawsze mi pomaga.
      Coś za coś, i wierzę, że moja praca uświęca środki w dążeniu do celu, którym jest wypośrodkowanie tego wszystkiego. Wilki wolnej drogi zawsze będą dążyć do dwóch rzeczy - do wolności i nieskończoności.


      Przewracam cierpliwie kolejne kartki w kalendarzu, ścieram kurz z następnej książki, nie ujmując żadnej chwili tej dozy wyjątkowości. Celebrować każdy poranek przy kawie z przyprawami korzennymi i każdy wieczór przy dobrej książce i zielonej herbacie, choć na to ostatnie bardzo rzadko odnajduję czas.
      Próbuję nie oszaleć ze strachu, który gdzieś tam z tyłu głowy wzbiera jak szalona fala morska i obija się o twardy klif wiary we własne siły. Boję się pracować u Szwajcara ze Szwajcarami, ale ze wszystkich sposobów dorobienia tutaj z jakimi miałam lub mogłam mieć empiryczną styczność, trzeba znaleźć ten, który będzie zdecydowanie najopłacalniejszy. Niekoniecznie najwygodniejszy, bo tego nie wiadomo ale może także. A póki co ich studiere nadal tubylczy język. Właściwie to nawet nie tubylczy i to jest najbardziej przerażające... to skomplikowane.
      Za miesiąc ukończę poziom A1, a minął już rok. Pewnych rzeczy nie da się pospieszyć, choć naiwnie myślałam, że będąc tutaj, bardzo szybko zacznę swobodnie rozmawiać. W klepie znów zagaiła do mnie klientka, pytała o paprykę w moim koszyku, nie zrozumiałam jednego, tylko jednego słowa, to już pocieszenie, ale słowo stanowiło kwintesencję całego sensu zdania, więc po chwili pociecha zamieniła się w rozdrażnienie.
      Wspomnienie ze szkolnej ławy: ferie zimowe zaowocowały u niektórych zmianami, opowiadaliśmy sobie o tym; swobodny dialog w klasie to również świetna nauka. Nauczycielka pochwaliła się, że święta i sylwestra spędziła w Hiszpanii, było 25stp. C. Syryjczyk pochwalił się, że zmienił pracę, a Hinduska, że wreszcie zawitała do domu ojczystego (32 stp. C). Zaś kolega z Kosova jechał do domu samochodem 25h z powodu poważnego wypadku gdzieś na autostradzie, a niestety nie ma lotów w tamtą stronę ze Szwajcarii. Porozmawialiśmy też o religiach, o świętowaniu, gdyż w klasie mamy Hinduizm, Chrześcijaństwo, Islam, mamy też jednego Ortodoksa, ale nie pamiętam jaki odłam, za to ma żonę Chrześcijankę więc święta obchodzą dwa razy w roku.
      Jak już wspomniałam, mam bardzo dużo pracy i aby zachować równowagę umysłu, lenię się codziennie rano i w soboty całe. Za tydzień czeka mnie wielki egzamin z całego roku, z którego powodu już mam depresję. Jedyne co mi grozi, ponieważ gramatykę niemieckiego na tym poziomie rozumiem w 100%, że nie zapamiętam wszystkich rodzajników, co od początku nauki było moim potworem, upiorem i grozą śmiertelną. Z tego powodu porzuciłam w liceum naukę francuskiego. Z tego powodu boję się oblać niemiecki. Cóż, wkuwam, wkuwam i wkuwam.
      Zgodnie z moimi artykułami o organizacji czasu, rzetelnie rozpoczynam dzień od tego co jest absolutnie najważniejsze. Inne sprawy mogą poczekać, gorzej jak nauki multum, a wdraża się poranna zmiana w pracy, która, jak już opowiadałam hen temu, totalnie zamula mój mózg i potem ciężko mówić o nauce, a nie mogę sobie nawet kawy chlapnąć po południu.


      Jestem w posiadaniu czarownicowej broni pod tytułem czekolada gorzka 90%, zakupiona w Polsce, ona naprawdę działa magicznie. W Szwajcarii nie znalazłam takiej. Dziwne, kraj czekoladą płynący, najlepsze fabryki, a prawdziwej gorzkiej czekolady nie ma. Do takiej mocca, warto w celach relaksacyjnych odpalić kadzidełko o mega-rażeniu - to się nazywa magiczny nastrój, polecam.
      Oprócz kawy z czekoladą, robię z niej Nutellę na omlet, jeżeli ktoś jest tym zainteresowany, zapraszam TUTAJ, gdzie dodatkowo obalam mity na temat jajek i cholesterolu.
      A propos zimowego kubka, miałabym drugi na pozostałe pory roku ale poczta dowiodła, iż przesyłki należy pakować w materiał z kewlaru.


      Uroboros trzyma mocno zębami za swój ogon. Teraz już będzie inaczej, koło się zamknęło po roku, czas sprawdzić efekty pracy nad sobą.
      Zmiany są jak nieznane górskie szlaki. Trzeba się ostro natrudzić, wypluć płuca niekiedy, ale zawsze prowadzą w fantastyczne i piękne miejsca. Nowe miejsca.
      Stare obrazy zostały wyjęte z ram, zapakowane w szary papier i zamknięte w komórce o rozsypujących się drzwiach. Nie dbam o ich bezpieczeństwo. Teraz przede mną białe, nowe płótno. Już eleganckie ramy czekają, aby objąć nowe dzieło. Muszę przygotować czyste pędzle i farby. Chciałabym podczas malowania tego obrazu, czuć stale tę pewność, że on faktycznie zawiśnie i będzie moją chlubą i dumą.
      Ten obraz musi być piękny, bardzo chcę - patrząc nań - odczuwać szczęście. Dlatego przyszłe drogi nie mogą być takie, jakimi były niedawno - wymuszonym działaniem stagnacji i przeżywania wszystkiego w sposób machinalny. Uwierzcie we mnie tak mocno, jak ja w siebie nie potrafię.

Zima od czwartku pełną gębą :)
Gdy przyjdzie ranek stanę u swych drzwi,
jednak nie otworzę, mimo wszystkich sił,
i nie wiem co teraz - zasypało mnie,
nic nie ma już znaczenia nie wychodzę dziś.

Tylko śnieg, śnieg, śnieg, mrozi nosy nam
chłodny wiatr teren przysypuje,
owy śnieg jak ja dobrze znam,
nigdy nie topnieje tam wysoo w górze.
I ciągle wieje mi, wieje mi
wieje mi, wieje mi...
- mój przekład z piosenki Maleńczuka

      Zauważam, że wiele rzeczy jest uważanych za lepsze tylko dlatego, że jest stereotypowe, chociaż obiektywnie rzecz biorąc wniosek lepszości nie ma racji bytu. Jestem wyraźnie nietypowa i może dlatego, że to widać, przyciągam do siebie nietypowych ludzi?
      Będąc świadkiem kolejnego krwawego wschodu słońca, zastanowiłam się, co tu zrobić, aby zamieszkać na szczycie góry, bo inaczej będę oglądać wyłącznie poświatę na chmurach i góry cień czarny. Nie chodzi mi o samo słońce, ale nadal ten efekt wielkich gór mnie przytłacza, a sprawdziłam wielokrotnie, że stojąc na szczycie jednej z nich, czuję się pod tym względem zupełnie normalnie, nie przyduszona, nie pogrążona w cieniu, nie wduszona w podłogę. Ten nietypowy plan albo zostanie zrealizowany w przeciągu najbliższych 35 lat (tyle zostało mi do wieku emerytalnego w Szwajcarii, jeśli zechcę tu tak długo zostać) lub wrócę na niziny ojczyste, ale nie wiem dokładnie kiedy (jeżeli stracę cierpliwość).
      W rzeczywistości jednak, efekt niedotlenienia organizmu szamoczący się niekiedy w mojej klatce piersiowej zbyt mnie przeraża, abym uznała, że mieszkanie na szczycie góry może być dla mnie zdrowe. Ostatnio oglądany program na temat rozrzedzonego powietrza, o atmosferze i wgl. o znaczeniu tlenu w gospodarce komórkowej człowieka, wyłącznie przekonał mnie o mojej racji.
      Dodatkowo sama odnalazłam parę ciekawych i faktycznych teorii w związku z życiem na pewnej wysokości, otóż wymaga to realnie trochę więcej dbałości o pewne zdrowotne detale i zebrawszy kilka definicji, sporządziłam niedługi artykuł TUTAJ.
      I niech mi teraz ktoś powie, że życie w górach jest zdrowe ;] Zaplanowałam sobie na ten rok, kompleksowe badania lekarskie, bo niestety czuję, że są mi potrzebne.


      Orchidea poczuła wiosnę, albo cieszy się razem ze mną z pięknej zimy, bo jak inaczej miałaby okazać zadowolenie?
      Przyjemność ludzka to nie tylko oddawanie się przyjemnościom, poukładanie, rośliny w domu i takie tam... ale także smaczne jedzenie. Szczęśliwy człowiek, to dobrze się czujący człowiek. Dieta zbilansowana to taka, w której nie brakuje żadnych składników odżywczych, minerałów i witamin, a ponadto nie występują w niej produkty sztucznie przetworzone. To bardzo przemyślana i dokładna dieta i jedyna, która naprawdę ma właściwości odchudzające i przynosi korzyści zdrowotne. Do zdrowia prosto przez żołądek.


      A od żołądka, prosto po rozum do głowy. Zdrowy organizm zdrowo myśli. ;) Nadal staram się nie ignorować najważniejszej zasady w życiu i trzymam się z daleka od miejsc i ludzi, którzy chcą narzucić mi coś, do czego nie mam pełnego przekonania. O tym mi nawet dzisiaj w kalendarzu napisano, jako złota zasada dążenia do spokoju i szczęścia w życiu.
      Uporządkowałam wreszcie wszystkie przyprawy, wydobyłam wszystkie smaki z czeluści szafkowych otchłani. Moje przekonania o porządku na zewnątrz ingerującym w porządek w głowie, sprawdzają się w każdej sytuacji.


      Powyższe zdjęcia znad Renu i z lasu są z grudnia, wtedy śnieg spadł dosłownie na dwa dni. Obecnie leży puchowy, czyściutki i miękki w ujemnej temperaturze. Zaszczycił mnie swym urokiem parę dni temu :)
      Została mi jeszcze jedna grudniowa wędrówka do przedstawienia i to jedna z ciekawszych ostatniego czasu :)

17 komentarzy:

  1. Witaj Hexe.
    Widze, że zimowy klimat ci niezbyt służy. Aby do wiosny.
    Pobyt w obcym kraju może być ciekawy o ile nie jest zbyt długi.
    Ja należę to nocnych Marków i do tych, co z dala od domu przez dłuższy czas tesknią i miewają złe humory.
    Lubię tez sobie smacznie pojeść.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co takiego? O_O Gdzie ja tak napisałam??!!
      "o ile nie jest zbyt długi"? Zastanawiam się już od roku nad tym założeniem... :P

      Usuń
  2. Spokojna głowa, nie zadręczaj się tym testem - na pewno sobie poradzisz. Nie snuj wizji, że pomieszasz rodzajniki, bo podświadomość jest naprawdę mocarna i może zrealizować Twój czarny scenariusz. Nastaw się pozytywnie :)

    Ja akurat nie miałam problemu z rodzajnikami, ani we włoskim ani we francuskim. Jakoś tak naturalnie to do mnie przychodziło. A może nie bez znaczenia pozostaje tutaj fakt, że moja nauczycielka zawsze kładła duży nacisk na to, byśmy poznawali nowe słówka wraz z rodzajnikami. Nie cierpiałam za to końcówek w deklinacji - tu mówię o łacinie, bo w angielskim, francuskim ani włoskim odmiana rzeczownika jest dość prosta.

    Niemieckiego strasznie nie lubię. Na szczęście nie musiałam się go uczyć przez całą swoją edukację. Kiedyś, w szkole podstawowej, wymyśliłyśmy z moją kuzynką, z którą korespondowałam listownie, że ona będzie mnie uczyć niemieckiego, a ja ją angielskiego. Zaliczyłam parę lekcji i na tym się skończyło. Nie zapałałam miłością do tego języka, i do dziś się to nie zmieniło. Strasznie nie lubię niemieckiej "melodii", a raczej jej braku. Języki romańskie są z reguły melodyczne i przyjemne dla ucha, niemiecki rani moje uszy.

    Co się zaś tyczy snu, to zauważyłam, że na mnie lepiej wpływa np. sześć godzin snu niż 10-12. Po dwunastu najczęściej czuję się tak, jakbym dostała obuchem w głowę. Od siłacza. Od dawien dawna byłam nocnym markiem. Ile to razy było tak, że wracałam ze szkoły/studiów, marnowałam parę godzin światła dziennego, a dopiero nocą przysiadałam do nauki. Robiłam kawę, wyciągałam książki, notatki i uczyłam się :) Mrok działał na mnie jakoś tak nastrojowo i częściowo romantycznie. Do dziś pozostało mi to moje uwielbienie do późnego chodzenia spać. To takie moje "guilty pleasures". Owszem, w ciągu tygodnia staram się za bardzo nie przeciągać struny, żeby jednak mieć chociaż te 5-6 godzin snu i normalnie funkcjonować w pracy, ale w weekend nieraz zdarza mi się zaszaleć i posiedzieć do drugiej, trzeciej.

    Ciekawe, o czym jeszcze zapomniałam napisać? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja nauczycielka też kładzie duży nacisk na rodzajniki i sama widzi, że jesteśmy w tym najsłabsi. Dlatego powiedziała, że test zrobi nam za następny tydzień, nie teraz i że na lekcjach będziemy wałkować właśnie to.
      Dzięki temu będę mogłam sprawdzić ile nakładłam sobie do głowy, to na pewno doda mi pewności siebie.

      Ja na początku uczyłam się angielskiego i francuskiego, mając "miękko na języku", z wymową pojawił się problem. Poradziłam sobie już jakoś... chyba.

      Nie polecałabym spania zawsze po ok. 10 godzin, to sprawia, że zamulamy, stajemy się ospali. Ale jeżeli dziennie śpimy po 4-5 godzin, to zalecałabym raz a dobrze porządnie się wyspać, w końcu nie jesteśmy maszynami, bez snu się długo nie da.

      Ja też zawsze uczyłam się nocami, tylko później ciężko było wykorzystać tę wiedzę, chodzą do szkoły na 7 ;)

      Bo mrok JEST nastrojowy i romantyczny. Często pracowałam nocami nad jakimś tekstem, nad wierszami albo po prostu uczyłam się czegoś. Niestety rzeczywistość się zmieniła i musiałam się dostosować. Jednak nadal wstawanie o 4 jest dla mnie zabójcze, nawet jeśli wyśpię wymaganą, zdrową liczbę godzin, i tak gdy wstaję przed świtem, nie czuje się zbyt przytomna.

      Usuń
  3. Ech, skąd ja to znam...
    Spanie samo w sobie jest naprawdę przyjemne - lubię spać, zwłaszcza tak długo, żeby się wyspać. Ale kiedy pomyślę, ile czasu się na tym traci... Aż spać się odechciewa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie nie ;) Chętnie bym jeszcze pospała, ale dopijam kawę i lecę do pracy. Dziś jest właśnie ten dzień, o którym pisałam, w środę powtórka z rozrywki. I tak trzeba, ponieważ te zajęcia są mi bardzo potrzebne.
      W normalnych zdrowych warunkach, kiedy mogę kontrolować ilość snu w czasie doby, czyli regularnie śpiąc, ile potrzeba: wystarczy mi 7 godzin. To chyba nie aż taka strata czasu, nie śpię co dzień po 10 ;)

      Usuń
  4. Niedobór snu objawia się u mnie identycznie jak u Ciebie. I właśnie dlatego chyba kapie mi woda z nosa i mózg paruje.

    Da się pracować nie poddając się systemowi, ale trzeba być mega kreatywnym i mieć pomysł na siebie. Zobacz blogerzy podróżujący, którzy zarabiają na swoich blogach. Podziwiam takich ludzi, ale jednocześnie nie mam pomysłu jak to działa. Jak to zrobić?

    Jestem pod wrażeniem opisu kurkumy po niemiecku:)

    Nie od razu Kraków zbudowano. Nauczysz się języka w końcu. Bądź cierpliwa i wyrozumiała dla siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak odkryjesz tę tajemnicę bloggerów podróżników, to mi napisz. Też się zastanawiam nad tym, a jakoś żaden z nich nie kwapił się na odpowiedź. ;] Tajemnica zawodowa?

      Ja też byłam jak poszłam do sklepu i zastanawiałam się, czy rozróżnię ten proszek od innych XD A tu patrzę Curcuma, no proszę :D
      Za to moja ulubiona przyprawa - papryka wędzona, to Rauhepaprika, a samo rauchen to znaczy palić, np fajki.
      Niemieckie wyrazy często składają się z kilku słów znaczących coś w podobie, więc ucząc się słówek, łatwo można swoje wszystko skojarzyć.

      Usuń
    2. Wędzona papryka świetnie się nadaje do wegańskiej fasolki po bretońsku:)

      Usuń
    3. Do warzy w ogólnie, do dań typu leczo, do chińskich potraw i wspaniała też jest do węgierskich przepisów z domieszką chilli. I do mięs :) P. wędzona testowana na wiele sposobów :)

      Usuń
    4. Ha! Pamiętam jak o niej przeczytałam pierwszy raz. W żadnym sklepie w Katowicach jej nie było;) Koleżanka kupiła w jakimś sklepie z ziołami. Kiedyś po pracy robiłam zakupy w zwykłym markecie, a ta wędzona papryka, skubana stanęła na mojej drodze. Kupiłam dwa opakowania na zapas;]Teraz moja mama często podbiera bo jej się spodobała i zasmakowała.

      Jesteśmy takie szalone, że każda ma swoje pudełko z przyprawami w szafce;]

      Usuń
  5. Jak ja Cię rozumiem:))) Niemieckiego uczyłam się wiele lat a nigdy nie sądziłam, że angielski będzie mi potrzebny. Tak się stało, że wyjechaliśmy do UK.. Przez pierwsze trzy lata chodziłam do szkoły na full time. Jest dobrze, ale ciągle się uczę.
    Trzymam kciuki za Twój egzamin i życzę Ci powodzenia we wszystkim:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i Tobie życzę również powodzenia w dalszych postępach :)

      Usuń
  6. śliczne foto kamieni:) zima... brrr... wygląda ładnie ale mogłoby sie juz ocieplić

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kamienie leżą na dnie rzeki. Ale ona ma teraz niski poziom i tak meandruje wokół klepisk kamieni, że można się przespacerować po korycie. Generalnie zawsze można, bo istnieją też specjalnie porobione klepiska, to wszystko na wypadek wylania.
      A wyobraź sobie, że śniegu teraz jest 3 razy więcej niż na tych zdjęciach.

      Usuń
  7. Gdyby doba trwala ze... 4 godziny dluzej, moze bym sie wyspala wreszcie. Wieczorem, gdy dziewczynki juz zasna siadam do laptopa i nagle robi sie 24!!! Zosia nie zna litosci!!! Budzi mnie o 5 i zaczynamy nowy dzien. Na szczescie od czasu do czasu zasypiam razem z nimi o 19 i odsypiam zarwane noce :)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakbym jeszcze pośród mojego własnego własnego harmidru obowiązków, miała dziecko, to ja już chyba bym na cmentarz z wycieńczenia trafiła :P

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.