sobota, 23 stycznia 2016

O rzeczach zwykłych i małych i o koniunkcji wielkich ciał niebieskich.

      Szwajcarię wyobrażamy sobie jako miejsce, gdzie jest wspaniałe świeże powietrze. Alpejskie wysokości, słońce i atmosfera czysta jak kryształ. Ale tak bywa tylko tam, gdzie nie mogą się w żaden sposób dostać samochody. Przy „hajłejach” jest inaczej, czyli - tak jak wszędzie na świecie, gdzie motoryzacja zatruwa środowisko.
      Pewnego dnia, pewien doktor praktykujący w wiosce Netstal, zaniepokoił się, że przybywa mu coraz więcej pacjentów. Można ich było podzielić na dwie grupy: tych, którzy mieszkali blisko szosy i tych, którzy mieli domki daleko od niej.
      Okazało się, że na 75 osób, które umarły na raka w okresie 12 lat, tylko 3 nie mieszkały przy szosie. Dr Blumer stwierdził, że mieszkańcy pobliża szosy stale niedomagali. Mieli bóle głowy, migreny, cierpieli na bezsenność, zmęczenie, a także na dolegliwości przewodu pokarmowego. Te objawy były u nich co najmniej 2 razy częstsze, niż u mieszkańców domów oddalonych od drogi.
      Wyniki swoich kilkuletnich badań, prób i eksperymentów dr Blumer przedstawił na Międzynarodowym Kongresie do spraw Wypadków Drogowych w Utrechcie (Holandia) w 1974 r. Otóż dowiódł, że przyczyną większości chorobowych objawów było zatrute powietrze i skażenia emisjami ołowiu, benzopirenu i in. spowodowane przez przejeżdżające samochody.

- źródło informacji: internet

      Otóż mieszkam przy autostradzie i od roku mnie zastanawia, dlaczego uprawiam jogging na jednej z dróg wiodących wzdłuż tego samochodowego zbiegowiska. Ani tam malowniczo, ani też szansy na spontaniczne urozmaicenie trasy... jednak nie ma to jak las. Aha, już wiem dlaczego. Bo w pobliżu nie mam lasu. Chyba że zorganizuję sobie trasę do lasu i z powrotem, a to już będzie prawie jak "życiówka".


      Dlatego ostatnie wybieganie wyniosło mnie aż na okoliczne pola i tak już będzie zawsze. Niestety tam nie odśnieżają, a jeżdżą jedynie ciężkim sprzętem i spod bielutkiego puchu wyłania się nierzadko grząskie błoto, które nie chce się poddać mrozowi no i wdepnęłam nie raz, a białe buty do biegania są czarne i raczej pomimo czystościowych praktyk, już takie pozostaną.
      Co ciekawsze, wybierając się na jogging o zmroku, mróz trzaska pod stopami, a wokół gęstnieje coraz bardziej mgła, która na tle śniegu sprawia, że czasami to wgl nie wiem dokąd ja idę, a tym bardziej biegnę i - o zgrozo - wzdłuż też drogi płynie w bardzo głębokim korycie rzeka, której też w tej mgle nie widzę. Ani drogi, ani rzeki, a ścieżyna łagodnie wpada w zakręty. Już raz kiedyś nie zauważyłam, że skręciłam biegnąc we mgle, ale nie w tym miejscu. Tam co najwyżej groziło mi wpaść w trawnik.
      Księżyc prawie w pełni, mgła rodem z horroru, w uszach Batalion d'amour zmiksowany z Moonlight (ktoś zna te zespoły?) i teraz weź i się nie bój, a wokół żywej duszy O_O Już kiedyś powiedziałam, że nie biegam we mgle, bo boję się Buki!
      W drodze powrotnej na drodze pojawiły się trzy sarny. I byłoby przesłodko gdybym zwolniła do marszu celem obserwacji, ale gapiąc się, przestałam rejestrować śnieg pod nogami i wyłożyłam się jak długa, a moje klątwy przecinały mgłę, że aż się rozproszyła... słowo daję!! Sarny oczywiście uciekły.




      Skończył mi się magiczny płyn mający na celu bronić mą szlachecką facjatę przed reakcją alergiczną na powietrze, zanim znowu przestanę wyglądać jak ta kobieta na moim portrecie. Toczę od roku walkę z rozmnażającym się ze sławetną namiętnością rodziny Addams, Festerem. Wszyscy wiemy, że to rodzina masochistów, sadystów i sadomasochistów. Ale za co jeden z nich pokochał moją skórę i dlaczego ów piroman uważa, że na mojej fizis właśnie, może spłodzić swe dzieci?
      Właściwie pierwszy fragment posta, jak i ten naturalnie, zostały natchnione przez panią, która postawiła mi trafną, jak się teraz okazało, diagnozę i sprzedała ów specyfik, który się skończył. To ona powiedziała, że przyczyną jest powietrze.
      Zapotrzebowanie na jakiekolwiek kosmetyki miałam zawsze ograniczone do niezbędnego minimum, tymczasem mam ich obecnie niemało i są zawężone do dermokosmetyków zawierających substancje biologicznie aktywne, i prawdopodobnie są tym, czego wujek Fester wraz z familią, nie zniosą, może dlatego nie wyglądam tak jak miesiąc temu. Podobno Fester coraz częściej zakochuje się w kobietach mieszkających w pobliżu licznie uczęszczanych dróg, tudzież w wielkich miastach i to są uczulenia nabyte, czyli przypadłości cywilizacyjne.
      Nadal rozważam domek na szczycie góry. Albo przynajmniej znaleźć pracę, np jako pomywaczka łazienkowa w restauracji, powyżej dwóch tysięcy nad moim miejscem zamieszkania, byłoby cudownie.





      Autobusy w Szwajcarii rzadko się spóźniają. Jeżeli autobus nie przyjeżdża już dziesięć minut, nie wolno się poddawać, on przyjeżdża ZAWSZE! To po tutejszemu immer - należy sobie wbić to słowo do głowy i powtarzać sobie jak mantrę stojąc na przystanku.
      Autobusy w Szwajcarii nie psują się i zawsze odpalają od pierwszego zakręcenia. (Wgl. kto wymyślił pojęcie "kręcenia" silnikiem?) I tak nie spóźnisz się do pracy, więc nie licz na to, że czas świadczenia będzie krótszy. Szwajcaria zadba o to, abyś nigdy się nie spóźnił. Jak to działa?
      Na dłuższej trasie jest zaplanowany postój. Na mojej trasie trwa on 18 minut. Autobus, którym jeżdżę, nigdy nie spóźnił się więcej niż 10 min, a dojechawszy na magiczne miejsce spoczynku, miał jeszcze 8 minut postoju i ostatecznie skończył swą trasę punktualnie.
      A co się dzieje na postoju, poza tym, że kierowca idzie za potrzebą albo na fajeczkę?
      W autobusie zachodzi taki efekt jak - komora gazowa. W Szwajcarii nie ma zakazu palenia na przystankach, więc wszyscy pasażerowie wylegają z autobusu (tego i innych) i palą. Cały dym jak ciężkie opium, wsiąka przez szpary drzwi i wisi potem wewnątrz, na wysokości mojego nosa jeszcze długi, długi czas. I tak codziennie. Fester to uwielbia!





      Mimo wszystkiego wyżej w złości opisanego, bo w temacie zdrowia to ja ciężka jestem jak cholera i wymagająca, potrafię czerpać z życia maksymalnie, zważając przede wszystkim na liczne, małe rzeczy. I świadomie ich szukam. Cieszą mnie ładne przedmioty, dlatego lubię się nimi otaczać, np może to być fotografia. Wyszłam na spacer w tej właśnie potrzebie i zrobiłam sobie sesję okolicznego skwerku. Nie dajcie się zwieść, to nie jest las przez duże "L". To laseczek przy samej autostradzie:


      Lecz jak to się mawia - "jest jaki jest, ale jest". Okolica może cieszyć jeszcze w inny sposób. Np nigdy nie miałam okazji zrobić ładnego zdjęcia od tak dla porannej zachcianki. Jedni gdy tylko wstaną, lubią sobie zapalić papierosa, drudzy włączają poranne wiadomości, jeszcze inni czytają gazety, a ja lubię sobie rano na dzień dobry zrobić zdjęcie. I w Łodzi nie było to możliwe, gdyż panorama rozciągająca się z 9 piętra mojego mieszkanka to inne wieżowce oraz wielka, kopcąca elektrownia w tle. A tymczasem wyszedłszy sobie na balkon:



      I wiecie co? Doprawdy nie wiem dlaczego latem nie siadałam z laptopem i kawą na balkonie.
      Co jeszcze małego może nas ucieszyć? Może to być pomylony ptak, który ocknął się w środku zimy o 4 rano i zaczął śpiewać. Szybko zamknął dziób, dziwne, że kasłać na mrozie nie zaczął.
      Może to być szmer strumyka, choć ciężko by się teraz do któregoś dostać, a w dolinie pewna maluteńka rzeczka cuchnie teraz jakby wypływała z pieczary smoka chorego na jelitówkę. Co ci Szwajcarzy tam wlewają teraz? O_o
      Popłakałam się na filmie, którego notabene, jeszcze nie skończyłam oglądać, bo włączam go tylko na 10 minut dziennie, gdy jem obiad. Jak dooglądam, to powiem jaki. I uważam osobiście, że to plus, iż wzruszam się na smutnych fabułach, bo to znaczy, że jednak mam serce.
      Dzięki temu wszystkiemu mój świat jawi się absolutnie piękny i nic nikomu do niego, że jest taki, a nie inny, bo na pewno nie mieści się w ogólnie przyjętych normach. Na przykład nie idę w ślad za koleżanką emigrantką z klasy i nie rodzę już trzeciego dziecka.




      Wszystko jest możliwe, nawet rozród, ale póki co, jest mi dobrze tak, jak jest. Bo już się nauczyłam, że u mnie nie ma rzeczy niemożliwych, więc nawet nie będę próbowała wierzyć w swe zaprzeczenia i ogólnie zbuntowane nastawienie do norm powszechnych. Wiem jedynie, że nie wszystko byłoby dla mnie dobre, co jest dobre dla innych. I nie chodzi o to, że przez swój indywidualizm i ekstrawagancję jestem lepsza od innych. Jesteśmy sobie równi, oddychamy tym samym powietrzem, w żyłach wszystkich ludzi płynie krew tej samej barwy.
      Dbam o swoje potrzeby i staram się dbać również o potrzeby najbliższych, na tyle - na ile starcza mi czasu, aby nie zaniedbywać ich i siebie samej. Mam szacunek do ludzi i chciałabym aby ludzie mięli szacunek do mnie i nie wpajali mi owych norm powszechnych, nie próbowali wprowadzać zmian w moje życie. Każdy sobie rzepkę skrobie, prawda?
      Wierzę jednak, że dostaję od życia to, co jest dla mnie najlepsze. Nigdy nie powiedziałam, że czegoś mi za mało lub czegoś mi brak, chyba że dotyczy to wyłącznie moich wyborów. Np cholernie brakuje mi natury i całodziennego wędrowania, ale nie pójdę na wędrówkę, bo tak zdecydowałam. Ale mogłabym, ale nie mogę. Chcę bardzo, ale nie chcę. Czekają mnie bowiem jeszcze dwa egzaminy...






      Wkrótce Merkury, Wenus, Mars, Jowisz, Saturn będą na niebie jednocześnie. Pytanie tylko, czy będę w stanie je dojrzeć. Sądząc po parametrach, będę musiała dołożyć do teleskopu specjalną soczewkę, która pozwoli mi widzieć przez góry, podobnie jak Superman. Jowisza i Marsa już widziałam, bo są nad szczytami. Bandyty nie góry!!!

"Za osiemnaście lat dokładnie,
planety w rządku ustawią się ładnie.
Ty na ten znak z nieba ci dany,
spuścisz ze smyczy wredne tytany!"
- Herkules ~ Mojry

      Teraz grzecznie pytam - czy uda nam się dożyć marca? Wiadomo powszechnie, że reżyserom filmowych zdarza się wieszczyć...
      A może wreszcie na znak ten niebiański, zstąpi na karej istocie, tylko pozornie nam znanej, której oczy jednak płoną złowieszczo - Anioł Burzyciel, lewa ręka Pana, by wznieść swą Gwiazdę Zagłady nad naszymi głowami?
     Powiem tak, pewnie jak zwykle nic się wtedy nie wydarzy, ale pewne zapisy każą pamiętać, że kiedy dochodzi w kosmosie do pewnych koniunkcji, to zawsze coś się dzieje. Niekoniecznie musimy o tym wiedzieć, ale istnieją światy, w których wszystko może się zmienić. A kiedyś i u nas także to nastąpi.


25 komentarzy:

  1. O nie. TAKI widok z balkonu?! Czy mówiłam już, że życie jest wielce niesprawiedliwe? ;) I nie wiem doprawdy, czemu w lecie nie siedzisz na balkonie i nie korzystasz z tego, co matka natura Ci dała na wyciągnięcie ręki. Jakaś dziwna jesteś ;)

    Buki się nie boję. Buka nie da mi rady :) Kiedyś próbowałam biegać w lesie koło mrocznego i nawiedzonego zamczyska, ale nic z tego nie wyszło. Po pierwsze: nad głową przelatywały mi nietoperze, a ja mam ją zapełnioną wiejskimi zabobonami o tym, że jak się nietoperz wbije we włosy, to o Jezus Maria, koniec świata, armageddon. Włosy do ścięcia. Razem z głową ;) Po drugie: za każdym razem, kiedy przebiegałam [a raczej nieudolnie biegłam ledwo zipiąc] koło drzewa, wydawało mi się, że zaraz wyskoczy zza niego jakiś gwałciciel. Próby przekonania samej siebie, że tylko jakiś zdesperowany gwałciciel by się na mnie uchciwił, niestety nie pomagały. A po trzecie: nie lubię lasów. Tzn. niech sobie rosną, są potrzebne, fotogeniczne, itd, ale ja nie muszę do nich wchodzić, jeśli nie muszę.

    Nie cierpię dymu tytoniowego i papierosów. I nie znoszę, kiedy ktoś pali w mojej obecności. Chce się truć i karmić raka, proszę bardzo, ale niech mnie w to nie wciąga. Jak dobrze, że Irlandia jest pod tym względem trochę inna niż Szwajcaria.

    Kosmetyki. Przez długi, długi czas miałam ich bardzo mało. No może poza perfumami, bo do nich mam generalnie słabość ;) Nie używałam żadnych wynalazków poza koniecznym minimum [pasta do zębów, antyperspirant, podkład, coś do zmywania makijażu, szampon...] Jak tak czasami widziałam, ile koleżanki, albo znajome i nieznajome z sieci mają kosmetyków, to mi włosy dęba stawały ze zdziwienia. Zdecydowanie z kimś było coś nie tak. Albo ze mną albo z nimi ;) Z upływem czasu, a raczej z niedawnym wejściem w kolejną dekadę życia, bardziej zaczęłam interesować się różnymi kremami. Zwłaszcza tymi przeciwzmarszczkowymi i nawilżającymi ;) Teraz stoją u mnie w łazience dwa słoiczki kremów, ale nadal - uważam obiektywnie - mam mało kosmetyków. Te wszystkie konturowania twarzy, cienie do powiek, kreski-arabeski ;) są mi zdecydowanie obce. Mój makijaż do konieczne minimum. Podkład, tusz, czasami pomadka, jakiś balsam na usta...

    Dobrze, że nie idziesz w ślady koleżanki emigrantki. Grunt to żyć w zgodzie ze sobą. Masz rację: to, co jest dobre dla innych, wcale nie musi być dobre dla Ciebie. Nie wszyscy damy się wcisnąć w te same ramy i matryce. A poza tym... dzieci są przereklamowane ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem dziwna, bo zamiast siedzieć w szwajcarskich Alpach, wolałabym polskie Mazury :P

      Nietoperze nie wbijają się we włosy... to mit. Nietoperze zrywają włosy razem ze skórą, rozumiesz, skalpują ludzi, a potem przylatuje wielki wampir i wysysa mózg.
      Spotkałam w swoim życiu dwóch ekshibicjonistów. Paskudna sprawa, bo nie do końca wiadomo co począć, wiadomo, że zanim policja przyjedzie, jego już nie będzie, a za obezwładnienie, winny może mnie oskarżyć.
      Tak po prawdzie, są dwie pory, w których bardzo lubię biegać - to jest wczesny poranek o zmierzch właśnie. Mniej się pałęta ludzi i psów pod nogami.
      Nie lubisz lasów? Jakaś dziwna jesteś. ;P

      Też nie cierpię dymu z papierosów i nigdy nie zapaliłam ani jednego, mimo iż 90% znajomych i rodziny to robi. Przy mnie ;] + do tego ludzie na ulicach. Jesteśmy na to skazani.

      Kiedyś bardzo lubiłam wyrazisty makijaż, odważne kolory i kreskę na modłę egipskiego faraona. Nawet z gustem mi to wychodziło. Ale cień do powiek to było wszystko. Później mi się odwidziało, nawet do ślubu poszłam bez żadnego makijażu. Teraz czasami jak mam wenę twórczą (no i jakąś okazję) to najwyżej sobie usta machnę na karminowy i rzęsy pociągnę tuszem. Podkładu nigdy nie używałam jak żyję.
      Ale przez wujka Festera, pojawiły się na mojej półce dodatkowe słoiczki wypełnione siarką oraz tubka cynku. Obawiam się, że takie trucizny to on może lubić... ale na szczęście to nie film i jest lepiej niż było.

      Ktoś by powiedział, że to jest nowomoda, ale to mnie mało interesuje, wolałabym inną - świadome i indywidualne decydowanie o własnych potrzebach, oraz ogólna tolerancja wyborów. Nie wyrokuje tutaj, nie opowiadam się po żadnej ze stron. Po prostu chcę spokój ;]

      Usuń
    2. Taaaki Ty masz widok z balkonu?! Ja myślałam, że ja mam fajny, ponieważ widać odległe Beskidy. Twój widok jednak jest the best (o jak ładnie mi się zrymowało). Czy w Łodzi przypadkiem nie miałaś lasu w okolicy? Nie lubię lasu, ale lubię jego zapach.

      Nigdy nie czytałam statystyk o jakich wspominasz. Zważywszy, że ostatnie kilka lat mieszkałam przy drodze szybkiego ruchu może powinnam zacząć się martwić? Co mnie nie zabije to mnie wzmocni. Ciebie też.

      Dzięki Tobie przypomnę sobie niemiecki:P Tymczasem muszę pracować nad angielskim. Staram się oglądać dużo filmów po angielsku.

      Domki na zadupiu są przereklamowane. Dobrze się w nich budzi, podziwia okolicę, ale jeśli skończy Ci się podstawowa rzecz spożywcza, a w okolicy żywej duszy czy sklepu pojawia się problem. No i wyobraź sobie bycie samej wieczorem w takim domu.

      Dobrze mieć osobowość. Nie robić tego, co wszyscy. Dobrze być sobą.

      Aniu, a jakie Ty masz podejście do dzieci? Chcesz, nie chcesz? Lubisz czy wolisz unicestwiać?:D

      Usuń
    3. Odpowiem zadziornie - w Alpach nie da się mieć innego widoku, wszędzie te bandyty stoją ;)
      Następna, co lasu nie lubi... ;] W Łodzi miałam pół godziny marszu do wielkiego lasu. To był Krajobrazowy Park Wzniesień Łódzkich,
      mający 10 747 ha, czego ponad 3000 ha to strefa zamknięta, chroniona, dzięki czemu czemu żyje tam dużo zwierząt. Ja mieszkałam od strony Lasu Łagiewnickiego.
      Piękne rejony, po których mogłam spacerować, jeździć czy biegać całymi dniami. Uciekałam tam przed zgiełkiem miasta i codzienności, teraz bardzo mi go brakuje... Jego zapachu wilgotnej ziemi, jego cienistej przestrzeni...
      Teraz, pomijając skwerek z tego posta, mam jeszcze dostęp do innego lasku też pół godziny marszu, ale jest on wielkości parku. Latem nie da się do niego wejść, bo jest zatrzęsienie końskich much, doświadczyłam raz, całą mnie pogryzły.

      Spaliny nie wzmocnią nas raczej ;)

      Znasz może jakieś tytuły filmów niemieckich, ale żeby dobre były, bo czasami to mi aż ręce opadają nad fabułą...

      Spędziłam tydzień w domku na zadupiu, w leśnej głuszy. Jak mi czegoś zabrakło, musiałam godzinę iść do wioski do sklepu. Jak chciałam większe zakupy, to od tejże wioski jechał autobus do miasta, raz skorzystałam. Wieczorami przesiadywałam na tarasie i czytałam książki pod żaróweczką, nie zarejestrowałam żywej duszy ludzkiej, za to miałam wrażenie, że wszystkie zwierzęta chcą zobaczyć odludka. Było fantastycznie i z chęcią bym to jeszcze powtórzyła. Ale ja nie jestem normalna ;)

      Wolę unicestwiać i nigdy nie zamierzałam mieć, ale wstępując w związek małżeński, spodziewałam się, że będzie trzeba pomyśleć o tym raz jeszcze. Oczywiście znajomi i rodzina nie ułatwiają, bo gadaniem sprawiają, że ja się jeszcze bardziej anty nastawiam.
      Lecz najpierw stanę na nogi, mam jeszcze sporo spraw do ustatkowania.

      Usuń
    4. Tak sobie myślę, że chyba każdy z nas, albo przynajmniej zdecydowana większość, ma jakieś swoje upodobania, które w oczach innych mogą uchodzić za dziwne. Ty chciałabyś na Mazury, ja wolałabym w Alpy, albo jeszcze lepiej: tam, gdzie góry łączą się w morzem ;)

      Ponoć najlepszą bronią na ekshibicjonistę jest zlekceważenie go :) Trzeba udać, że spłynęło to po Tobie jak po kaczce ;) Tak mówią. Sama nie miałam, na szczęście, okazji do przekonania się na własnej skórze. Swego czasu słyszałam, że w mieście, w którym chodziłam do liceum, paraduje jakiś ekshibicjonista w parkach, ale do dziś nie wiem, czy to prawda była czy zwykła legenda miejska. Na wszelki wypadek omijałam je łukiem, bo już tak mam zakodowane, że w parkach to przeważnie jacyś menele siedzą, a nie normalni ludzie. Trochę krzywdzące myślenie, wiem, ale co zrobić? Wzięło się ono z doświadczenia.

      Z lasami mam zatem podobnie. Jak byłam mała to zdarzało mi się jeździć do różnych lasów na grzyby, bo mój tata był wielkim grzybiarzem. Fajnie było sobie pochodzić, a jaka frajda, jak się trafiło na grzyba, który spotkał się z dużym uznaniem ojca :) Pamiętam jednak, że dość szybko mi się te wędrówki nudziły i nie mogłam się doczekać aż wyjdziemy z lasu i zobaczymy naszego starego, poczciwego Fiata 125p w kolorze kości słoniowej ;)

      A poza tym miałam kiedyś, też w wieku dziecięcym/nastoletnim, poważny wypadek w lesie, w którym przy odrobinie mniejszym szczęściu mogłabym stracić życie, i jakoś tak nie pałam miłością do lasów. Nie oznacza to jednak, że jestem zwolenniczką niszczenia ich, wyrzucania do nich śmieci [nienawidzę, gdy ludzie to robią!], czy wcinania zabytkowych drzew z parku/lasu/puszczy...

      Też mi się czasami wydaje, że domki na odludziu bywają przereklamowane. Człowiek jest często jak ta owieczka, która myśli, że trawa po drugiej stronie ogrodzenia jest na pewno smaczniejsza. A tymczasem, gdy już jej skosztujesz, niejednokrotnie się okazuje, że smakuje tak samo. Albo nawet gorzej.

      Po powrocie ze Szwajcarii byłam tak nią zauroczona, że wówczas moim największym marzeniem była wygrana w Lotto i kupno domku gdzieś w cieniu Matterhornu, z dala od tej złej cywilizacji i całego zła na świecie. Dziś Szwajcaria gdzieś nadal we mnie siedzi [i pewnie kiedyś tam jeszcze wrócę], ale już nie chciałabym żyć gdzieś na odludziu. Lubię ciszę, potrzebuję spokoju, natury wokół siebie, ale paradoksalnie nie lubię też być sama w dzikiej głuszy. Wydaje mu się, że po dłuższym czasie przebywania w takim miejscu, doszłabym do takiego samego wniosku jak Chris McCandless z "Into the Wild". Jemu to na dobre nie wyszło. I mnie prawdopodobnie też by nie wyszło.

      Nigdy nie używałaś podkładu? Wow. Fajnie masz! Zresztą Ty w ogóle masz fajną, ciemną karnację i ładną cerę, więc może faktycznie podkład jest Ci zbędny.

      A tak w ogóle, to jak Ty ro robisz? Za każdym razem obiecuję sobie, że to mój ostatni komentarz, a potem pojawia się Twój post, w którym piszesz o czymś, co sprawia, że MUSZĘ dorzucić swoje trzy grosze...

      Usuń
    5. To wiem. Można również wyśmiać palanta, ale to nie sprawi, że przestanie być ekshibicjonistą.
      3 razy spotkałam, 2 razy tego samego. A w parkach w moim mieście przesiaduje młodzież pijąca. ;]

      "Też masz wrażenie, że domki na odludziu bywają przereklamowane?" Ależ ja tak nie powiedziałam, ja sprawdziłam to i z chęcią bym się przeniosła :) Osobliwe uczucia jakie mi wtedy towarzyszyły, spowodowały pewne... zmiany. Tamtych nocy, niemalże tantrycznych, nie zapomnę nigdy.
      "Into the Wild"... do końca życia będę się zastanawiać, czy dałabym radę. Pewne względy obecnie sprawiają, że ów plan porzuciłam. Nie jest mi z tym źle, idę drogą świadomych wyborów.

      Teraz troszeczkę się pozmieniało z moją cerą, od kiedy tu jestem, z resztą pisałam już o tym nie raz... mam uczulenie, pełno wyprysków, a jak wracam do Polski, to jak ręką odjął.

      To nie ja! Oo Po prostu masz coś sensownego do powiedzenia, co nie powinno się marnować ;)

      Usuń
    6. No właśnie o tym mówiłam - nieważne, czy to młodzież pijąca, czy starsi. Smutne jest to, że parki, które przecież powstały m.in. w celu rekreacyjnym dla mieszkańców, często najchętniej okupują miłośnicy trunków, a nie zwyczajni ludzie, którzy chcieliby ukoić oczy zielenią i pooddychać świeżym powietrzem.

      Aniu, chyba zbyt zmęczona już jesteś ;) Ja napisałam: "Też mi się czasami wydaje, że domki na odludziu bywają przereklamowane.". Wiem, że Tobie akurat w takim się podobało, zrozumiałam przekaz. To moje stwierdzenie nawiązywało m.in. do tego, co napisała Rose: "Domki na zadupiu są przereklamowane." Już wszystko jasne? :)

      Dobra, tyle ode mnie. Wyłączam komputer i idę do łóżka na relaks przy książce, bo w tym roku obiecałam sobie bardziej dbać o swój sen i siebie samą. A ponieważ jutro zaczynam pracę o siódmej, to muszę iść spać o 22:00 by wyrobić 8h beauty sleep ;) Została mi nieco ponad godzina. W sam raz na poczytanie.

      Do poczytania wcześniej lub później.

      Usuń
    7. Jest 4 rano, teraz jestem mniej przemęczona? XD
      A Rose komentowałaś O_O To zmienia postać rzeczy ;]
      Ta, te czasy kiedy się dbało o sen :P Też sobie liczyłam o której trzeba się położyć. I to dawało efekty jak się tak dokładnie pilnowałam.

      Usuń
  2. Udalo mi sie wczoraj wymknac na samoty spacer. Zima oczarowala mnie (pomimo ze mroz wyszczypal mi policzki).
    U Ciebie tez pieknie. Nawet maly lasek przy autostradzie obsypany sniegiem nabiera niesamowitego klimatu. Zazdroszcze Ci jednak tych gorskich pejzazy :)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja bym chciała troszkę większych lasów w dolinach. Podobno mało jest ludzi całkowicie zadowolonych z tego, co ofiarowuje im los. Dlatego nauczyłam się odnajdywać wszędzie plusy - bo przynajmniej żeby iść do porządnego, dużego lasu, spalę trochę tych ciastków i czekoladków XD

      Usuń
  3. Piękne masz te widoki. Naprawdę. Choć i ja dziś nie mogę narzekać. Większość dnia pięknie sypie śniegiem. Uwielbiam zimę. Ale to już pewnie wiesz.

    Sama do lasu bym nie poszła. Tak jak i w góry. Paradoksalnie z jednej strony domu w Katowicach miałam drogę szybkiego ruchu, a z drugiej duży park. W czasach, kiedy byłam po szpitalu i prawie z łóżka nie wychodziłam moja współlokatorka właśnie tam wyrzucała mnie na spacery. Mówiła, że jak będę umierać to zdąży dobiec;)Brakuje mi bliskości natury, drzew. Czegoś więcej niż osiedlowy spacer z psem, gdzie jest zaledwie kilka drzew. Zwłaszcza, że przez ostatni rok tej natury miałam bardzo, bardzo dużo.

    Widzisz. Te duże miasta nie takie złe. Mają dużo parków. W Katowicach najwięcej parków z całego śląska i to naprawdę ogromnych. Do Parku Chorzowskiego (położony jest pomiędzy Katowicami a Chorzowem) zjeżdżają się na weekendy ludzie z całej aglomeracji. To tam, gdzie ulepiłyśmy z Agą bałwana i poszłyśmy na grzane piwko. Bo piwku bałwana nie było. Została tylko plama z trawy;]

    Nigdy nie interesowałam się niemiecką kinematografią. Niestety. Nie znam żadnych dobrych filmów w tym języku. Jako dziecko oglądałam mnóstwo niemieckich programów: rtl, rtl 2 i takich tam. Pozwoliło mi się to osłuchać z językiem. Potem nie miałam z nim trudności, ale ja generalnie nie mam trudności z językami.

    Ja mieszkałam w takim domu miesiąc, a tydzień spędziłam sama. Miejsce pośrodku niczego i myślałam, że zwariuję. Wszędzie dookoła ciemno, brak żywej duszy. Na początku gdy przyjechałam i brakowało mi podstawowych rzeczy typu płatki kosmetyczne i takie tam kupowałam przy okazji wycieczek w wolne dni.

    Nie wiem czemu wszyscy mi mówią, że ja to jednak jestem miastowa dziewczyna. Miasto jest wygodniejsze do życia. Miasteczko, w którym się urodziłam jest w porządku. Wszystko blisko. Ludzie, którzy pamiętają jak jeszcze w pieluchy robiłam. Dojadę, gdzie chcę. Nie jest z kolei aglomeracją.

    Tak właśnie mi się wydawało, że bardziej unicestwiasz. Ja tam lubię potwory, a one zazwyczaj lubią mnie. Mam tu jednego na weekend. W ciągu 15 minut wczoraj odbyłam z młodą rozmowę o seksie, homoseksualiźmie i menstruacji:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też kocham zimę i też to wiesz. Mrozy mi nie straszne, ani wiatr.

      Do lasu i w góry sama łażę bardzo chętni, wiele słów wyczerpałam w tej kwestii, dodam jeszcze, że to jest dla mnie jak odrodzenie. Jak długo nie wychodzę, niknę, wiesz? Potrzebuję wielkiej wędrówki, a tymczasem nie mam kiedy. Taki system. Brakuje mi cholernie tego szlaku... jakiegokolwiek szlaku, byle iść.

      Tematy wychowawcze :D Ja pamiętam, że Ty katechetką byłaś :P

      Usuń
    2. Mrozy są dobre. I wiatr też.

      O. Ja chyba też niknę i tak mam. Może miałabym kiedy, ale nie mam gdzie. Musiałabym pojechać na jakieś odludzie. Również mi brakuje.

      Wychowawcze? A bo ja wiem. Bardziej ją uświadamiałam. Uważam, że z dziećmi powinno się na takie tematy rozmawiać. Też pamiętam;] Teologicznego wykształcenia się nie wypieram;)

      Usuń
    3. Pojechać na odludzie to najmniejszy problem. Jest czwarta rano, rozpoczyna się moja doba, a skończy po 22. Praca, szkoła. Egzaminy i nauka. Rozumiesz? Piszę o tym często w nadziei, że ktoś może ma lepszy plan na konstrukcję tygodnia, niż ja -_-' bo ja wypśtykałam się z pomysłów.

      Usuń
    4. Hexe, nic się nie martw. Chwilowo marzę, żeby wstawać o czwartej rano i spędzać taki długi dzień:P Trzymaj kciuki, aby marzenie się spełniło:D Pracy nie obejdziesz. No chyba, że będziesz super kreatywna i będziesz mieć równie super pomysł na siebie. Powinnam iść już spać i wyspać się na jutro! Bo mi się angielski w głowie pomiesza.

      Usuń
    5. Zwariowałaś? Pomysł na siebie mam, ale szanse za rozwój nikłe, podobno nie bardzo idzie z aktywowaniem przedsiębiorstw na obczyźnie.

      Usuń
    6. Nie pomyślałabym, że nie masz, ale od pomysłu do biznesu długa i trudna droga. Nie wiem niestety jak to wygląda w Szwajcarii. W Irlandii całkiem nieźle jeśli chcesz mieć swój biznes. W Polsce można się starać o fundusze europejskie, ale to też długa droga. Ja mam taki pomysł, że za samą bazę danych bym się nie wypłaciła o stworzeniu portalu i regulacjach światowych nie wspominając.

      Usuń
    7. Moje pomysły są niebezpieczne, dowiedziałam się np., że najprawdopodobniej mafia by mnie za to zjadła. ;]

      Usuń
    8. Ja się dowiedziałam, że nie powinnam o moim pomyśle nikomu mówić, a już tym bardziej nie zgłaszać się do dużych firm czy portali z prośbą o wsparcie, bo zostanę z niczym. Takie coś, co wymyśliłam nie istnieje, a świetnie trafia w potrzeby pewnej grupy. Tylko mam pomysł i co z tego? Ba, nawet świetny pomysł, co sobie będę żałować:P

      Usuń
    9. Ach ten współczesny świat ;]

      Usuń
    10. Stoi na głowie. Od dawna;]

      Usuń
  4. Przepiękne fotografie. Takie nieodśnieżone szlaki mają wielki urok. Onego czasu odkrywaliśmy je w Bieszczadach i latem i zimą. Co do "facjaty". Mój lekarz polecił zbawienne maści na moje plamki alergiczne. 40% maści o nazwie Tribiotic i 60% maści Hydrocortizon. Zmieszać je i smarować dwa razy na dobę. Resztę trzymać w lodówce. Są to specyfiki bez recepty. Tribiotic jest do kupienia w saszetkach po 1mg, a ta druga w tubie, obie tanie. Można przesłać nawet w kopercie, a że są skuteczne, przekonałam się na własnej skórze. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, zapiszę sobie te nazwy :)

      Usuń
  5. Witaj Hexe.
    Ładne widoki i fajne zdjęcia.
    U mnie śnieg się już stopił.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za pozdrowienia,
      ciepłego wieczoru :)

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.