sobota, 30 stycznia 2016

Entropia rakiem cywilizacji.

     Uderzające, ile myśli zupełnie niepowiązanych ze sobą, krąży teraz wokół mnie jak elektrony. Jest ich całe mnóstwo do powielenia w całych zdaniach, a jednak staram się nie czynić chaosu... z naciskiem na "staram". Chociaż entropia bywa bardzo rozluźniającą formą odpoczynku dla umysłu, np gdy wielkość problemu staje się równa sumie ilorazów porcji pomysłów pobranych przez układ odpowiedzialny za przetrwanie i jest on w procesie odwracalnym, jestem spokojniejsza. Nazywam to asekuracją. Czyli, że mam pomysł na swoje chaotyczne w tej chwili życie, ale jakby okazało się fiaskiem, można powrócić do pierwotnych działań. Ogólnie entropia jako miara nieokreśloności, chaotyczności czy stopnia nieuporządkowania, jest chyba najlepszym określeniem, cechującym minione dwa tygodnie.
      Udało się załapać na lepszą pogodę i pojechać rowerem do pracy, co rozkwitło kolorami fotografii. Wreszcie coś zrobiłam, gdzieś byłam, coś widziałam... [oddech ulgi] Nawet zaplanowałam sobie kolejny wypad, też z okazji rowerowej podróży do pracy, mianowicie chęć tę wyraziłam, spoglądając na ów zamek. Może i wejść się tam nie da gdyż rezyduje nań prawdziwy monarcha, więc teoretycznie gra nie warta świeczki, ale lubię mu robić zdjęcia z zewnątrz. Jestem ciekawa czy tutaj smoki wyginęły z tych samych przyczyn, co w Polsce, czyli ponieważ nie ma już dziewic.


      Podobno pewna hrabina miała tak dobre serce, iż słudzy dbali o nią z czystych chęci, nie byli do niczego przymuszani. Pytali o samopoczucie, pytali też czy jest głodna, proponowali najsłodsze owoce, które bardzo lubiła, np arbuzy. Gdy hrabina odmówiła arbuza, sługa zaniepokoił się, przecież to jeden z jej ulubionych, nigdy wcześniej nie odmawiała. Wtedy odpowiedziała: "smakują mi, ale jak jem, to mi uszy moczy".
      Wymianę oceniających informacji o osobach nieobecnych potrafimy wyróżnić z dialogu intuicyjnie. Kiedy zaś zakrawa to o kłamstwa? Mawia się, że w każdej plotce istnieje ziarno prawdy. Podobno ludzie, którzy chętnie i często opowiadają o innych, demaskują tym samym swoją podatność na wyobraźnię czyli tzw. koloryzowanie. W odróżnieniu od newsa, pogłoski, czy zwykłej informacji, plotka jest silnie naznaczona emocjonalnie, zazwyczaj w sposób negatywny.
      Być może najważniejszą funkcją obgadywania innych, jest to, jaki wywiera wpływ na słuchaczy, a wiąże się to z kontrolowaniem. Mnie natomiast zastanawia, dlaczego ludzie ślepo wierzą raz usłyszanym opowieściom.
      Hrabina najprawdopodobniej lubiana nie była, ale tego typu swawolne anegdoty obiegły jej hrabstwo ku uciesze gawiedzi, a dziś są dla nas znamienitymi dowcipami. Chodziły kiedyś słuchy, że jestem wyklętą córką, a raz czy dwa, że robię zupę z kotów. Oceniłabym obie informacje na tym samym, awangardowym poziomie bajdy.

"Pod mianem prawdy błąd się szerzy.
Chociaż na wiatr głupiego mowa,
Głosić mu wolno wszystko, może pleść,
A człowiek wierzy zwykle, słysząc słowa,
Że musi być w nich jakaś treść."
- Mefisto

      W dolinie mgieł tymczasowo się nie mroczy. Tymczasowo też stopniał i śnieg. Zagaję o ciekawy wątek. Moim niepopartym doświadczeniami naukowymi zdaniem, gdyby człowiek uczył się rozwijać duchowo, potrafiłby lepiej radzić sobie z chorobami. Nerwowość, bóle głowy, zmęczenie, środowiskowe i udręczające, nasze prozy życia i przyczyny smutków, nagle okazują się być rezultatem.
      Wystarczy na chwilę zaczepić się o tarczę zegara i zawisnąć na wskazówce stopując czas. Spojrzeć z góry, zniknąć z mapy zwykłych spraw, zaznaczyć się punktem na satelitarnej mapie ziemskich wzniesień.
      Może warto odpoczywać zanim się człek zmęczy? Boże, nie dodawaj mi sił, daj mi się wyspać...

"Noc czarna mroczy się mgłą,
huk się po las kołace.
Sowy w popłochu trzepocą.
Słyszysz, w posadach drżą
Wiecznie zielone pałace!
Konary łamią się z jękiem!
Pnie kłonią się przemocą
z korzeni kościanym dźwiękiem!
Uwikłane w strasznym potrzasku,
przekrzykują się w chrzęście i trzasku,
Wiatr w rumowisku syka
I huka hukaniem puszczyka.
Słyszysz te głosy na niebie?
W oddali i koło ciebie?
Aż po szczyt góra śpiewa,
Wiedźmowskim wrzaskiem rozbrzmiewa."


      Widziałam lisa, który zupełnie jak na filmach przyrodniczych, skoczył w powietrze i zanurkował prostopadle w śnieg na główkę. Na polach gdzieniegdzie połacie białego puchu są tak naprawdę cienką zmarzliną. Współczuję nosowi lisa...
      Kiedy robimy czegoś za dużo, tworzymy w ciele nadmierne napięcie. Wszedłszy w noc, zakończyłam ostatni egzamin na kursie wieczorowym z niemieckiego. Mózg jest niesamowity, przed egzaminem pracował 24 na dobę i przestał gdy tylko weszłam na egzamin. To i tak lepiej niż zdawać z filozofii. Znacie tę historię, jak student wykuł na blachę cały materiał i nie poszedł na egzamin, bo odkrył, że życie nie ma sensu?
       A potem padło moje nazwisko. Mózg dalej wyłączony, myślałam sobie - dostanę najwyżej 2. Zaliczam na 4 i już w domu zaczęłam się zastanawiać dlaczego nie 5...
      Ustny poszedł mi lepiej niż pisemny. Nie cierpię testów na czas... Za szybko, ustawicznie coś mi umykało.
      Zadania polegały na słuchaniu nagrań i zaznaczaniu odpowiedzi, bez możliwości zatrzymania nagrania czy dodatkowej powtórki. W drugiej połowie wybierało się spośród już dłuższych, rozwiniętych odpowiedzi, które czytałam na szybko i bezmyślnie. I to miało sprawdzić moją wiedzę z gramatyki i rodzajników, czego kułam się przez rok cały z naciskiem na ostatnie dwa tygodnie? Pffff.... Oczywiście co w głowie, to moje. Jednak nie mam uczucia, że test sprawdził moje umiejętności.
      Najważniejsze - ZALICZYŁAM.
      Koleżanki i koledzy również narzekali na przebieg egzaminu. Czeszka słusznie powiedziała, że jak na poziom A1, to było troszkę za wiele oczekiwań, ale ostatecznie wszyscy zaliczyli. Z tym że najwyższej oceny nie dostał nikt.
      Ostatnio widziałam program, w którym pokazywali obcokrajowców uczących się Polskiego. Kilku z nich udzieliło wywiadu dla telewizji po Polsku, żadnego z nich nie zrozumiałam w pełni, pojawiły się napisy po spodem i tylko jedna dziewczyna mówiła poprawnie gramatycznie. To chwalebne, że władam jednym z najtrudniejszych języków świata.
       W Szwajcarii nie ma kursu na język Polski, bo i niby po co? Uczą się za to Rosyjskiego, ale nie wiem po co.

"Noc nadeszła. Rozgorzałe
Gwiazdy garną się do siebie
Wielkie światła, iskry małe
Lśnią na ziemi, płona w niebie;
W niebie jasnej nocy płoną,
Na jeziorze lśnią w poświacie;
Pieczętując toń uśpioną
Staną księżyc w majestacie".

      Kiedy zbyt dużo pracujemy lub zbyt ciężko angażujemy się fizycznie, kiedy zbyt dużo jemy lub pijemy, kiedy za bardzo boimy się lub żywimy zbyt dużą niechęć, kiedy za bardzo się martwimy lub czegoś żałujemy, kiedy robimy zbyt dużo czegokolwiek i wynikiem jest nadmierne napięcie, pogarsza się nasz poziom zdrowia fizycznego, emocjonalnego i psychicznego. Jeżeli robimy czegoś za dużo, czujemy się nieszczęśliwi. To najlepszy i najdokładniejszy system informacji zwrotnej.
      Naturalnym rozwiązaniem jest odprężenie. Nieważne, przy jakich technikach czy metodach. Liczy się relaksacja. Kiedy to następuje, zwiększa się poczucie szczęścia, znika niezadowolenie, stabilizuje się stan emocjonalny, myślenie nabiera jasności i poprawiają się relacje z innymi ludźmi. Im lepiej się czujesz, tym lepiej czują się ludzie, zwierzęta, rośliny i rzeczy wokół Ciebie.
      Dlatego:

"- Spójrz wyżej. - Górskie szczyty w swoim ogromie
Najuroczystszą chwilę zwiastujecie;
Wam wcześniej dano cieszyć się widokiem,
Światłością wiekuistą, nim dojrzały
Nasze ją oczy. W dół, po skalnym złomie
Zstępując z Alpów, swej nie skąpi chwały
Jasność tonącej w zieloności łącze. -
Zabłysło! - oczy odwracam, zmartwiały,
Które do bólu oślepiło słońce."


      O tym, że należy odpoczywać, wiedzieli już trzy tysiące pięćset lat temu. „Pamiętaj o dniu sabatu, aby go święcić. Sześć dni będziesz pracował i wykonywał wszelką swoją pracę, ale siódmego dnia jest sabat Pana, Boga twego: Nie będziesz wykonywał żadnej pracy ani ty, ani twój syn, ani twoja córka, ani twój sługa, ani twoja służebnica, ani twoje bydło, ani obcy przybysz, który mieszka w twoich bramach. Gdyż w sześciu dniach uczynił Pan niebo i ziemię, morze i wszystko, co w nich jest, a siódmego dnia odpoczął. Dlatego Pan pobłogosławił dzień sabatu i poświęcił go” (II Mojż. 20,8-11).
      Naukowcy zaś radzą - znajdź sobie chociaż godzinę dziennie, gdzieś pod koniec dnia, na czynność, która sprawia Ci największą przyjemność. Poświęć też jeden dzień w tygodniu na całkowity odpoczynek i zabroń sobie jakiejkolwiek pracy.
      A wtedy tętno życia powróci.

"Znów tętno życia pełne świeżej mocy
Rozrzutnym biciem wita świt w eterze;
Tej jakże, ziemio, oparłaś się nocy:
Stopą wyczuwam twoje tchnienie świeże
I wskrzesza ze snu poruszenie twoje.
Dążność istnienia w coraz wyższej sferze;
Radości twojej dość na nas oboje. -
Świat się otwiera już o pierwszym świcie,
W dolinach jeszcze mają mgły ostoje,
Lecz dzwoni w lesie tysiącgłose życie."

      Ale samo zupełne, kompletne lenistwo też ma swoje granice ;) Dowiedziono bowiem, że pacjenci na oddziałach chirurgicznych, którzy byli przetrzymywani w łóżku przepisowo co najmniej przez dwa tygodnie po operacji, jak i kobiety po porodzie, którym zalecano  aby leżały od siedmiu do dziesięciu dni - ten nazbyt długi odpoczynek, często prowadził do komplikacji i opóźniał powrót do zdrowia. Więc nie leżmy, skoro nie musimy :)
      Wielki krok do przodu uczyniono wtedy, gdy chirurdzy spróbowali nakłonić swoich pacjentów do wstawania z łóżka już w kilka godzin po operacji. Zaowocowało to ograniczeniem komplikacji i czterokrotnym skróceniem czasu powrotu do zdrowia. „Robotnik ma słodki sen” (Kazn.Sal. 5,12). ;)

"Uhuhu! Prawdziwe bajki!
Snu nie znają sójki, czajki,
Na chojarze pójdźka szlocha(...)
Błędny orszak sunie przodem
Opętańczym korowodem."

      Miałam taki zwyczaj, że kiedy czułam się zmęczona: wychodziłam na spacer albo na delikatne rozbieganie. Potem czułam się lepiej znacznie lepiej, dotleniona, ożywiona, a na pewno dużo lepiej niż gdybym zdrzemnęła się na godzinkę, co raz mi się zdarzyło i nie mam nadal do tego przekonania.
      Tymczasem po deszczowej nocy, niebo się otwarło i nastała jasność. Wg prognoz, nie będzie wiekuista. Pogoda nie bywa bezmierna.

"Tu płomień wylał się z łożyska,
Dolinę setką żył otoczył
Tam zapędzony w kąt się wciska,
Na powrót w jeden nurt jednoczy.
Tu iskier snop wystrzelił cały
Jak gdyby złotym sypnął piaskiem.
Na całą znów wysokość skały
Tam grań się rozpaliła blaskiem."


       Sny o lataniu mają z reguły bardzo wyraźny przekaz. Carl G. Jung mówił o lataniu we śnie, że jest wyrazem pragnienia uwolnienia się od ograniczeń. Wznosimy się ponad to, co nas otacza; ponad rzeczywistość, która nas uwiera, w której jest nam niewygodnie. Z czego to wynika? Akurat u mnie, myślę, że to dlatego, iż chodzę spać kiedy nie chcę, żeby wstać kiedy nie chcę, żeby iść tam gdzie nie chcę. Pomyślałam sobie, że jeśli znów to wszystko się zacznie, pójdę daleko i zrobię tak:


Wszak mogę, góry są, tylko materac muszę kupić.

      Sny o lataniu są powszechne i zazwyczaj symbolizują natchnienie oraz zdolność wzniesienia się ponad zwykłą postawę, ponad rzeczywistość. Latanie oznacza, że nie trzymamy się czegoś kurczowo, nie jesteśmy, tudzież nie chcemy być ograniczeni żadnymi koniecznościami, sygnalizuje zdolność lub gotowość do działania i dokonywania zmian.
      Obrazują pragnienie bycia zdecydowanym i konstruktywnym. Jednak podstawowym znaczeniem tej mary sennej jest chęć oderwania się od rzeczywistości, przekroczenia granicy szarej codzienności, zerwania z monotonią, nudą, pragnie wyrwania się z przytłaczającej nas rutyny, i chęć wzniesienia się ponad innych. Przynajmniej mogłam pobyć przez chwilę Supermanem.

"Górą przez Brocken!...
Pani Sowie zajrzałem do okien:
Oczy, jak spodki!"

      Moim pragnieniem było żyć ponad to wszystko, co sprawia, że dobrowolnie nakładamy na siebie ograniczenia. Nie poddawać się szarości dnia, monotonii, a w efekcie marazmowi. Dbać o siebie, często wychodzić z domu, unikać bzdur w mediach.
      Tymczasem włączyłam w pracy TV, bo mogę oraz bo nie było lepszego sposobu na niezaśnięcie, pomimo trzech kaw. Program śniadaniowy jak i bloki reklamowe trwające po 15-20 minut, przemawiały do widza - bierz tabletki! Boli Cię wątroba? Nie przejmuj się - weź tabletkę, pij dalej. Boli Cię żołądek? Weź tabletkę, obżeraj się dalej. Czujesz się zmęczona i apatyczna? Weź tabletkę, będziesz mogła dalej pracować. Masz suchą pochwę? Weź tabletkę, spełnisz swój obowiązek małżeński. Czy ja czegoś nie zauważyłam, czy w Polsce mamy komunizm psychologiczny?
      Dlaczego w reklamach telewizyjnych nie mogą mówić - dokucza ci stres i zmęczenie? Wybierz spacer na łonie natury, pooddychaj świeżym powietrzem, a potem połóż się wcześniej i daj sobie czas na długi, ożywczy sen. Nie, po co - weź tabletkę, będziesz mógł jeszcze więcej pracować i nie przejmuj się, dziś wszyscy tak mamy. Jeśli twój pies ma problemy z trawieniem lub nie chce jeść - kup mu tabletki. Serio! Już są takie! Wszyscy stańmy się hipochondrykami - osobami, którym jest lepiej, kiedy jest im gorzej.
      Mam traumę po tym... już więcej przez resztę pracy nie włączyłam TV. Dlaczego ludzie miast tego, nie czytają wgl książek? Nie ma w nich reklam!


"W słusznym, a miernym książki sposobie
pisane któż dzisiaj czyta?
Nigdy też młodzież na ziemskim globie
W pychę nie była tak wbita."

"Ma się go w sercu, a znieważa.
Chce się go widzieć, a odpędza;
Ubliża się mu i oskarża,
A strzeże się go i oszczędza."


      Stanęłam ostatnio przed lustrem, spojrzałam sobie głęboko w oczy i powiedziałam do siebie: wiesz, że istnieją inne światy poza naszym, potrafisz się do nich dostać, a tkwisz po uszy wciąż w jednym, biegasz po pokoju za obowiązkami. Potrafisz samodzielnie uleczyć swe ciało i duszę z prostych dolegliwości, czemu tego nie robisz, nim one przeistoczą się w coś, co bez ingerencji medycyny cię zniszczy?
      Kiedyś nie było dni, byś nie wędrowała, choćby krótko i nieopodal. Gdzie to wszystko jest? Ludzie mnie z tego okradli.
      Mimo wszystko uśmiecham się, bo to ich najbardziej wkurza. Na całe szczęście Bóg stworzył weekend i wiedział, że to co stworzył, jest dobre.

"...W całym kraju
Złodziejstwo mamy w obyczaju."

"...Czego nie pojął, tego nie dostrzeże,
Czego nie zliczył, to za kłamstwo bierze,
Czego nie zważył sam, to rzecz bez wagi,
W tym, czego nie rzekł, nie ma nic prócz blagi."

      Wstawać z łóżka i nie budzić się wciąż sennie. Odchylić żaluzje, ujrzeć blask dnia, a nie noc u schyłku. Usiąść do porannej kawy i ucieszyć się jej smakiem, a nie pić ją w pośpiechu. Zajrzeć sobie w głąb myśli i zaplanować cudowny dzień, a nie głowić się nad tym jak ja mam zdążyć ze wszystkimi obowiązkami. Na szczęście praca ma swoje zalety: piątek, wypłatę i urlop.

"Jedynie tam, gdzie jasność widzisz jasną,
gdzie w sobie pewność masz i sferę własną,
Gdzie tylko piękno, tylko dobro gości,
Tam sobie stworzył świat swój w samotności.!"

***
Cytaty pochodzą z rok temu przeczytanego z wielką przyjemnością:


      Mój mąż też postanowił coś napisać na blogu, oto jego debiut:

"buraki są smaczne i zdrowe"

      Wg mojej opinii, to całkiem niezłe, choć... nie powinnam być tak wyrozumiała, wczoraj zjadł moje czipsy.

środa, 27 stycznia 2016

Mitologiczny wampir seksualny, ranny umysł twórczy i kula u ręki.

      Rankiem mój twórczy umysł, moje natchnienia i myślowa swoboda, potrafią czynić sztukę. Umysł jest wolny jeszcze od codzienności, jeszcze przez chwilę nie myśli ile ma do zrobienia w ciągu dnia. Potrafi nawet czynić cuda - czasami szukając informacji o miejscach moich wędrówek, chciał nie chciał, trafiam na strony niemieckojęzyczne, które dla Was tłumaczę. Oczywiście nie całkiem bez słownika, ale translator niejednokrotnie mnie po prostu osłabił... więc wolę sama całą swą twórczą część skupić na szyku wyrazów obcych, przy okazji ucząc się nowych słów. I kto powiedział, że pisanie bloga nie jest rozwojowe?
      Istnieją jednak takie ranki, kiedy nawet mocna kawa jest traktowana przez mój organizm niepoważnie, wtedy nawet samo czytanie po Polsku mi nie wychodzi. Wstaję i prowadzę normalną aktywność. I przez pierwsze chwile, kiedy piję kawę, budzę swój mózg przyjemnością dobierania słów - piszę, odpowiadam na korespondencje, cieszę się tą chwilą, choć pozornie nieadekwatną do stereotypu szarego pracownika szykującego się do kieratu - powinnam wstać pół godziny później oszczędzając sen i czas, połknąć śniadanie, ubrać się i wyjść. Jednak nie jestem zwolenniczką życia w pędzie, szczególnie rano, bo jeżeli ma mi wszystko lecieć z rąk, mam z miejsca obudzić się wściekła i bać się czy zdążę na autobus, to wówczas byłabym na najlepszej drodze do psychozy. A tak, nawet jeśli ostatecznie tekst ten czy inny skasuję, bo zdezaktualizuje się nim ujrzy światło dzienne, to i tak sama czynność jest moim codziennym rytuałem, choć już go skróciłam do minimum, nawet w weekendy.



      A propos sztuki w taki lepszy kondycyjnie dzień; mój umysł twórczy może tworzyć powieść, wiersz, jest zdolny malować, co nawiasem mówiąc mam zamiar poczynić. Kiedyś dużo rysowałam ołówkiem. Kochałam te swoje światłocienie, rozmyte, rozproszone.
      Najgorzej gdy muszę odrywać się w trakcie jakiegoś projektu, wtedy nie ma żadnych szans, by powrócić do kompozycji tych samych emocji i odczuć. Może gdyby właśnie to było moją pracą, byłabym dużo szczęśliwsza? Pisanie. Wiem, że wymogi wydawców bywają nienośne, a korekta często raniąca. I pamiętam po dziś dzień dramatyczny przebieg książki pt. "Bestseller".

      Moim hołdem dla słów pisanych było używanie na co dzień godnej i poprawnej polszczyzny... kiedyś podobno aż przesadzałam z ilością tzw. "trudnych" słów i spasowałam, bo wypominano mi to. Żałuję, bo już wielu fraz nie pamiętam, dałam się ściągnąć do poziomu norm i standardów.
      Uważam, że ludzie sami ograniczyli swój zasób słownictwa do minimum, z czego jedna trzecia to wulgaryzmy. Nie chcę ludziom zakazywać przeklinania, bo użyte w odpowiednim kontekście może być zabawne, inteligentne i pozytywnie dosadne. Ale bezmyślne nadużywanie to zdecydowanie nie to.
      Ale! za to jeśli odczujecie kiedyś chęć poczucia się lepszym, to polecam zetknięcie się z kurwującym bez powodu. To zawsze działa!


W związku z powyższym, mam wiosnę:



      Zastanawiam się nad powrotem do jednej z ulubionych sag książkowych, bowiem bardzo lubię odświeżać sobie zabawę przy dobrze znanych bohaterach.
      Sagę "True Blood" poznałam najpierw w telewizji, później sięgnęłam po kilkanaście tomów autorki Harris, a musicie wiedzieć, że lubię jak książka ma ciąg dalszy, który ma ciąg dalszy, który ma ciąg dalszy... Harris mnie w pełni zadowoliła.
      Tematyka wampiryczna należy do moich ulubionych, ale rzadko wyrażam o takich dziełach opinię pochlebną, zazwyczaj przesiąkniętą bzdetami popkultury. Osobiście uważam za godne miana horroru i romantyzmu: filmy czarno-białe.
      Ogólnie ów wampir kojarzy mi się nie tylko z brutalnym mordercą ale i uosobieniem człowieczeństwa, co czyni to połączenie pikantnym paradoksem.
      Chyba wszyscy pamiętają takiego aktora jak Béla Lugosi. A prócz filmu o Draculi, czy ktoś czytał Stockera? Polecam, bo to wspaniała i wzruszająca powieść.
      Nie mogę też pominąć brawurowej gry i filozoficznych dialogów w filmie o hrabim Orlocu z "Synfonii grozy" to klasyka jakiej nie da się już powtórzyć. Dramat i romantyzm, ja tam nie widziałam psychopaty, ja tam widziałam nieszczęśliwego mężczyznę, trochę coś jak "Upiór w operze".
      A dlaczego do ciężkiej choroby, ten w założeniu krwiożerczy typ potwora, został w przyszłości paskudnie skojarzony z najgorszymi praktykami seksualnymi? Tu już nie tylko chodzi o kobiety omdlewające w ramionach ssącego szyję osobnika, ale cały ten erotyczny zgiełk jak np w filmie pt.  "W objęciach wampira". Jest jeszcze całe mnóstwo tytułów tkwiących na pograniczu thrillera i pornografii bez mała. Istnieje pewna śmiała teoria tłumacząca to wszystko:
      "Uczyniliście z tego złowrogi mit. Sami podświadomie marzyliście o czymś takim, ale wzdragacie się... (...)tutaj różne szczegóły aspektów seksualnych - Robi to więc za was ów mitologiczny wampir, urastając przez to do fascynującego symbolu zła". Tymi słowy rzekłszy, przedstawiam również ciekawą postać literacką - Emiela Regisa - w którego tchnął życie Andrzej Sapkowski, wielokrotnie już nominowany na łamach tego boga do miana mistrza pióra. Regis jest kompletnym przeciwieństwem wszystkich znanych nam współcześnie wampirów, jest za inteligentny na zostanie playboyem.
      W nowoczesnych produkcjach łatwo o kicz, przesadę, grafomanię, sztuczność i inne takie. Zaś  "True Blood" radzi sobie całkiem nieźle z unikaniem powyższych. Owszem niekiedy konwencje zostają spalone... ale nadal jest to jeden z lepszych współczesnych przekazów o wampirach. I żaden z nich nie świeci, ani nie ma błyszczyku na ustach.
      W głównej roli atrakcyjna, cytata blondynka (ku radości panów), i przystojny, tajemniczy pan wampir (ku radości pań), a ku mojej personalnej i ogromnie wybrednej radości, nie jest on nastolatkiem w typie modela z katalogu odzieży. Powinnam chyba skatalogować wszystkie wampiry i powołać nagrodę dla najgodniejszego uwagi...
      Sceny perwersyjnego seksu w "True Blood" są wg mnie znacznie przesadzone, ale da się przeżyć, cóż, to Hollywood, więc czego się spodziewać? Tego już się chyba nie uniknie...
      Prócz tego do klimatu należy dodać ponure bagna, widma sprzed wojny secesyjnej, ówczesne poglądy tkwiące wciąż gdzieś głęboko w mentalności ludzkiej… i jeszcze jednego przystojnego pana wampira, nordyckiego wojownika, ku jeszcze większej uciesze pań. Oj, chyba jestem przesączona współczesnością skoro jednak zwracam na to uwagę... O_O
      Jak znajdę czas, to chyba znów chapnę serial, bo książki i tak zostały w Polsce.
W sumie... tak sobie myślę, że ciekawie byłoby gdyby mitologiczne wampiry istniały. Wiedźmini by też byli. :) Słowem, intrygująca jest wędrówka przez wieki świata. Wieczni raczej nie martwiliby się na zapas jakimiś pierdołami, a doświadczenie pozwalałoby na sprawne rozwiązywanie problemów no i mieliby z pewnością zaufanie do życia.
      W tym kontekście, gdybym dla swych teorii postępowania miała w zanadrzu wielki kawał czasu przed sobą, na pewno nie zapominałabym, że warto uparcie kierować się uczciwością i życzliwością wobec wszystkich istot. Lubię szukać powodów do radości, zatem czy stetryczałabym z powiedzmy piątym krzyżykiem na karku?
      Mogłabym przeglądać szafę swoich myśli codziennie, wiedząc że to przez wieki będzie procentować. Przebierać stare, niepotrzebne urazy, przekonania i żale - zdążyłabym nauczyć się wybaczać. Spakowałabym do worka i wyrzuciła wszystko co zbędne, byłabym uporządkowana.
      Pewnie nie miałabym wady wzroku, a i kręgosłup byłby zdrowy i już nie bolał. Zaś picie krwi i zabijanie? A kto powiedział, że to konieczne? Trzymam się konwencji Sapkowskiego ;)


Kolejny poranek przez okno. Rozważam, by już się przenieść na balkon. 
      Ostatnio załamuje mnie fakt słabych stawów. Kula do kręgli, którą idealnie mogłabym ciepnąć, niestety przy solidnym natężeniu skowytu ciała, przestaje być precyzyjną i odbiera jakikolwiek sens zabawie. A lżejszymi nie mam za grosz celności! Jakieś pomysły? Ktoś doświadczony?

sobota, 23 stycznia 2016

O rzeczach zwykłych i małych i o koniunkcji wielkich ciał niebieskich.

      Szwajcarię wyobrażamy sobie jako miejsce, gdzie jest wspaniałe świeże powietrze. Alpejskie wysokości, słońce i atmosfera czysta jak kryształ. Ale tak bywa tylko tam, gdzie nie mogą się w żaden sposób dostać samochody. Przy „hajłejach” jest inaczej, czyli - tak jak wszędzie na świecie, gdzie motoryzacja zatruwa środowisko.
      Pewnego dnia, pewien doktor praktykujący w wiosce Netstal, zaniepokoił się, że przybywa mu coraz więcej pacjentów. Można ich było podzielić na dwie grupy: tych, którzy mieszkali blisko szosy i tych, którzy mieli domki daleko od niej.
      Okazało się, że na 75 osób, które umarły na raka w okresie 12 lat, tylko 3 nie mieszkały przy szosie. Dr Blumer stwierdził, że mieszkańcy pobliża szosy stale niedomagali. Mieli bóle głowy, migreny, cierpieli na bezsenność, zmęczenie, a także na dolegliwości przewodu pokarmowego. Te objawy były u nich co najmniej 2 razy częstsze, niż u mieszkańców domów oddalonych od drogi.
      Wyniki swoich kilkuletnich badań, prób i eksperymentów dr Blumer przedstawił na Międzynarodowym Kongresie do spraw Wypadków Drogowych w Utrechcie (Holandia) w 1974 r. Otóż dowiódł, że przyczyną większości chorobowych objawów było zatrute powietrze i skażenia emisjami ołowiu, benzopirenu i in. spowodowane przez przejeżdżające samochody.

- źródło informacji: internet

      Otóż mieszkam przy autostradzie i od roku mnie zastanawia, dlaczego uprawiam jogging na jednej z dróg wiodących wzdłuż tego samochodowego zbiegowiska. Ani tam malowniczo, ani też szansy na spontaniczne urozmaicenie trasy... jednak nie ma to jak las. Aha, już wiem dlaczego. Bo w pobliżu nie mam lasu. Chyba że zorganizuję sobie trasę do lasu i z powrotem, a to już będzie prawie jak "życiówka".


      Dlatego ostatnie wybieganie wyniosło mnie aż na okoliczne pola i tak już będzie zawsze. Niestety tam nie odśnieżają, a jeżdżą jedynie ciężkim sprzętem i spod bielutkiego puchu wyłania się nierzadko grząskie błoto, które nie chce się poddać mrozowi no i wdepnęłam nie raz, a białe buty do biegania są czarne i raczej pomimo czystościowych praktyk, już takie pozostaną.
      Co ciekawsze, wybierając się na jogging o zmroku, mróz trzaska pod stopami, a wokół gęstnieje coraz bardziej mgła, która na tle śniegu sprawia, że czasami to wgl nie wiem dokąd ja idę, a tym bardziej biegnę i - o zgrozo - wzdłuż też drogi płynie w bardzo głębokim korycie rzeka, której też w tej mgle nie widzę. Ani drogi, ani rzeki, a ścieżyna łagodnie wpada w zakręty. Już raz kiedyś nie zauważyłam, że skręciłam biegnąc we mgle, ale nie w tym miejscu. Tam co najwyżej groziło mi wpaść w trawnik.
      Księżyc prawie w pełni, mgła rodem z horroru, w uszach Batalion d'amour zmiksowany z Moonlight (ktoś zna te zespoły?) i teraz weź i się nie bój, a wokół żywej duszy O_O Już kiedyś powiedziałam, że nie biegam we mgle, bo boję się Buki!
      W drodze powrotnej na drodze pojawiły się trzy sarny. I byłoby przesłodko gdybym zwolniła do marszu celem obserwacji, ale gapiąc się, przestałam rejestrować śnieg pod nogami i wyłożyłam się jak długa, a moje klątwy przecinały mgłę, że aż się rozproszyła... słowo daję!! Sarny oczywiście uciekły.




      Skończył mi się magiczny płyn mający na celu bronić mą szlachecką facjatę przed reakcją alergiczną na powietrze, zanim znowu przestanę wyglądać jak ta kobieta na moim portrecie. Toczę od roku walkę z rozmnażającym się ze sławetną namiętnością rodziny Addams, Festerem. Wszyscy wiemy, że to rodzina masochistów, sadystów i sadomasochistów. Ale za co jeden z nich pokochał moją skórę i dlaczego ów piroman uważa, że na mojej fizis właśnie, może spłodzić swe dzieci?
      Właściwie pierwszy fragment posta, jak i ten naturalnie, zostały natchnione przez panią, która postawiła mi trafną, jak się teraz okazało, diagnozę i sprzedała ów specyfik, który się skończył. To ona powiedziała, że przyczyną jest powietrze.
      Zapotrzebowanie na jakiekolwiek kosmetyki miałam zawsze ograniczone do niezbędnego minimum, tymczasem mam ich obecnie niemało i są zawężone do dermokosmetyków zawierających substancje biologicznie aktywne, i prawdopodobnie są tym, czego wujek Fester wraz z familią, nie zniosą, może dlatego nie wyglądam tak jak miesiąc temu. Podobno Fester coraz częściej zakochuje się w kobietach mieszkających w pobliżu licznie uczęszczanych dróg, tudzież w wielkich miastach i to są uczulenia nabyte, czyli przypadłości cywilizacyjne.
      Nadal rozważam domek na szczycie góry. Albo przynajmniej znaleźć pracę, np jako pomywaczka łazienkowa w restauracji, powyżej dwóch tysięcy nad moim miejscem zamieszkania, byłoby cudownie.





      Autobusy w Szwajcarii rzadko się spóźniają. Jeżeli autobus nie przyjeżdża już dziesięć minut, nie wolno się poddawać, on przyjeżdża ZAWSZE! To po tutejszemu immer - należy sobie wbić to słowo do głowy i powtarzać sobie jak mantrę stojąc na przystanku.
      Autobusy w Szwajcarii nie psują się i zawsze odpalają od pierwszego zakręcenia. (Wgl. kto wymyślił pojęcie "kręcenia" silnikiem?) I tak nie spóźnisz się do pracy, więc nie licz na to, że czas świadczenia będzie krótszy. Szwajcaria zadba o to, abyś nigdy się nie spóźnił. Jak to działa?
      Na dłuższej trasie jest zaplanowany postój. Na mojej trasie trwa on 18 minut. Autobus, którym jeżdżę, nigdy nie spóźnił się więcej niż 10 min, a dojechawszy na magiczne miejsce spoczynku, miał jeszcze 8 minut postoju i ostatecznie skończył swą trasę punktualnie.
      A co się dzieje na postoju, poza tym, że kierowca idzie za potrzebą albo na fajeczkę?
      W autobusie zachodzi taki efekt jak - komora gazowa. W Szwajcarii nie ma zakazu palenia na przystankach, więc wszyscy pasażerowie wylegają z autobusu (tego i innych) i palą. Cały dym jak ciężkie opium, wsiąka przez szpary drzwi i wisi potem wewnątrz, na wysokości mojego nosa jeszcze długi, długi czas. I tak codziennie. Fester to uwielbia!





      Mimo wszystkiego wyżej w złości opisanego, bo w temacie zdrowia to ja ciężka jestem jak cholera i wymagająca, potrafię czerpać z życia maksymalnie, zważając przede wszystkim na liczne, małe rzeczy. I świadomie ich szukam. Cieszą mnie ładne przedmioty, dlatego lubię się nimi otaczać, np może to być fotografia. Wyszłam na spacer w tej właśnie potrzebie i zrobiłam sobie sesję okolicznego skwerku. Nie dajcie się zwieść, to nie jest las przez duże "L". To laseczek przy samej autostradzie:


      Lecz jak to się mawia - "jest jaki jest, ale jest". Okolica może cieszyć jeszcze w inny sposób. Np nigdy nie miałam okazji zrobić ładnego zdjęcia od tak dla porannej zachcianki. Jedni gdy tylko wstaną, lubią sobie zapalić papierosa, drudzy włączają poranne wiadomości, jeszcze inni czytają gazety, a ja lubię sobie rano na dzień dobry zrobić zdjęcie. I w Łodzi nie było to możliwe, gdyż panorama rozciągająca się z 9 piętra mojego mieszkanka to inne wieżowce oraz wielka, kopcąca elektrownia w tle. A tymczasem wyszedłszy sobie na balkon:



      I wiecie co? Doprawdy nie wiem dlaczego latem nie siadałam z laptopem i kawą na balkonie.
      Co jeszcze małego może nas ucieszyć? Może to być pomylony ptak, który ocknął się w środku zimy o 4 rano i zaczął śpiewać. Szybko zamknął dziób, dziwne, że kasłać na mrozie nie zaczął.
      Może to być szmer strumyka, choć ciężko by się teraz do któregoś dostać, a w dolinie pewna maluteńka rzeczka cuchnie teraz jakby wypływała z pieczary smoka chorego na jelitówkę. Co ci Szwajcarzy tam wlewają teraz? O_o
      Popłakałam się na filmie, którego notabene, jeszcze nie skończyłam oglądać, bo włączam go tylko na 10 minut dziennie, gdy jem obiad. Jak dooglądam, to powiem jaki. I uważam osobiście, że to plus, iż wzruszam się na smutnych fabułach, bo to znaczy, że jednak mam serce.
      Dzięki temu wszystkiemu mój świat jawi się absolutnie piękny i nic nikomu do niego, że jest taki, a nie inny, bo na pewno nie mieści się w ogólnie przyjętych normach. Na przykład nie idę w ślad za koleżanką emigrantką z klasy i nie rodzę już trzeciego dziecka.




      Wszystko jest możliwe, nawet rozród, ale póki co, jest mi dobrze tak, jak jest. Bo już się nauczyłam, że u mnie nie ma rzeczy niemożliwych, więc nawet nie będę próbowała wierzyć w swe zaprzeczenia i ogólnie zbuntowane nastawienie do norm powszechnych. Wiem jedynie, że nie wszystko byłoby dla mnie dobre, co jest dobre dla innych. I nie chodzi o to, że przez swój indywidualizm i ekstrawagancję jestem lepsza od innych. Jesteśmy sobie równi, oddychamy tym samym powietrzem, w żyłach wszystkich ludzi płynie krew tej samej barwy.
      Dbam o swoje potrzeby i staram się dbać również o potrzeby najbliższych, na tyle - na ile starcza mi czasu, aby nie zaniedbywać ich i siebie samej. Mam szacunek do ludzi i chciałabym aby ludzie mięli szacunek do mnie i nie wpajali mi owych norm powszechnych, nie próbowali wprowadzać zmian w moje życie. Każdy sobie rzepkę skrobie, prawda?
      Wierzę jednak, że dostaję od życia to, co jest dla mnie najlepsze. Nigdy nie powiedziałam, że czegoś mi za mało lub czegoś mi brak, chyba że dotyczy to wyłącznie moich wyborów. Np cholernie brakuje mi natury i całodziennego wędrowania, ale nie pójdę na wędrówkę, bo tak zdecydowałam. Ale mogłabym, ale nie mogę. Chcę bardzo, ale nie chcę. Czekają mnie bowiem jeszcze dwa egzaminy...






      Wkrótce Merkury, Wenus, Mars, Jowisz, Saturn będą na niebie jednocześnie. Pytanie tylko, czy będę w stanie je dojrzeć. Sądząc po parametrach, będę musiała dołożyć do teleskopu specjalną soczewkę, która pozwoli mi widzieć przez góry, podobnie jak Superman. Jowisza i Marsa już widziałam, bo są nad szczytami. Bandyty nie góry!!!

"Za osiemnaście lat dokładnie,
planety w rządku ustawią się ładnie.
Ty na ten znak z nieba ci dany,
spuścisz ze smyczy wredne tytany!"
- Herkules ~ Mojry

      Teraz grzecznie pytam - czy uda nam się dożyć marca? Wiadomo powszechnie, że reżyserom filmowych zdarza się wieszczyć...
      A może wreszcie na znak ten niebiański, zstąpi na karej istocie, tylko pozornie nam znanej, której oczy jednak płoną złowieszczo - Anioł Burzyciel, lewa ręka Pana, by wznieść swą Gwiazdę Zagłady nad naszymi głowami?
     Powiem tak, pewnie jak zwykle nic się wtedy nie wydarzy, ale pewne zapisy każą pamiętać, że kiedy dochodzi w kosmosie do pewnych koniunkcji, to zawsze coś się dzieje. Niekoniecznie musimy o tym wiedzieć, ale istnieją światy, w których wszystko może się zmienić. A kiedyś i u nas także to nastąpi.


środa, 20 stycznia 2016

Pizol najwyższy szczyt w kantonie.

      2844 metry nad poziomem morza - jest to najwyższy szczyt łańcuchu górskiego oddzielającego doliny w Seez i Tamina i zarazem najwyższy szczyt leżący w całości w kantonie Sankt Gallen. Te Alpy zwą się Glarneńskie.
      Jest to stricte stok narciarski, raj dla miłośników wyczynów zimowych. Jednak ja jako zdeklarowany piechur, postanowiłam na tę górę wjechać kolejką i dalej wejść, a potem znowu zjechać kolejką, gdyż narty mnie absolutnie nie jarają. Co innego parapet, może kiedyś z braku pomysłu na wydanie pieniędzy - zakładając, że kiedyś będę miała aż takie ich zasoby, aby nie mieć na nie pomysłu - skuszę się na własny parapet.
      Na razie jednak, po tej wędrówce doszłam do wniosku, że czas zacząć odkładać na rakiety.



      Najkrótsza trasa wiodąca na szczyt góry, rozpoczyna się przy stacji kolejki linowej Mugger Cham (niedaleko Pizolhütte) na wysokości 2200 metrów n.p.m.




      Jako że każdy szlak rozpoczynam od pozytywnego myślenia, jeszcze na pierwszych metrach wierzyłam w powodzenie wyprawy. Ale ja nigdy z nikim się nie ścigam, więc potrafię odpuścić, bo jeżeli nogi mi się zapadają w śniegu aż po same uda, bo zabrakło fachowego sprzętu, jest to już pora na to wskazująca.
      Niemniej, radochy było aż po pachy, że tak to ujmę. Śnieg wprawia mnie w ogólnie pojęte zadowolenie. Tak jakby współgrał on z moim rytmem, często też realizuje moje najbardziej szalone pomysły. A przede wszystkim w Szwajcarii można spokojnie zrobić orzełka bez obawy o rozmazanie sobie na kurtce eufemistycznego gie.



Także i o tej formie zejścia na dół myślałam, ale to droższa zabawa nawet niż parapet:



      Choć na górze dziadek Mróz skuł lodem wszelki oddech grudnia, to na dole, istniała nadal zieleń. Oddechy spowiły się w mgiełki nad otwieranymi ustami i w ten oto sposób słowa stały się niemal namacalne, widoczne.
      W tym kraju widać nie tylko słowa, ale i też np. smród. Taka mała dygresja - jeżeli gdzieś coś śmierdzi, to unosi się nad tym gęsta, śmierdząca mgła. Ostatnio gdy w taką wjechaliśmy, miałam dosłownie cofkę... hard core.


To największa odnotowana wysokość. Ileśmy wyżej poleźli, nie wiem:




      W dolinie jeszcze czasami zdawało się, że jest cieplusi, ale dłonie zdradzone przez to poczucie, marzły wpędzając mnie nieraz w zdziwienie. W słońcu człowiek sam automatycznie rozbierałby się jak tylko wypada, a jednak, mimo iż krew rozgrzana, to skóra lodowata, a palce śmiesznie zdrętwiałe. Trzeba tu uważać, dlatego obserwuję miejscowych jak się ubierają na daną pogodę.
      Grudzień był przez to wyjątkowo oszukańczy.






Podobno mam zimne spojrzenie, ale nic dziwnego, skoro mam - 4.
Dlatego uważam, że ze śniegiem mi do twarzy.






      Dawno temu napisałam takie słowa: Polsko - witaj. Ale poproszę Cię na słówko... dlaczego nie wyglądasz tak, jak podaje mój kalendarz? Dlaczego miast odcieni złota i czerwieni, widziałam przez dzień cały grafit? Jeśli na zimę się nie postarasz, opuszczę Cię, kraju ojczysty, bez westchnienia. A chciałabym, by patrząc na Twoje lasy i pola, coś we mnie pękło. Bym uśmiechnęła się do szyby i może kiedyś zatęskniła.
      Od roku zachwycam się jesienią w obydwu krajach, bo jednak soczyste barwy pojawiają się pełną gamą na całym świecie... no może poza wyjątkiem miejsc bardziej arktycznych... lecz jednak zima to czy jesień, widziane z góry robią piorunujące rażenie. Połacie wzniesień i dolin w jesiennym krajobrazie zachwycają do głębi, a zimą śnieg na ogromnej przestrzeni, z wyzierającymi się ostrymi skałami, przecina też serce i to na wskroś.
      Coś jest niezwykłego w tych najtrudniejszych do przetrwania, porach roku oraz w tych miejscach najtrudniejszych do zdobycia. Coś surowego i zarazem hartującego ciało i duszę. Kiedy na to patrzę, czuję, że do zdobycia w życiu jest bardzo wiele i aż chce się żyć.







      Smak podróży jest bardzo różnorodny. Co by było, gdybym straciła możność próbowania go, delektowania się nim? Przerażająca myśl...
      Przyrodo - witaj. Patrząc na Ciebie z bliska, odnoszę wrażenie, że świat światu jest bardzo podobny. Ogólnie Ziemia pozostaje Ziemią, ona nie zna granic politycznych. Choć potrafi ona być w niektórych miejscach bardziej dostępna, wciąż należy mądrze mierzyć siły. Oczywiście adekwatnie do jej zamiaru wobec nas. Nie ma zmiłuj, ona nie jest bezlitosna - ona jest na nas obojętna i troszczy się o siebie z całych sił, niekiedy niszcząc z dziką pasją wszystko, co człowiek swymi rękoma wybudował.






      Życie - co Ty właściwie znaczysz? Popłynąć w Tobie. Pozwolić Ci na przebieg tego, co nieuniknione, ale nie znaczy to, zgadzać się na wszystko bezmyślnie.
      Zaufać Bogu. Nie bać się, po prostu Wierzyć. Życie, jesteś naprawdę mądrze poukładane. Jestem tego żywym dowodem.






      Niby Wypizdówek Górny, (oj zdecydowanie Górny), a oznaczenia dróg są. Alpy to najwyższy łańcuch górski Europy, urzekający pięknem swoich szczytów i -> lodowców. Przede wszystkim w najwyższych partiach Alp zalega wieczny śnieg oraz występują lodowce. Żadnego jeszcze nie widziałam, ale przymierzając się po trosze mentalnie do jednego z nich, wyczytałam z poradników doświadczonych wędrowców, iż poruszanie się po lodowcach niesie ze sobą ryzyko wpadnięcia w szczeliny, co grozi już niestety śmiercią. To nie są wędrówki dla amatorów.
      Pokonywanie drogi wiodącej lodowcem, wymaga odpowiedniej asekuracji, jest to związanie się liną w zespołach od 3 do 5 osób.
      Na wysokościach powyżej 2500-3000 m n.p.m. powietrze jest na tyle uboższe w tlen, że wraz ze wzrostem wysokości powyżej tych wartości, coraz większy odsetek osób odczuwa nieprzyjemne objawy z tym związane - w tym ja. Czasami jedynym wyjściem jest wtedy szybkie zejście na dół, co uskuteczniałam w lecie, po prostu nie zdobyłam żadnego szczytu w tym okresie. I zaczynam twierdzić, że to nie ciśnienie jest przyczyną moich bolączek, a właśnie niedotlenienie mózgu.






      Z uwagi na głęboki śnieg, sam szczyt najwyższy Pizola, nie był dla nas dostępny. Tam wybierali się jedynie narciarze, którzy później z owego szczytu zjeżdżali. Sam czubek regionu był na wyciągnięcie ręki, ale dla nas stanie się dostępny gdy stopnieje śnieg. Wtedy zdobycie go nie będzie już takim wyczynem, ale sądzę, że należałoby tę wyprawę, mimo to powtórzyć ;) Tymczasem my już wyżej nie mogliśmy:





      Podobno w okolicy znajdują się termy Tamina Bad Ragaz - znane już od wczesnego średniowiecza!
      Dziś są to termy uważane za najbardziej obfitujące w wodę o temperaturze 36,5° C. To najbardziej rozległe spa w Europie.
      Pizol dla piechurów to pięć krystalicznie czystych górskich jezior, które umknęły moim oczom, mimo iż w jedno to ja chciałam wejść, myśląc, że tędy przejdę na skróty...
      Wędrówka Pięciu Jezior - tak o tym regonie mówią potocznie.


Tak, tu się schowało.
      Gdybyśmy chcieli tu przyjść o własnych siłach, wg podań w internecie zajęłoby to nam około 4-5 godzin. Pytanie tylko, czy ja latem jestem w stanie odbyć taką wyprawę? Bo latem to już wiecie jak ze mną jest.




Pizol zaznaczony na czerwono.
      Tą oto wędrówką zakończyliśmy stary rok 2015. Ostatnia wyprawa grudnia.