piątek, 30 grudnia 2016

”2016 for me” - ”Mój rok 2016”.

"Hello, hello, hello,
wiem już czego chcę,
myślę o tym, że to nie koniec!

Nie żałuję ani dnia,
nie żałuję ani chwili,
nowy dzień droga u mych stóp!

Zobacz to ja,
górski szlak i drogi kręte,
zobacz to ja, 
jestem tam..."


- Patrycja Markowska "Hallo, hallo".


"Prawdę mówiąc, daty i lata nie są ważne. Ważne jest to, że mam pozytywne i pełne chęci nastawienie do mojego życia i wszystkiego, co może się zdarzyć".

- Beata Pawlikowska

Z perwersyjną przyjemnością stwierdzam, jako zafiksowany włóczykij, że ten rok był bardzo pomyślny w zdobywanie nowych dróg. W roku 2016 bowiem, dokonałam przełomu, dzięki któremu było możliwe porwanie się na bardziej spektakularne szlaki.
   Niektórzy z Was pamiętają, że na początku, gdy wprowadziłam się do wysokogórskiego kraju, większość wypraw kończyła się niepowodzeniem przez słaby stan mojego zewłoka. Po prostu nie miałam sił na dotarcie na szczyt, budziły się stare kontuzje, wykańczało mnie słońce, raz nawet miałam udar - nie nadawałam się na górskie wojaże. Byłam zbuntowana, a góry wyzywałam od bandytów... i gorzej nawet. W zasadzie nadal nazywam je gorzej niż etykieta przyzwala, ale to już bardziej pieszczotliwie przechodzi przez moje usta. Droga do odnalezienia siebie na górskim szlaku była ciemiężąca.
   Do moich największych wyczynów z całą pewnością można zaliczyć nie jeden szczyt (i nie tylko szczyt), ale chcę wyróżnić te wędrówki, które wlały we mnie szczególną moc wiary w siebie, bo to prawda, że góry zmieniają charakter.

"...są osoby, które idą w góry, by doświadczyć ich oblicza, jakiego inni nie znają. Posłuchać ciszy i zobaczyć barwy, jakich inni nie będą mogli oglądać. Mimo wędrówki w ciemnościach, mimo silnego mrozu i wiatru. Warto."



Najpopularniejszy szczyt północnego regionu: Pizol.
Kawał góry, bo 2844 m. n.p.m. Jest to najwyższy szczyt
łańcucha górskiego kantonu Sankt Gallen.
Więcej przepięknych, zimowych zdjęć, znajdziecie TUTAJ.

Stauberen, góra, którą po raz pierwszy odważyłam się zdobyć samodzielnie.
Był to postęp, a potem było już tylko "gorzej"...
Zaczęłam potrzebować górskiej tułaczki.
Więcej i dokładniej TUTAJ.
Jest to post, w którym najlepiej opisałam swoją mękę górskiej inicjacji.

Saxer Lüce okazało się szczytem wielce pouczającym.
O lekcji pokory TUTAJ.

Wyprawa na Gletscheraussichten Morteratsch wywołała z kolei Wasz największy entuzjazm :)
Przejazd przez Julierpass i wędrówka po lodowcu.
Więcej TUTAJ.

Margelhopf, nie prosta wędrówka, ale przepiękna trasa,
a do tego trafiły nam się bardzo fotogeniczne warunki atmosferyczne.
Sami zobaczcie TUTAJ.

Alvier, poważny szczyt, poważna sprawa. 2 343 m n.p.m., dziobią trawkę kury,
Więcej TUTAJ.

Genialna wyprawa po złote runo, czyli Rappenstein.
2 222 m. n.p.m., wędrówka po wietrznej grani.
Relacja TUTAJ.


Niewielka górka, ale za to z mega widokiem - Regelstein.
Relacja TUTAJ.

REGITZER SPITZ, tej relacji jeszcze nie było,
to również tegoroczna wyprawa, mogę już zapowiedzieć
jako najbliższą opowieść ;)


GRABSERGERG, powyżej linii mgieł,
czyli wędrówka po słońce z mroźnej doliny.
Notatka również jeszcze przed nami.

Alp Tschingla to ostatnia wędrówka tego roku,
ona zamyka naszą dobrą passę 2016,
teraz może być tylko lepiej :)



Prócz szczytów, nie wolno za żadne skarby zapomnieć o wąwozach i podziemnych korytarzach! Po raz pierwszy w życiu właśnie w Szwajcarii mogłam zaszyć się w cienistych szczelinach między strzelistymi skałami.
   Nigdy nie przypuszczałam, że lazurowa woda w takich miejscach może tak wspaniale smakować, a niektóre ściany jaru wyglądają jak ociekające rtęcią.
   Małe miałam pojęcie o środowisku tych ziem, nigdy wcześniej nie interesowałam się Alpami, ogółem nigdy wcześniej nie ciekawiło mnie nic na temat gór, dosłownie byłam anty. Masywy górskie nigdy wcześniej nie budziły we mnie żadnych emocji. Zaś wąwozy owszem - z a w s z e.


VIA SPLUGA
VIAMALA
to absolutny przodownik mojej listy wędrownych hiciorów!
Sami zobaczcie TUTAJ.

Die Schinschlucht. Dziki wąwóz, opowieść prosto z otchłani.
Około 9-kilometrowy, skalisty szlak w kantonie Gryzonia.
Więcej TUTAJ.


TAMINASCHLUCHT
Lecznicze wody prosto z głębin ziemi.
Więcej TUTAJ.

Kristallhöhle Kobelwald
to doskonałe zobrazowanie wnętrza góry.
Wędrówka po jaskini TUTAJ.

Trutg dil Flem czyli w samym środku światowego dziedzictwa UNESCO.
Zdecydowanie powalające pejzaże!
Zajrzyjcie TUTAJ.


Klausenpass, marsjańskie krajobrazy.
Więcej TUTAJ.


Do niemałych osiągnięć zaliczyć należy wszelkie zdobyte zamki Szwajcarii, taniec z martwą historią, odliczone wstecz koraliki na sznurze czasu, oraz rozpościerające się ze szczytów wież, wspaniałe widoki na ośnieżone Alpy.
   Średniowieczne, a nawet starożytne mury pozornie nie do zdobycia, ukryte gdzieś na końcu górskich szlaków w większości niewidzialne z oddali, wszystkie zbudowane z kamienia, zachowane we wspaniałym stanie lub odbudowane kamień po kamieniu zgodnie z oryginałem, bez śladu renowacji - i to się Szwajcarom chwali.

Oberurnen i Niederurnen, zamki z XIII stulecia.
Więcej TUTAJ.

Wildenburg pod białą pierzyną, czyli wędrówka na płaskowyż.
Więcej TUTAJ.

Oberiet. Ruine der Höhlenburg Wichenstein
to zdecydowanie perełka moich zamkowych podbojów.
Cała budowla dosłownie wisi na trzech czwartych wysokości klifu.
Polecam opowieść: TUTAJ. Przypominają bunkry, ale
jest to rzeczywiście średniowieczna fortyfikacja.

Zamek, w którym wisi godło Polski. Nie wolno przez to ominąć Rapperswil.
Adam Mickiewicz, kiedy odwiedził to miasto kilkadziesiąt lat wcześniej, tak się nim zachwycił,
że chwycił ołówek i zaczął je rysować, gdyż jak powiedział:
"słowem urody Rapperswilu opowiedzieć się nie da".
Po więcej zapraszam TUTAJ.

Stary kościół parafialny St. Corneli i zamek w Tosters.
Czasami zdobywaliśmy fortyfikacje Austrii.
Więcej TUTAJ.



Zamek Gräpplang i kaplica romańska St. George's Chapel.
Prześliczna rzeka pełna szaleńczo kolorowych otoczaków,
kapitalny, piętrowy zamek, po którego ruinkach spaceruje się niezwykle przyjemnie
i kapliczka na płaskowyżu z naprawdę ciężkim podejściem.
Wszystko jest TUTAJ.


Trzy zamki Haldenstein.
Trójkątna wieża, ruiny na wysokiej górze i kolejny zamek wiszący w skale.
Wszystko TUTAJ.


Wartenstein - zamek mieszkalny hrabiów.
Szczegóły TUTAJ.

Ruiny nawiedzonego zamku Freudenberg.
Niestety obyło się bez nawiedzeń,
zdjęcia TUTAJ.

Ruiny zamku Wildschloss w Vaduz - Liechtenstein.
Więcej TUTAJ.

PAX MAL, czas pokoju dla dobrych ludzi.
Może to nie zamek, ale historię całkiem ma zacną.
Szczegóły TUTAJ.

W Polsce też zwiedzaliśmy!
Np. piękny zamek w Inowłodziu.
Szczegóły TUTAJ.

źródło: "Wilcza strona" Fanpage FB
Mój apetyt na spektakularne szlaki, rośnie wprost proporcjonalnie do sił jakich nabrałam w poprzednich wędrówkach.
   Zapytam z ciekawości... która z wypraw przypadła Wam do gustu najbardziej? :) O czym chcielibyście przeczytać? Który z trzech zwiedzanych przeze mnie krajów, marzy Wam się bardziej? Jakie zdjęcia sprawiają Wam największą frajdę z oglądania, górskie wojaże czy może spacery przez kolorowe miasteczka? Jestem ciekawa jak odbieracie moją stronę, co do tej pory podobało się Wam najbardziej?
   To jest post, pod którym każdy kto tu zajrzy  o b o w i ą z k o w o  musi zostawić swoją odpowiedź! Nalegam :)


Jestem dumna z tych osiągnięć, jestem dumna także z progresu moich wędrówek. Ten przełom, o którym na początku wspomniałam, nastąpił kiedy zaczęłam chodzić sama. Górskie szlaki nigdy nie były dla mnie gościnne, jednak z czasem, ku sławetnemu stwierdzeniu: "jak się nie ma co się lubi - to się lubi, co się ma", zadomowiłam się na nich.
   Dziś czuję się na szlaku jak ryba w wodzie, kondycja znacznie uległa poprawie, ciało się wzmocniło, wzmocnił się także charakter. Góry wyrabiają psychikę, hartują nie tylko ciało.
   Wiecie, że od lat prowadzę sportowy tryb życia, co w ekstremalnych warunkach jest wystawiane na wielką próbę. Trenowałam na wytrzymałość już od bardzo dawna. Myślę, że największy wpływ na postęp w górskich eskapadach dało mi bieganie, którym w znacznej mierze zapracowałam sobie przez wcześniejsze lata na wzmocnienie ciała. Są jeszcze inne plusy: nie choruję i niełatwo mnie zmęczyć.
   Bieganie na świeżym powietrzu hartuje szczególnie jesienią i zimą. W deszczu i w śniegu - ja nie żartuję!!! Jogging w trudnych warunkach wzmacnia całe ciało, usprawnia działanie głównych układów ustroju, przede wszystkim krwionośnego, daje kondycję i sprawność.
   Mam nadal swoje pierwsze buty biegowe Nike, stare ale nie wyrzucę ich, wciąż są dobre i nadal się przydają. Dla mnie jest to bardzo ważne, by mieć rzeczy niezawodne, bo biegam dużo, (trzy razy w tygodniu to mój standard), także w deszcz czy pluchę. Tak się kuje żelazo!
   W dzisiejszej gonitwie dnia codziennego, wiele osób ma problem ze znalezieniem chwili dla siebie, tego czasu na zadbanie o wewnętrzny spokój i zresetowanie umysłu. Bieg to właśnie taki czas. Znam mnóstwo osób, które po ciężkim dniu w pracy spieszą, by założyć buty biegowe.
   To ma być dla mnie relaks i nie wyobrażam sobie wyjścia na bieg, gdzie po kilku kilometrach but nasiąknąłby wodą i najpewniej w chwilę potem odpadałby podeszwa... Tzn, wyobrażam sobie, bo kiedyś mi się to zdarzyło z inną marką... Nigdy więcej. Tu nie ma czasu na zamartwianie się czy buty wytrzymają!
    Dlatego jeśli macie apetyt na sport, a nie chcecie się zawieść, polecam z czystym sumieniem Nike. Przy okazji tej kwestii, są do złapania zniżki, więc jeżeli zachęciłam, to podpowiadam gdzie szukać odpowiednich cen ;)



wtorek, 27 grudnia 2016

Zug.

Ostatnio skończyłam opowieść pewnym tajemniczym zdjęciem mgły, będącej zapowiedzią wydobywania z owej mrocznej czeluści, dość ciekawej tajemnicy. Otóż zagłębiliśmy się w pomroki i cienie, wydobywając z okowy tajemnicy i niewoli tychże mroków, całkiem przyjemne, malownicze miasteczko.
   W niniejszej opowieści, zapraszam Was do Zug, kolorowej zabudowy portowej w dolinie okolonej górami sięgającymi niewiele ponad 1500 m.n.p. ale nieco głębiej na południe, zamykają ten region Alpy Glarneńskie mające ponad trzy tysiące m.n.p.m., które stanowią bajeczną panoramę w oddali. Nie ujrzeliśmy ich z uwagi na warunki atmosferyczne, bo aura akurat miała ten swój zadziorny humor.
   Pod dywanem białej chmury, którą poprzednio mogliście oglądać z przełęczy Klausenpass, przebijało nawet słońce, ale zanim mogliśmy dostąpić pełni dnia, musieliśmy przebić się przez scenerię rodem z powieści Brama Stokera.






Gdy już opuściliśmy kokpit pojazdu, udaliśmy się spacerem wzdłuż jeziora do naszego celu: starego miasta, którego uliczki zachwycały swoimi kolorami i licznymi, zdobnymi detalami na elewacjach.




Brama główna do starego miasta,
a za nią więcej niż mogliśmy oczekiwać:
I wciąż przykrywała nas gęsta i całkiem ciepła mgła.
Nawiązując znów do Stokera, nie robiła się czerwona,
więc byliśmy zupełnie bezpieczni.





Nie znalazłam informacji wyjaśniającej, dlaczego to miasto nazywa się "pociąg".
   W XIII stuleciu, Hrabiowie Kyburg rządzili wioskami nad tutejszym jeziorem. Prosperowało doskonale, handel jak ta lala, przechodził przez nie szlak handlowy z Zurychu do północnych Włoch, aż pewnego dnia aglomeracja rozrosła się dumnie na tyle, aby połączyć wioski w jedną i nadać jej prawa miejskie.




Dostąpiłam też ciekawego spotkania. Przecież nie mogło u wiedźmy zabraknąć jakiegoś magicznego wątku!
   Sowa jest znana w przyrodzie jako cichy zabójca, bowiem jej lot jest zupełnie bezszelestny. W szamanizmie uznana jako jeden z bardziej wartościowych totemów. Puchacz i inne odmiany sów jest pośrednikiem pomiędzy światami/wymiarami. W Chinach z kolei budzi nabożny lęk - uchodzi za symbol pioruna. U Greków ptak ten był symbolem mądrości, jasnowidzenia, ale wróćmy do Indian.
   Jest częstym duchem przewodnikiem samych szamanów. Dzięki niemu, czarownik może dostrzec to, co ukryte jest przed innymi, może wyjść poza ramy fałszu i iluzji. Sowa jako totem jest nośnikiem inspiracji i wskazówek, niezbędnych szamanom. Przecież to ostoje wiedzy i odpowiedzi na wszystkie pytania!
   Jak już dawniej pisałam, człowiek jest dosłownie nacechowany swoim Duchem Przewodnikiem. Sowa obdarza swojego wybrańca doskonałą intuicją dzięki której zyskuje się dostęp do Uniwesrum. Podopieczni tego Ducha lubią odkrywać to co nieznane, tajemnice życia stanowią ich pole zainteresowań, w związku z tym wciąż się taka osoba doskonali i ciężko pracuje nad swoim rozwojem. Kiedy duch Sowy pojawi się w naszym życiu, baczniej należy zwracać uwagę na symbole i znaki którymi obdarowuje nas życie
   Natomiast we snach, sowa może oznaczać wołanie naszej intuicji. Może również symbolizować kogoś kto już nie żyje, przyjaciela, rodzica bądź członka rodziny.



Następnie wybraliśmy się do MUSEUM BURG ZUG czyli muzeum stworzonego w zamkowych murach.
   Muzeum jest historią kultury Zug. Pokoje tematyczne zwiedza się jak sznur z pereł, a każda z nich odzwierciedla kolejne lata. W ten sposób odwiedzający zanurzają w świat z przeszłości, przechodząc korytarzami z pokoju do pokoju, na różnych piętrach, nurzając się w pradziejach wśród oryginalnych kolekcji przedmiotów i dzieł sztuki, oraz interaktywnych, krótkich opowieści opowiadających o żuciu ludzi w Zug w ciągu ostatnich pięciuset lat.
   Dobrze się tam czułam, uwielbiam tą kolorystykę wnętrz, drewno i wysokie sufity z długimi żyrandolami. Burgund, bordo i wszelkie odcienie brązu, to zdecydowanie moje barwy. Bo fiolet, który oficjalnie jest moim ulubionym, to kolor mojej krwi.





Sądzę, że to była przemiła osoba.
Miała bardzo sympatyczną twarz, portret zrobił na mnie miłe wrażenie.

Sala ładnie oprawionych gnatów,
czyli relikwie świętych:

Rzeźba z najszczerszym uśmiechem
jaki ostatnio mogłam zobaczyć w dziełach sztuki 😁

Odnalazłam się w żywiole antycznego sklepu ze wszystkim:



You need something specific?

"W poradniku młodego zielarza
Napisanym dla szczęścia ludzkości
Pewien przepis się stale powtarza,
A zawiera on sekret młodości:
Kwiat rumianku, liść pokrzywy,
Ziele bratka, pieprz prawdziwy,
Pestki z dyni i borówki,
A do tego sok z makówki,
Owoc głogu, dzikiej róży
I tymianku liść nieduży.

Zsuszyć, skruszyć, zmielić, zwarzyć,
Podgrzać, zalać i zaparzyć."

- Z poradnika młodego zielarza






Były puzzle,
ułożyłam taki obrazek:

Rękopisy... czy ja już mówiłam, że kocham stare rękopisy?



Tak z ciekawości zapytam,
czy ktoś z Was grywa jeszcze w gry planszowe?


To nie jest zwykły piec.

To Św. Graal wszystkich kotów.


Otwierasz szafę - a tam multum szufladek i mini szafka.
Otwierasz mini szafkę - a tam multum mini szufladek.
Dlaczego w Ikei nie ma takich mebli?

Praktyczne dzieła sztuki - zegarki, mechaniczne kalendarze, kompasy.
Dlaczego tego się już nie robi? Wszystko zżarła elektronika.
Kiedyś miałam zegarek na łańcuszku. Niestety umarł. Marzy mi się znów taki mieć...





Gabinet szewca:


Komnata dla najmłodszych. Jest sprzęt do rysowania oraz przebieralnia
i kostiumy z dawnej epoki. Mieli kiepską rozmiarówkę :P


A później spaceru ciąg dalszy.
Wyszło słońce.

Jezioro Zug leży u podnóży północnych Alp, nieco na północ od Jeziora Czterech Kantonów. Jest to jezioro polodowcowe, a jego powierzchnia wynosi 38 km², głębokość do 198 m. Lustro wody jeziora leży na średniej wysokości 417 m n.p.m.




To było niezwykłe... Okno na końcu tego tunelu,
przypuszczam, że w jakiś letni, słoneczny dzień
może dostarczyć niezapomnianych wrażeń.
Tym razem jednak, oglądaliśmy jedynie zielony kolor i plankton.



Celowo ostatnio piszę o Ascezie, ponieważ jest to moje noworoczne postanowienie. Od lat żadnego nie miałam, generalnie nie są mi potrzebne, bo gdy potrzebuję zmian, po prostu je wprowadzam bez względu na datę w kalendarzu i akurat teraz moja potrzeba zbiegła się z popularnym dniem zmian.
   Być może tu Was zaskoczę, bo jak dotąd pisałam czego nie wolno: prawdziwa asceza nie polega na rezygnacji, lecz na ćwiczeniach w stawaniu się wolnym człowiekiem oraz na nauce odczuwania przyjemności. Prawdziwy bój ze ściągającymi duszę w dół przywarami, do których należy także gniew. Od lat uczę się na przykład wybaczać (a tak się składa, że ja mam komu wybaczać) i nadal tego nie potrafię, tak w sercu. Chciałabym to móc zmienić.
   Chyba najwyższą ascezą jest oczyszczenie z pychy, na szczęście z tym nie musiałam toczyć boju.




Mogę objąć to jeszcze prostszymi słowami: asceza to rezygnacja z tego, co po prostu nie jest konieczne i niezbędne do przeżycia w dążeniu do wartości wyższych, jest dostosowana do każdego z nas indywidualnie, postronnych zapewniam, że nie zamierzam zaszyć się na pustyni czy zniknąć bez echa w klasztorze. To nie jest sprawa z innej epoki i tylko dla zakonników.
   Na gruncie zmagań o wolność, należy rozpatrywać w sposób oczywisty zdanie: "nie pozwalaj sobą rządzić!" Np nałogi rządzą ludźmi. Każdy nałogowiec powie Ci, że jego nałóg to nie nałóg, robi to, bo chce, bo lubi itd. A to jest tylko szukanie usprawiedliwienia. Naprawdę nie wierzysz w to, że bez czystej przyjęcie się nie uda? Naprawdę wierzysz, że jak nie zapalisz z kumplem, to nie będzie fajnej pogaduchy? To są kwestie irracjonalne dla samych nałogowców, każdy tu się obruszy i będzie prawił farmazony, że to go niby nie uzależnia. Palacze na przykład, mówią, że papierosek ich odstresowuje. To nie tak, po prostu jak nie zapalą, to wtedy będą się denerwować, to nie tak, że palą z powodu bodźców zewnętrznych, które faktycznie potęgują tą potrzebę. Palą, bo już muszą, bo mózg tak chce.
   Sentymenty. Przywiązujemy się do rzeczy, niekiedy do miejsc, zazwyczaj jednak do prestiżu lub wygody z nią związanej. Mamy w naszych domach całą plejadę gwiazd, które może i ładnie świecą, ale są nam do niczego niepotrzebne. Czy naprawdę wierzysz, że jak wyrzucisz te zbieracze kurzu z półek, to twoje życie straci wartość? Po co ci trzy pary sandałek, skoro możesz lato przechodzić w jednej? Bo te drugie i te następne podobały Ci się, prawda? Ale po co ci one?
   Człowiek od dawna lubił otaczać się ładnymi rzeczami, przede wszystkim lubił MIEĆ. Mania posiadania rozwinęła się szczególnie w miastach, w wyższych sferach, dziś już każdy ma telewizor, wypchane szafy, telefon, tablet i inne cuda techniki. Ja też - przyznaję, ale czy potrzebny nam co roku nowy model? Czy potrzebne nam później są obudowy i inne gadżety do naszych zabawek? Czy nasze auto nie pojedzie bez nowych alufelg i kultowych dywaników? Czy nie przyjmiemy gości dlatego, że design naszego mieszkania już się przestrzał? Czy nie możemy wychodzić z domu bez kupowania co sezon nowego ubrania, tyko dlatego, że tamte są już niemodne?




Nie mam pojęcia co przedstawia ta rzeźba...

Dla ascety prym wiodą wartości duchowe nad pogonią za materialnym dobrobytem czy niepohamowanym dążeniem do realizowania własnych ambicji, a szczególnie żądzy władzy. Chrześcijańska asceza to w rzeczywistości rozumne dążenie do „większego szczęścia”, do radości trwałej i większej niż wszystko, co może dać ten świat. Tu chodzi o pewną, ewangeliczną prostotę życia, która zdolna jest oprzeć się dyktatowi mentalności konsumpcyjnej.
   W dzisiejszych czasach funkcjonuje swoisty przymus posiadania dobrych ciuchów, samochodu i elektronicznych gadżetów. To jest inny punkt widzenia - mam to, co jest mi absolutnie niezbędne. Tak samo post chrześcijanina jest czymś zupełnie innym niż dieta kogoś zatroskanego jedynie o szczupłą sylwetkę.




Pożegnanie z miastem.
To zdjęcie tak naprawdę przedstawia interaktywną makietę. Noc zrobiłam jednym guzikiem.
Jak najprościej zabrać się do tego? Zrobić rewizję dotychczasowych wyobrażeń, jakie mieliśmy o ludziach, rzeczach, sprawach. To tyle o świecie materialnym, co jeszcze? Powściągnij emocje. To dążenie do zapanowania nad reakcjami, jakie w nas są wywoływane codziennie.
   By wziąć się za to na poważne, trzeba najpierw uporać się z apetytami ciała (obżarstwem, nieczystością, chciwością, gniewem, smutkiem, próżnością, pychą), żeby następnie opanować namiętności jakie nami rządzą.
   To takie moje stare już, postanowienie noworoczne, bo kiedyś zostałam taką świecką ascetką i czułam się z tym wspaniale. Bo w tym nie ma nic strasznego, to banalnie proste. Czy teraz już rozumiecie, że asceza tak naprawdę uczy jak być wolnym człowiekiem?


Nawigacja:

Powiększ.

Powiększ.
A tymczasem w mojej alternatywnej rzeczywistości...

Dla wszystkich zainteresowanych tym jak Hexe i Hexer spędzili 24 grudnia, nasza opowieść wigilijna:


Na notatkę trzeba będzie troszeczkę poczekać, obecnie opowiadam o wędrówkach z listopada, chronologia musi być!

Pod mgłą, miasto Walenstadt i jezioro Walensee.