wtorek, 29 grudnia 2015

Wspomnieniom, myślom cichym, czyli bajzel fotograficzny / przekrój ostatnich lat.

      Czas przerachować miniony rok. Nie to za mało... Bilans lat to idealne wyzwanie dla mnie. Wszak zmieniłam swój status, adres, dawne sprawy i zajęcia, wszystko jest inne, wszystko jest takie nowe i jeszcze nie poukładane do końca na właściwych sobie miejscach. Jest to etap najlepszy na zakonkludowanie zaszłości. Czy jest coś, czego obecnie żałuję? Co bym zrobiła, gdybym mogła cofnąć czas? Po kolei, po kolei... od czego by tu zacząć, bo na pewno nie od początku! Trzy lata będą wystarczającą reasumą, by sprawdzić, co się zmieniło i odpowiedzieć na powyższe pytania.
____________________________________________________
      2012 rok to był czas opiewający w największe pasje, właściwie moje życie było skupione konkretnie na jeździectwie i wędrowaniu po kraju ojczystym. Szczęście można opisać na wiele sposobów. Jego definicją podług mnie jest możność robienia tego, co uskrzydla na całe lata świetlne.


Stajnia Oleńka w Łodzi.
      Interakcje z ludźmi to podstawa oraz miejsca, które odwiedza się ile tylko dusza potrzebuje - jest to światło dla serca. Wyznaję zasadę, że nie wolno pozwolić na to, by wpaść w mroki zwykłej codzienności. Trzeba żyć pełnią życia, kochać, spełniać się czy to w pasjach czy zawodowo (jedno nie wyklucza drugiego) być szczęśliwym, rozwijać się i pozwalać sobie na szaleństwo. Nie ma czegoś takiego jak "nie wypada". Wypada robić wszystko to, co pozwoli nam na prawdziwy śmiech.

Park w Świerklańcu. Śląsk.
      Co jeszcze należy robić, aby nie zgnuśnieć i nie zaśmierdnąć? Podejmować przeróżne, choćby najdziwniejsze wyzwania. Aby tego dokonać, zalecam wyjść z domu, lecz nie po to by szlajać się po osiedlu jak podejrzany typ! Do tego przede wszystkim trzeba śledzić w mediach aktualności z miasta i okolic. Tak np zajechałam do ZOO w dni otwarte i spojrzałam sępowi w twarz. Przyznam, że to jeszcze dziwniejsze uczucie, niżeli być blisko nieoswojonego wilka.


      Co jeszcze trzeba? Żyć kolorowo. W tych latach byłam najbardziej zwracającym na siebie uwagę, punktem na ulicy. Przysparzało mi to niekiedy kłopotów, nie łatwo się wyróżniać, ale czułam się w tym dobrze, cóż... ja taka jestem, problem polega jednak na tym, że w Szwajcarii byłoby to źle rozumiane... -_-
      Szarawary są najlepszą opcją na gorące lato, do tego idealnie komponowały się z moją pogodą ducha. Eksperymentowałam bardzo dużo z kolorowymi szkłami kontaktowymi, toteż na zdjęciach zobaczycie przeróżne wariacje.
      Stałam się swoim dziełem sztuki, moja śmiałość, pewność siebie, zyskały wtedy na mocy. Stałam się piratem na betonowym morzu, notorycznie łamiącym ustalony porządek. Ponad to nie było takiej smutnej miny, której bym nie zdołała odmienić - dbałam o moich ludzi, dbałam o swój i ich optymizm.
      Korsarz XXI w. zawsze wiedział jak staranować system, by nie dać się pochować za życia.








_____________________________________________________
      Zawsze byłam wierząca, ale 2013 rok to była największa asceza jaką zdarzyło mi się narzucić sobie samej, szczegóły jednak pominę. To był mój rok wiary.
      Wiele wtedy się wydarzyło w moim życiu, pobożność pomogła mi nie poddawać się, nie załamywać, czułam stale, że nie jestem sama. Jeszcze więcej modliłam się, jeszcze częściej spowiadałam się. To był szczególny i dobry czas, który zaowocował potrzebnymi odpowiedziami na zaistniałe wówczas, najeżone trudnościami interpelacje.
      Jestem wdzięczna i czasami odmawiam modlitwę dziękczynną za tamten okres opieki nade mną. Może nie powinnam o tym pisać, bo to zbyt osobiste, ale przecież nie mam się czego wstydzić.

Samodzielna wizyta w Częstochowie. Jeździłam tam w konkretnych intencjach.
Modlitwy były wysłuchane, przekonałam się nie jeden raz.


      Od zawsze udzielałam się kulturowo, lubiłam chodzić do muzeów, a w Łodzi szczególnie sobie upodobałam Pałac Poznańskiego. Piękna architektura, a i również ciekawe wydarzenia związane z rodziną Izraela. Udawało mi się dostawać tam na rozmaite okoliczności. Najlepiej wspominam urodziny pana domu.




To zdjęcie powstało po seansie spirytystycznym, organizowanym przez miasto.
Taka zabawa dla dorosłych ;) w wywoływanie duchów państwa Poznańskich.
Przy tau trzy pętle jak u Franciszkanów, trzy cnoty, których całkiem na poważnie przestrzegałam:


      Oczywiście nie przestawałam nadal szaleć i bawić się życiem. Na zdjęciu ja z tatą w zimowym amoku. :)


      Także mój Olsztyn co roku trzeba było odwiedzić. To tam istnieje źródło mocy o wielkiej wartości. Tam wspomnieniom i myślom cichym, budowałam zamki pamięci. Czerpałam garść najważniejszych słów, by więcej już nie chować się, tylko iść naprzeciw życiu. Tam też oświadczył mi się mąż. :)


      To oczywiście nie jedyne wędrówki. O Warmii i Mazurach pisałam i pokazywałam całe mnóstwo materiału, nadmienię werbalnie, iż jak dotąd co roku bywałam w tamtych regionach i są mi one szczególnie bliskie od szczenięcych lat.
      Okolice Łodzi to również wspaniałe, historyczne miejsca, wśród ruin których, bardzo lubię przebywać. Uniejów, Łęczyca, ich czerwoną cegłę warto ujrzeć choć raz.




________________________________________________
      Rok 2014 to etap wielowymiarowy, który dostarczył mi mnóstwa radości. Np. po dziś dzień zastanawiam się, czy by do tego nie powrócić - dready. Wtedy za bardzo je wyeksploatowałam, podjęłam więc wybór - sport albo włosy (kasku nie mogłam na nie wcisnąć!). Ale uwierzcie mi, to nie prawda, że dreadów w ogóle się nie myje i śmierdzą. Może na emeryturę z siwych sobie zrobię?


      Później włosy zostały u fryzjera, dobra, nie ważne... -_- W tym czasie rozkręciła się moja wschodnia znajomość i zaczęłam ruszać w trasy koncertowe, czasem nawet kilkudniowe. Najęłam się ochoczo jako fotografka i współzałożycielka polskiej strony ich FC.
      Fotoreportaże, masówki, być wszędzie tam, gdzie można stać tylko z ID i polować na najlepszy kadr, zarywać noce dla tych kadrów. To jedna z tych rzeczy, które mogłabym, bardzo chciałabym robić. Podobało mi się to, liznęłam zawodu, o którym nie miałam pojęcia, jako amatorka, stojąca po przyjacielsku w "fosie" nie dla szmalu. Istna przygoda życia, mój prywatny, wielki sukces! Dostawałam pochlebne opinie, przez myśl przeszło mi, że mogłabym... zostać na serio fotoreporterem.
      Spotkałam na swej drodze odpowiednich ludzi, aż sama się dziwię, że zaadoptowali takiego szaleńca ^_^ Ich muzyka jest jedną z moich ulubionych, dlatego nierzadko miast zajmować się fotografowaniem, słuchałam, albo wpadałam w taneczny szał, więc wiela przyjemnego w jednym momencie. To był świetny rok.
      Teraz trochę dziwnie mi się ogląda chłopaków w telewizji, tyle było spotkań, wspólnych tras, różnych przeżyć, emocji i przygód. Nasze drogi się rozeszły, troszkę żal, ale przecież nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Kiedyś na pewno się zobaczymy.
      W Sylwestra grają w Krakowie, Kozak System pnie się na szczeble kariery, mają na koncie kawałki z polskimi gwiazdami, ich miano staje się znane w coraz szerszych kręgach.
      Do tego zjeździłam z nimi kawał Polski i poznałam kompanki, z którymi można konie kraść. Nigdy tego nie zapomnę!

P.S.W krótkich włosach było najwygodniej, też bym rozważała w obliczu kryzysu wewnętrznego taki comeback. Wszelkiego typu zmiany powodują, że odnajdujemy wkrótce remedium na nadmiar szarości. Nawet prozaiczne zmiany typu włosy, choć osobiście zawsze wolałam i skuteczniejsze to było - przemalować sobie pokój albo wsiąść w pociąg i radykalnie zmienić otoczenie, co uskuteczniałam często i szczęśliwie. Właściwie aby zmienić otoczenie, można też kupić roślinkę... O_o

Gdańsk
Giżycko
W "pracy" pod sceną.
      Wiele lat temu wypowiedziałam sobie takie życzenie: "chciałabym aby ktoś mnie stąd zabrał..." Powtarzałam je potem dosyć często, szczególnie w momentach kryzysowych. Mogę powiedzieć, że spełniło się z rozmachem.
       Np. w pierwszą wędrówkę po ziemi obcej zabrano mnie na Marsa, gdzie odkryłam wodę:


      Czy jest coś, czego obecnie żałuję? Co bym zrobiła, gdybym mogła cofnąć czas? Żałuję, że nie jestem w stanie wymyślić sposobu na teleportowanie się z miejsca w miejsce, by móc robić to wszystko, co wcześniej i jednocześnie dzielić dom z moim mężem. Ale odstawmy mrzonki na bok, aktualnie nie mogę powiedzieć złego słowa o sytuacji, która może się w przyszłości na tyle polepszyć, by pomóc mi w dotarciu do sedna sprawy - czy jestem szczęśliwa?
      Przez szczęście, analogicznie rozumiem spokój w sercu. Spokój przenajświętszy. Póki co jestem trochę jakby bardziej nerwowa, trochę jakby mniej kolorowa, trochę jakby delikatnie nie sobą i w strachu, że jeszcze mniej sobą wkrótce będę, a i do tego nadciśnienie doszło. Ale jestem spokojna o męża, że wreszcie trafiłam na porządnego faceta, który za moimi plecami nie obraca panienek jedna po drugiej, ani nie chleje po kątach, ani nie robi czegoś co powinnam zgłosić na policję.
      Minęły lata, nie wiem nic o żadnym z wymienionych pokrótce dysfunktów, choć jeden jeszcze przed rokiem koniecznie chciał się ze mną "tak po przyjacielsku" spotkać, mimo że zrobił bachora innej... Trzeba trzymać takich na dystans, bo to niewątpliwie psychopaci są. A cała reszta wyklaruje się i dopnie miana szczęścia, bowiem po cierniach aż do kwiatu.


      Zmiany mimo wszystkich niedogodności są na lepsze, wszak na inne się nie godzę. A co będzie dalej, pożyjemy, zobaczymy, bo jedno jest pewne, tego co będzie, za cholerę nie przewidzimy, więc próżno próbować się przygotowywać.
      Jak widzicie, moje życie bywa szalenie przewrotne, spełniają się nawet nieoczekiwane rzeczy, które miały pozostać w sferze marzeń. Mam tak od lat, stąd wiem - ja WIEM - że nie ma rzeczy niemożliwych. I absolutnie nie mogę się spodziewać niczego.

Zdj. zrobiłam w miejscu: Pałac Piorunów
      Aby wybrać swoją drogę, najpierw trzeba spróbować wszystkiego. Nie ma w moim całym życiu niczego, czego bym żałowała. Troszeczkę mój brak zahamowań i pewność siebie kierowały mną jak rozpędzonym snowboardzistą, ale na tle tego wypadam bardzo dobrze. Jestem dumna z siebie, z tego jak ułożyłam swoje domino, bo nadal trzyma pion i cieszę się, że mam szalenie ciekawą historię życia, a to wszak jeszcze nie koniec.

Oczywiście fascynacja sprzętami ciężkimi niezmiennie trwa.
________________________________________________________
      Rok 2015, który już mija, to była wielka próba dla mnie i oficjalne zaksięgowanie zmian, już nigdy nie będę panienką. Pozostaje mi tylko wszcząć przygotowania do statusu rozwódki albo wdowy. Ewentualnie zmarłej. Pożyjemy, zobaczymy.
      Ów rok cechuje między innymi rozpoczęcie szkoły niemieckojęzycznej w obcym państwie. Tego się nie spodziewałam... Nie po to kończyłam szkołę, żeby się jeszcze dawać przykuć do szkolnego biurka i znowu ślęczeć w książkach i marnować czas na wykładach! W studium miałam problem żeby wysiedzieć na lekcjach nie marząc o samobójstwie, ale powiem Wam otwarcie - to zupełnie co innego.
      Dobry kurs to taki, za który każą płacić, bo tylko to będzie w stanie zmusić do dbania o porządną frekwencję. Szkołę policealną wypróbowałam i ostatecznie nie polecam. Jest za darmo, w weekendy, więc każdemu szybko zapał mija i zgadza się na wszystkie zmiany w grafiku pracy, by mieć wymówkę.
      A teraz chodzę i jestem zadowolona, pomimo tego, że przez całe zajęcia muszę trzymać powieki rękami, a następnego dnia w pracy, to nawet nie pytajcie co ja muszę robić... Ale jak chcę umieć, to muszę chodzić, bo nie chcę kaleczyć ich mowy jak większość emigrantów. Poza tym ja uczę się z praktyki tylko i wyłącznie, w domu to ja się co najwyżej słówek mogę pouczyć. W końcu nie robię tego dla pustej przyjemności, gdyż lada dzień przyjdzie mi walczyć z szefem - Szwajcarem i wtedy zobaczymy czy dalej będę taka zadowolona z postępów na kursie. Gorzej, jak kurs się skończy, a pracy dalej nie będzie. Bo jak zostanę w tym zawodzie co jestem... zbliżam się już do naprawdę cienkiej granicy...
      To jest największy problem, ten etap w tygodniu kiedy cholernie ciężko nadążyć z obowiązkami, na szczęście mąż też potrafi obiad ugotować.
      W tych konkretnych dniach zauważam u siebie symptomy odchodzenia od zdrowych zmysłów. Boję się, że tylko dni, a może godziny dzielą mnie wówczas od popadnięcia a marazm, apatię, albo depresję.
      Teraz patrzę na to wszystko zupełnie trzeźwo, wszak siedzę sobie wypoczęta przy biurku, które jeszcze pamięta zapach mojego elementarza z Zerówki i sobie tak analizuję krok po kroku biorąc wcześniej trzyletni rozpęd.
      Po calutkim roku beznadziejnego bezrobocia - no bo dorabiam, a nie zarabiam - zawiedzionych spodziewań, zabójczo gorącym lecie, kilku zjedzonych tabliczkach czekolady, po świętach bez śniegu, i milionach wkurwów utopionych w litrach kawy, ewoluuję (gdyż wszystko musi z czasem ewoluować aby dostosować się do nowych warunków) i od dziś będę jak ta lala - jak dawniej, jak kiedyś: sceptyczno-pozytywno-zabawno-wojowniczo-kolorowa, "Wilczyca na szlaku" (kiedyś tak się nazywałam). PIEPRZYĆ SYSTEM!! Wtedy było mi dobrze, chcę jeszcze!
      I tak padło po raz pierwszy od początku tej notatki - postanowienie noworoczne.


     Tak, jestem szczęśliwa. A że czasem patrzy mi wilkiem z oczu, to nic. Przeobrazić to w uśmiech nie jest trudno. Mam kogoś kto to potrafi.

17 komentarzy:

  1. fantastyczne podsumowanie, które nazwałabym antypodsumowaniem, bo ma orientację przyszłościową - to duży plus!
    jesteś fantastyczną osobą i fajnie, że w Twoich postach niekiedy to ujawniasz, choćby mimowolnie

    egoistycznie - życzę sobie kiedyś takiego podsumowania dla siebie...
    popracuję nad tym

    a Tobie wszystkiego Dobrego na Dalej i na Później, czyli skutecznego wykorzystywania ewentualnie pojawiających się przeszkód w Teraz (bo tak kurczę bywa w tak zwanym realnym życiu, że zawsze coś)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, nie spodziewałam się wywołać takiej reakcji :)
      Jestem ciekawa co Cię w moim życiorysie urzekło, bo w gruncie rzeczy to jest podsumowanie skrótowe-biograficzne.
      Wiesz czego jeszcze nauczyłam się przez ostatnie lata? Aby wykorzystywać życiowe przeszkody na odbicie się i rozpęd.

      Usuń
  2. Świerklaniec... pamiętasz jak biegałyśmy za tym motylem przy kościółku, żeby go wyfocić? A nieuprzejma kelnerka i niewarta swej ceny pizza w Pałacu Kawalera? Częstochowa zawsze będzie mi się kojarzyć z Tobą i zielonym piwem u Śmierci :) Och, a ta czarna róża...
    Cokolwiek było - doprowadziło nas do miejsc, w których teraz jesteśmy i kształtowało nas takimi, jakimi się stałyśmy. A to dopiero 1/3 życia (mam nadzieję)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podróże niosą ze sobą pewne sentymenty, nie da się ukryć. A pizza u Cleopatry i uciekanie przed osami? Oczywiście, że motyla pamiętam. I to, że na teren tego obłędnego kościółka nie dało się wejść. W Pałacu Kawalera pamiętam wnętrze restauracji, pianino, aniołki, zdjęcia mi nie powychodziły. I ptaki, które siadały tak blisko.
      Tak, zielone piwo, pierwszy raz je z Tobą piłam.:) A czarna różna nadal toi w honorowym miejscu.
      Nabrałyśmy odwagi przez te lata, więcej pewności siebie, samozaparcia przede wszystkim. I popatrz gdzie jesteśmy, powiedziałabyś 3 lata temu, że tak potoczy się Twoje życie?
      Aleśmy naczarownicowały, że takie cuda się dzieją ;)

      Usuń
    2. Jakby mi kto 3 lata temu powiedział, że będziesz mężatką mieszkającą w Szwajcarii, a moja morda będzie zdobiła czeskie brukowce - popukałabym się w łepetynę i pokręciła główką z politowaniem ;)
      Te osy! Ludzie mieli z nas niezły ubaw ;) Zielone piwo też piłam wówczas po raz pierwszy. Cholera, ile lat my się już znamy? Dziesięć?

      Usuń
    3. A ile się nie widziałyśmy? >_< Dzieją się niewyobrażalne rzeczy, więc niebawem może przylecę do Ciebie prywatnym smokiem Oo

      Usuń
    4. Co było ostatnie? Częstochowa z matulą (i całym PTTK-iem) jakieś... 3 i pół roku temu? Trenuj tego smoka - tu mają obłędne morawskie wino pachnące truskawkami i kwiatem wiśni!

      Usuń
    5. Kuszące... rozważałam też Stalową Glizdę pełznącą po ziemi ze satysfakcjonującą prędkością.
      Niech nam Nowy Rok coś dobrego ześle :)

      Usuń
    6. Glizdą torową najszybciej przez Buchs i Wiedeń, jeszcze masz możliwość glizdy latającej, z trzech miast latają ;)

      Usuń
    7. Latająca to już chyba nie glizda :P To pterodaktyl jakiś...

      Usuń
    8. Będzie się mi tu o biologię fantastyczną wykłócać! Latają smoki, dywany, talerze (a w niektórych domach i reszta naczyń), leć choćby na miotle czy na kogucie, ale przyleć ;)

      Usuń
  3. Aniu, niezwykla jestes osoba i nic dziwnego, ze choc zupelnie jestem inna, to ciagnie mnie do Ciebie ;)!!! Motywujesz mnie do pracy nad soba :)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rumienię się!! No przestań!!
      Ja sobie tylko jestem szarą personą wędrującą po świecie, ale jednak, holender, przekonuję do siebie. Dlaczego?

      Usuń
  4. Jeju, jeju. Nie wiem jak to się stało, że mnie tu jeszcze nie było. Czytałam posta już. Wiesz, patrzę na te zdjęcia i myślę sobie, że dobrze, że jesteś kolorowa, dzika. Najgorsze co może Ci grozić to być byle jaką. Jesteś ciekawą osobą, z zainteresowaniami, z pasjami, z dzikim sercem. To, czego mogę Ci życzyć to abyś to chroniła. I czytając martwię się troszkę, że jesteś na drodze, gdzie kawałek po kawałku znikasz. Ty jako Ty. Choć z drugiej strony wyszłaś poza strefę komfortu i w niej trwasz. Tylko pogratulować. Uczysz się języka. Emigranci potrafią latami mieszkać w innym kraju i nie mówić w języku tubylców.

    Ja przed nowym rokiem ponownie ścięłam się na krótko.

    Byłam w parku w Świerklańcu:)

    I widzę, że ja za mało sprecyzowałam moje życzenie. Zawsze sobie myślę: żebym była szczęśliwa, a Ty konkret: żeby ktoś mnie stąd zabrał;) No i masz. Wyszło:)

    Baw się dobrze w tym nowym roku, bądź mniej zmęczona i częściej zadowolona:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czemu kolorowa to dzika wg Ciebie? Pomyślałam o pewnej teorii, ale poczekam na Twoją odpowiedź.
      Najgorsze co mi może grozić to zasiedzenie w domu, brak realizacji ulubionych zajęć, co powoli mnie dosięga, brak możliwości uzewnętrznienia siebie nieco wyraźniej, co dotyczy mnie od roku, choć może to mało ważne, i rzeczywiście nie boli, oraz utracenie siebie na rzecz czegoś, czego nie chcę, ale muszę.
      I niestety masz rację, bo przyszłość niebezpiecznie mnie połyka, krok po kroku. Wyczułaś to. Jest jedna, zasadnicza różnica między byciem singlem, a mężatką i wchodząc w związek, wiedziałam, że przyjdzie mi się z tym zmierzyć. Są rzeczy zwyczajnie zajmujące czas, którego gosposią byłam niegdyś mistrzem, a teraz podwójnie nie mogę się wyrobić.
      Do tego dochodzi niestety pewien wątek, który może mnie połknąć kiedyś w całości, wtedy nie wiem co dalej.

      Dziękuję ca ciepłe słowa, bądź szczęśliwa i zdrowa :)

      Usuń
  5. Osoby, które są kolorowe są trudne do okiełznania. Nie dopasowują się do reszty społeczeństwa. Dziś wypada, dobrze widziane jest, kiedy dostaniesz się między wrony krakać jak one. Korporacje hodują stada bezmyślnych, takich samych ludzi. Może to źle o mnie świadczy, ale brzydzę się tym. Wierzę, że tylko wychylające się w historii jednostki były w stanie dać światu postęp. Tylko geniusz mógł sobie pozwolić na luksus bycia sobą, bycia nieokiełznanym, innym.

    To o czym piszesz to to samo. Byle jakość. Czym innym jest odpoczywać w domu, gotować obiady, piec po tym jak wróciłaś do domu z dalekiej podróży, a czym innym popaść w rutynę i czuć się męczennicą swojego życia. Ja uwielbiam gotować i piec, ale tylko jak mam na to czas. Nie wiem jak bym do tego podeszła gdybym musiała gotować. W weekendy nie możesz oddać się swoim pasjom?
    Jesteś stosunkowo młodą mężatką. Kwestia wypracowania pewnych swoich nawyków myślę. Nie uważam wcale, że małżeństwo oznacza zatracenie i zgubienie siebie. Wszystko zależy od człowieka, od pary. Dużo udało Ci się osiągnąć. Zmieniłaś kraj, język, stan. Głowa może rozboleć od tych zmian. Może dobrze dać sobie trochę czasu na wypracowanie tego, czego po tych zmianach potrzeba Ci do życia. Tobie samej. Nie wiem jak to być żoną, ale myślę, że jeśli nie zadbasz o swoje własne spełnienie to któregoś dnia przeleje się czara goryczy, a to nie o to chodzi. Małżonek też ma pewnie swoje pasje, których nie chce porzucić po zmianie stanu:)

    Sporo można wyczytać między wierszami. Sentymentalną tęsknotę wyczuwam. Myślę, że to coś naturalnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudne do okiełznania O_O YEAH to mi się podoba XD "Nie dopasowują się do reszty społeczeństwa." -> No tak... :P

      Święta racja, znasz moje zdanie, nie pasuje mi to, co aktualnie robią wszyscy - oglądają się na siebie, nie wyróżniają, interesują tym samym, moda, telewizja, zakupy, zgąbczenie mózgu.

      Czasami nie mam czasu gotować, a muszę. Lubię, ale nie mam czasu zrobić tego, na co mam ochotę, robię to, co zajmuje najmniej czasu. Mówiłam, są dni, kiedy śpię po 4-5 godzin.
      Nie mogę oddawać się swoim pasjom w Szwajcarii, tam tego nie ma, albo jest zbyt drogie. Wyprowadzając się z Polski, musiałam zrezygnować z pewnych, do niedawna najważniejszych rzeczy, które dawały mi kopa do życia i stymulowały mnie jednocześnie.
      Rok tam jestem i nie znalazłam alternatywy. I tu nie ma nic do rzeczy zmiana stanu.
      To smutne, ale trzeba mi się z tym pogodzić.

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.