wtorek, 8 grudnia 2015

Werdenberg. Śnieg, zdezorientowane koty i gusła wiedźmowe.

      Pierwszy śnieżny dzień w Dolinie Renu, (zdjęcia z listopada), otwierają nowy etap, który przyda mi, mam nadzieję, konsekutywnego progresu.
      Miałam dość wędrowania ciągle pod wiatr. Przypominało to spacer ślepego, człek wszak musi zamknąć oczy, aby nie wpadły mu doń żadne drobiny. Czas już przestać człapać pod wiatr i rozejrzeć się wreszcie wokół.
      Mieszkam w dolinie mgieł, o tej porze roku widać to szczególnie. Gęste mgły unoszą się przez całe noce przynajmniej do południa, jeżeli nie przez cały dzień, stopniowo gęstniejąc. Dziś np, widoczność ograniczała się do barierki balkonowej.
      Jeżeli jesteście mieszkańcami doliny i tęsknicie za słońcem, musicie pójść w góry. To często podróż mentalna, szlakiem pełnym myśli ciążących na ramieniu aż po sam szczyt. Kwintesencji drogi zawsze w końcu przyświeci słońce, a dzień zwieńczony będzie zmęczeniem w pozytywnym wymiarze i spokojem w duchu. Będziecie gotowi na nowe wyzwania dnia następnego.
      Zapowiadałam, że podźwignę wartość prezentowanych wędrówek. (nie o żadnych graficznych ornamentach, ramkach i innych niuansikach tu mówię, to byłoby przecież niedorzeczne). Poddałam temat próbie, a moją eksperiencję musiałam i nadal jeszcze muszę, wysłać na dodatkowe szkolenie. To na razie taka kwerenda tego przedmiotu sprawy, mam nadzieję umilić czas spędzany ze mną o jakość zdjęć, wreszcie mam możliwości.
___________________________________
Herzlich Willkommen in der Region Werdenberg!
[serdecznie witamy w regionie Werdenberg]





      Do tego pięknego miejsca, zatrzymanego w czasie przed setkami lat, zapraszałam wiele już razy, tym samym nadarzyła się również okazja do porównania mojej roboty. Zaczęło się TUTAJ. I TUTAJ.
      "Jeśli chcesz osiągnąć spokój, nie zmieniaj świata, ale samego siebie. Łatwiej bowiem przejść przez góry zakładając wygodne buty, niż zaścielając je dywanem."
      Werdenberg, jako kolebka historii i istny raj dla koneserów zabytku, ma wielu miłośników, choć nie jest tak znaną miejscowością. Zastanowiło mnie właśnie, dlaczego tak interesująca lokalizacja, jest tak mało znana, za to miasta znacznie mniej atrakcyjne, wg mojego wybrednego oka, zawierają tak bogate opisy w kolorowych przewodnikach.
      Werdenberg, zaprasza nie tylko do zwiedzania. Zaprasza również na kawę.



      "Może zbyt wiele uwagi poświęca się tu jedzeniu, choć i w tym wypadku Polacy odznaczają się rozsądkiem i dobrym gustem. Wszyscy podróżni przyznają, że trzy ważne artykuły są w Polsce wyśmienite: chleb, wino i kawa", tak opisywał swoje wrażenia z pobytu w Polsce, w 1792 roku, niemiecki dziennikarz Johann Erich Biester.
      A co dla Słowianki jest najlepsze u Helwetów? Produkty Ovomaltine, cena czekolady Lind gorzkiej z papryką chilli (wszak u źródła zawsze taniej), parówki, które zawierają mięso (pierwszy raz czytając skład, byłam w szoku).





      A jakże mijały ludziom te przebrzmiałe czasy w znoju codziennym? Gdy tylko rozdawano karty do pasza, rozpoczynały się nabrzmiałe emocją dialogi graczy. Takie publiczne miejsca przyzywały szczególnie w zimowe popołudnia i wieczory. „Nie ma dorożkarza ani sankarza, któryby nie wiedział drogi na Kawę, któryby osobliwie w święto nie rachował na zarobek jechania na Kawę, i któryby wsiadającego do powozu albo do sanek o czwartej z południa nie chciał wieźć bez pytania na tęż Kawę”. Dziedziniec zatłoczony był pojazdami, a „w samym ganku, kilku ubogich żyjących z miłosierdzia, wskazuje przychodzącym wnijście do kawy, której może nigdy nie pili”.





      Siedem doświetlonych wielkimi, ukwieconymi oknami sal mieściło kilkadziesiąt stolików, kanap i krzeseł, klatki z ptakami i stary klawikord. Usługiwała osobiście „dobra i pilna gospodyni” z pomocą kilku ładnych dziewcząt, toteż czas oczekiwania na zamówienie niekiedy nieco się wydłużał.




      Kot zachowywał się nieprzyjaźnie jednak pod moim dotykiem upadł... Patrzył z wielkim wyrzutem kiedy odchodziłam. Jaką bym była wiedźmą, jeżelibym kota nie potrafiła opanować? :P Dezorientację kotów ćwiczyłam wiele lat.



      Postać czarownicy kojarzona była przede wszystkim z babą z czarnym kotem, mającą kontakt z siłami nieczystymi, często będącą „wspólniczką diabła”. Duży wpływ na właśnie takie postrzeganie kobiet oskarżonych o czary miał Kościół. Czarownica wzbudzała strach, uważano, że uprawia czarną magię, ma moc daną od szatana, jest jego sprzymierzeńcem i sługą.
      Jak sprawiano, by winna przyznawała się do grzesznych występków? Ano pod wpływem zadawanego bólu, a i tak kończyły ostatecznie w ogniu.
      Środki, jakimi posługiwały się przy rzucaniu uroków lub ich odczynianiu, były nieskomplikowane. Zioła, wosk, sól, ludzkie lub zwierzęce kości, szubieniczne powrozy. Ich umiejętne zastosowanie (spalenie, użycie do kąpieli, zakopanie w określonym miejscu) wraz z towarzyszącemu danemu zabiegowi magicznemu zaklęciu, powodować miało zamierzony skutek. I sprawdzało się. Mantra, sugestia, wpływ na ludzki umysł, etc., przede wszystkim dobra rada, psychologia i wiedza o ziołolecznictwie.

źródełko: internet
      A ten młody nieszczęśnik, myślał, że dostanie się we wnętrze muru, gdzie wejście w zakamarki prezentowało się z dołu tak frapująco... ale kot niniejszym, wypadł z otworu.


I sam się zdezorientował.


źródełko: internet

Z widokiem na miejscowość Buchs:


      Istotną rolę w wyznaniach czarownic odgrywały wyprawy na Łysą Górę. Mówi się, że było to miejsce ich spotkań z diabłami. Takich Łysych Gór na całym świecie nie brakuje. Najczęściej to górka lub wzniesienie w okolicy zamieszkania.
      Na miejsce sabatu udawały się drogą powietrzną. Miotły? Ależ skąd! Aby wznieść się w górę, niczym w literaturze Bułhakowa, nacierały się specjalną, otrzymaną od swego diabła maścią. Czasem na miejsce spotkania udawały się w karecie zaprzężonej w czarne konie i znów na myśl przyszedł mi czarujący Woland.
      Pamiętacie jak opowiadałam, że w górach nawet niewierzący zaczynają się modlić? Założenie, iż modliły się do czartów jest niepotwierdzone inaczej niżeli przez tortury, więc wynik jest chyba jasny.
      Oczywiście, że "wiedźmy" były bardzo uduchowione. Niektóre, jak dziś medium, miały zdolności wykraczająca poza rozumowanie dawnych ludów, co budziło powszechny przestrach. Dusze ludzkie, duchy ziemi, duchy lasu, anioły, świat nadal dla nas niepojęty, niemalże absurdalny, wpędza zawsze w wątpliwość.
      A jak tłumaczyć legendy, że dochodziło do ślubów między czarownicami, a diabłami? Duchy bywają tak samo zazdrosne jak ludzie. Albo współpracujesz z naturą i światem spirytystycznym, albo masz swoje uziemienie w domu, mężu i dzieciach. Zwykle tak się kończyły niecodzienne praktyki, jeżeli nie na szafocie, to w pieleszach rodzinnych. Krótko mówiąc, liczne emocje są na tyle angażujące, a potomkowie absorbujący, że Śniączki przestawały śnić, a Wieszczki wieszczyć. Nie znaczy to, że traciły bezpowrotnie swe zdolności, jakie by nie były. Ten mistyczny świat zwyczajnie odchodzi na dalszy plan.
      Czy dziś siostry zakonne nie oddają swego serca Chrystusowi powierzając całe swe życie Jemu, przysięgając celibat i co rano wstając dla modlitwy? Ryzykowne porównanie, ale rozjaśnia chyba pewne ścieżki.
      W zeznaniach katowanych kobiet jest także mowa o fizycznym obcowaniu z czartami w czasie sabatu. W rzeczywistości spotkania te, ograniczały się do jedzenia i tańców, do których przygrywali im muzycy. Tak zwyczajnie po ludzku ;]




      "W Szwajcarii 6 grudnia przychodzi do Nas nie Mikołaj, a Samichlaus ze swym pomocnikiem zwanym Schmutzli [schmutz - brud]. Nazwa powiązana jest z wyglądem jegomościa - zawsze czarny i osmolony. Schmutzli to alter ego Samichlaus, które zazwyczaj dzierży w dłoni miotłę z gałązek.
      Jego historia sięga czasów przedchrześcijańskich, kiedy to był uznawany za symbol złych duchów. Postać ta wywodzi się z Perchtenlaufen, a więc festiwali mających na celu wypędzenie demonów. Dziś jednak, nawet on okazuje dobre serce i na organizowanych ulicznych paradach czy innych spotkaniach, obdarowuje dzieci piernikami i mandarynkami.
     Kościół katolicki, starał się złagodzić wizerunek Schmutzli dołączając do niego osobę Świętego Mikołaja Biskupa. Wzorowany jest on na postaci Świętego Mikołaja z Miry, który był człowiekiem niezwykle dobrym, życzliwym i hojnym w stosunku do dzieci. Nie mylcie jednak z Mikołajem z Flüe, który jest patronem Szwajcarii!
      Dziś szwajcarski Samichlaus to zmieszanie z amerykańskim Santa Claus. Zamiast biskupiej miry na głowie coraz częściej pojawia się w znanej nam czerwonej czapie z pomponem."
      Czy Kościół w każdą tradycję i legendę, musi wtrącić swoje trzy grosze?

       "W ten dzień kupujemy, bądź pieczemy Stutenkerl. Jest to typowe ciasto świąteczne, kształtem wzorowane na postaci Mikołaja z Miry. Drożdżowy ludzik często wysadzany jest rodzinkami i posypywany cukrem."

~ zapożyczone ze strony szwajcariamoimioczami.com


Mrok, śnieg i wrony...
...a na drzewie czapla. Wcześniej udawała pterodaktyla. Serio, nie wiedziałam,
że czaple takie rozdzierające dźwięki wydają. Jak dinozaury w filmach.
      Postanowiłam nadrabiać polskie kino. Niestety najciekawsze tytuły jeszcze na mój prywatny ekran się nie dostały, za to dostały się same ekranizacje najnowszych alkoholi. Czyli "pod mocnym aniołem", i "Wszyscy jesteśmy Chrystusami".
      Czy moje uzależnienie od sztuki literackiej i kinowej można dopisać do tego wątku? Na szczęście krzywdy tym nikomu nie robię, ani dróg moich, póki co nienarodzonych dzieci, nigdy nie powypaczam.
      Dla zrównoważenia sprawy, zapraszam serdecznie wszystkich do mojego artykułu odnośnie skutków zbyt częstego picia alkoholu - TUTAJ.

4 komentarze:

  1. Witaj, jak u Was śnieżnie, magicznie! Nie zmarzłaś w tych spodenkach? Jak wspomniałaś o tych górkach to się zaczęłam całkiem poważnie zastanawiać, ponieważ mam tu jedną na osiedlu..

    A może najzwyczajniej w świecie te kobiety budziły strach jak my dziś? Zobacz. Dziś kobieta świadoma siebie, mająca więź z przyrodą, wewnętrzną intuicję też wzbudza strach w innych i chęć do ataku. Przypuszczam, że wtedy mogło być podobnie tylko bardziej prymitywnie. Taki chłop to się zbuntował, że baba mu zwariowała i wmówił, że czarownicą czy wiedźmą jest.

    Nie miałyśmy nigdy lekko, my kobiety. Cudowne mamy czasy. Nieprawdaż?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszyscy mnie męczą o te spodenki :P Musiałam je założyć, ponieważ na tę pogodę idealnie nadały się termo-rajstopy podszyte pluszem, które nie mieszczą się pod żadne dżiny, a mają wyraziste, 2 grube szwy na tyłku. I teraz wszyscy wiedzą :P

      A wiesz, że masz chyba rację? Co w tym jednak jest... Dziś jest zdecydowanie lepiej, bo co najwyżej nazwą Cię dziwolągiem ale nikt nie popchnie na szafot.

      Usuń
  2. Przepiekne miasteczko!!! Nastraja do opowiesci o wiedzmach :)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórzy twierdzy, że to Pokątna z Pottera ;)

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.