sobota, 19 grudnia 2015

Walensee i Walenstadtberg. - Słoneczny spacer nad lazurowym jeziorem polodowcowym.

      Gdzie poniosło tym razem nas oboje? Nad Walensee, jezioro położone 419 m nad poziomem morza o powierzchni 24 km kwadratowych. Powstało jak większość tutaj - z ginących lodowców. Granit i lód w dolinie leżały do ostatniej, białej epoki. Lodowce były wysokie do 1400 m. Topiły się jakby arkusze papieru spadały po stromych zboczach z czego powstało potem jezioro.
      Walensee rozciąga się w samym sercu doliny, której strome zbocza po obu stronach sięgają dziś do 1000 metrów wysokości.
      Nasza wędrówka odbyła się po Walenstadtberg, czyli górze wznoszącej się nad miasteczkiem Walenstadt, z którego zaczęliśmy marsz.







      W drodze jak zwykle nachodzą mnie różne deliberacje, a w okresie przedświątecznym najwięcej myśli się o Kraju Ojczystym. Zaczynam rozumieć , że znajomi przestają mnie rozumieć. Zaczynam pojmować historie ludzi, którzy zdecydowali się zamieszkać w innym miejscu na świecie, a po powrocie, bardzo często nie mięli już do kogo wpaść.
      Błędy popełnia się mimowolnie. W moim nowym życiu mam dużo więcej do zrobienia, niżeli w poprzednim galimatiasie codzienności, jednak było ono pełne spotkań, bo zawsze dbałam, by relacje się nigdy nie rozluźniały. Obecne życie jest pełne obowiązków: dom, praca, szkoła. Wtedy tego nie było. Owszem - praca, lecz w domu do zrobienia było niewiele, a resztę czasu wypełniały spotkania i podróże, życie kulturowe i dwie moje życiowe pasje.






      Kiedy w obliczu stresu związanego z godzeniem wszystkich priorytetów, zaczynają dochodzić niesnaski z domagającymi się swej uwagi ludźmi, robi się nieciekawie, w duszy wręcz parszywie i nastręczają mnie wtedy parchate myśli. Jest sort ludzi, na których bardzo mi zależy i sort ludzi, którego myśli na mój temat mnie nie obchodzą, bo ja nigdy nie myślę na ich temat, a jednak zwalają mi się na głowę, a to przytłacza mnie jak skurczybyk.
      Tak, to prawda, że nie mam czasu na chociażby zwykły, krótki telefon. Każdy bowiem, jeżeli tylko znajdę parę minut, wykonuję do rodziny, bo są najbliżsi bezkonkurencyjnie i zawsze będą o wszystkim wiedzieć pierwsi.
      To prawda, że jeżeli mam godzinę wolnego, zamiast włączyć Skype, wolę zrobić trening. A te posty powstają bardzo wcześnie rano, zanim wyjdę do pracy. Tworząc tego bloga, uważałam że pomoże mi to zachować jakikolwiek kontakt, ślad w grafiku wszystkich, którzy od czasu do czasu wypełnią sobie wolne chwile przeczytaniem posta. Wiem, że to kiepska mrzonka, a i sposób żaden. Ale choć pomysł się nie powiódł, będę pisać dalej, bo po prostu to lubię.
      Wobec tego - moje priorytety - moja wina. Każdy przyjazd do ojczyzny jest wyborem, bo ktoś musi zawsze zostać pominięty na rzecz licznych spotkań z rodziną i "ważnych zwykłych" spraw.

      Moim marzeniem z dzieciństwa (jednym z wielu), była przejażdżka walcem drogowym. Zabawne, że aby to spełnić, musiałam aż do Szwajcarii wyjechać, ale wreszcie los mi przyświecił. Na krótko, ważne jednak, że zaliczone i z listy dziecięcych pragnień można już wykreślić.
      Czy już wspominałam, że mam pociąg do ciężkich maszyn...?



      Żyję za szybko, by móc chcieć więcej. Ale miast oceny mojej osoby jako ignoranckiej - chciałabym najbardziej rozmowy. Nawet via papierowy list lub mail. Skrzynkę pocztową i mailową sprawdzam codziennie, ona nie jest pusta. Piszą regularnie ci, którzy również żyją poza granicami Ojczyzny... przypadek? Pewien procent pozostałych, strzela focha.






      Nikogo nie zamierzam kupić z okazji świąt. Nie planuję obdarować dla "zapomnij mi", ani też nie napisałam tych słów dla "pamiętaj mimo wszystko". Życie nas dostatecznie samo sprawdza i ocenia. Złemu też nie musimy dopomagać, aby nie działo się więcej zła.
      Wiem, że to wszystko jest jak zimny prysznic o 4 rano - zmęczenia i tak nie zmyjesz, jeśli nie spałeś zbyt dobrze. Czasami jedna kawa nie wystarczy. Czasem i jedna rozmowa nie wystarczy. Spójrzcie na bilans całego życia. Zaufanie.
      Oczy się kleją, ale ja nadal widzę. W głowie się kręci, ale nadal jestem w pracy. I taka jest moja codzienność w środku tygodnia. Wobec tego, czy robię to, co powinnam, czy jednak nadal za mało?







      Czasami mam ochotę wrzeszczeć, ale są to miejsca ciszy, których eteru nie śmiem naruszyć. Są takie bezkresne, że w uszach dzwoni aż nieznośnie. Obdarte z uczuć, surowe...
      Kto powiedział, że jest łatwo? Kto powiedział, że żyję jak pączek w maśle i że mam jak w bajce? Kto powiedział, że tylko się bawię i mam wieczny chillout? Otóż zawiodę Was, ja naprawdę przez długi okres miałam problem z pogodzeniem wszystkich spraw i obowiązków.
      Zaraz minie rok odkąd tu jestem, a od kilku miesięcy w miarę się zaadaptowałam. To trwało tak długo, gdyż klimat na parę miesięcy zrujnował mi gospodarkę odpornościową organizmu. Zwykle czuję się wszawo, bo nie dosypiam w tygodniu, lecz wtedy lepiej nie wspominać jak było. Modlę się tylko, by nadchodzące lato nie zrujnowało mi ciała i psychy do reszty.
      Na szczęście mogę chodzić tam, gdzie ziemia bierze w siebie moją brudną energię. Poza tym ja nie szukam bajki w życiu swoim. Bajki są okrutne.

Jak nie będziecie trzymać psów na smyczach, też mogą zdziczeć.
Poczuć zew. Zapolować. Chrońmy swoje psy.
Pełnowartościowe papu wędrowca i mój prywatny widelec arystokratyczny.
Szlachta nie je byle czym!



      Mnogość świtów jakie codziennie obserwowałam zamiast spać, przytłoczyła mnie. Chciałabym bardzo aby w czasie pobytu w Ojczyźnie, nie oglądać ich, żeby zdrowo się budzić gdy już jest widno i normalnie zasypiać, miast tracić co wieczór przytomność do poduszki. Czy zatrzymam się wreszcie, czy dalej będę tak pędzić?





      Tym razem na tę rajzę nie zabieram książek szkolnych, przecież będąc na urlopie w Polsce, ani razu do nich nie zajrzałam. Nie było czasu.
      Permanentne zmęczenie bywa szkodliwe nie tylko na ciało. Pulsuje jak tętnicza krew, angażuje wszystkie mięśnie, staję się spięta, szkodliwa dla otoczenia, zbyt słaba by się bronić, zbyt uparta, by przestać walczyć. Chciałabym móc to zmienić.






      Czytam obecnie George'a Orwella na przemian z kryminałem o dusicielu z Yorkshire. Po którą sięgam, to zależy od stopnia zakażenia umysłu dniem powszednim. Wieczorem już tylko kryminał.
      Orwell był intelektualistą, napisał antyutopię, która ukazuje, że iluzoryczna droga ku powszechności, prowadzi w ciemny, ślepy zaułek. Nie wszyscy będą zadowoleni z tego samego, powszechność i moda są mitem, ale to trudno jeszcze zrozumieć niektórym ludziom. To często mnie dotyczy, niejednokrotnie próbowano zaplanować mi coś bez krzty porozumienia, podług ogółu, "przecież każdy by się na dany pomysł ucieszył", ale mnie akurat cholernie to uwiera.
      Zatem przed kolejnym podobnym zdarzeniem, wolałabym spokojną rozmowę na dany temat i pogodzenie się z ewentualną moją odmową, lub przekonanie mnie nie metodą "na chama", czy innym szantażem, a przekonaniem o dobroci serca i słusznej intencji. Jeśli jednak to za trudne, oto rada: przed wdaniem się ze mną w kłótnię, skonsultuj się z lekarzem, gdyż jedno słowo niewłaściwie sformułowane, może zagrażać Twojemu życiu lub zdrowiu.
      Naprawdę szczerze i z dobroci serca, liczę, że to w bagażu do Polski mi się jednak nie przyda:


      Trasa jest banalnie prosta, nie wymaga specjalnego wyposażenia, czy butów w góry. Przyjemny, jesienny spacer w promieniach łagodnego słońca, podarował sporo energii i pozytywnych zamiarów odnośnie planowanej podróży.


Moi Mili, czy ktoś by mnie mógł uświadomić, co to jest?
Nie jestem mocna z botaniki, a interesuje mnie to.
Trzeba się zacząć szkolić w tej zacnej dziedzinie...



      Pierwotnie, święta miałam spędzić z mężem w domu, jednak wszystko wypadło inaczej, musiałam pozmieniać te plany, kogoś przeprosić, bo byliśmy umówieni i trochę nadal nie jestem przekonana do zamierzonego, ale w gruncie rzeczy może i lepiej, bo zyskałam więcej czasu w Polsce i tym razem może nie będę musiała do Nowego Roku oglądać żadnych świtów więcej.
      Odnajduję pozytywy w każdej sytuacji, ale nie ukrywam, że boję się. Zwyczajnie boję się owoców mojego pozytywnego podejścia, bo brzydkie rozczarowania powodują, iż potem na długo odchodzę w cień, co mi wypomniano już niejednokrotnie. Zwykle nastawiam się źle, tak dla bezpieczeństwa, może jednak spakuję tę kolczugę do walizki XD

11 komentarzy:

  1. Piękne zdjęcia i przepiękne widoki! Zazdroszczę, naprawdę!
    Pozdrawiam serdecznie.
    ~ Muśnięcie Śmierci
    http://marzenieliterackie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wszystko złoto co się świeci, ale fakt, tych widoków sama sobie zazdroszczę ;)

      Usuń
  2. Witaj Piękna! Muszę Ci powiedzieć, ze te zdjęcia są najlepsze ze wszystkich na których pokazywałaś Szwajcarię. Jest mgliście, bajecznie, magicznie, czuć zew, czuję wilka w sobie patrząc na te zdjęcia.

    Takie jest życie, przecieka przez palce. Jestem jedną z tych osób, które nie są w stanie pojąć jak można nie mieć czasu. Pracowałam w Krakowie na dwa etaty plus studia, ale jak ktoś mnie potrzebował albo dawał znać, że będzie w Krk rzucałam wszystko. Kiedy ja byłam w potrzebie nigdy nie było nikogo...Czas i sytuacja jak Twoja czyli emigracja weryfikują ludzi. To takie sito, gdzie zostają najwytrwalsi. Diament, który długo się szlifował. Nie chodzi przecież o ilość, a o jakość.

    Najbardziej drażni mnie, że ludzie żyją wirtualnie. Odkąd wróciłam do Polski bardzo mało czasu spędzam przed komputerem. Irytuje mnie, że ktoś, kto mieszka dwa osiedla dalej woli przegadać pół nocy wirtualnie niż podjechać na kawę. Nie uciekniemy od realnego życia, realnych problemów. W związku z moją obniżoną obecnością w sieci już zauważyłam, że mniej ludzi się do mnie odzywa. Inni się nie odzywają, bo nie ogarniają sytuacji, ale zawsze ktoś jest.

    Czuję się winna, że nie mailuję z Tobą i nie piszę listów. Zabieram się i zabieram, a tu nic. Wyślij mi raz jeszcze Twój adres.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na poprzednich było mgliściej, ale nikt prawie wcześniejszego posta nie zauważył O_O
      Dziękuję Ci Kochana, bo to najmilsze słowa jakie otrzymałam. Jest jeszcze wczesna pora, jesteś jak mocna kawa z rana, oczy od razu szerzej spojrzały na ekran :D :):):)

      Też uważam, że czas można wyegzekwować na wszystko, kwestia wyboru priorytetu i ułożenia sobie porządnego harmonogramu dnia, dużo o tym pisałam ostatnio. Niemniej jednak nie zawsze mam taką sytuacją, że mogę wisieć na telefonie. Do rodziny często dzwonię z pracy, co się wiąże z koniecznością nagłego przerwania rozmowy. Wybieram każdy moment.
      Teraz czeka mnie wiele spotkań i dużo nadrabiania rozmów :) Tak jak lubię - osobiście.

      Wszystko w porządku, jestem ostatnia osobą, która mogłaby rościć pretensje do Ciebie o brak listu. Znajdziesz czas, wszystko dopracujesz. Wyślę Ci adres na dniach, bo teraz bardzo muszę zagęszczać ruchy, czeka mnie daleka droga.

      Usuń
  3. Witaj Hexe.
    U Ciebie jak zwykle niezwykle. Zdjecia super i te opisy.
    Zamek w Gniewie jeszcze zaliczę, choć tam teraz hotel, ale coś zwiedzić można.
    A u nas... przyjedzie walec i wyrówna.
    Pozdrawiam przedświątecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. HOTEL O___O Ja pier... Zepsuli kolejny zamek...

      Usuń
  4. Alez Wam zazdroszcze tych wycieczek!!! Mam juz po dziurki w nosie siedzenia w domu i cieszy mnie bardzo wyjazd na swieta na wies :)!!!
    Aniu, nie tylko wyjezdzajac za granice tracisz znajomych. Po zalozeniu rodziny zostala mi jedna przyjaciolka i jedna dobra kumpela. To niestety w duzej mierze moja zasluga!!! Nie jestem w stanie byc na wiekszosci proponowanych spotkan. W pewnym jednak momencie zycia, pojawiaja sie sprawy wazniejsze. Z drugiej jednak strony drzwi mojego domu sa zawsze otwarte, zadko jednak ktos wpada z odwiedzinami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli wyjazd za granicę i założenie tam rodziny, to już level hard XD Cóż, wciąż wierzę w moich ludzi. Może to naiwne, ale po prostu wierzę w dobro ludzi. Bo w każdym żyją wilki dobre i złe. I tylko od nas zależy, które chcemy karmić. Nie zabijajmy więzów.

      Usuń
  5. Chyba będę mogła zaspokoić Twoją ciekawość :) Głowy nie dam uciąć, ale zaryzykowałabym jakiś mniej ważny członek ciała ;) Po tym, co widzę na zdjęciu, obstawiam, że jest to jarmuż. Jak byłam mała, to moja mama zawsze go wysiewała dla królików, które hodowaliśmy. Żarły go jak szalone :) Ten nasz był zielony i niższy, ale jest też fioletowa odmiana. A łodygi potrafią osiągać wysokość nawet metra. Wniosek: jak ulał pasuje do Twojego obrazka :)

    Nie ma za co ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jest, wpisałam w wyszukiwarkę obrazów tę nazwę. Nie od razu wyskakują fioletowe, ale rzeczywiście są. Nawet jakieś przepisy obiadowe znalazłam Oo
      Ciekawość zaspokojona, nic Ci ucięte nie zostanie ;)
      Ja Cię pamiętam, Ty Rose odwiedzasz ;) Miło mi gościć w mych skromnych, wirtualnych progach :)

      Usuń
  6. Fioletowe są chyba rzadziej spotykane, a jarmuż z powodzeniem może być składnikiem ludzkiej diety, nie tylko zwierzęcej. Widziałam nieraz jego liście w spożywczaku w Irlandii - leżał koło kapust i sałat.

    Dziękuję za gościnność, już jakiś czas temu się tu rozgościłam ;)

    OdpowiedzUsuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.