sobota, 28 listopada 2015

Liechtenstein, Schellenberg - das Ruinen. Unter Burg - zamek niższy.

      "Znaczną część życia wypełnia ten sam dylemat: jak sprawiać wrażenie kogoś stanowczego i pełnego energii, kiedy dzieje się mniej niż nic?" Zapracowana codzienność bywa ciężka. Kiedy poziom mojego wigoru jest na poziomie ameby, trudno znaleźć w sobie chęci do czegoś więcej niż znikanie pod kołdrą niewidką.
      Czasami mam ochotę zapaść się w łóżko, wpaść w czwarty wymiar na trochę dłużej niż 5-6 godzin i najlepiej, gdyby wypełniane tam zwykłe obowiązki, przełożyły się na rzeczywistość, nie traciłabym czasu. Budzę się, a tu wszystko zrobione, byłoby cudownie. Ostatnio śniłam, że uczę się niemieckiego, rano zaserwowałam mężowi nowe słówka.
      W pracy mój mózg ulega dekapitacji. Nie ważne jak wypoczęta bym rano wstała, jak pełna energii optymizmu, praca stała się wyrokiem śmierci dla mojego mięśnia intelektualnego, a spiritus movens [inspirator do działań] przestaje istnieć. Później okazuje się, że ja nawet podtrzymać prostej rozmowy nie potrafię, ale na to składa się więcej czynników. Cóż, kiedyś trzeba ze sceny zejść...
       A jednak ich bin glücklich [szczęśliwa], jeżeli nie jestem zamieniona w intelektualną mumię, to nawet ładnie się uśmiecham i chętnie patrzę w słońce. To jesienno-zimowe, łagodne słoneczko.

Liechtenstein. Pogranicze.

Słońce tego dnia było bardzo mocne, wędrówkę rozpoczęliśmy w krótkich rękawach.
A zdjęcie pejzażu trzeba było przytłumić.
Za to gdy słońce już dotknęło grani, z plecaka wyszły najcieplejsze bluzy.
- Rzeczywistość górska.
Nie wyrzucaj śmieci, bo krówka będzie chora!
      Na moich zdjęciach widać, że jesień już powoli odchodzi, znikają krwiste czerwienie i głębokie burgundy. Zmiany tak naprawdę nastąpiły dużo gwałtowniej, pewnej nocy po prostu przyszła wielka, czarna chmura i zasypała mi kwiatki w korytku. Na szczęście reanimacja metodą ciepluchna domowego powiodła się.
      W tej chwili za oknem leży śnieg. Co prawda malutko, spadające leniwie wielkie płaty jak w reklamie Coca-Coli, wzruszyły moje czarne i podobno pozbawione emocji serce. Śnieg, gdzie by nie spadł, cieszy mnie jak dziecko, jest piękny, czysty.
      W Łodzi wyglądało to różnie... Póki padał piękny śnieg, póki było go dużo, zachwycał mnie. Nawet jogging w Łagiewnikach, gdzie śniegu po kolana, mimo przemoczonych butów dawał tyle radości, że sprawy sobie nie zdajecie. Ale później w mieście śnieg staje się żółty...
      Później siłą rzeczy przychodzą roztopy co w miastach kojarzy się z niespodziankami kontrastującymi z jego szarzejącą barwą... iście gówniana perspktywa. Ale ośnieżone parki nocą są bajeczne... Jak Bóg da, w tym roku będę mogła pewnej kryształowej nocy, przespacerować się kryształową aleją.



Droga do Shire?
Chyba nie... Widzicie na końcu drogi, wiszącą na drzewie głowę?
Straszaki na ludzi? Mieszkańca poniższej hacjendy na szczęście nie było.
Albo spał...

      Tsantsy wisiały wszędzie...  po zabiciu niechcianego gościa, tubylec odcinał jego głowę. Zdejmował z czaszki skórę razem z włosami. Zszywał usta i powieki, a następnie wygotowywał głowę, zapewne nad tym paleniskiem poniżej.
      Przez szyję wrzucał rozgrzane kamienie lub piasek, aby skóra skurczyła się jeszcze bardziej. Następnie zawieszał ją nad ogniem, aby stwardniała i sczerniała.


Nam na szczęście udało się przeżyć.
      Większość zdjęć z listopadowej wędrówki musiałam poddać desaturacji, mój staruszek aparat nie radzi sobie ze zmierzchem.


Od dawna mój podziw wzbudzały duże maszyny i marzę o wyciecze do Bełchatowa. O_o

      Ten zamek przedstawiałam Wam wraz z mapą dojazdu TUTAJ, na liczniejszych i bardziej udanych zdjęciach.
      Zamek górny, większa pozostałość w Schellenbergu, była zbudowana w 1200 i miała już wszystkie ważne elementy średniowiecznego kasztelu.

Ostatnia prosta na zamek.


       Natomiast celem dnia, nieplanowo, okazały się stochastycznie napotkane inne ruiny. Zmierzch w czasie wejścia na teren, był już zaawansowany w oszukiwaniu zmysłów. To druga moja szwajcarska wędrówka, która skończyła się pod osłoną nocy.






      Niższy zamek został wybudowany około 1250 roku, nazywany jest potocznie "ALT-Schellenberg". Ostateczny kształt i rozmiar osiągnął po 1350, jest znacznie mniejszy od wyższego zamku.
      Leży on kilkaset metrów na północ od głównej drogi między Schellenbergiem, a Mittleler Schellenbergiem. Zamek niższy jest jednym z pięciu istniejących zamków w Liechtensteinie z trzech zniszczonych.
      Przypuszczalnie obydwa zamki były zasiedlone w XVI wieku i ulegały niestety stopniowemu pogorszeniu. Jak to zwykle bywa - eksploatacja. Dopiero pod koniec szesnastego stulecia, przestał funkcjonować jako miejsce zamieszkania. Lecz dług później dopsuło go wojsko podczas wykorzystywana terenu w celach militarnych. Dziś na szczęście zyskał opiekuna/dozorcę.





      A później odkryłam miejsce mocy. To tam, gdzie człowiek czuje się inaczej - lepiej, pewniej, lub odwrotnie - czuje niepokój i chce uciekać. Ciągle przybywają do nich ludzie - pielgrzymi lub w tym przypadku turyści. Od zarania dziejów budowano na czakramach ziemi świątynie lub inne monumentalne budowle.
      Energia miejsc mocy jest najczęściej efektem działania naturalnego systemu energetycznego planety. Przez setki lub tysiące lat odprawiano rytuały i ceremonie łączące świat materialny ze światem Ducha. Dziesiątki lub setki tysięcy ludzi przechodziło w tych miejscach swoją transformację, swoje procesy i to powoduje, że dane miejsce sprzyja takim procesom także dzisiaj. Tak jakby energia pozostała w kamieniach, w budowlach.
      Czasami nieodparcie potrzebuję dotknąć w takim miejscu skały lub muru... Temu dotykowi towarzyszy uczucie mrowienia w opuszkach palców, spowodowanych bliskością z "czymś".


     To taka specyficzna intuicja, że gdy jesteśmy w miejscu mocy, czujemy jego energię, wtedy tak naprawdę aktywujemy własną energię. Ale odczuwanie zależy od bardzo ważnej kwestii - jakimi jesteśmy ludźmi? Żaden zamknięty na sprawy duchowe człowiek, nie poczuje nic.
     Czasami energia miejsca mocy działa w ten sposób, że „wywala” na wierzch to, czego już nie potrzebujemy. Może to być złość, smutek, agresja, etc. Dlatego też wiele ludzi pije alkohol i zaczyna palić w takich miejscach. One pulsują dziwną energią. Chory organizm szybciej wraca tam do zdrowia, a umysł łatwiej nawiązuje kontakt z wyższym wymiarem rzeczywistości.
      Są ludzie, których dłonie leczą, słowa przynoszą ulgę, a kontakt z nimi - swoiste objawienie. Są mikstury, które pomagają zachować zdrowie i poprawiają samopoczucie. Są rzeczy, które sprawiają radość, i miejsca na Ziemi, które ujawniają nasze nadprzyrodzone zdolności.
      Ziemia nie jest tylko wirującym w kosmosie kawałkiem skały. Jest źródłem dobroczynnej energii. To właśnie w tych miejscach budowano pogańskie świątynie, tam również powstawały pierwsze chrześcijańskie kościoły i przyciągają ludzi w trudno wytłumaczalny sposób.
      Taka ciekawostka, Wielkie Piramidy stanowią osnowę systemu energetycznego naszej planety, i to one przenoszą subtelne energie na duże odległości, łącząc miejsca kultu na całej kuli ziemskiej. Nadal mam wątpliwości czy faktycznie postawili je samodzielnie nasi starożytni. Nadal nie mogę sobie dać z tym spokoju.


      Kilka postów wcześniej pisałam, że wezmę się za siebie, że zamierzam znaleźć "swoje miejsce". Ono aktualnie jest niedostępne, tam spadają lawiny, ostatnio słyszałam kilka z naprawdę bardzo bliska....
      Są takie miejsca, gdzie czuje się moc, a i są takie, w których po prostu jest pięknie i cicho. Potrzebuję tego, chwili wyciszenia, odgłosów natury, czystego powietrza, chwili, w której mogę spojrzeć na swoje życie z góry, być ponad to wszystko, na co się ono składa.
      Coraz częściej wędrujemy o porach, kiedy nie ma na szlaku turystów. Ja coraz częściej wychodzę samotnie na szlag we dnie, w których liczba napotykanych ludzi jest naprawdę znikoma. Sama z własnymi myślami, które nim wrócę, zostają uporządkowane, a złe emocje wysłane nie bliżej niż na Marsa. To jest nie tylko satysfakcja z pokonanego szlaku. To jest coś więcej, to podróż duchowa do wnętrza swego jestestwa. Wychodzisz rano, przesiąknięty codziennością, stresem pracy, znudzeniem z powodu przebiegu tygodnia, a wracasz inny, nowy, kompletnie zresetowany i świeży. Pośród codzienności musimy odnaleźć pokarm dla naszej twórczej duszy.
      Tak, zaczęłam dbać o siebie, częściej przemierzam szlaki, wędruję i rozwijam się.

A to główny powód mojego szczęścia :) Że nawet mi te Bandytki już nie straszne.
     Spędzanie czasu na łonie przyrody może się stać cudownym źródłem natchnienia. Natura kryje energię, która umożliwia kontakt z najgłębszymi sferami samego siebie.
      To chwila, zupełnie jak natchnienie. Znajdujemy dostęp do ukrytego wewnątrz ducha i odsłaniamy go. Natchnienie przychodzi, kiedy coś w świecie zewnętrznym zapala w nas iskrę i daje początek komunikatowi. Przypomina ona, że wszystkie odpowiedzi są w nas, i że my sami jesteśmy najmądrzejszymi czarnoksiężnikami, zdolnymi zdziałać prawdziwe cuda w przemianie nas samych.
      Spróbujcie tego doświadczyć, wyrwać się z codzienności, z macek omamiającego systemu. Wejdźcie na drzewo, zdobądźcie jakiś szczyt lub po prostu wybierzcie się na długi spacer do lasu. Zróbcie coś fascynującego, co pozwoli zestroić się z rytmem przyrody. To działa.

____________________________________
parę informacji zaczerpnęłam ze strony hipokrates2012.wordpress

8 komentarzy:

  1. Witaj Hexe.
    Ciekawe zdjęcia i post. Masz talent do wędrowania i opisywania.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał
    Poz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) To duży komplement od doświadczonego wędrowca!

      Usuń
  2. Instynktownie ciagnie mnie do natury. Gory, las tam odpoczywam i czerpie energie.
    Przyjemny spacerek sobie zafundowaliscie :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami gdy gdzieś idziemy, od momentu rozpoczęcia wędrówki, niektóre rzeczy przebiegają spontanicznie. Ale dewiza jest zawsze ta sama - zobaczyć, doświadczyć ciszy, naładować baterie. Życzę Ci szybkiego powrotu do zdrowia!

      Usuń
  3. Witaj:) Podoba mi się to co napisałaś.. Piękne zdjęcia. Ja ciągle szukam swojego miejsca a energię znajduję w górach:)) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za odwiedziny i zapraszam częściej po więcej górskich inspiracji :)

      Usuń
  4. Cały opis z początku brzmi jak klasyczna, jesienna chandra - na każdego czasem pada, wtedy nie ma innego wyjścia, jak przeczekać w możliwie najmniej męczących warunkach XD
    Podzielam Twoje zainteresowanie genezą piramid! One, jak wiele innych starożytnych tworów i wynalazków jest podejrzanie zaawansowana jak na czysto ludzkie możliwości... Zwłaszcza, jeśli porówna się je z wieloma innymi ludami, które do dziś takich cudów nie osiągnęły. Przypadek? Nie sądzę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To było odzwierciedlenie mojego stosunku do kilku dni pod rząd, zajętych maksymalnie samymi obowiązkami i małą ilością czasu na sen ;) Depresja, to ja nawet nie wiem co to jest, szczególnie w tych porach roku. To moje żywioły. ;)
      Mam taką zasadę, że kiedy jednak dopada mnie jakiś dołek - nie czekaj - pozbądź się go. Na tym wychodzę dużo lepiej.
      Dodaj do tego całą wiedzę starożytnych. Nauki do których my dopiero co doszliśmy. A oni to zrobili bez zaawansowanego technicznie sprzętu? Hmmm...

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.