sobota, 28 listopada 2015

Liechtenstein, Schellenberg - das Ruinen. Unter Burg - zamek niższy.

      "Znaczną część życia wypełnia ten sam dylemat: jak sprawiać wrażenie kogoś stanowczego i pełnego energii, kiedy dzieje się mniej niż nic?" Zapracowana codzienność bywa ciężka. Kiedy poziom mojego wigoru jest na poziomie ameby, trudno znaleźć w sobie chęci do czegoś więcej niż znikanie pod kołdrą niewidką.
      Czasami mam ochotę zapaść się w łóżko, wpaść w czwarty wymiar na trochę dłużej niż 5-6 godzin i najlepiej, gdyby wypełniane tam zwykłe obowiązki, przełożyły się na rzeczywistość, nie traciłabym czasu. Budzę się, a tu wszystko zrobione, byłoby cudownie. Ostatnio śniłam, że uczę się niemieckiego, rano zaserwowałam mężowi nowe słówka.
      W pracy mój mózg ulega dekapitacji. Nie ważne jak wypoczęta bym rano wstała, jak pełna energii optymizmu, praca stała się wyrokiem śmierci dla mojego mięśnia intelektualnego, a spiritus movens [inspirator do działań] przestaje istnieć. Później okazuje się, że ja nawet podtrzymać prostej rozmowy nie potrafię, ale na to składa się więcej czynników. Cóż, kiedyś trzeba ze sceny zejść...
       A jednak ich bin glücklich [szczęśliwa], jeżeli nie jestem zamieniona w intelektualną mumię, to nawet ładnie się uśmiecham i chętnie patrzę w słońce. To jesienno-zimowe, łagodne słoneczko.

Liechtenstein. Pogranicze.

Słońce tego dnia było bardzo mocne, wędrówkę rozpoczęliśmy w krótkich rękawach.
A zdjęcie pejzażu trzeba było przytłumić.
Za to gdy słońce już dotknęło grani, z plecaka wyszły najcieplejsze bluzy.
- Rzeczywistość górska.
Nie wyrzucaj śmieci, bo krówka będzie chora!
      Na moich zdjęciach widać, że jesień już powoli odchodzi, znikają krwiste czerwienie i głębokie burgundy. Zmiany tak naprawdę nastąpiły dużo gwałtowniej, pewnej nocy po prostu przyszła wielka, czarna chmura i zasypała mi kwiatki w korytku. Na szczęście reanimacja metodą ciepluchna domowego powiodła się.
      W tej chwili za oknem leży śnieg. Co prawda malutko, spadające leniwie wielkie płaty jak w reklamie Coca-Coli, wzruszyły moje czarne i podobno pozbawione emocji serce. Śnieg, gdzie by nie spadł, cieszy mnie jak dziecko, jest piękny, czysty.
      W Łodzi wyglądało to różnie... Póki padał piękny śnieg, póki było go dużo, zachwycał mnie. Nawet jogging w Łagiewnikach, gdzie śniegu po kolana, mimo przemoczonych butów dawał tyle radości, że sprawy sobie nie zdajecie. Ale później w mieście śnieg staje się żółty...
      Później siłą rzeczy przychodzą roztopy co w miastach kojarzy się z niespodziankami kontrastującymi z jego szarzejącą barwą... iście gówniana perspktywa. Ale ośnieżone parki nocą są bajeczne... Jak Bóg da, w tym roku będę mogła pewnej kryształowej nocy, przespacerować się kryształową aleją.



Droga do Shire?
Chyba nie... Widzicie na końcu drogi, wiszącą na drzewie głowę?
Straszaki na ludzi? Mieszkańca poniższej hacjendy na szczęście nie było.
Albo spał...

      Tsantsy wisiały wszędzie...  po zabiciu niechcianego gościa, tubylec odcinał jego głowę. Zdejmował z czaszki skórę razem z włosami. Zszywał usta i powieki, a następnie wygotowywał głowę, zapewne nad tym paleniskiem poniżej.
      Przez szyję wrzucał rozgrzane kamienie lub piasek, aby skóra skurczyła się jeszcze bardziej. Następnie zawieszał ją nad ogniem, aby stwardniała i sczerniała.


Nam na szczęście udało się przeżyć.
      Większość zdjęć z listopadowej wędrówki musiałam poddać desaturacji, mój staruszek aparat nie radzi sobie ze zmierzchem.


Od dawna mój podziw wzbudzały duże maszyny i marzę o wyciecze do Bełchatowa. O_o

      Ten zamek przedstawiałam Wam wraz z mapą dojazdu TUTAJ, na liczniejszych i bardziej udanych zdjęciach.
      Zamek górny, większa pozostałość w Schellenbergu, była zbudowana w 1200 i miała już wszystkie ważne elementy średniowiecznego kasztelu.

Ostatnia prosta na zamek.


       Natomiast celem dnia, nieplanowo, okazały się stochastycznie napotkane inne ruiny. Zmierzch w czasie wejścia na teren, był już zaawansowany w oszukiwaniu zmysłów. To druga moja szwajcarska wędrówka, która skończyła się pod osłoną nocy.






      Niższy zamek został wybudowany około 1250 roku, nazywany jest potocznie "ALT-Schellenberg". Ostateczny kształt i rozmiar osiągnął po 1350, jest znacznie mniejszy od wyższego zamku.
      Leży on kilkaset metrów na północ od głównej drogi między Schellenbergiem, a Mittleler Schellenbergiem. Zamek niższy jest jednym z pięciu istniejących zamków w Liechtensteinie z trzech zniszczonych.
      Przypuszczalnie obydwa zamki były zasiedlone w XVI wieku i ulegały niestety stopniowemu pogorszeniu. Jak to zwykle bywa - eksploatacja. Dopiero pod koniec szesnastego stulecia, przestał funkcjonować jako miejsce zamieszkania. Lecz dług później dopsuło go wojsko podczas wykorzystywana terenu w celach militarnych. Dziś na szczęście zyskał opiekuna/dozorcę.





      A później odkryłam miejsce mocy. To tam, gdzie człowiek czuje się inaczej - lepiej, pewniej, lub odwrotnie - czuje niepokój i chce uciekać. Ciągle przybywają do nich ludzie - pielgrzymi lub w tym przypadku turyści. Od zarania dziejów budowano na czakramach ziemi świątynie lub inne monumentalne budowle.
      Energia miejsc mocy jest najczęściej efektem działania naturalnego systemu energetycznego planety. Przez setki lub tysiące lat odprawiano rytuały i ceremonie łączące świat materialny ze światem Ducha. Dziesiątki lub setki tysięcy ludzi przechodziło w tych miejscach swoją transformację, swoje procesy i to powoduje, że dane miejsce sprzyja takim procesom także dzisiaj. Tak jakby energia pozostała w kamieniach, w budowlach.
      Czasami nieodparcie potrzebuję dotknąć w takim miejscu skały lub muru... Temu dotykowi towarzyszy uczucie mrowienia w opuszkach palców, spowodowanych bliskością z "czymś".


     To taka specyficzna intuicja, że gdy jesteśmy w miejscu mocy, czujemy jego energię, wtedy tak naprawdę aktywujemy własną energię. Ale odczuwanie zależy od bardzo ważnej kwestii - jakimi jesteśmy ludźmi? Żaden zamknięty na sprawy duchowe człowiek, nie poczuje nic.
     Czasami energia miejsca mocy działa w ten sposób, że „wywala” na wierzch to, czego już nie potrzebujemy. Może to być złość, smutek, agresja, etc. Dlatego też wiele ludzi pije alkohol i zaczyna palić w takich miejscach. One pulsują dziwną energią. Chory organizm szybciej wraca tam do zdrowia, a umysł łatwiej nawiązuje kontakt z wyższym wymiarem rzeczywistości.
      Są ludzie, których dłonie leczą, słowa przynoszą ulgę, a kontakt z nimi - swoiste objawienie. Są mikstury, które pomagają zachować zdrowie i poprawiają samopoczucie. Są rzeczy, które sprawiają radość, i miejsca na Ziemi, które ujawniają nasze nadprzyrodzone zdolności.
      Ziemia nie jest tylko wirującym w kosmosie kawałkiem skały. Jest źródłem dobroczynnej energii. To właśnie w tych miejscach budowano pogańskie świątynie, tam również powstawały pierwsze chrześcijańskie kościoły i przyciągają ludzi w trudno wytłumaczalny sposób.
      Taka ciekawostka, Wielkie Piramidy stanowią osnowę systemu energetycznego naszej planety, i to one przenoszą subtelne energie na duże odległości, łącząc miejsca kultu na całej kuli ziemskiej. Nadal mam wątpliwości czy faktycznie postawili je samodzielnie nasi starożytni. Nadal nie mogę sobie dać z tym spokoju.


      Kilka postów wcześniej pisałam, że wezmę się za siebie, że zamierzam znaleźć "swoje miejsce". Ono aktualnie jest niedostępne, tam spadają lawiny, ostatnio słyszałam kilka z naprawdę bardzo bliska....
      Są takie miejsca, gdzie czuje się moc, a i są takie, w których po prostu jest pięknie i cicho. Potrzebuję tego, chwili wyciszenia, odgłosów natury, czystego powietrza, chwili, w której mogę spojrzeć na swoje życie z góry, być ponad to wszystko, na co się ono składa.
      Coraz częściej wędrujemy o porach, kiedy nie ma na szlaku turystów. Ja coraz częściej wychodzę samotnie na szlag we dnie, w których liczba napotykanych ludzi jest naprawdę znikoma. Sama z własnymi myślami, które nim wrócę, zostają uporządkowane, a złe emocje wysłane nie bliżej niż na Marsa. To jest nie tylko satysfakcja z pokonanego szlaku. To jest coś więcej, to podróż duchowa do wnętrza swego jestestwa. Wychodzisz rano, przesiąknięty codziennością, stresem pracy, znudzeniem z powodu przebiegu tygodnia, a wracasz inny, nowy, kompletnie zresetowany i świeży. Pośród codzienności musimy odnaleźć pokarm dla naszej twórczej duszy.
      Tak, zaczęłam dbać o siebie, częściej przemierzam szlaki, wędruję i rozwijam się.

A to główny powód mojego szczęścia :) Że nawet mi te Bandytki już nie straszne.
     Spędzanie czasu na łonie przyrody może się stać cudownym źródłem natchnienia. Natura kryje energię, która umożliwia kontakt z najgłębszymi sferami samego siebie.
      To chwila, zupełnie jak natchnienie. Znajdujemy dostęp do ukrytego wewnątrz ducha i odsłaniamy go. Natchnienie przychodzi, kiedy coś w świecie zewnętrznym zapala w nas iskrę i daje początek komunikatowi. Przypomina ona, że wszystkie odpowiedzi są w nas, i że my sami jesteśmy najmądrzejszymi czarnoksiężnikami, zdolnymi zdziałać prawdziwe cuda w przemianie nas samych.
      Spróbujcie tego doświadczyć, wyrwać się z codzienności, z macek omamiającego systemu. Wejdźcie na drzewo, zdobądźcie jakiś szczyt lub po prostu wybierzcie się na długi spacer do lasu. Zróbcie coś fascynującego, co pozwoli zestroić się z rytmem przyrody. To działa.

____________________________________
parę informacji zaczerpnęłam ze strony hipokrates2012.wordpress

środa, 25 listopada 2015

Wędrówka po zielonym wąwozie.

      Świadomość, że istnieje tak wiele ścieżek, wprawia mnie w bardzo dobry nastrój. Mnie, jako wędrowca, który nie spocznie, nie zatrzyma się nigdy i nie wyznaczy sobie celu. Lubię wrócić od czasu do czasu na dobrze mi znane szlaki. Wędrowanie wśród natury przepełnia mnie optymizmem, daje poczucie bezpieczeństwa, że poza systemem jest coś jeszcze. Przydaje mocy za sprawą oczarowania naturalnym pięknem.


      Niećwiczony  umysł, staje się mniej sprawny, traci większość ze swej błyskotliwości. Tak jak ciało - nieużywane mięśnie ulegają atrofii, dlatego tak ważna jest systematyczność. Ja to nazywam "więdnięciem ciała". Zmierzam do tego aby zauważyć, że zasiedzenie się w domu powoduje zwiędnięcie naszej osobowości, stajemy się nijacy. Jeśli wkurza Cię ta opinia, znaczy że powinieneś przyjrzeć się dokładniej swej codzienności.
      Rodzaj ćwiczeń też jest ważny, muszą być one takie, aby sprawiały przyjemność, a nie wprawiały w znudzenie, co nie jest efektywne podczas ćwiczeń fizycznych ciała. Dla umysłu ćwiczenia/nauka powinny być interesujące, podniecające. Dla naszej duszy podbudowujące i odświeżające. Nie gnuśniejmy.


      To samo dotyczy relaksu. Wywołuje on w umyśle poczucie szczęścia, mięśnie reagują szybciej na ćwiczenia, gdy jesteś zrelaksowany, jesteś pogodniejszy, uprzejmiejszy, ludzie miło na Ciebie reagują. Jeśli Twoja psychika jest napięta, ponieważ przedostaje się do niej pewna ilość niepokojących myśli, konstruktywne myślenie zostaje utrudnione.
      Sztuka polega na tym aby stymulować i rozwijać zdolności. Samokontrola w sobie, dyscyplina i umiejętność uzyskiwania coraz pełniejszych stopni ekstazy podczas spoczynku.
      Frustracja nie jest nieuleczalną, psychiczną przypadłością. Jest tworem niekontrolowanego umysłu. Frustracja sprawia, że nie potrafimy jasno myśleć i wyolbrzymiamy swoje problemy, aż całkiem zajmują umysł.
      Kiedy umysł jest w chaosie, staje się niezorganizowany, a nasze zdolności zmniejszają się. Nawet pamięć u ludzi dobrze zdyscyplinowanych jest o wiele wyraźniejsza niż u ludzi o umysłach nieuporządkowanych.


      Utrzymanie swojej koncentracji na jednej pracy, aż się całą sprawę zakończy, to naprawdę osiągnięcie. Mówiono mi w domu zawsze, "najpierw skończ to, co zaczęłaś", tymczasem wszedłszy w świat dorosły, rozpoczęłam pierwszą pracę i tam zaczęły się schody, toż to był chaos! Kilka rzeczy do zrobienia na już i grzmiące w głowie słowa kierownika "naucz się wykonywać kilka zadań jednocześnie".  Prędkość - a nie skupienie i dokładność.
      Byłam z początku fatalnym pracownikiem. Wkrótce jednak mój umysł się wyostrzył, nabrał sprytu. Umiejętność koncentrowania się na jednym zadaniu, buduje umiejętność wyrażania swoich myśli, ale słabo sprawdza się w niektórych zawodach, trzeba być więc elastycznym.

      Wiemy już co hamuje umysł:

  • niewysypianie się
  • pęd pracy, chaos zadaniowy
  • frustracja
  • zmartwienia

Przyłapana na skupieniu.
      Metody na stymulację:

  • krzyżówki
  • gry logiczne
  • zabawa w synonimy (mam to każdorazowo, gdy piszę posta :P)
  • pisanie i czytanie
  • sudoku

      Zdyscyplinowanie, umiejętność planowania i rozpoznawanie priorytetów - nagle wszystko o czym wcześniej pisałam, zaczyna sklejać się w stabilną całość, prawda? Pozostaje jeszcze samodoskonalenie.


      Nie myl mojej osobowości z podejściem do Ciebie. Moja osobowość wyraża mnie, a moje podejście zależy od tego, kim Ty jesteś. Choć mówi się, że nie można żyć bez ludzi, osobiście uważam, że tlen jest ważniejszy, dlatego jeżeli mam się otaczać niewłaściwymi osobami, wolę zostać samotnikiem. Z klei tych bratnich dusz cholernie brakuje. Chciałabym znów móc zobaczyć w ich oczach odbicie dawnej siebie. Przypomnieć sobie jaka jestem. nie być dłużej przezroczysta.
      Czy wszystko zmierza właściwym torem?

Tablica wspomnień i pamiątek, które dostałam od moich ludzi. :)
      Do końca roku wprowadzę tutaj pewne zmiany techniczne, wizualne dla Was w odbiorze. Podarowano mi do ręki kolejną możliwość podniesienia jakości moich prezentacji wędrówek. Rozwój pasji idzie we właściwym kierunku, tego jestem pewna. Testy wykazały, że zmiany będą zauważalne :)

sobota, 21 listopada 2015

Burgruine Wartau.

      Ta wędrówka była czymś niezwykłym, to total brutal perversion dla zmysłów i z tego miejsca pragnę oświadczyć publicznie, że polubiłam góry. (prawdopodobnie jest to aktualne tylko do wiosny). Jesień uczyniła z porośniętych lasami wzniesień, ogromne widowisko z pełną paletą barw.
      I wygląda na to, że wreszcie dogoniłam aktualny czas. Już niewiele mi zostało albumów do pokazania Wam, a wszystkie są z bieżącego miesiąca.




      Domowy seans filmowy sprawia dużo przyjemności. Na przestrzeni lat, można rzec, poznałam wystarczająco wiele fabularnych historii, by zauważyć dwa wspólne mianowniki tych najlepszych tytułów. Kiedy mamy dobry film, kiedy nawet z nudnawego pomysłu, można wykrzesać coś zachęcającego i które produkcje kinowe sprzedają się najlepiej?




      Największą popularnością cieszą się filmy, w których istnieje zupełnie sfiksowany bohater. (Sid, Jack Sparrow, Osioł) Ale może być również cyniczny w brawurowy i osobliwy dla siebie sposób, lecz z ogromnym poczuciem (niekiedy ukrywanego) humoru oraz przede wszystkim wielkiego potencjału inteligencji plus do tego rozległa wiedza.
      Największy sukces zyskują produkcje, w których tytułowa postać jest właśnie taka. (Jeszcze raz Jack Sparrow. Kto jeszcze? Tony Stark, Gregory House itd.)






A później wkroczyliśmy na potworzastą drogę.
Co byście zrobili, widząc na górskim szlaku znak na nietoperze,
a wcześniej tablicę zawierającą mroczne legendy?
      Bardzo chwytliwe charaktery to także, choć zwykle pozbawione optymizmu i w dziwny sposób pociągające - kobiety buntowniczki. I tu mnie naszła taka myśl, czemu zwykle są przedstawione jako sfrustrowane seksualnie furiatki? Bardzo złe oj złe kobiety, które zazwyczaj w trakcie trwania fabuły, mają focha, nienawidzą, odtrącają, ale jak już jakiś pan posiądzie taką, to staje się dzika i... chętna. One wszystkie mówią nie, a myślą tak, i kto do jasnej cholery wymyślił ten stereotyp?
      Piszę tutaj o konkretnych typach bohaterek, zwykle po traumatycznych przejściach z wojowniczym ego o zaskakująco zimnym pożyciu seksualnym. Wybaczcie, że i o tym piszę, ale kino jest przesiąknięte seksem i to aż w oczy pali.



      Nauka wie, że libido spada na skutek spadku poziomu zarówno progesteronu jak i estrogenu. Kobiety, które ogólnie mają wysoki poziom estrogenów, są dosyć łagodne i w pewnych dniach owulacji, chętniej uprawiają seks (mimo tego, że poziom estrogenów spada), ale te bohaterki nie są łagodne. Charakteryzuje je naturalnie wysoki poziom progesteronu, przez co nie przejawiają chęci do miłosnych igraszek, są zwyczajnie "wkurzone". Są złe, złe do szpiku kości. I oto mamy portret hormonalny bohaterki.



      Na poziom libido wpływa także prolaktyna - hormon w najwyższym stężeniu występujący u kobiet po porodzie. Wysoki poziom prolaktyny blokuje owulację i obniża popęd płciowy. To naturalnie występujące zjawisko mające na celu zapobieganie zbyt szybkiemu kolejnemu poczęciu, ale wojowniczka i dzieciak? Twarda bohaterka nie chce mieć dzieci, albo jest super tajną agentką i nie może ich mieć, co też czasem bywa powodem frustracji. Jest więc tylko zła, zła ale i seksowna, pożądana, a przy tym lubi gardzić mężczyznami, co oczywiście swój zenit osiąga między jednym, a drugim punktem zwrotnym w akcji filmu, dopóty samiec alfa nie postawi na swoim.
      I wszystkie one piją! Zaskakujące... Pójdźmy dalej w medycynę.
   Badania wykazały pozytywny wpływ kieliszka czerwonego wina na pożądanie seksualne u kobiet. Czerwone wino rozszerza naczynia krwionośne i zwiększa dopływ krwi do kluczowych obszarów pobudzenia, jednak zbyt duże ilości alkoholu mają działanie zupełnie odwrotne, co by nijak miało się do kolejnego, dobrze nam znanego stereotypu.




      Równie popularne na ekranie są frustracje typu "ja go chędożę, a on i tak umawia się z inną". I nadal te kobiety pozostają mściwe i złe, złe do szpiku kości i znów wszystko w ich życiu krąży niczym elektron wokół mężczyzn. Świat kina kręci się wyłącznie wokół facetów.

A tu, postanowiłam poćwiczyć efekt kameleona
i wtopić się w skałę.



      Większość bohaterek cechuje kształtny biust i szczupła talia. Mężczyźni zaś, z frustracją seksualną nie mają kłopotów, mogą mieć każdą, chodzą na dziwki, są kogutami, bohaterami. Oglądamy na ekranie przystojnych samców alfa z wyrzeźbioną klatą, którzy są gotowi na wszystko i niczego się nie boją. Zdobywają te wojownicze furiatki, a reżyserzy osiągają swój cel - popularne kino akcji z wątkiem romantycznym.






      Podobno dobry aktor może sobie dobierać filmy, w których zagra. Podrzędnym przewidziano seriale. Załóżmy, że jestem tym dobrym... i że wgl. jestem aktorką: w jakim filmie mogłabym siebie obsadzić? Na pewno kostiumowym, interesują mnie czasy średniowieczne. Umiejętność jazdy konnej już posiadam, brak błędnika kiedy jestem w siodle również, więc kaskader nie byłby potrzebny. W pewnym bractwie słowiańskim, nauczono mnie onegdaj strzelać celnie z łuku, miecz w ręce potrafię utrzymać, bo siłę na to mam, zdolność tą sprawdzałam, więc słów na wiatr nie rzucam. Wygląda na to, że jestem w tej epoce prawie wszechstronna, gorzej z rolami typowo kobiecymi... O_o
      W sukni bym się najprawdopodobniej zabiła na pierwszych schodach. Haftowałam kiedyś serwetki, ale na kręgosłup bym tyle nie wysiedziała. Rolnikiem bym mogła zostać, lecz kogo zaciekawi bohater - farmer? Ponadto wyznaję zasadę "jeśli masz wiedzę, nigdy nie będziesz sterowany", wówczas lenno stałoby pod znakiem zapytania, bo kto mądry oddaje część plonu miast wszystko sprzedać? A i czas na książki mieć bardzo lubię, żeby nie tylko w tej glebie dłubać.
      Zamki są piękne choć zimne i surowe, to prawda. Lubię zapach komnat, stare meble, dobrze się tam czuję, lecz jednak nie mogłabym być władzą, korona mnie nie pociąga. Za to strategiem wojskowym mogłabym być, bardzo lubię mapy, w czasacg dzieciństwa przechodziłam wszystkie gry strategiczne. :P Ogólnie rzecz ujmując lubię tę tematykę. Mogłabym więc być dowódcą wojska, ale czynnym, nie jak tchórz. Zbroi jednak nie lubię, ograniczałaby moje ruchy, wolę szybką, zwinną walkę. Nie jak rycerz, jak wojownik.
      W takim razie kim ja mam zostać na tym planie filmowym?



      Centralny zamek główny składa się z potężnych, wysokich na cztery piętra grubych murów, choć budowla wydaje się niewielka. Górne piętra zostały przebudowane około w 1500 r. Wysokość wieży wynosi 22 m, piętro 4 m wysokości. Ściany są grube do 1,75 m.



      Wewnątrz były użyte zaprawy wapienne. Parter prawdopodobnie nigdy nie był zamieszkany, ale nie brakuje w ścianach otworów dla światła i powietrza. Przypuszczalnie mieściła się tam kuchnia, spiżarnia oraz piwnica.
      Miejsce kobiety jest w kuchni. Miejsce mężczyzny jest w kuchni. W kuchni jest jedzenie!


      Dziś nie ma sufitów, pozostały jedynie otwory po belkach, a na ostatnim piętrze, są trzy łukowate okna.


Tu doskonale widać grubość murów.
      Badania wykazały, że najprawdopodobniej zamek wzniesiono w 1225 roku, a powiększono go o czwarte piętro dopiero w 1400.
     Stromo opadający teren poza murami, tworzy pierścień fosy.





      W Szwajcarii, każdy teren przeznaczony do zwiedzania, czy to górski szlak, czy ruiny zamkowe, znajdziemy miejsce do biwakowania.
      Prosię z jabłkiem w pysku? Nie zupełnie, bo dopiero w późniejszych czasach stoły królewskie uginały się pod mięsiwem i innymi potrawami. Kuchnię średniowiecza cechowało szczególne upodobanie do nadmiaru ingrediencji (rozmaitych przypraw, zacierających właściwy smak potraw), co w epoce tego zamku, być może już z wolna wchodziło na stoły szlacheckie. Pamiętam pewien przypis, ”Soli i wszelkiego rodzaju korzeni żaden naród nie używa tak obficie jak Polacy”, powiedział to Fryzyjczyk Ulryk von Werdum, relacjonując swoje wrażenia z wizyty w naszej ojczyźnie.
      W średniowieczu spożywano mało chleba, za to dużo mięsa, podobnie jak kasze i groch podawane jako dodatki. Hołdowano zasadzie: tłusto, obficie i pieprznie. Ziemniaki pojawiły się na dworach magnackich dopiero na początku XVIII w.
      I teraz dla mnie hiper ważne wydarzenie historyczne - z osobą królowej Marysieńki (która wprowadziła na polski stół niejedną francuską potrawę) wiąże się jej (i moje) ulubione danie – omlet.



      Czasy te uchodzą za wyjątkowo mroczne, kojarzą się z burymi kolorami, szarością surowych murów etc. Pokazywałam już, że zamki bywały niezwykle kolorowe, pamiętacie wędrówkę po fortecach Warmii i Mazur? W Szwajcarii jednak trudno jest mi dojrzeć kolory. Tej historii dopiero się uczę, a czas sprawił to, że nie ujrzałam jak dotąd ani jednej barwy.
      XIII w. to jeden z bardziej interesujących mnie wieków, ludzkość dopiero wkraczała na drogę do największego rozkwitu epoki, rozwijały się najzacniejsze rzemiosła i inne zawody.
      Czy wiecie np., że egzekucje i tortury, to niejedyne czynności, jakie kat wykonywał w miejscu swojego urzędowania? Prowadzenie domu publicznego, dbanie o czystość w miastach... Jego wiedza na temat budowy ciała ludzkiego, układu mięśni i stawów, która wynikała z racji wykonywanego zawodu, była niekiedy wystarczająca, aby nielegalnie leczyć ludzi, czyli zajmować się felczerstwem. Usługi lekarskie nie wchodziły w urzędowy zakres obowiązków kata, ale z pewnością dostarczały mu dodatkowego zarobku.
      Mimo częstych niepowodzeń tego typu praktyk, plebs miejski czy też chłopi z okolicznych wsi woleli z problemami zdrowotnymi udać się do mistrza katowskiego niż do wykształconego cyrulika. Konkurencyjne ceny?


      Opuszczaliśmy zamek gdy zapadał mrok. Wędrówka przez górski szlak pod osłoną nocy była bajecznym doświadczeniem. Kiedy wzrok zaczął zawodzić, wyostrzyły się pozostałe zmysły. Cudowne uczucie.







      Życzy­li mi księcia z baj­ki i piękne­go zam­ku. I to wszystko znalazłam za sied­mioma góra­mi, za siedmioma rze­kami i za siedmioma la­sami. Tak bar­dzo chcieli się mnie pozbyć? O_o
      Tak naprawdę ja nigdy nie szukałam bajki. Powiem to słowami Anji O., "Ja nie szukam bajki w życiu swoim. Bajki są okrutne."
      I pamiętajcie - gdy nadejdzie czas białego zimna, nie jedzcie żółtego śniegu.


Dodatkowe informacje o zamku dla znających język:



Lokalizacja: