sobota, 19 września 2015

Schloss Laufen i Rheinfall. Miodowego wcale nie koniec!

      Mimo powrotu do domu, to nie był koniec Miodowych Dni. Właściwie jeszcze długo nie był, nawet po powrocie do pracy. Myślę, że to stan ducha bardziej niż jedna konkretna podróż, w ramach której świętuje się swoje małżeństwo. Poczucie nowego początku, odmiana nie tylko w dowodzie.
      Laufen-Uhwiesen to mała miejscowość w północnej Szwajcarii, położona w kantonie w Zurych w bezpośrednim sąsiedztwie Wodospadu Rheinfall (przełom Renu).
      Rheinfall to największy pod względem przepływu wodospad Europy. Nad wodogrzmotem góruje średniowieczny zamek warowny Laufen. W przeszłości stanowił siedzibę możnego rodu Laufen.







      Lato jest jak najwspanialszy sen zmącony widokiem okropnym lepkiej nici pająka. Naprężona, gotowa na uzupełnienie sieć, bo jeszcze nie ukończona. A ja, Pajęczarka Marzeń, choć niemiły mi ten obrazek, z przyjemnością tkam tę siateczkę dalej. A co było dalej?


      Z zamku prowadzi do wodospadu specjalna ścieżka. Można skorzystać również ze szklanej windy, a turyści chętni do zobaczenia drugiego brzegu mogą przepłynąć Ren wodną taksówką.
      My udaliśmy się ścieżką, wróciliśmy windą widokową.





      Wszedłszy na orbitę emocji, doznań i wrażeń, spojrzałam w ludzkie twarze. Oglądałam, byłam widzem jak przez kolorowe szkła zabarwione akwarelą marzeń. Byłam słuchaczem ich libretto. Podczas nocnego przelotu ktoś w sieć moją wplątał słów kilka. Złapałam księżycowy promień myśli towarzysza. On wskoczył na orbitę, złożył swoje skrzydła, a moja pajęczyna przesiała z tych słów znaczeń kilka.





      Na tęczowej pajęczynie, która światła odbijała nocne i tak pięknie wyglądała, usiadł sens i złapał się w sieć, próbując zerwać moje nici i ulecieć hen. Przypatrywał się towarzysz, patrzyłam i ja. Sens ów był pointą nadchodzącego dnia. Wypiję z niego sok, zatruję jego ciało, tchu pozbawię, wchłonę w siebie z czystą ekstazą.







      I znów jak co rano, znając imię swego dnia, wiedząc co przyniesie i czy wieczór nadejdzie, sama - śmielsza i nieodgadniona - przyszły czas odgadłam. Bo Pajęczarka swe marzenia z nadzieją tka, bo rzeczywistość nie ma tajemnic. Jasna i przewidywalna dla niej trwa.








      Czas nie miał znaczenia, kwitnące kwiaty żegnały lato, a dziś nie zwracają uwagi na to, że go już nie ma. W półmroku poranka przypominam sobie, że zaledwie 2 tyg. o tej porze świeciło słońce. Teraz pada ożywczy deszcz.

      "A change came over the spirit of my dream."
~ Lord Byron








      Duch żywiołu wody wypełnia mnie zawsze energią. W deszczowe dni nie mam problemu z zachowaniem dobrej formy. Nie przysypiam, myślę trzeźwo, sprawnie pracuję, szybciej się uczę.
       Lubię moknąć, biegać w deszczu. Kocham patrzeć na wodospady. Woda miesza się, zapętla, wydziela intensywny zapach. Łagodzi wszelkie furie minionego dnia. A właściwie możliwe, że już nauczyłam się na nowo ignorować przyczynki. Czasami trudno jest zachować pokerową twarz w obliczu idiotyzmów niektórych ludzi.










video

       Powiadają, że słowo potrafi ranić niczym nóż. Należy tak sprawować swoje stanowisko, aby niczyje słowo czy jego leksem, nie było warte nawet wysłuchania - jeżeli nie ma w nich choć krzty słuszności, sensu i tego coraz rzadszego powabu prawdy. Dlaczego o tym wspominam?






       W moim mniemaniu, wszelkie verbum świadczy o nas. Jest to uzewnętrznienie naszego ja: to jak mówimy, jak się wypowiadamy. Nasze świadectwo kultury prywatnej. Owszem, czasem zdarza się przekląć, podobno ludzie, którzy często przeklinają, są bardziej szczerzy w relacjach z przyjaciółmi. Wykazują się też lojalnością i otwartością, ale granice trzeba znać i nie w każdej sytuacji przystoi obnosić się z emocjami.
       Są tacy ludzie, przy których mi uszy więdną, choć mnie nie jest łatwo zgorszyć, póki personalnie się mnie nie obrazi. Ale ta szczerość i wylewność prowadzi niekiedy do smętnych w skutkach i jałowych dyskusji, a w zasadzie monologu, bo bywa, że ja w zawieszeniu, powtarzam, potwierdzam, słucham a zwyczajnie wyjść z podziwu nad fantasmagorią nie mogę. Bo jeżeli osoba taka sądzi, iż przez swą nader emocjonalnie okazaną szczerość, ja uwierzę w każde słowo, to może się domyślać tylko, gdzie obecnie to mam i ile już osób wie o jego podwójnej moralności i dwulicowości, które sobą reprezentował.






      Rzecz jasna, wszystkie maski i fałszywe oblicza, były jedynie lustrami życiowych nieszczęść i porażek. Wyimaginowane żale, zadbane wizje najgorszych koszmarów uzupełnione o najdrobniejsze szczegóły, wyciągane z najdalszych zakamarków umysłu, heliograficzne obrazy. Nie trzeba być specjalistą aby odgadnąć szerokie pole działań. By nie dać się poddać temu szałowi, trzeba zidentyfikować sojuszników (należałoby trzymać ich na dystans). Przekonani do pomysłów, tkwiący w koalicji, umiejętnie prowadzeni w głęboki świat absurdu i ciekawych - sama nie przeczę - historii o mnie.
      Do genezy tych dziwactw doprowadziła mnie prościutka analiza przeszłości. Koncepcja rodem z głowy Alberta O. Hirschmana - używa 3 podstawowych typów argumentacji, dosłownie jakby to studiował!
      Tylko pogratulować technik perswazji, ale są one wykorzystywane nieetycznie. Słowa użyte w pewnym momencie, wpływają na umysły i życie ludzi.

      Wg moich obserwacji, ludzie wiarygodni nie kiwają nerwowo głowami, nie wiercą się na krzesłach i nie klną w każdym zdaniu. Po prostu patrzą w oczy ze stoickim spokojem i wiadomo, że nie rykną za moment na rozmówcę, gdy ten będzie miał odmienne zdanie.
      Nie uwierzę i nie ufam ludziom - "Kostkom Domina". Podjęcie każdej dyskusji z nimi, uruchamia całą serię zdarzeń nieuchronnie prowadzących do bezprecedensowej katastrofy. Małostkowość i niezbyt udane życie prywatne, co podkreśla na każdym kroku (termin: "Bogactwo Życia" tu nie istnieje).
      Cóż, jako oponent, musiała dobrze poznać dyskutanta, przede wszystkim zrozumieć jego sposób myślenia. Jaki ma cel i do czego dąży, o tym w zasadzie już usłyszałam prosto w twarz. Być może stanowię personifikację jakiejś nieudanej, dziurę, którą należy załatać, przeszkodę, którą trzeba usunąć.
      Dla mnie oczywiste jest, że jeżeli rozmówca osądza, oczernia, a potem na wskazane mu błędy reaguje ofensywnie, nie jest wiarygodny. A jeżeli obraża bliskie mi osoby, staje się nie tylko moim adwersarzem, ale po prostu wrogiem.

      Sprawa jest już dosyć mocno przedawniona, ale czas pozwolił wyciągnąć świadome wnioski i poukładać sobie w głowie co nieco. Czas ostatecznie rozprawić się ze swoimi demonami i wyrzucić to, co niepotrzebne, wszak idzie Nowy Rok, nowy etap, do którego miło będzie wejść z czystą kartą. Żadnych problemów, Kochani, więcej nie chcę mieć. Nie warto przejmować się ludźmi, którzy sieją zamęt.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w moim lasku, w którym to
zawitała również jesień.

      Jak to się właściwie stało? Problem stanowi pamięć umysłu. Faktem jest, że rozwiązanie konfliktu, w którym jedna ze stron została znieważona i włożono jej do ust słowa, których nie wypowiedziała, a wypowiedziane spreparowano - jest niemożliwa.
      Umysł wszczynającego aferę, wypełnia puste miejsce czym popadnie. To taki moment kiedy człowiek opowiada co słyszał i widział, coś co w rzeczywistości nie miało miejsca w obrazowany przez niego sposób, ale wydarzyło się, lecz miało inne podstawy i kontekst, jednak on uwierzył już, że było własnie tak jak mówi. Jak można polegać na takiej osobie? Możemy najwyżej zaproponować badanie z dziedziny neurologii.
      A już największym łajdactwem jest przeciskanie bzdur przez szczeliny drzwi do cudzego domu rodzinnego, w którym na całe szczęście nie było problemu z rozpoznaniem łgarstwa.
      Ludzie nie lubią dysonansu poznawczego. Większość nie potrafi mieć w głowie dwóch sprzecznych koncepcji, więc po prostu wybierają ideę tego, co głośniej krzyczy (czyt. ma uznanie) i usuwa resztę, głębiej się nad tym nie zastanawiając.

"Prawda nie jest prawdą, dopóki ludzie ci nie uwierzą."
- William Bernbach

      Nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg, jest to ukryty sposób i hipnotyzująca metoda, niezwykle skuteczna. To trafia prosto do podświadomości i działa jak wirus. Ja i moja rodzina jesteśmy jednak elastyczni i w pewnym sensie przyzwyczajeni do podobnych ekscesów. Tu jedynie przyznam, że rozmach był szerszy niż zwykle.

"Jeśli nie możesz ich przekonać, namieszaj im w głowach"
- Harry S. Truman

      - tak to podziałało. Udokumentowano 20 sposobów perswazji w opowiadaniu historii. Celem jest uzyskanie wpływu na innych, a ryzykiem, że ktoś się zorientuje.
      Gałganiarze są czarujący, dzielą się chętnie informacjami w bardzo prosty i przystępny sposób, są pomocni. Lubią opowiadać o swojej przeszłości celowo bardzo osobiste rzeczy, które zawierają dane weryfikowalne historycznie. Są charyzmatyczni, towarzyscy i wygadani. Kochają metodę "na szpilę" - poznać ofiarę i wbić igłę w czułe miejsce, najlepiej publicznie i uwydatnić niekontrolowane, trochę gorsze cechy ofiary, a potem pociągać za sznurki. Zwrócić uwagę obecnych na pewne szczegóły, co potwierdzi parszywą historię i mamy aferę, prosty przepis na skandal. Zręcznie, subtelnie, banalnie proste. Pisał o tym Kvin Hogan w książce "Ukryta perswazja".

      Zamykam ten sensacyjny epizod definitywnie, porządki jednak trwają, więc tłem moich podróży, stanie się jeszcze niejedna kwestia do schowania między bajki.

4 komentarze:

  1. Piękne miejsce!!! Szum wody dźwięczy mi w uszach patrząc na te zdjęcia!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było dosyć głośno,ale to był naprawdę przyjemny dźwięk. Mogłabym powiedzieć nawet, że dla tych, którzy potrzebują ciszy i spokoju, polecam morskie fale lub szum wodospadu. ;)

      Usuń
  2. Rzeka robi niesamowite wrażenie :O

    OdpowiedzUsuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.