wtorek, 22 września 2015

"Polubić Szwajcarię"

      Ślub, wesele, Miodowe dni... Przeżyłam to zupełnie bezstresowo. Moja panieńska przeszłość została wysuszona i wtyknięta ostrożnie do wazonu, jest unikalna, mimo że to jednak przeszłość. Sprawdziłam takim popularnym sposobem liczenia na układzie scalonym szkieletu moich dłoni, że mieszkam tutaj już ponad 9 miesięcy. Z obiektywnego punktu widzenia nie jest to nic wyjątkowego. Wyprowadzka za granicę w dzisiejszych czasach nie budzi już większych emocji, podobnie jak nikt się nie emocjonuje, że na koniec roku kończy się kalendarz i trzeba kupić nowy.
      Notabene, zostały jeszcze 3 miesiące do Nowego Roku (niezawodne kosteczki) a już w sprzedaży pojawiły się nowe kalendarze tematyczne. Zastanawiam się, czy przyszły rok też powinien być pod znakiem sów.

      Wiadomo, ludzie mają sytuacje zwrotne, "coś się kończy, coś się zaczyna", dokonują wyborów, ale zawsze jednak daleka wyprowadzka, to zmiana z przytupem. A jednak wbrew temu co się ludziom wydaje, nie zostawiłam niepowodzeń i biedy na cześć glorii i chwały szwajcarskiego konta. Jestem na etapie nauki życia w tym kraju, to nie przychodzi łatwo ani szybko. Na szczęście jestem w tym cierpliwa, czego też musiałam się nauczyć...
      Mimo wszystko od pierwszego stycznia miałam obowiązek stać się zdecydowanie osobą koherentną w trybie swych działań. Trudno jest jednak nie dać się rozproszyć przez ogólnie pojmowane życie. Byłam zawsze zdyscyplinowana i metodyczna, ale dodatkowo musiałam posiąść umiejętność zapętlania czasu, którą obecnie nadal udoskonalam i wciąż jeszcze brak mi doświadczenia.
      Dość często potrzebuję sobie fabrykować specjalny płyn na bazie kawy i czekolady, robię to tak: kawa naturalna parzona w kafeterce (nie znoszę fusów w kubku), mleko, najczęściej kokosowe, oraz ciemna czekolada, jedna kosteczka. Może być kakao mielone, dwie łyżeczki. Szczypta cynamonu i imbiru. A i tak nadal nie wiem, skąd się biorą moje złe humory.

Myślę, że to już definitywne pożegnanie lata.
Jeszcze niedawno uświadczyłam miłe mi 25 stp. C,
lekki wiatr, przyjemnie naprawdę.
Mogłoby przez całe wakacje tak być.
Jeżeli chce­my być szczęśli­wi na chwilę - wys­tar­czy tyl­ko zam­knąć oczy.
Jeśli jed­nak chce­my zna­leźć stałe szczęście,
na­leży zam­knąć oczy, ot­wierając tym sa­mym serce. 
A po chwi­li szczęścia, ciężko znów stąpać po ziemi. 
      Usłyszałam kiedyś od osoby, która twierdzi, że mnie bardzo dobrze zna, że jestem pod wrażeniem tego kraju i to ono właśnie mnie tutaj sprowadziło. Jestem ciekawa jak długo i jak bardzo można być pod wrażeniem państwa, żeby dać się z tej przyczyny zaobrączkować. Z tego co mi wiadomo, na sponsoring jestem już za stara, poza tym nie umiem poprosić nawet o drobne na worki na śmieci, a co dopiero o buty czy nowy tusz do rzęs, notabene, tak mi na tych rzeczach zależy, że na własny ślub nie zrobiłam makijażu, co jakoby ze sponsoringu mnie definitywnie dyskwalifikuje, bo nawet nie wyglądam. Z moich preferencji wynika, że prędzej mi do ascezy, (kiedyś spróbowałam i podobała mi się, to naprawdę uwalnia umysł od materializmu i konsumpcjonizmu), niż do gromadzenia rzeczy i jarania się nowym zameldowaniem.
      Potrzeba mi otworzyć - zupełnie dla własnej przyjemności i dalszego rozwoju progresu, aby ten był pełny - cykl "Polubić Szwajcarię", ponieważ jednak ja znam siebie lepiej i wiem jakie mam preferencje, w przeciwieństwie do osoby, która twierdzi, że wie. Otóż mam z tym krajem problem.
      Owszem, cieszę się, że nie muszę już jeździć polskimi tramwajami. Pomimo zrobionego prawa jazdy, jakoś nie potrafię przełamać się do prowadzenia, nie wiem, nie chce mi się, czy co... więc jest to w jakimś stopniu dla mnie ważne. Tutaj klimatyzowane autobusy, które nigdy się nie spóźniają więcej niż 3 minuty, mają niestety swoją cenę, więc czasami rozważam przełamanie oporu.
      Poza tym ja bardzo lubię być pasażerem. Nie trzeba uważać, gdzie się jedzie. Można zająć się swoim światem wewnętrznym, po spakowaniu się w mentalną błonę wzmocnioną empetrójkami lub literaturą. Pod kopułką czaszki może się wiele wydarzyć - lubię w trasie medytować poprzez wizualizację, w związku z czym przeżywam różne emocje. Mogę chichotać, płakać, i nie powiem co jeszcze... Jako pasażer samochodu tępię w sobie tą dziwaczną przyjemność aby nie przerażać kierowcy.
      No dobrze. Chaotyczny ów, oraz ostatnio rzadziej spotykany "nowy post", to odzwierciedlenie ostatnio epizodycznie ukazującego się w środku tygodnia czasu wolnego (ale już niedługo ferie). Czeka na mnie stos pracy domowej, nowych słówek i gramatyki niemieckiej. Ale nie ma jak poranna kawa i popołudniowa zmiana w pracy. Do wieczora zamierzam wszystko mieć zrobione, a środa będzie pod znakiem doktryny edukacji, której to dogmatyczne twierdzenie, ma zauważalne oparcie w rzeczywistości, więc tym chętniej do tego pochodzę.
      Mam zajęcia dwa razy w tygodniu. Verflucht Hausaufgabe! Samorozwój nadaje sens życiu. Lubię mieć satysfakcję, jeśli się czegoś nauczę i przynosi mi to wymierne efekty, nawet czasem mi się to przydarza, choć ze zrozumiałych przyczyn odczuwam równie wymierny niepokój przed dostaniem się w tryby życiowego zgniatacza poczucia własnej wartości, jeśli mój progres zostanie skalany niechlubną sytuacją, a to się zdarza przy próbach dogadania z tubylcami. Ale ostatnio z panią kierowcą autobusu nawet poszło pomyślnie.
      Wracając do tematu owego "cyklu", jesień jest najwłaściwszą na to porą. Jesień jest piękna. Teraz oczekuję, aż wszystko się upstrzy, czyli udekoruje wszelkimi możliwymi akcesoriami jesiennymi, udostępnianymi przez specyfikę planety. To mi poprawia nastrój. Dla mnie ona nie jest ponura, nawet w deszczu, nawet gdy ten deszcz leje tygodniami. Przydałoby się pracowite i bardzo skoncentrowane na akumulacji, rozdwojenie jaźni. Jedna jaźń zostałaby zaprzęgnięta do niewolniczej pracy, a druga oddałaby się w tym czasie kontemplacji sztuki i przyrody.

Czasami wracam z pracy zupełnie niezamierzoną drogą, wówczas znajduję
warte uwagi miejsca.

Jak wepchnąć wysoką wierzę w obiektyw?
Moje ulubione elewacje z malutkich drewienek.

Czynny młyn.
Koło wodne dziarsko wodę z rzeki przelewa.
Na tle Bandytki.
Rowerek. Gdyby nie on, umarłabym na przewlekłą inercję
grożącą całkowitym bezwładem ciała.
      Poranki tutaj są naprawdę cudowne, chmara wron i srok kracze na polach dookoła nas. Zatrważająco posępnie, jak sceneria z hrabiego Drakuli. Notabene, dlaczego Stocker zdegradował tę historyczną postać ze stanowiska księcia?
       Przygnębia mnie natomiast - o czym napiszę przeciwważnie, skoro już o ładnych i przyjemnych rzeczach było - że jestem w górach. Gdybym lubiła góry, jeździłabym w góry. Byłam dwa razy turystycznie w tych polskich i nie okręciły mnie sobie wokół palca. Teraz jestem a Alpach Retyckich. Wracam z ich szczytów z kontuzjami wszelkiej maści i intensywności bólu, które kroczą za mną jak pierd upiora, jeszcze kilka dni od momentu pocałowania nizinnej ziemi doliny, i unosi się nade mną soczysta mgiełka tego wspomnienia. Głowa, ta to lubi mnie boleć. Niby tam w górze fajnie, bo zimno i wieje, ale słońce bliżej niż moja biologiczna ustawa przewiduje. Ryj staje się z miejsca czerwony, a mózg zaczyna pulsacyjne przypominanie w skroniach o tym, bym zachowała rozsądek i poszła już do domu, nim przyjdzie do eksplozji bomby jądrowej w samym centrum mojego logicznego pojmowania, a wtedy mózg zacznie posługiwać się wyłącznie zachowaniami motorycznymi i potrzebami prymitywnymi (jeść, pić, spać) i nic z mojego towarzystwa pozytywnego nie wyniknie.

Gdybym była Francuską, powiedziałabym, że wymiarowy :P
W sierpniu las kwitł w gamach purpury.

Obserwatorzy zastygli w bezruchu. Ja i ono - myszkopodobne.

      Z pomniejszych i zdecydowanie polskich spraw: jak już pewnie pamiętacie, rajcuje mnie zabytkowa architektura. Łódź jest pełna takich skarbów i cieszy mnie niezmiernie, że kolejna willa, choć niewielka, ale o pięknej aparycji, dostała swoją szansę i zostanie odrestaurowana. Willa Otto Gehliga z 1883 roku, powstała jako budynek mieszkalny. W ramach projektu "Mia100 Kamienic", odnawiana zostaje najpierw od środka (renowacja i odtworzenie sztukaterii, polichromii, elementów drewnianych), potem odświeżą jej zewnętrzny wygląd.
      Po remoncie, w budynku planowane jest ulokowanie m.in. kawiarni i galerii sztuki.

      A wiecie, że katedrę w Barcelonie właśnie remontują? Robi make up na randkę ze mną ;) Obiecałam sobie kilka lat temu zwiedzenie tego miasta, a zaczęło się od przeczytania "Miasto poza czasem". niesamowita powieść, nieco zakrawająca o fantasy, polecam szczerze.

11 komentarzy:

  1. Co by nie mówić, w pięknym mieszkasz miejscu :)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To są moje okolice, Ren, las (jedyny na płaszczyźnie, bo reszta w górach) i okoliczne miasteczka. No i Bandytka, którą widzę z okna ;)

      Usuń
  2. Spotykania na drodze z pracy takich urokliwych miejsc szczerze zazdroszczę ;)
    I miło mi słyszeć coś dobrego o Łodzi - jakoś nigdy mnie to miasto nie pociągało, a tu proszę, jednak i tam jest coś ładnego

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Łodzi jest wiele ładnego, tylko że uważam życie w tym mieście za depresyjne wręcz. Pisałam jakiś czas temu o tym, że choć architektura jest przepiękna i miasto tara się na renowację zabytków, to jednak mieszkańcy pozostawiają wiele do rzeczenia. Przydałaby się tam wielka reformacja kulturowa dla jakichś 60% Łodzian.

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Takie tam ;) Z małym kompaktem w kieszeni czasem się poruszam i coś przypadkiem uchwycę :)

      Usuń
  4. Ludzie zawsze będą gadać i oceniać, a gadają wtedy, kiedy nie mają wystarczająco zadowalającego życia prywatnego. Wydaje mi się, ze z wiekiem coraz ciężej przyzwyczajać się do zmian. Szczególnie jeśli są to zmiany kraju. Jakby bajeczne nie było to miejsce i mgliste z rana, jak piękna by nie była droga do domu z pracy to zawsze, ale to zawsze wdzierać się będzie zakamarkami proza życia. A życie jakie jest wiadomo. Bywa różne...

    Nie myśl o tym na co jesteś za stara, pomyśl bardziej o tym na co jesteś za młoda. Powodzenia w ciągłej adaptacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za ciepłe słowa otuchy. Pierwsze, nieskupione tylko na grafice... wiesz, że dla mnie nie wszystko piękne, co się świeci.

      Usuń
  5. Piękne masz widoki wokół siebie. Wyobrażam jesień w tym miejscu, będzie pięknie. Podobne tereny jak w Bieszczadach. Kiedy jesień pomaluje zbocza, odkryjesz wokół siebie raj. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bieszczady bardzo bym chciała kiedyś zobaczyć, nigdy jednak nie kojarzyły mi się z wysokimi górami, ale mało wiem o tym terenie. Po prostu jedno miejsce w Polsce, którego nigdy nie przemierzyłam i jest do nadrobienia. :)
      Czekam na jesień, ona już się zaczyna, już się złoci w niektórych miejsca, czekam mnogości czerwieni tęsknie :)

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.