wtorek, 29 września 2015

Brugger Loch. Heroiczna wyprawa nad jezioro.

      Ralph Waldo Emerson powiedział kiedyś, że ludzka siła wyrasta ze słabości. W pewien pochmurny i chłodny dzień wybrałam się nad jezioro, które wskazała mi mapa. Cel przezacny, wydawałoby się, że nic prostszego. Około 1-1,5h do celu. Ciepła bluza, chustka na szyję, bo zapowiedzi pogodowe nie ostrzegały przed poprawą, można było ruszać.
      To nie jest kolejna miła notka o lekkim zabarwieniu przyrodniczym. To raczej coś w rodzaju ostrzeżenia przed własną głupotą.
      Asfaltowa droga wzdłuż Renu nie zaskakiwała, wciąż ten sam pejzaż, który nie zmienia się nigdy. Tego tutaj nie lubię, prostota, surowość inżynierii, brak drzew, otwarte, puste, trawiaste pola, ewentualnie jakieś poletko uprawne.
      Najładniejsze ścieżki prowadzą przez góry, znajdziesz tam pełno lasów, soczystej zieleni, kwiatów, potoków górskich, wodospadów, po prostu oaza. W dolinach mało jest miejsc, na których można by zawiesić oko. Wszystkie upchane pomiędzy górami drogi, wyglądają dokładnie tak samo. Mając taką opinię, trudno jest polubić górzysty kraj, jednocześnie nie przepadając za górskimi szlakami. Oczywiście co się ma, to się lubi, dlatego niekiedy poświęcam się tej idei powyżej tysiąca metrów.
      Ale zejdźmy na razie na pustkowia doliny.



      Jeziorko okazało się być niedostępne, ogrodzone płotem i zasłonięte szczelnie krzakami z każdej strony. Zacny cel okazał się fiaskiem, moje gratulacje dla awangardowego pomysłu właściciela tej ziemi.


      Nie chciałam wędrówki zostawić w taki sposób. Wtem, ukazał mi się niczym dzieło sztuki - znak drogowy! Wybór był spontaniczny, jedziemy obejrzeć St. Margrethen!


      Od tego miejsca gdzieś w połowie drogi zmieniła się pogoda, wyjechałam spod kopuły gęstych chmur, wyraźnie zarysowanych krawędzią przejaskrawionego błękitem nieba. Zrobiło się gorąco, wierzchnie ubrania poszły do plecaka. Powinnam w tym momencie zawrócić, znając swoją alergię na słońce, jednak uparłam się, że do nowego celu dojadę i koniec.
      Nigdy nie potrafiłam odpuszczać, ale głupio upierać się też nie wolno. Przypłaciłam to zdrowiem. Gdy zbliżyłam się do celu, zaczęłam czuć się co najmniej dziwnie... Zignorowałam to. Nadal wierzyłam, że uda mi się transformacja w wojownika pustyni.




      Do miasta nie wjeżdżałam, bo i po co, skoro 9 km dalej, mapa wskazywała na dużo ciekawsze zjawisko niż zespól urbanistyczny. Mogę teraz powiedzieć, że misja dnia - "jeziorko" - została wykonana.

Czerwony punkt.
      Urokliwe Brugger Loch po stronie austriackiej, jawiło się  czyściusieńką wodą. Delektowałam się maczając stopy w chłodzie i zajadając swoją spożywczą energią w postaci batona proteinowego.
      W sąsiedztwie jeziora znajduje się restauracja. Zimne piwo, przekąski, w sam raz na upalny dzień, w dodatku stoliki pod parasolami na plaży. Idealne miejsce, by wybrać się tu rowerami w większym gronie.









      To co zrobiłam, zakrawa lekko o brak opamiętania i rozwagi. O.K., nie umiem się poddać, nie umiem prosić o pomoc. Kiedyś wpędzę się w skrajną formę wycieńczenia psychicznego, której następstwem najczęściej jest głęboka depresja, a nazywa się to prostracja.
      Opuściłam przezacne miejsce i już po stronie szwajcarskiej, kiedy wyjechałam na pustkowie, coś zaczęło iść nie tak. Bardzo szybko opróżniłam butelkę wody, słońce zaczęło mi namacalnie przeszkadzać. Wyraźnie czułam, że moje całe ciało zaczyna się przegrzewać, a przede mną było około dwóch godzin jazdy po słońcu, bez szansy na znalezienie cienia. Wyczuwalnie było coraz gorzej.




      Przyznam Wam, że to, iż ja samodzielnie wróciłam na tym rowerze do domu, było wyczynem heroicznym, bo prędzej mi było do omdlenia, niżeli pedałowania, a już w drugiej połowie trasy jechałam naprawdę wolniutko, sił nie miałam prawie wcale, ostro kręciło mi się w głowie, dosłownie walczyłam by nie stracić przytomności.
      Jak na kobietę, jestem dość wytrzymała. Bo tak naprawdę potrafię doprowadzić siebie do ostateczności walcząc do samego końca, co z kolei za mądre nie jest, bo jak widać takie chojrakowanie, do niczego dobrego nie prowadzi. Normalna, rozsądna kobieta, zostałaby w St. M. i zadzwoniła po kogoś z samochodem, a akurat w tym terminie miałam parę opcji.
      Inne reguły mam w górach, tam umiem odpuszczać i to akurat bardzo mnie cieszy, bo już nikt by po mnie nie przyjechał, a fakt iż moje ubezpieczenie pokrywa śmigłowce ratunkowe, jakoś mnie nie kusi.

Brakowało jeszcze latających sępów nade mną...
      Dużo się zatrzymywałam, czerpałam wodę z Renu, która nie jest pitna, ale również nie jest trująca. Z resztą wolałam potrzebować odratowania i detoxu, niż zemrzeć z odwodnienia. Nic mi później nie było, więc decyzja wcale nie okazała się taka zła.
      To był mój własny survival, chociaż nie posiadam należytej wiedzy z dziedzin związanych z przetrwaniem w warunkach ekstremalnych. Był to okazjonalny surwiwal rekreacyjny, tak zwane "utrudnienia na spontan".
      Nie byłam całkiem bezradna w tej sytuacji, raczej zorientowana w sytuacji, myślałam nadal trzeźwo. Surwiwal wymaga też refleksyjności, ale możliwości nie było za wiele.
      Podobno bezpieczne przekraczanie indywidualnych barier i zahamowań, może się przyczynić do zwiększenia zrównoważenia psychicznego i odporności na stres. Innymi słowy, wola przetrwania i niepanikowanie. Ale tak szczerze - na co mi ten cały surwiwal? Ja tylko poszłam sobie na rower!! ;]
      A wokół mnie było coraz gorzej...



      W domu okazało się, że policzki i nos mam czerwone jak ugotowany raczek, reszta twarzy blada, usta sine. Położyłam się do łóżka i zasnęłam, uprzednio wypiwszy bardzo dużo wody mineralnej i zjadłszy dwa jabłka, jakby miały mi uratować życie. Inne efekty specjalne organizmu pominę. Termometr na balkonie wskazywał 27 stp. C.
      Rano wstałam witalna i zdrowa, odbyliśmy niewymagający spacer po słońcu, który niespodziewanie przypomniał mi poprzedni dzień i znów wylądowałam w łóżku, tym razem z powikłaniami poudarowymi, aż na dwie doby.
      Będę wspominać to tournée do końca życia.

      Dziewiątego października odbędzie się w Łodzi kolejny Light Move Festival . Jako nowość, będzie taneczno-akrobatyczne widowisko multimedialne oraz otworzą EC1. Rokrocznie podoba mi się ten festiwal, cieszę się, że tym razem też będę miała okazję podziwiać dzieła artystów. Zachęcam, to widowiskowa noc, miasto nabiera wtedy wyjątkowego i magicznego wizażu.

Widok z okna mojego gabinetu,
wzbogacony o parę szlachetnych zwierząt.
      Chciałam się jeszcze pochwalić, żeby nie było tak do końca ponuro w tym poście, że mój mąż nie wypadł z roli. Któregoś sierpniowego dnia skwarnego, taki oto królewski kwiat mi podarował. Tym samym zostałam oficjalnie hodowcą Orchidei. (Tą żółtą na samym dole nabyłam w Polsce, jest to miniaturka.) Mam już 4 takie pasożyty. :P





      Moi drodzy, ostatnio przeczytałam dwie książki, jednak najważniejsze, że definitywnie pozbyłam się "Tego".
      Na półkę odłożyłam też "Fausta" z dawna zaczętego, ale nie zapomnianego nigdy. Dokończyłam go w 3 dni, dramaty czyta się bardzo szybko.
      Teraz wzięłam się za książkę naukową, obecnie studiuję rozdział, w którym rozszyfrowują Genesis. Bardzo ciekawy punkt widzenia, pochłonie mnie na troszeczkę.

16 komentarzy:

  1. A czapeczka gdzie jest??? I okulary ciemne też by się przydały ;)!!!
    Ania bądź bardziej ostrożna, gdybyś zemdlała byłoby nieciekawie!!!
    Smerfna orchidea jest przepiękna. Ja niestety nie mam reki do kwiatków, jak już coś przypadkiem dostane oddaję mamie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czapeczki nie było, bo wyjeżdżałam w pochmurny i chłodny dzień. Poza tym mam taką zależność, że w gorące dni nie mogę nosić nic na głowie, bo mam wrażenie, że zaciska mi się to niczym stalowa obręcz na skroniach i jest wtedy jeszcze gorzej...
      Teraz po prostu nie zamierzam wybierać się nigdzie na długo sama, mam nauczkę. Ale z kolei czy to nie jest więzienie, że sama na nie mogę nigdzie iść?

      Usuń
    2. Haha... to ja mam dopiero fajnie!!! Dwa ogonki muszę ciągnąć za sobą ;).

      Usuń
  2. Witaj Hexe.
    Ciągle nas pędzi, ciągle gna.
    Wędrowca dola radosna.
    Fajne zdjęcia i wędrówka...
    Pozdrawiam serdecznie.
    Michał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Mimo że wędrówka do przyjemnych i przyjaznych nie należała, to jednak nie żałuję, tacy jak My, musza być w drodze ;)

      Usuń
  3. Nie wzięłaś ze sobą nic na głowę? Nie nakryłaś głowy chustką? Ile miałaś ze sobą wody? Kobieto! To, że miasto i Szwajcaria to jeszcze nic nie znaczy. Upał może się zdarzyć wszędzie. Uważaj na siebie. Co Ci pozostanie jak mózg sobie upieczesz?;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czapeczki nie było, bo wyjeżdżałam w pochmurny i chłodny dzień. Poza tym mam taką zależność, że w gorące dni nie mogę nosić nic na głowie, bo mam wrażenie, że zaciska mi się to niczym stalowa obręcz na skroniach i jest wtedy jeszcze gorzej...
      Wodę miałam i to całkiem sporo, ale brakło. To nie było miasto, to była droga pomiędzy, do miasta nie wjeżdżałam.
      A jak mózg mi się upiecze, zostaną same oczy na drucikach. :P

      Usuń
    2. Poruszaj się po tej Szwajcarii lepiej przygotowana na ekstremalne warunki pogodowe. Jak mi skonasz to kto będzie u mnie komentował?:D Tak naprawdę chciałabym wrócić do naszej korespondencji listownej, ale to pewnie jeszcze chwilę potrwa. Poczekasz?

      Usuń
    3. Obiecuję że przeżyję do najbliższego listu XD

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Przybyłam do domu półprzytomna, miałam dziką ochotę na jabłka, nie wiem czemu, może dlatego, że mokre, zjadłam i poszłam spać. Nie zastanawiałam się zbyt wiele nad tym co 'p o w i n n a m' zjeść.

      Usuń
  5. Faktycznie "przyjemną" wycieczke sobie zafundowałaś... Jednak na taką dłuższą przejażdżkę, do tego samotną, trzeba się zaopatrzeć przede wszystkim w wodę, ale i nakrycie głowy latem się przyda! Ale najważniejsze, że doszłas do siebie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Woda była i to sporo, ale brakło.
      Mam taką zależność, że w gorące dni nie mogę nosić nic na głowie, bo mam wrażenie, że zaciska mi się to niczym stalowa obręcz na skroniach i jest wtedy jeszcze gorzej...

      Usuń
  6. To mi przypomina moją jedną wyprawę, równie niedopracowaną, ale na szczęście nie aż tak tragicznie skończoną (głupi ma jednak szczęście).
    Gratuluję skończenia książek! Sama też mam kilka pozycji, z którymi mnie niestety nie udało się jeszcze uporać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyzwyczajona byłam do tego, że jeżdżąc po Polsce, zmieniałam spontanicznie trasę dosyć często i to były wycieczki na cały dzień. Nigdy mi nic latem nie było. Serio. Nigdy. A tutaj co rusz to coś. Ciśnienie. Góry. Inna atmosfera.

      Usuń
  7. Oj tam, warto było!
    Ale na przyszłość... wiadomo - rozważniej!

    OdpowiedzUsuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.