wtorek, 29 września 2015

Brugger Loch. Heroiczna wyprawa nad jezioro.

      Ralph Waldo Emerson powiedział kiedyś, że ludzka siła wyrasta ze słabości. W pewien pochmurny i chłodny dzień wybrałam się nad jezioro, które wskazała mi mapa. Cel przezacny, wydawałoby się, że nic prostszego. Około 1-1,5h do celu. Ciepła bluza, chustka na szyję, bo zapowiedzi pogodowe nie ostrzegały przed poprawą, można było ruszać.
      To nie jest kolejna miła notka o lekkim zabarwieniu przyrodniczym. To raczej coś w rodzaju ostrzeżenia przed własną głupotą.
      Asfaltowa droga wzdłuż Renu nie zaskakiwała, wciąż ten sam pejzaż, który nie zmienia się nigdy. Tego tutaj nie lubię, prostota, surowość inżynierii, brak drzew, otwarte, puste, trawiaste pola, ewentualnie jakieś poletko uprawne.
      Najładniejsze ścieżki prowadzą przez góry, znajdziesz tam pełno lasów, soczystej zieleni, kwiatów, potoków górskich, wodospadów, po prostu oaza. W dolinach mało jest miejsc, na których można by zawiesić oko. Wszystkie upchane pomiędzy górami drogi, wyglądają dokładnie tak samo. Mając taką opinię, trudno jest polubić górzysty kraj, jednocześnie nie przepadając za górskimi szlakami. Oczywiście co się ma, to się lubi, dlatego niekiedy poświęcam się tej idei powyżej tysiąca metrów.
      Ale zejdźmy na razie na pustkowia doliny.



      Jeziorko okazało się być niedostępne, ogrodzone płotem i zasłonięte szczelnie krzakami z każdej strony. Zacny cel okazał się fiaskiem, moje gratulacje dla awangardowego pomysłu właściciela tej ziemi.


      Nie chciałam wędrówki zostawić w taki sposób. Wtem, ukazał mi się niczym dzieło sztuki - znak drogowy! Wybór był spontaniczny, jedziemy obejrzeć St. Margrethen!


      Od tego miejsca gdzieś w połowie drogi zmieniła się pogoda, wyjechałam spod kopuły gęstych chmur, wyraźnie zarysowanych krawędzią przejaskrawionego błękitem nieba. Zrobiło się gorąco, wierzchnie ubrania poszły do plecaka. Powinnam w tym momencie zawrócić, znając swoją alergię na słońce, jednak uparłam się, że do nowego celu dojadę i koniec.
      Nigdy nie potrafiłam odpuszczać, ale głupio upierać się też nie wolno. Przypłaciłam to zdrowiem. Gdy zbliżyłam się do celu, zaczęłam czuć się co najmniej dziwnie... Zignorowałam to. Nadal wierzyłam, że uda mi się transformacja w wojownika pustyni.




      Do miasta nie wjeżdżałam, bo i po co, skoro 9 km dalej, mapa wskazywała na dużo ciekawsze zjawisko niż zespól urbanistyczny. Mogę teraz powiedzieć, że misja dnia - "jeziorko" - została wykonana.

Czerwony punkt.
      Urokliwe Brugger Loch po stronie austriackiej, jawiło się  czyściusieńką wodą. Delektowałam się maczając stopy w chłodzie i zajadając swoją spożywczą energią w postaci batona proteinowego.
      W sąsiedztwie jeziora znajduje się restauracja. Zimne piwo, przekąski, w sam raz na upalny dzień, w dodatku stoliki pod parasolami na plaży. Idealne miejsce, by wybrać się tu rowerami w większym gronie.









      To co zrobiłam, zakrawa lekko o brak opamiętania i rozwagi. O.K., nie umiem się poddać, nie umiem prosić o pomoc. Kiedyś wpędzę się w skrajną formę wycieńczenia psychicznego, której następstwem najczęściej jest głęboka depresja, a nazywa się to prostracja.
      Opuściłam przezacne miejsce i już po stronie szwajcarskiej, kiedy wyjechałam na pustkowie, coś zaczęło iść nie tak. Bardzo szybko opróżniłam butelkę wody, słońce zaczęło mi namacalnie przeszkadzać. Wyraźnie czułam, że moje całe ciało zaczyna się przegrzewać, a przede mną było około dwóch godzin jazdy po słońcu, bez szansy na znalezienie cienia. Wyczuwalnie było coraz gorzej.




      Przyznam Wam, że to, iż ja samodzielnie wróciłam na tym rowerze do domu, było wyczynem heroicznym, bo prędzej mi było do omdlenia, niżeli pedałowania, a już w drugiej połowie trasy jechałam naprawdę wolniutko, sił nie miałam prawie wcale, ostro kręciło mi się w głowie, dosłownie walczyłam by nie stracić przytomności.
      Jak na kobietę, jestem dość wytrzymała. Bo tak naprawdę potrafię doprowadzić siebie do ostateczności walcząc do samego końca, co z kolei za mądre nie jest, bo jak widać takie chojrakowanie, do niczego dobrego nie prowadzi. Normalna, rozsądna kobieta, zostałaby w St. M. i zadzwoniła po kogoś z samochodem, a akurat w tym terminie miałam parę opcji.
      Inne reguły mam w górach, tam umiem odpuszczać i to akurat bardzo mnie cieszy, bo już nikt by po mnie nie przyjechał, a fakt iż moje ubezpieczenie pokrywa śmigłowce ratunkowe, jakoś mnie nie kusi.

Brakowało jeszcze latających sępów nade mną...
      Dużo się zatrzymywałam, czerpałam wodę z Renu, która nie jest pitna, ale również nie jest trująca. Z resztą wolałam potrzebować odratowania i detoxu, niż zemrzeć z odwodnienia. Nic mi później nie było, więc decyzja wcale nie okazała się taka zła.
      To był mój własny survival, chociaż nie posiadam należytej wiedzy z dziedzin związanych z przetrwaniem w warunkach ekstremalnych. Był to okazjonalny surwiwal rekreacyjny, tak zwane "utrudnienia na spontan".
      Nie byłam całkiem bezradna w tej sytuacji, raczej zorientowana w sytuacji, myślałam nadal trzeźwo. Surwiwal wymaga też refleksyjności, ale możliwości nie było za wiele.
      Podobno bezpieczne przekraczanie indywidualnych barier i zahamowań, może się przyczynić do zwiększenia zrównoważenia psychicznego i odporności na stres. Innymi słowy, wola przetrwania i niepanikowanie. Ale tak szczerze - na co mi ten cały surwiwal? Ja tylko poszłam sobie na rower!! ;]
      A wokół mnie było coraz gorzej...



      W domu okazało się, że policzki i nos mam czerwone jak ugotowany raczek, reszta twarzy blada, usta sine. Położyłam się do łóżka i zasnęłam, uprzednio wypiwszy bardzo dużo wody mineralnej i zjadłszy dwa jabłka, jakby miały mi uratować życie. Inne efekty specjalne organizmu pominę. Termometr na balkonie wskazywał 27 stp. C.
      Rano wstałam witalna i zdrowa, odbyliśmy niewymagający spacer po słońcu, który niespodziewanie przypomniał mi poprzedni dzień i znów wylądowałam w łóżku, tym razem z powikłaniami poudarowymi, aż na dwie doby.
      Będę wspominać to tournée do końca życia.

      Dziewiątego października odbędzie się w Łodzi kolejny Light Move Festival . Jako nowość, będzie taneczno-akrobatyczne widowisko multimedialne oraz otworzą EC1. Rokrocznie podoba mi się ten festiwal, cieszę się, że tym razem też będę miała okazję podziwiać dzieła artystów. Zachęcam, to widowiskowa noc, miasto nabiera wtedy wyjątkowego i magicznego wizażu.

Widok z okna mojego gabinetu,
wzbogacony o parę szlachetnych zwierząt.
      Chciałam się jeszcze pochwalić, żeby nie było tak do końca ponuro w tym poście, że mój mąż nie wypadł z roli. Któregoś sierpniowego dnia skwarnego, taki oto królewski kwiat mi podarował. Tym samym zostałam oficjalnie hodowcą Orchidei. (Tą żółtą na samym dole nabyłam w Polsce, jest to miniaturka.) Mam już 4 takie pasożyty. :P





      Moi drodzy, ostatnio przeczytałam dwie książki, jednak najważniejsze, że definitywnie pozbyłam się "Tego".
      Na półkę odłożyłam też "Fausta" z dawna zaczętego, ale nie zapomnianego nigdy. Dokończyłam go w 3 dni, dramaty czyta się bardzo szybko.
      Teraz wzięłam się za książkę naukową, obecnie studiuję rozdział, w którym rozszyfrowują Genesis. Bardzo ciekawy punkt widzenia, pochłonie mnie na troszeczkę.

niedziela, 27 września 2015

Moneta i ludzie.

      "Ciemność, która krzyczała jękami wichru, jąkała się jazgotliwymi wyładowaniami elektrycznymi i hałasowała łoskotem zwalonych drzew, a odgłosy te przypominały ostatnie przedśmiertne porykiwania olbrzymich prehistorycznych stworzeń"
- "It" S. King

      Była to wyprawa samojeden, przejechałam rowerem po stópkach Bandytki, a tej widać nie było, skryła się bowiem za wachlarzem gęstych chmur, co dosyć ciekawie prezentowało się tuż spod jej spódnicy. Wciąż nie wyszłam z folderu "sierpień", obliczam, że może, być może, powinnam wyrobić się z letnimi zdjęciami do końca roku... O_o
      Przyszło mi na myśl, gdyż ta wycieczka nie wymaga specjalnego opisu, aby w ramach "Polubić Szwajcarię", podzielić się swoimi poglądami na temat - myślę sobie pasujący do tego kraju wg stereotypów jak i faktów - idealnie.




      "Moneta" od ang. money [pieniądze] to pierwotnie przydomek rzymskiej bogini Junony. W jej świątyni czczona jako Juno Moneta, była umieszczona pierwsza rzymska mennica.
      Czym jest pieniądz? - Środkiem wymiany, opartym na akceptowanej w skali danego narodu idei - wymieniamy swoją pracę za pieniądze, potem pieniądze na jedzenie. Pieniądze pośredniczą jako środek albo medium. Wynik: pieniądze są nierealne. Tak strasznie wysilamy się, by je zdobyć, często zarzynamy się w pogoni za konsumpcjonizmem. W zamian otrzymujemy bezpieczeństwo, jedzenie, schronienie, ubranie itd.
      Wartość rzeczy to też dzieło człowieka. I jedyną rzeczą, za którą można zapłacić pieniędzmi, jest ludzka praca, bo kupując np. warzywa, nie płacimy za konkretny produkt, który za darmo dała nam Matka Ziemia, a za pracę rolnika, który dla nas to zebrał.
      Nie płacimy za samochód, bo żelazo dała nam również Ziemia. Metal na karoserię, silnik oraz inne części, znajdowały się w Ziemi. Zapłaciliśmy górnikom, którzy wydobyli tę rudę.
      Kwestia własności, którą też obalę, jest troszkę dołująca. Myślisz, że masz dom. Ale jest on Twój tak długo, jak płacisz za niego podatki. Nie zapłacisz podatku, a zostanie Ci on odebrany.
      Cieszysz się, że spłaciłeś samochód, dumnie mówisz: "jest mój!", ale przestań opłacać za niego całoroczną składkę i odpowiedni podatek. Jak długo jeszcze będzie Twój?




      Żadna rzecz nie jest trwale Twoja. Cieszę się, że udało mi się pozbyć uczucia przywiązania do rzeczy, że nie posiadam sentymentów. Wszystko rzecz nabyta, zupełnie tak jak sam pieniądz.
      Mam pełną świadomość, że pieniądze nie kupują niczego poza pracą, oraz że ilość pracy, którą mogą kupić nasze pieniądze, zależą od wartości, którą się przypisuje pracy. A także, że niczego nie posiadamy, a tylko używamy rzeczy materialnych. W istocie nie posiadamy nawet naszych ciał, zostały nam one wypożyczone - i to, jak długo je zachowamy, zależy od troski jaką je otaczamy.

      Nie pozwólmy, by pieniądze nas psychicznie sparaliżowały. By umysł nie uległ blokadzie. I nie wyobrażajmy sobie wierzycieli jako demonów uśmiechających się sardonicznie, nie tędy droga. Uświadommy sobie zamiast tego, że pieniądze są tylko środkiem do jakiegoś celu, nie zaś samym celem. Myśl w kategoriach czynów, nie monety.
      Nie zachęcam tu do rezygnacji z pracy, wręcz przeciwnie. Ujrzyj ją w związku z Twoimi celami, będziesz miał o wiele lepszą zabawę w dążeniu do urzeczywistnienia celu.
      Bogactwo jest sprawą indywidualną. Są tacy, dla których mieć 1000 zł dla siebie, to już bogactwo, a i tacy, którym firma nieco zmniejszyła obroty i mówią, że został im już tylko milion na koncie.




      Bogactwo to sprawa świadomości. Co można zrobić, by uzyskać bogatą świadomość? Tutaj nie może być cienia wątpliwości. Nie patrz na siebie jako na kogoś ograniczonego brakiem środków - pieniądz nie ogranicza. Jeżeli tylko Twój umysł jest zdrowy i nietknięty, możesz mieć bogatą świadomość i bogate życie. Ograniczać Cię może wyłącznie Twoja wyobraźnia.

- Rozszerzona wiedza pochodzi od Bena Swetlanda.

      Nigdy nie usłyszysz ode mnie czy sobie polepszyłam bądź pogorszyłam warunki życia, bo życie widzę w innych kategoriach. Otóż w Polsce, pracując za najniższą krajową też byłam szczęśliwa, bo nie obchodziło mnie co robię i za ile, ale to i tylko to jak żyję.
      Także daleka jestem od sugerowania się majątkiem w doborze przyjaciół. To nie jest pierwsze, o co pytam, gdy kogoś poznaję, ale przecież ludzie lepiej o mnie wiedzą. ;] Jak długo muszę powtarzać, że mnie to ni zieje, ni grzębi?
      Liczy się to, co ludzie mają w głowach, nie w portfelach, to farmazon, pełno tego na popularnych "demotywatorach", ale z jakichś jednak względów, ten pogląd nie obowiązuje w dzisiejszych czasach. Może jest on już uważany rzeczywiście za żart?
      Zauważam niestety coraz częściej, że w pewnych kręgach moneta ma ważniejsze znaczenie od własnego honoru czy ambicji życiowych. Co się zmieniło, że kiedyś na pierwszym miejscu był człowiek i przygoda, a dziś ów człowiek zaczyna stawać się ślepy na piękno świata i swój dawny altruizm odrzuca na rzecz zachwalania się tym, co nowego zdobył, kupił, gdzie był, co ma etc?

      Nigdy nie będzie możliwym, by polubić ów kraj przez wzgląd na zarobki. Pomysł skreślam z listy propozycji. Dalej cierpliwie spoglądam w zielone, muszę przyznać, że może nawet zaczyna ta praktyka działać.



wtorek, 22 września 2015

"Polubić Szwajcarię"

      Ślub, wesele, Miodowe dni... Przeżyłam to zupełnie bezstresowo. Moja panieńska przeszłość została wysuszona i wtyknięta ostrożnie do wazonu, jest unikalna, mimo że to jednak przeszłość. Sprawdziłam takim popularnym sposobem liczenia na układzie scalonym szkieletu moich dłoni, że mieszkam tutaj już ponad 9 miesięcy. Z obiektywnego punktu widzenia nie jest to nic wyjątkowego. Wyprowadzka za granicę w dzisiejszych czasach nie budzi już większych emocji, podobnie jak nikt się nie emocjonuje, że na koniec roku kończy się kalendarz i trzeba kupić nowy.
      Notabene, zostały jeszcze 3 miesiące do Nowego Roku (niezawodne kosteczki) a już w sprzedaży pojawiły się nowe kalendarze tematyczne. Zastanawiam się, czy przyszły rok też powinien być pod znakiem sów.

      Wiadomo, ludzie mają sytuacje zwrotne, "coś się kończy, coś się zaczyna", dokonują wyborów, ale zawsze jednak daleka wyprowadzka, to zmiana z przytupem. A jednak wbrew temu co się ludziom wydaje, nie zostawiłam niepowodzeń i biedy na cześć glorii i chwały szwajcarskiego konta. Jestem na etapie nauki życia w tym kraju, to nie przychodzi łatwo ani szybko. Na szczęście jestem w tym cierpliwa, czego też musiałam się nauczyć...
      Mimo wszystko od pierwszego stycznia miałam obowiązek stać się zdecydowanie osobą koherentną w trybie swych działań. Trudno jest jednak nie dać się rozproszyć przez ogólnie pojmowane życie. Byłam zawsze zdyscyplinowana i metodyczna, ale dodatkowo musiałam posiąść umiejętność zapętlania czasu, którą obecnie nadal udoskonalam i wciąż jeszcze brak mi doświadczenia.
      Dość często potrzebuję sobie fabrykować specjalny płyn na bazie kawy i czekolady, robię to tak: kawa naturalna parzona w kafeterce (nie znoszę fusów w kubku), mleko, najczęściej kokosowe, oraz ciemna czekolada, jedna kosteczka. Może być kakao mielone, dwie łyżeczki. Szczypta cynamonu i imbiru. A i tak nadal nie wiem, skąd się biorą moje złe humory.

Myślę, że to już definitywne pożegnanie lata.
Jeszcze niedawno uświadczyłam miłe mi 25 stp. C,
lekki wiatr, przyjemnie naprawdę.
Mogłoby przez całe wakacje tak być.
Jeżeli chce­my być szczęśli­wi na chwilę - wys­tar­czy tyl­ko zam­knąć oczy.
Jeśli jed­nak chce­my zna­leźć stałe szczęście,
na­leży zam­knąć oczy, ot­wierając tym sa­mym serce. 
A po chwi­li szczęścia, ciężko znów stąpać po ziemi. 
      Usłyszałam kiedyś od osoby, która twierdzi, że mnie bardzo dobrze zna, że jestem pod wrażeniem tego kraju i to ono właśnie mnie tutaj sprowadziło. Jestem ciekawa jak długo i jak bardzo można być pod wrażeniem państwa, żeby dać się z tej przyczyny zaobrączkować. Z tego co mi wiadomo, na sponsoring jestem już za stara, poza tym nie umiem poprosić nawet o drobne na worki na śmieci, a co dopiero o buty czy nowy tusz do rzęs, notabene, tak mi na tych rzeczach zależy, że na własny ślub nie zrobiłam makijażu, co jakoby ze sponsoringu mnie definitywnie dyskwalifikuje, bo nawet nie wyglądam. Z moich preferencji wynika, że prędzej mi do ascezy, (kiedyś spróbowałam i podobała mi się, to naprawdę uwalnia umysł od materializmu i konsumpcjonizmu), niż do gromadzenia rzeczy i jarania się nowym zameldowaniem.
      Potrzeba mi otworzyć - zupełnie dla własnej przyjemności i dalszego rozwoju progresu, aby ten był pełny - cykl "Polubić Szwajcarię", ponieważ jednak ja znam siebie lepiej i wiem jakie mam preferencje, w przeciwieństwie do osoby, która twierdzi, że wie. Otóż mam z tym krajem problem.
      Owszem, cieszę się, że nie muszę już jeździć polskimi tramwajami. Pomimo zrobionego prawa jazdy, jakoś nie potrafię przełamać się do prowadzenia, nie wiem, nie chce mi się, czy co... więc jest to w jakimś stopniu dla mnie ważne. Tutaj klimatyzowane autobusy, które nigdy się nie spóźniają więcej niż 3 minuty, mają niestety swoją cenę, więc czasami rozważam przełamanie oporu.
      Poza tym ja bardzo lubię być pasażerem. Nie trzeba uważać, gdzie się jedzie. Można zająć się swoim światem wewnętrznym, po spakowaniu się w mentalną błonę wzmocnioną empetrójkami lub literaturą. Pod kopułką czaszki może się wiele wydarzyć - lubię w trasie medytować poprzez wizualizację, w związku z czym przeżywam różne emocje. Mogę chichotać, płakać, i nie powiem co jeszcze... Jako pasażer samochodu tępię w sobie tą dziwaczną przyjemność aby nie przerażać kierowcy.
      No dobrze. Chaotyczny ów, oraz ostatnio rzadziej spotykany "nowy post", to odzwierciedlenie ostatnio epizodycznie ukazującego się w środku tygodnia czasu wolnego (ale już niedługo ferie). Czeka na mnie stos pracy domowej, nowych słówek i gramatyki niemieckiej. Ale nie ma jak poranna kawa i popołudniowa zmiana w pracy. Do wieczora zamierzam wszystko mieć zrobione, a środa będzie pod znakiem doktryny edukacji, której to dogmatyczne twierdzenie, ma zauważalne oparcie w rzeczywistości, więc tym chętniej do tego pochodzę.
      Mam zajęcia dwa razy w tygodniu. Verflucht Hausaufgabe! Samorozwój nadaje sens życiu. Lubię mieć satysfakcję, jeśli się czegoś nauczę i przynosi mi to wymierne efekty, nawet czasem mi się to przydarza, choć ze zrozumiałych przyczyn odczuwam równie wymierny niepokój przed dostaniem się w tryby życiowego zgniatacza poczucia własnej wartości, jeśli mój progres zostanie skalany niechlubną sytuacją, a to się zdarza przy próbach dogadania z tubylcami. Ale ostatnio z panią kierowcą autobusu nawet poszło pomyślnie.
      Wracając do tematu owego "cyklu", jesień jest najwłaściwszą na to porą. Jesień jest piękna. Teraz oczekuję, aż wszystko się upstrzy, czyli udekoruje wszelkimi możliwymi akcesoriami jesiennymi, udostępnianymi przez specyfikę planety. To mi poprawia nastrój. Dla mnie ona nie jest ponura, nawet w deszczu, nawet gdy ten deszcz leje tygodniami. Przydałoby się pracowite i bardzo skoncentrowane na akumulacji, rozdwojenie jaźni. Jedna jaźń zostałaby zaprzęgnięta do niewolniczej pracy, a druga oddałaby się w tym czasie kontemplacji sztuki i przyrody.

Czasami wracam z pracy zupełnie niezamierzoną drogą, wówczas znajduję
warte uwagi miejsca.

Jak wepchnąć wysoką wierzę w obiektyw?
Moje ulubione elewacje z malutkich drewienek.

Czynny młyn.
Koło wodne dziarsko wodę z rzeki przelewa.
Na tle Bandytki.
Rowerek. Gdyby nie on, umarłabym na przewlekłą inercję
grożącą całkowitym bezwładem ciała.
      Poranki tutaj są naprawdę cudowne, chmara wron i srok kracze na polach dookoła nas. Zatrważająco posępnie, jak sceneria z hrabiego Drakuli. Notabene, dlaczego Stocker zdegradował tę historyczną postać ze stanowiska księcia?
       Przygnębia mnie natomiast - o czym napiszę przeciwważnie, skoro już o ładnych i przyjemnych rzeczach było - że jestem w górach. Gdybym lubiła góry, jeździłabym w góry. Byłam dwa razy turystycznie w tych polskich i nie okręciły mnie sobie wokół palca. Teraz jestem a Alpach Retyckich. Wracam z ich szczytów z kontuzjami wszelkiej maści i intensywności bólu, które kroczą za mną jak pierd upiora, jeszcze kilka dni od momentu pocałowania nizinnej ziemi doliny, i unosi się nade mną soczysta mgiełka tego wspomnienia. Głowa, ta to lubi mnie boleć. Niby tam w górze fajnie, bo zimno i wieje, ale słońce bliżej niż moja biologiczna ustawa przewiduje. Ryj staje się z miejsca czerwony, a mózg zaczyna pulsacyjne przypominanie w skroniach o tym, bym zachowała rozsądek i poszła już do domu, nim przyjdzie do eksplozji bomby jądrowej w samym centrum mojego logicznego pojmowania, a wtedy mózg zacznie posługiwać się wyłącznie zachowaniami motorycznymi i potrzebami prymitywnymi (jeść, pić, spać) i nic z mojego towarzystwa pozytywnego nie wyniknie.

Gdybym była Francuską, powiedziałabym, że wymiarowy :P
W sierpniu las kwitł w gamach purpury.

Obserwatorzy zastygli w bezruchu. Ja i ono - myszkopodobne.

      Z pomniejszych i zdecydowanie polskich spraw: jak już pewnie pamiętacie, rajcuje mnie zabytkowa architektura. Łódź jest pełna takich skarbów i cieszy mnie niezmiernie, że kolejna willa, choć niewielka, ale o pięknej aparycji, dostała swoją szansę i zostanie odrestaurowana. Willa Otto Gehliga z 1883 roku, powstała jako budynek mieszkalny. W ramach projektu "Mia100 Kamienic", odnawiana zostaje najpierw od środka (renowacja i odtworzenie sztukaterii, polichromii, elementów drewnianych), potem odświeżą jej zewnętrzny wygląd.
      Po remoncie, w budynku planowane jest ulokowanie m.in. kawiarni i galerii sztuki.

      A wiecie, że katedrę w Barcelonie właśnie remontują? Robi make up na randkę ze mną ;) Obiecałam sobie kilka lat temu zwiedzenie tego miasta, a zaczęło się od przeczytania "Miasto poza czasem". niesamowita powieść, nieco zakrawająca o fantasy, polecam szczerze.