Brugger Loch. Heroiczna wyprawa nad jezioro.

      Ralph Waldo Emerson powiedział kiedyś, że ludzka siła wyrasta ze słabości. W pewien pochmurny i chłodny dzień wybrałam się nad jezioro, które wskazała mi mapa. Cel przezacny, wydawałoby się, że nic prostszego. Około 1-1,5h do celu. Ciepła bluza, chustka na szyję, bo zapowiedzi pogodowe nie ostrzegały przed poprawą, można było ruszać.
      To nie jest kolejna miła notka o lekkim zabarwieniu przyrodniczym. To raczej coś w rodzaju ostrzeżenia przed własną głupotą.
      Asfaltowa droga wzdłuż Renu nie zaskakiwała, wciąż ten sam pejzaż, który nie zmienia się nigdy. Tego tutaj nie lubię, prostota, surowość inżynierii, brak drzew, otwarte, puste, trawiaste pola, ewentualnie jakieś poletko uprawne.
      Najładniejsze ścieżki prowadzą przez góry, znajdziesz tam pełno lasów, soczystej zieleni, kwiatów, potoków górskich, wodospadów, po prostu oaza. W dolinach mało jest miejsc, na których można by zawiesić oko. Wszystkie upchane pomiędzy górami drogi, wyglądają dokładnie tak samo. Mając taką opinię, trudno jest polubić górzysty kraj, jednocześnie nie przepadając za górskimi szlakami. Oczywiście co się ma, to się lubi, dlatego niekiedy poświęcam się tej idei powyżej tysiąca metrów.
      Ale zejdźmy na razie na pustkowia doliny.



      Jeziorko okazało się być niedostępne, ogrodzone płotem i zasłonięte szczelnie krzakami z każdej strony. Zacny cel okazał się fiaskiem, moje gratulacje dla awangardowego pomysłu właściciela tej ziemi.


      Nie chciałam wędrówki zostawić w taki sposób. Wtem, ukazał mi się niczym dzieło sztuki - znak drogowy! Wybór był spontaniczny, jedziemy obejrzeć St. Margrethen!


      Od tego miejsca gdzieś w połowie drogi zmieniła się pogoda, wyjechałam spod kopuły gęstych chmur, wyraźnie zarysowanych krawędzią przejaskrawionego błękitem nieba. Zrobiło się gorąco, wierzchnie ubrania poszły do plecaka. Powinnam w tym momencie zawrócić, znając swoją alergię na słońce, jednak uparłam się, że do nowego celu dojadę i koniec.
      Nigdy nie potrafiłam odpuszczać, ale głupio upierać się też nie wolno. Przypłaciłam to zdrowiem. Gdy zbliżyłam się do celu, zaczęłam czuć się co najmniej dziwnie... Zignorowałam to. Nadal wierzyłam, że uda mi się transformacja w wojownika pustyni.




      Do miasta nie wjeżdżałam, bo i po co, skoro 9 km dalej, mapa wskazywała na dużo ciekawsze zjawisko niż zespól urbanistyczny. Mogę teraz powiedzieć, że misja dnia - "jeziorko" - została wykonana.

Czerwony punkt.
      Urokliwe Brugger Loch po stronie austriackiej, jawiło się  czyściusieńką wodą. Delektowałam się maczając stopy w chłodzie i zajadając swoją spożywczą energią w postaci batona proteinowego.
      W sąsiedztwie jeziora znajduje się restauracja. Zimne piwo, przekąski, w sam raz na upalny dzień, w dodatku stoliki pod parasolami na plaży. Idealne miejsce, by wybrać się tu rowerami w większym gronie.









      To co zrobiłam, zakrawa lekko o brak opamiętania i rozwagi. O.K., nie umiem się poddać, nie umiem prosić o pomoc. Kiedyś wpędzę się w skrajną formę wycieńczenia psychicznego, której następstwem najczęściej jest głęboka depresja, a nazywa się to prostracja.
      Opuściłam przezacne miejsce i już po stronie szwajcarskiej, kiedy wyjechałam na pustkowie, coś zaczęło iść nie tak. Bardzo szybko opróżniłam butelkę wody, słońce zaczęło mi namacalnie przeszkadzać. Wyraźnie czułam, że moje całe ciało zaczyna się przegrzewać, a przede mną było około dwóch godzin jazdy po słońcu, bez szansy na znalezienie cienia. Wyczuwalnie było coraz gorzej.




      Przyznam Wam, że to, iż ja samodzielnie wróciłam na tym rowerze do domu, było wyczynem heroicznym, bo prędzej mi było do omdlenia, niżeli pedałowania, a już w drugiej połowie trasy jechałam naprawdę wolniutko, sił nie miałam prawie wcale, ostro kręciło mi się w głowie, dosłownie walczyłam by nie stracić przytomności.
      Jak na kobietę, jestem dość wytrzymała. Bo tak naprawdę potrafię doprowadzić siebie do ostateczności walcząc do samego końca, co z kolei za mądre nie jest, bo jak widać takie chojrakowanie, do niczego dobrego nie prowadzi. Normalna, rozsądna kobieta, zostałaby w St. M. i zadzwoniła po kogoś z samochodem, a akurat w tym terminie miałam parę opcji.
      Inne reguły mam w górach, tam umiem odpuszczać i to akurat bardzo mnie cieszy, bo już nikt by po mnie nie przyjechał, a fakt iż moje ubezpieczenie pokrywa śmigłowce ratunkowe, jakoś mnie nie kusi.

Brakowało jeszcze latających sępów nade mną...
      Dużo się zatrzymywałam, czerpałam wodę z Renu, która nie jest pitna, ale również nie jest trująca. Z resztą wolałam potrzebować odratowania i detoxu, niż zemrzeć z odwodnienia. Nic mi później nie było, więc decyzja wcale nie okazała się taka zła.
      To był mój własny survival, chociaż nie posiadam należytej wiedzy z dziedzin związanych z przetrwaniem w warunkach ekstremalnych. Był to okazjonalny surwiwal rekreacyjny, tak zwane "utrudnienia na spontan".
      Nie byłam całkiem bezradna w tej sytuacji, raczej zorientowana w sytuacji, myślałam nadal trzeźwo. Surwiwal wymaga też refleksyjności, ale możliwości nie było za wiele.
      Podobno bezpieczne przekraczanie indywidualnych barier i zahamowań, może się przyczynić do zwiększenia zrównoważenia psychicznego i odporności na stres. Innymi słowy, wola przetrwania i niepanikowanie. Ale tak szczerze - na co mi ten cały surwiwal? Ja tylko poszłam sobie na rower!! ;]
      A wokół mnie było coraz gorzej...



      W domu okazało się, że policzki i nos mam czerwone jak ugotowany raczek, reszta twarzy blada, usta sine. Położyłam się do łóżka i zasnęłam, uprzednio wypiwszy bardzo dużo wody mineralnej i zjadłszy dwa jabłka, jakby miały mi uratować życie. Inne efekty specjalne organizmu pominę. Termometr na balkonie wskazywał 27 stp. C.
      Rano wstałam witalna i zdrowa, odbyliśmy niewymagający spacer po słońcu, który niespodziewanie przypomniał mi poprzedni dzień i znów wylądowałam w łóżku, tym razem z powikłaniami poudarowymi, aż na dwie doby.
      Będę wspominać to tournée do końca życia.

      Dziewiątego października odbędzie się w Łodzi kolejny Light Move Festival . Jako nowość, będzie taneczno-akrobatyczne widowisko multimedialne oraz otworzą EC1. Rokrocznie podoba mi się ten festiwal, cieszę się, że tym razem też będę miała okazję podziwiać dzieła artystów. Zachęcam, to widowiskowa noc, miasto nabiera wtedy wyjątkowego i magicznego wizażu.

Widok z okna mojego gabinetu,
wzbogacony o parę szlachetnych zwierząt.
      Chciałam się jeszcze pochwalić, żeby nie było tak do końca ponuro w tym poście, że mój mąż nie wypadł z roli. Któregoś sierpniowego dnia skwarnego, taki oto królewski kwiat mi podarował. Tym samym zostałam oficjalnie hodowcą Orchidei. (Tą żółtą na samym dole nabyłam w Polsce, jest to miniaturka.) Mam już 4 takie pasożyty. :P





      Moi drodzy, ostatnio przeczytałam dwie książki, jednak najważniejsze, że definitywnie pozbyłam się "Tego".
      Na półkę odłożyłam też "Fausta" z dawna zaczętego, ale nie zapomnianego nigdy. Dokończyłam go w 3 dni, dramaty czyta się bardzo szybko.
      Teraz wzięłam się za książkę naukową, obecnie studiuję rozdział, w którym rozszyfrowują Genesis. Bardzo ciekawy punkt widzenia, pochłonie mnie na troszeczkę.

"Polubić Szwajcarię"

      Ślub, wesele, Miodowe dni... Przeżyłam to zupełnie bezstresowo. Moja panieńska przeszłość została wysuszona i wtyknięta ostrożnie do wazonu, jest unikalna, mimo że to jednak przeszłość. Sprawdziłam takim popularnym sposobem liczenia na układzie scalonym szkieletu moich dłoni, że mieszkam tutaj już ponad 9 miesięcy. Z obiektywnego punktu widzenia nie jest to nic wyjątkowego. Wyprowadzka za granicę w dzisiejszych czasach nie budzi już większych emocji, podobnie jak nikt się nie emocjonuje, że na koniec roku kończy się kalendarz i trzeba kupić nowy.
      Notabene, zostały jeszcze 3 miesiące do Nowego Roku (niezawodne kosteczki) a już w sprzedaży pojawiły się nowe kalendarze tematyczne. Zastanawiam się, czy przyszły rok też powinien być pod znakiem sów.

      Wiadomo, ludzie mają sytuacje zwrotne, "coś się kończy, coś się zaczyna", dokonują wyborów, ale zawsze jednak daleka wyprowadzka, to zmiana z przytupem. A jednak wbrew temu co się ludziom wydaje, nie zostawiłam niepowodzeń i biedy na cześć glorii i chwały szwajcarskiego konta. Jestem na etapie nauki życia w tym kraju, to nie przychodzi łatwo ani szybko. Na szczęście jestem w tym cierpliwa, czego też musiałam się nauczyć...
      Mimo wszystko od pierwszego stycznia miałam obowiązek stać się zdecydowanie osobą koherentną w trybie swych działań. Trudno jest jednak nie dać się rozproszyć przez ogólnie pojmowane życie. Byłam zawsze zdyscyplinowana i metodyczna, ale dodatkowo musiałam posiąść umiejętność zapętlania czasu, którą obecnie nadal udoskonalam i wciąż jeszcze brak mi doświadczenia.
      Dość często potrzebuję sobie fabrykować specjalny płyn na bazie kawy i czekolady, robię to tak: kawa naturalna parzona w kafeterce (nie znoszę fusów w kubku), mleko, najczęściej kokosowe, oraz ciemna czekolada, jedna kosteczka. Może być kakao mielone, dwie łyżeczki. Szczypta cynamonu i imbiru. A i tak nadal nie wiem, skąd się biorą moje złe humory.

Myślę, że to już definitywne pożegnanie lata.
Jeszcze niedawno uświadczyłam miłe mi 25 stp. C,
lekki wiatr, przyjemnie naprawdę.
Mogłoby przez całe wakacje tak być.
Jeżeli chce­my być szczęśli­wi na chwilę - wys­tar­czy tyl­ko zam­knąć oczy.
Jeśli jed­nak chce­my zna­leźć stałe szczęście,
na­leży zam­knąć oczy, ot­wierając tym sa­mym serce. 
A po chwi­li szczęścia, ciężko znów stąpać po ziemi. 
      Usłyszałam kiedyś od osoby, która twierdzi, że mnie bardzo dobrze zna, że jestem pod wrażeniem tego kraju i to ono właśnie mnie tutaj sprowadziło. Jestem ciekawa jak długo i jak bardzo można być pod wrażeniem państwa, żeby dać się z tej przyczyny zaobrączkować. Z tego co mi wiadomo, na sponsoring jestem już za stara, poza tym nie umiem poprosić nawet o drobne na worki na śmieci, a co dopiero o buty czy nowy tusz do rzęs, notabene, tak mi na tych rzeczach zależy, że na własny ślub nie zrobiłam makijażu, co jakoby ze sponsoringu mnie definitywnie dyskwalifikuje, bo nawet nie wyglądam. Z moich preferencji wynika, że prędzej mi do ascezy, (kiedyś spróbowałam i podobała mi się, to naprawdę uwalnia umysł od materializmu i konsumpcjonizmu), niż do gromadzenia rzeczy i jarania się nowym zameldowaniem.
      Potrzeba mi otworzyć - zupełnie dla własnej przyjemności i dalszego rozwoju progresu, aby ten był pełny - cykl "Polubić Szwajcarię", ponieważ jednak ja znam siebie lepiej i wiem jakie mam preferencje, w przeciwieństwie do osoby, która twierdzi, że wie. Otóż mam z tym krajem problem.
      Owszem, cieszę się, że nie muszę już jeździć polskimi tramwajami. Pomimo zrobionego prawa jazdy, jakoś nie potrafię przełamać się do prowadzenia, nie wiem, nie chce mi się, czy co... więc jest to w jakimś stopniu dla mnie ważne. Tutaj klimatyzowane autobusy, które nigdy się nie spóźniają więcej niż 3 minuty, mają niestety swoją cenę, więc czasami rozważam przełamanie oporu.
      Poza tym ja bardzo lubię być pasażerem. Nie trzeba uważać, gdzie się jedzie. Można zająć się swoim światem wewnętrznym, po spakowaniu się w mentalną błonę wzmocnioną empetrójkami lub literaturą. Pod kopułką czaszki może się wiele wydarzyć - lubię w trasie medytować poprzez wizualizację, w związku z czym przeżywam różne emocje. Mogę chichotać, płakać, i nie powiem co jeszcze... Jako pasażer samochodu tępię w sobie tą dziwaczną przyjemność aby nie przerażać kierowcy.
      No dobrze. Chaotyczny ów, oraz ostatnio rzadziej spotykany "nowy post", to odzwierciedlenie ostatnio epizodycznie ukazującego się w środku tygodnia czasu wolnego (ale już niedługo ferie). Czeka na mnie stos pracy domowej, nowych słówek i gramatyki niemieckiej. Ale nie ma jak poranna kawa i popołudniowa zmiana w pracy. Do wieczora zamierzam wszystko mieć zrobione, a środa będzie pod znakiem doktryny edukacji, której to dogmatyczne twierdzenie, ma zauważalne oparcie w rzeczywistości, więc tym chętniej do tego pochodzę.
      Mam zajęcia dwa razy w tygodniu. Verflucht Hausaufgabe! Samorozwój nadaje sens życiu. Lubię mieć satysfakcję, jeśli się czegoś nauczę i przynosi mi to wymierne efekty, nawet czasem mi się to przydarza, choć ze zrozumiałych przyczyn odczuwam równie wymierny niepokój przed dostaniem się w tryby życiowego zgniatacza poczucia własnej wartości, jeśli mój progres zostanie skalany niechlubną sytuacją, a to się zdarza przy próbach dogadania z tubylcami. Ale ostatnio z panią kierowcą autobusu nawet poszło pomyślnie.
      Wracając do tematu owego "cyklu", jesień jest najwłaściwszą na to porą. Jesień jest piękna. Teraz oczekuję, aż wszystko się upstrzy, czyli udekoruje wszelkimi możliwymi akcesoriami jesiennymi, udostępnianymi przez specyfikę planety. To mi poprawia nastrój. Dla mnie ona nie jest ponura, nawet w deszczu, nawet gdy ten deszcz leje tygodniami. Przydałoby się pracowite i bardzo skoncentrowane na akumulacji, rozdwojenie jaźni. Jedna jaźń zostałaby zaprzęgnięta do niewolniczej pracy, a druga oddałaby się w tym czasie kontemplacji sztuki i przyrody.

Czasami wracam z pracy zupełnie niezamierzoną drogą, wówczas znajduję
warte uwagi miejsca.

Jak wepchnąć wysoką wierzę w obiektyw?
Moje ulubione elewacje z malutkich drewienek.

Czynny młyn.
Koło wodne dziarsko wodę z rzeki przelewa.
Na tle Bandytki.
Rowerek. Gdyby nie on, umarłabym na przewlekłą inercję
grożącą całkowitym bezwładem ciała.
      Poranki tutaj są naprawdę cudowne, chmara wron i srok kracze na polach dookoła nas. Zatrważająco posępnie, jak sceneria z hrabiego Drakuli. Notabene, dlaczego Stocker zdegradował tę historyczną postać ze stanowiska księcia?
       Przygnębia mnie natomiast - o czym napiszę przeciwważnie, skoro już o ładnych i przyjemnych rzeczach było - że jestem w górach. Gdybym lubiła góry, jeździłabym w góry. Byłam dwa razy turystycznie w tych polskich i nie okręciły mnie sobie wokół palca. Teraz jestem a Alpach Retyckich. Wracam z ich szczytów z kontuzjami wszelkiej maści i intensywności bólu, które kroczą za mną jak pierd upiora, jeszcze kilka dni od momentu pocałowania nizinnej ziemi doliny, i unosi się nade mną soczysta mgiełka tego wspomnienia. Głowa, ta to lubi mnie boleć. Niby tam w górze fajnie, bo zimno i wieje, ale słońce bliżej niż moja biologiczna ustawa przewiduje. Ryj staje się z miejsca czerwony, a mózg zaczyna pulsacyjne przypominanie w skroniach o tym, bym zachowała rozsądek i poszła już do domu, nim przyjdzie do eksplozji bomby jądrowej w samym centrum mojego logicznego pojmowania, a wtedy mózg zacznie posługiwać się wyłącznie zachowaniami motorycznymi i potrzebami prymitywnymi (jeść, pić, spać) i nic z mojego towarzystwa pozytywnego nie wyniknie.

Gdybym była Francuską, powiedziałabym, że wymiarowy :P
W sierpniu las kwitł w gamach purpury.

Obserwatorzy zastygli w bezruchu. Ja i ono - myszkopodobne.

      Z pomniejszych i zdecydowanie polskich spraw: jak już pewnie pamiętacie, rajcuje mnie zabytkowa architektura. Łódź jest pełna takich skarbów i cieszy mnie niezmiernie, że kolejna willa, choć niewielka, ale o pięknej aparycji, dostała swoją szansę i zostanie odrestaurowana. Willa Otto Gehliga z 1883 roku, powstała jako budynek mieszkalny. W ramach projektu "Mia100 Kamienic", odnawiana zostaje najpierw od środka (renowacja i odtworzenie sztukaterii, polichromii, elementów drewnianych), potem odświeżą jej zewnętrzny wygląd.
      Po remoncie, w budynku planowane jest ulokowanie m.in. kawiarni i galerii sztuki.

      A wiecie, że katedrę w Barcelonie właśnie remontują? Robi make up na randkę ze mną ;) Obiecałam sobie kilka lat temu zwiedzenie tego miasta, a zaczęło się od przeczytania "Miasto poza czasem". niesamowita powieść, nieco zakrawająca o fantasy, polecam szczerze.

Schloss Laufen i Rheinfall. Miodowego wcale nie koniec!

      Mimo powrotu do domu, to nie był koniec Miodowych Dni. Właściwie jeszcze długo nie był, nawet po powrocie do pracy. Myślę, że to stan ducha bardziej niż jedna konkretna podróż, w ramach której świętuje się swoje małżeństwo. Poczucie nowego początku, odmiana nie tylko w dowodzie.
      Laufen-Uhwiesen to mała miejscowość w północnej Szwajcarii, położona w kantonie w Zurych w bezpośrednim sąsiedztwie Wodospadu Rheinfall (przełom Renu).
      Rheinfall to największy pod względem przepływu wodospad Europy. Nad wodogrzmotem góruje średniowieczny zamek warowny Laufen. W przeszłości stanowił siedzibę możnego rodu Laufen.







      Lato jest jak najwspanialszy sen zmącony widokiem okropnym lepkiej nici pająka. Naprężona, gotowa na uzupełnienie sieć, bo jeszcze nie ukończona. A ja, Pajęczarka Marzeń, choć niemiły mi ten obrazek, z przyjemnością tkam tę siateczkę dalej. A co było dalej?


      Z zamku prowadzi do wodospadu specjalna ścieżka. Można skorzystać również ze szklanej windy, a turyści chętni do zobaczenia drugiego brzegu mogą przepłynąć Ren wodną taksówką.
      My udaliśmy się ścieżką, wróciliśmy windą widokową.





      Wszedłszy na orbitę emocji, doznań i wrażeń, spojrzałam w ludzkie twarze. Oglądałam, byłam widzem jak przez kolorowe szkła zabarwione akwarelą marzeń. Byłam słuchaczem ich libretto. Podczas nocnego przelotu ktoś w sieć moją wplątał słów kilka. Złapałam księżycowy promień myśli towarzysza. On wskoczył na orbitę, złożył swoje skrzydła, a moja pajęczyna przesiała z tych słów znaczeń kilka.





      Na tęczowej pajęczynie, która światła odbijała nocne i tak pięknie wyglądała, usiadł sens i złapał się w sieć, próbując zerwać moje nici i ulecieć hen. Przypatrywał się towarzysz, patrzyłam i ja. Sens ów był pointą nadchodzącego dnia. Wypiję z niego sok, zatruję jego ciało, tchu pozbawię, wchłonę w siebie z czystą ekstazą.







      I znów jak co rano, znając imię swego dnia, wiedząc co przyniesie i czy wieczór nadejdzie, sama - śmielsza i nieodgadniona - przyszły czas odgadłam. Bo Pajęczarka swe marzenia z nadzieją tka, bo rzeczywistość nie ma tajemnic. Jasna i przewidywalna dla niej trwa.








      Czas nie miał znaczenia, kwitnące kwiaty żegnały lato, a dziś nie zwracają uwagi na to, że go już nie ma. W półmroku poranka przypominam sobie, że zaledwie 2 tyg. o tej porze świeciło słońce. Teraz pada ożywczy deszcz.

      "A change came over the spirit of my dream."
~ Lord Byron








      Duch żywiołu wody wypełnia mnie zawsze energią. W deszczowe dni nie mam problemu z zachowaniem dobrej formy. Nie przysypiam, myślę trzeźwo, sprawnie pracuję, szybciej się uczę.
       Lubię moknąć, biegać w deszczu. Kocham patrzeć na wodospady. Woda miesza się, zapętla, wydziela intensywny zapach. Łagodzi wszelkie furie minionego dnia. A właściwie możliwe, że już nauczyłam się na nowo ignorować przyczynki. Czasami trudno jest zachować pokerową twarz w obliczu idiotyzmów niektórych ludzi.











       Powiadają, że słowo potrafi ranić niczym nóż. Należy tak sprawować swoje stanowisko, aby niczyje słowo czy jego leksem, nie było warte nawet wysłuchania - jeżeli nie ma w nich choć krzty słuszności, sensu i tego coraz rzadszego powabu prawdy. Dlaczego o tym wspominam?






       W moim mniemaniu, wszelkie verbum świadczy o nas. Jest to uzewnętrznienie naszego ja: to jak mówimy, jak się wypowiadamy. Nasze świadectwo kultury prywatnej. Owszem, czasem zdarza się przekląć, podobno ludzie, którzy często przeklinają, są bardziej szczerzy w relacjach z przyjaciółmi. Wykazują się też lojalnością i otwartością, ale granice trzeba znać i nie w każdej sytuacji przystoi obnosić się z emocjami.
       Są tacy ludzie, przy których mi uszy więdną, choć mnie nie jest łatwo zgorszyć, póki personalnie się mnie nie obrazi. Ale ta szczerość i wylewność prowadzi niekiedy do smętnych w skutkach i jałowych dyskusji, a w zasadzie monologu, bo bywa, że ja w zawieszeniu, powtarzam, potwierdzam, słucham a zwyczajnie wyjść z podziwu nad fantasmagorią nie mogę. Bo jeżeli osoba taka sądzi, iż przez swą nader emocjonalnie okazaną szczerość, ja uwierzę w każde słowo, to może się domyślać tylko, gdzie obecnie to mam i ile już osób wie o jego podwójnej moralności i dwulicowości, które sobą reprezentował.






      Rzecz jasna, wszystkie maski i fałszywe oblicza, były jedynie lustrami życiowych nieszczęść i porażek. Wyimaginowane żale, zadbane wizje najgorszych koszmarów uzupełnione o najdrobniejsze szczegóły, wyciągane z najdalszych zakamarków umysłu, heliograficzne obrazy. Nie trzeba być specjalistą aby odgadnąć szerokie pole działań. By nie dać się poddać temu szałowi, trzeba zidentyfikować sojuszników (należałoby trzymać ich na dystans). Przekonani do pomysłów, tkwiący w koalicji, umiejętnie prowadzeni w głęboki świat absurdu i ciekawych - sama nie przeczę - historii o mnie.
      Do genezy tych dziwactw doprowadziła mnie prościutka analiza przeszłości. Koncepcja rodem z głowy Alberta O. Hirschmana - używa 3 podstawowych typów argumentacji, dosłownie jakby to studiował!
      Tylko pogratulować technik perswazji, ale są one wykorzystywane nieetycznie. Słowa użyte w pewnym momencie, wpływają na umysły i życie ludzi.

      Wg moich obserwacji, ludzie wiarygodni nie kiwają nerwowo głowami, nie wiercą się na krzesłach i nie klną w każdym zdaniu. Po prostu patrzą w oczy ze stoickim spokojem i wiadomo, że nie rykną za moment na rozmówcę, gdy ten będzie miał odmienne zdanie.
      Nie uwierzę i nie ufam ludziom - "Kostkom Domina". Podjęcie każdej dyskusji z nimi, uruchamia całą serię zdarzeń nieuchronnie prowadzących do bezprecedensowej katastrofy. Małostkowość i niezbyt udane życie prywatne, co podkreśla na każdym kroku (termin: "Bogactwo Życia" tu nie istnieje).
      Cóż, jako oponent, musiała dobrze poznać dyskutanta, przede wszystkim zrozumieć jego sposób myślenia. Jaki ma cel i do czego dąży, o tym w zasadzie już usłyszałam prosto w twarz. Być może stanowię personifikację jakiejś nieudanej, dziurę, którą należy załatać, przeszkodę, którą trzeba usunąć.
      Dla mnie oczywiste jest, że jeżeli rozmówca osądza, oczernia, a potem na wskazane mu błędy reaguje ofensywnie, nie jest wiarygodny. A jeżeli obraża bliskie mi osoby, staje się nie tylko moim adwersarzem, ale po prostu wrogiem.

      Sprawa jest już dosyć mocno przedawniona, ale czas pozwolił wyciągnąć świadome wnioski i poukładać sobie w głowie co nieco. Czas ostatecznie rozprawić się ze swoimi demonami i wyrzucić to, co niepotrzebne, wszak idzie Nowy Rok, nowy etap, do którego miło będzie wejść z czystą kartą. Żadnych problemów, Kochani, więcej nie chcę mieć. Nie warto przejmować się ludźmi, którzy sieją zamęt.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w moim lasku, w którym to
zawitała również jesień.

      Jak to się właściwie stało? Problem stanowi pamięć umysłu. Faktem jest, że rozwiązanie konfliktu, w którym jedna ze stron została znieważona i włożono jej do ust słowa, których nie wypowiedziała, a wypowiedziane spreparowano - jest niemożliwa.
      Umysł wszczynającego aferę, wypełnia puste miejsce czym popadnie. To taki moment kiedy człowiek opowiada co słyszał i widział, coś co w rzeczywistości nie miało miejsca w obrazowany przez niego sposób, ale wydarzyło się, lecz miało inne podstawy i kontekst, jednak on uwierzył już, że było własnie tak jak mówi. Jak można polegać na takiej osobie? Możemy najwyżej zaproponować badanie z dziedziny neurologii.
      A już największym łajdactwem jest przeciskanie bzdur przez szczeliny drzwi do cudzego domu rodzinnego, w którym na całe szczęście nie było problemu z rozpoznaniem łgarstwa.
      Ludzie nie lubią dysonansu poznawczego. Większość nie potrafi mieć w głowie dwóch sprzecznych koncepcji, więc po prostu wybierają ideę tego, co głośniej krzyczy (czyt. ma uznanie) i usuwa resztę, głębiej się nad tym nie zastanawiając.

"Prawda nie jest prawdą, dopóki ludzie ci nie uwierzą."
- William Bernbach

      Nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg, jest to ukryty sposób i hipnotyzująca metoda, niezwykle skuteczna. To trafia prosto do podświadomości i działa jak wirus. Ja i moja rodzina jesteśmy jednak elastyczni i w pewnym sensie przyzwyczajeni do podobnych ekscesów. Tu jedynie przyznam, że rozmach był szerszy niż zwykle.

"Jeśli nie możesz ich przekonać, namieszaj im w głowach"
- Harry S. Truman

      - tak to podziałało. Udokumentowano 20 sposobów perswazji w opowiadaniu historii. Celem jest uzyskanie wpływu na innych, a ryzykiem, że ktoś się zorientuje.
      Gałganiarze są czarujący, dzielą się chętnie informacjami w bardzo prosty i przystępny sposób, są pomocni. Lubią opowiadać o swojej przeszłości celowo bardzo osobiste rzeczy, które zawierają dane weryfikowalne historycznie. Są charyzmatyczni, towarzyscy i wygadani. Kochają metodę "na szpilę" - poznać ofiarę i wbić igłę w czułe miejsce, najlepiej publicznie i uwydatnić niekontrolowane, trochę gorsze cechy ofiary, a potem pociągać za sznurki. Zwrócić uwagę obecnych na pewne szczegóły, co potwierdzi parszywą historię i mamy aferę, prosty przepis na skandal. Zręcznie, subtelnie, banalnie proste. Pisał o tym Kvin Hogan w książce "Ukryta perswazja".

      Zamykam ten sensacyjny epizod definitywnie, porządki jednak trwają, więc tłem moich podróży, stanie się jeszcze niejedna kwestia do schowania między bajki.