środa, 12 sierpnia 2015

Nasz Miesiąc Miodowy - Prolog.

      "Dobrze, że już Nidzica. Za nią wielki tartak w Napiwodzie, lasy, lasy, lasy i już Jedwabno, Butryny, Naterki i Pasym z drewnianą, wielką, starą i piękną wieżą kościoła ewangelickiego.
      Wypełnia mnie coś wielkiego i radosnego. Wzruszenie? To nowe miejsce w moim życiu, a czuję się tak, jakbym wracała po latach na jakieś stare śmiecie. Nostalgia?"








      "Tak fantastycznie statycznej natury nie widziałam od lat. Mijałyśmy mnóstwo takich pejzaży. Mazury takie są. Pofałdowane ciekawie, z krętymi drogami i mnóstwem jezior, oczek wodnych, stawów. Lasy są pięknie wkomponowane w uprawne pola, na których pozostawiono kępy starych drzew."
      Przytoczę jeszcze raz swoją mazurską historię, gdyż przybyło mi ostatnio nowych czytelników, a całkiem niedawno wróciłam z krainy moich wiecznie żywych marzeń i tęsknot. Miejsca mojego wishful thinking. (encyk.: sposób rozumowania i podejmowania decyzji opierający się o wizję "optymistycznego scenariusza").
      Moi rodzice zabierali mnie na Pojezierze od dziecka. Dużo później, już jako nastolatka z własną nieograniczoną jeszcze dorosłym światem osobowością - poznając także inne zakątki Polski, bo to nie prawda, że jeździliśmy wyłącznie tam - zakochałam się w łańcuchu wzgórz morenowych i oazach jezior. Nie w morzu, nie w górach, a właśnie w Mazurach. Ale bardzo Was proszę, rozróżniajcie dwie ważne rzeczy - prawdziwe Mazury to nie miasta turystyczne jak np Mikołajki, które od Krupówek odróżnia jedynie kształt horyzontu. Mazury to uroczyska, w których próżno szukać człowieczego rozgardiaszu.
      Szczególnie bliskim mi rejonem jest obszar Olsztyna, Pasymia i Szczytna, są jak drugi dom, moja enklawa, miejsce, gdzie nawet mocno zranione serce przestaje boleć. To moja polska mekka, moja mała Ameryka...
      Kiedy wiek sprawił, że rodzinnym wojażom powiedziałam już pass, dalej kontynuowałam swoją coroczną wyprawę do raju. Jeździłam sama, pociągiem przez Toruń, lub sezonowym PKSem Łódź-Szczytno. Poznałam tam ludzi, których nie wyobrażam sobie nie odwiedzić choćby na dwa dni, jeżeli wczasy nie są w danym roku możliwe.
      Jakoś niedawno była na topie kilkutomowa powieść "Dom nad rozlewiskiem", która wsławiła się najprawdopodobniej przez nakręcony na tych terenach serial. Pozwolę więc sobie, teraz i przez najbliższe posty, na kilka cytatów pasujących do mojej historii jak ulał.
      Książka jest typowo kobieca, a mnie nie interesują powieści o miłości. To co mnie do niej przyciągnęło to przede wszystkim miejsce akcji, a potem bohaterka, która pragnęła wyrwać się z wielkiego miasta i znaleźć swoje miejsce - zupełnie jak ja. Potem odkryła w sobie coś niesamowitego, swoistą pradawną siłę. Właśnie tam, pośród mazurskich lasów. Czułam się momentami jakbym to ja była autorką licznych jej myśli, tych wszystkich przemian, które zaszły we mnie wiele lat temu i o których przeczytałam - jakby własną retrospekcję. Dojrzewające, pełne rosłych wniosków myśli.
      Nie chcę o tym wyjeździe opowiedzieć na jeden raz, ani nawet na dwa razy. Za dużo mam do przekazania, choć praktycznie nic wielkiego się nie wydarzyło, zwykły pięciodniowy turnus w pensjonacie nad jeziorem. Ale dla mnie żaden pobyt na pojezierzu nie będzie zwyczajnym. Nigdy. Jest to jedyne miejsce, które mnie wzrusza i jedyny powód dla którego płaczę ze szczęścia śmiejąc się przez łzy. Bo tam żyje prawdziwa Magija, którą czuć, którą każdy poczuje, jeśli nie stracił jeszcze serca.


      Zatrzymaliśmy się nad Jeziorem Leleskim. Dawniej w Leleszkach rezydował polski reżyser i scenarzysta filmowy - Jerzy Hoffman, który pozostawił po sobie zdjęcia z planu filmowego trylogii, co stało się motywem przewodnim wystroju Pensjonatu Witland.
      Jerzy z miłości do domu nad jeziorem Łaśmiady, porzucił cygańskie życie, jako bywalec Mazurskiej krainy, wiele się wypowiadał o tych malowniczych terenach. To na Mazurach odkrył, że nie nudzi się sam ze sobą.
           Moja mazurska przystań to sanatorium dla duszy. - mówił w jednym z wywiadów. - Z okien widzę jezioro Łaśmiady, które ma w sobie magnetyzm.
      Można się na nie gapić godzinami. Albo jest spokój, albo mała bryza, albo potężne fale bijące tak mocno o brzeg, że słychać w całym domu. Jestem emocjonalny i, jeśli coś chwyci mnie za gardło, daję się prowadzić jak koń za uzdę. Kiedy na planie filmowym mam łzy w oczach i ściśnięte gardło, idę za tym jak w dym. A tu, na Mazurach, jest jak w kinie. Sypialnię przeniosłem na drugą stronę domu tylko ze względu na zachody słońca. Niebo płonie, a kula jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej spływa w dół i chowa się za horyzont.
      Zawsze jest pięknie: jak pojawia się tęcza, pada deszcz i jak jezioro skuwa lód. Cisza, aż w uszach dzwoni. Czasami widuję bobra lub wydrę, słychać jakieś grzechotanie, bo wprowadziła się tchórzofretka. Tu odkryłem, że nie nudzę się sam ze sobą. Jest jeszcze tyle nieprzeczytanych książek.
      W honorowym miejscu znajduje się portret tego pasjonata Mazur:



      Mnie w hoteliku urzekło między innymi to, iż właściciele skomponowali wnętrza z nie lada dokładnością. Ściany ozdabiano ręcznymi malunkami, a drewniane wykończenia dopełniały całości wespół z meblami, skrzyniami i rzeźbami w wielkim ogrodzie.
      Nieobojętna dla mnie jest również mnogość żywych roślin na każdym piętrze.

Nasz pokój.

Widok z naszego okna.
W oknach luksusowe siatki uchroniły nas przed rzezią komarów.
      "Patrzyłam przez okno na mazurski mrok(...) To od nastroju chyba zależy, czy ta pustka za oknem jest samotnością, czy pięknem i spokojem."

W korytarzu na piętrze.








Parter - siedziska przy stołówce.
Jadalnia.




Piesek w ramce to Nemo, stróż tego miejsca ;)
W ogrodzie.
      Nie zdążyłam uwiecznić zakątków wypoczynkowych. Okolone żywopłotami małe oazy, pozwalały odgrodzić się od reszty gości (widać dwa z nich na zdjęciu z okna). Można znaleźć osobne place dla grillujących, place na ogniska, ławki-huśtawki, a nawet mini wędzarnię. Do dyspozycji jest również plaża, dwa pomosty (łodzie wiosłowe, rowery wodne, żaglówka, tratwa elektryczna, oraz deski i żagle do windsurfingu), boisko do siatkówki, stół pingpongowy, bilard i plac zabaw dla najmłodszych.
      Wystarczających rozmiarów teren, pozwalał odludkom takim jak ja, na spotykanie się z pozostałymi wczasowiczami jedynie podczas posiłków.

      Właściciele pensjonatu to przesympatyczne małżeństwo, on z Warszawy, ona z Białego Stoku. Oboje postawili wszystko na jedną kartę, sprzedali swoje majątki i przeprowadzili się na Mazury. Zakochani w tym regionie na zabój, postanowili żyć i pracować w swoim Raju na Ziemi i ani im się widzi wyjeżdżać. Widać gołym okiem, że nie udają, są tam naprawdę szczęśliwi, ale jak nie być radosnym o tak fortunnym losie, który sprzyjał i pobłogosławił ich rajski plan? Interes udatny, a życie jak w Madrycie. Co tam - lepsze nawet!




Plaża, plac zabaw i pensjonat.
      "To były godziny, dosłownie podstępem wyrwane z życiorysu."
      Tam istnieje prawdziwa wolność. Pośpiech, stres i napięcie znikają. Odchodzą w niepamięć krytyczne spojrzenia i wezwania o uwagę. Tam można być wolnym jak tylko można rozumieć to słowo. Mazury to magia iskrząca się w toni wodnej jezior. Tam powietrze ma inny, łagodniejszy zapach, moje natrętne kłopoty z zatokami przeminęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
      Dla mnie nie ma piękniejszego miejsca na Ziemi, choć widziałam niemało, szczególnie w naszym pięknym kraju, ale i za jego granicą. Tylko w tym jednym miejscu płaczę z zachwytu nad pięknem. Tylko w tym jednym miejscu, płaczę gdy czas odjeżdżać.
      "Tu widzę prawdziwiej, łagodniej oceniam, dążę do spokoju."

12 komentarzy:

  1. hotel bardzo klimatyczny. Także nie lubię książek o miłości...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za to ja trylogię bardzo lubię, więc dla mnie to gratka była w takim klimacie przebywać :)

      Usuń
  2. Piękne miejsce z historycznym tłem.
    No i Ty piękna na tle tych pokojów :))) Widać, że Ci tam dobrze.
    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Tam zostawiłam część serca, będąc tam, odzyskuję je, dlatego emanuję dobrą energią :) Po wyjeździe chodzę bez serca, bo nic już dla mnie nie zostało, ponieważ drugą część ma mąż :P

      Usuń
  3. Pięknie Wam się rozpoczął Miesiąc Miodowy. Uwielbiam takie klimaty. "Dom nad rozlewiskiem" czytałam i oglądałam. Nie dziwię Ci się, że utożsamiasz się z bohaterką książki, filmu. To ciekawa, oryginalna osobowość. Warto szukać takiego "spowolnionego" życia, z dala od zgiełku miejskiego, z dala od codziennej gonitwy. Mnie się udało.
    Pozdrawiam serdecznie oraz życzę wiele jeszcze pięknych wrażeń w Waszej wędrówce w czasie Miodowego Miesiąca! Halszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro znasz powieść i oglądałaś te tereny nie tylko za pomocą wyobraźni poddanej opisom, rozpoznasz kilka miejsc ;)
      Ja już swoje miejsce znalazłam, wierzę, że kiedyś zapuszczę w nim korzenia. Teraz jednak jest inna teraźniejszość, na wszystko sobie trzeba zapracować. Trzeba być cierpliwym.
      My już niestety jesteśmy po Miodowej Podróży. To, co w tej chwili będę przedstawiać, jest jedynie słodkim wspomnieniem, które zbyt szybko minęło.

      Usuń
  4. Miasta szczęścia nie dają. Jedynie szum drzew, spokój jeziora albo szum fal...Trawa o której chciałoby się deptać po bosemu...Wszystko to, co budzi w nas pierwotną naturę i połączenie z matką ziemią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam takich, którzy nie mogliby żyć poza miastem. Nie dziwią mi się, że uciekam, ale dziwią mi się bardzo, że mieszkam na wiosce i nie chcę tego zmieniać. Był czas, że namawiali mnie, przedstawiali argumenty, że w mieście, choćby małym miasteczku, będzie mi lepiej. Teraz odpuścili, ale z przekąsem wysłuchują o moim zadowoleniu, kiedy pytają jak mi tutaj. Bo tutaj przecież nic nie ma. A dla mnie, jeżeli do przyrody jest blisko - to jest wszystko.

      Usuń
    2. Nigdy nie mieszkałam na wsi. Będę mieszkać niebawem. Zobaczymy jak mi będzie. Mój wewnętrzny instynkt mówi mi, że właśnie tego potrzebuję.

      To pewnie ludzie, którzy wiecznie ścigają się z czasem. Miasta nie są miejscami do życia.

      Usuń
    3. Nie tyle z czasem, a może z wygodą, bo wszystko pod ręką, blisko i jakieś zajęcia i spotkania i do domu zawsze blisko? Argumenty są niezaprzeczalne, ale ja i tak wolę odludzie ;)

      Usuń
  5. Muszę popracować nad Miśkiem, abyśmy w przyszłym roku obrali kurs na Mazury!!! Pięknie o nich piszesz!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z sercem. Mówią, że żyjesz bardziej tam gdzie kochasz - a ja tam kocham podwójnie. :)

      Usuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.