sobota, 29 sierpnia 2015

Miodowe - dzień trzeci. Dobre Miasto i władza biskupia.


      Dawne Guttstadt na Warmii w woj. warmińsko-mazurskim, w powiecie olsztyńskim nad Łyną.
      Drzewiej był tu gród pruski, malowniczo usytuowany pośród bagien i rozlewisk, co piastowało funkcję kamuflażu. Pędzili raczej spokojny żywot, na swej sztucznej wyspie rzeki Łyny, powstałej po przekopaniu kanału, tzw. Dużej Łyny prewencyjnie dla potrzeb obronnych oraz na potrzebę młyna. Idyllicznie, ale do czasu.
      Nazwa miasta najprawdopodobniej wywodzi się od pruskiego słowa gudde oznaczającego krzak, zarośla. Łaciński zapis miasta pochodzi z 1336 i brzmi on bardzo przystojnie i uczenie: Bona Civitas, bo quidquid latine dictum sit, altum videtur [Wszystko co powiedziane po łacinie brzmi mądrze ;)]
      Gdy panowanie ostatecznie przejęli biskupi, miasto zyskało wątpliwej potrzeby patronkę, męczennicę chrześcijańską, jedną z Czternastu Świętych Wspomożycieli. Jest to Święta Kościoła katolickiego i prawosławnego, Egipcjanka - Katarzyna Aleksandryjska. Długo się ją przedstawia i tak samo długo można by rozmyślać, po co się nadaje świętych patronów. Rzeczywiście ładnie to brzmi w pieśniach bojowych, i zacnie jest oddać życie na wojnie w imię świętego. Pozostawię to bez szerszego komentarza.
      Dobre Miasto było ośrodkiem dóbr biskupich, siedzibą kapituły kolegiackiej. W 1627 zostało zniszczone przez Szwedów, którzy zrabowali również cenną bibliotekę kapituły. W 1772 dostało się pod zabór pruski, zaś 38 lat później, dekretem króla Prus, zlikwidowano kolegiatę i wybudowano kościół ewangelicki.


      Po wojnie miasto zostało wydźwignięte z ruin i rozbudowane. W 1960 prymas Polski kardynał Stefan Wyszyński przywrócił do życia kapitułę kolegiacką.
      Kapituła dla diecezji warmińskiej została utworzona przez biskupa Hermana. Składała się z primiceriusza (prepozyta) i dziesięciu kanoników. Oficjalnie zadaniem nowo powołanego kolegium kanoników w Dobrym Mieście miało być wsparcie biskupa i kapituły katedralnej.
      W 1357 roku dotychczasowy proboszcz dobromiejski ksiądz Mikołaj, z niewiadomych przyczyn, (choć zapisy podają bagatelny powód, jednak jest on niepotwierdzony) zrzekł się probostwa i tym samym kapituła kolegiacka nabyła pełne prawa do użytkowania kościoła parafialnego w Dobrym Mieście.
      Biskup ustanowił drugą godność prałacką – dziekana, któremu powierzył obowiązki proboszcza, wtedy kapituła dobromiejska rozpoczęła budowę nowej świątyni. Była ona kapitułą zamkniętą (capitulum clausum), oznacza to, że życie kanoników było podobne do życia domów zakonnych, co za tym idzie, wszystko co działo się w świecie Kościoła i trwało ledwie na granicy życia osób świeckich, było owiane tajemnicą. Abrakadabra.
      Ta niewielka miejscowość liczy sobie kilka zabytków, najważniejsze z nich, to gotycki kościół Najświętszego Zbawiciela i Wszystkich Świętych – druga co do wielkości świątynia Warmii, ma nawet tytuł bazyliki mniejszej. Oraz fragmenty murów obronnych z gotycką wieżą z XIV wieku, nazywaną Basztą Bocianią.

baszta verte


      Bardzo lubię zwiedzać małe miasta, szczególnie te z czerwonej cegły czy drewna, pachnące pamiątką ciekawej historii, częstokroć suto zakropionej krwią wojenną. Większość pruskich rejonów wszelako na równi z juchą, pachnie również kościelnym kadzidłem. To już nie dziwne, że obydwie wonności w parze chodzą, a widmo przeszłości jęczy przeciągle wraz z duchem wszystkich świętych relikwii - nie wiedzieć czemu - wiecznie żywych w obecnym Kościele, bo przecież dalej czcimy posążki i obrazy, niezgodnie z Bożymi dyspozycjami.
      Do Dobrego Miasta trafiliśmy poza planem, zauważywszy z drogi tę kształtną basztę, a chwilę potem przyciągające oko, skrywające pod tynkiem tajemnice starej zabudowy.



      Pachnące zabobonem klimaty to już niemal szablon historyczny. Niejedno miasto pod władaniem biskupim zostało tak naprawdę przejęte zbrojnie lub kupione, czyli komu trzeba, usta złotem zasypano, a gdzie monetarne argumenty nie przemówiły, tam w ruch poszło żelazo. Ot pruskie bajdy, bijmy się bijmy w imię Boga i świętych, a dobry kapłan nas pobłogosławi. W tym przypadku chyba jednak wolę szwajcarskie smoki.



      Tutejsza przyroda mnie kupiła. Jak patrzyłam na to zielone uroczysko, choć to rzeka co prawda, nie bagno żadne, przyszła mi na myśl piosenka "Wolność jak marzenia" o pannie z bagien, która na skraju światów ciągle trwa, wolna jak marzenia, jakby zapomniał o niej świat.
      Relacjonując wszystkie swoje wojaże, nauczyłam się być jeszcze lepszym obserwatorem i dużo więcej zapamiętywać. Wychwytuję szczegóły, zaglądam wszędzie, czytam wszystkie foldery, staram się poznać zwiedzane miejsce i niejako głębiej do niego zaglądam. Czasami udaje mi się wejrzeć w jego subtelniejsze zakamarki, usłyszeć martwe już odgłosy serc mieszkańców, bo historia ma całe mnóstwo impresji, takie quasi-percypowanie.
      Kiedy nie ma mi kto przewodniczyć, staram się być sama sobie wiedzą na tyle wystarczającą, aby nie pobłądzić w meandrach stuleci. Ciężko jest coś znaleźć, czasami trzeba przebijać się przez stosy zbędnych informacji. Przystoi wtedy umieć rozpoznać sygnał, że jedna wzmianka może w dalszej treści nieść wartościową rzecz, a i należy sprostać odsiewaniu bzdur od faktów. Taka troszkę gnoza dla wytrwałych poszukiwaczy i podczas zmiany formy na przekaz własny, to troszkę jak połączenie wiedzy z istnością ludzi w świecie. Przełóż encyklopedyczny bełkot na bardziej nośny język, a przy tym nie brzmiej nader prostolinijnie.
      A kiedy znajduję się w takich miejscach jak poniższe, każda nienaruszalna, podstawowa teza, jest jak dogmat, twierdzenie lub pogląd, niemający oparcia w rzeczywistości, bo nagle nic już nie jest ważne i jestem ponad to wszystko, co mnie ściąga w dół.
      I rzeczywiście lubię to też fizycznie zrobić. Wleźć na coś naprawdę wielkiego, i spojrzeć w dół, zobaczyć jaki ten świat jest malutki i tym samym zminimalizować swoje własne problemy, zagłuszyć ich wołanie z mózgu, zdusić. Spojrzeć z innej perspektywy, trochę jak schizofrenik, bo najobiektywniej jest z punktu widzenia innej osoby. Myślę, że właśnie po to wymyślono różne wieże i dzwonnice. Bo tam prócz małego kawałka podłogi, hula tylko wiatr. A ten to potrafi spod grzywki wydrzeć głupie myśli. Wzrok wtedy gdzieś tam pobłądzi sobie niezależnie, dusza rwie się do lotu, ale nie ucieknie, bo klatka jeszcze całkiem sprawnie funkcjonuje, chociaż ostatnio nawala, to jednak duszy nie wyzionie, NEVER!


      Następny postój to istny Behemot pośród warmijskich twierdz. Byliśmy całkowicie bez szans, zdobycie takiej fortyfikacji graniczy z cudem, więc postanowiliśmy o misji czysto pokojowej i pozostawiliśmy swe uzbrojenie przed murami w depozycie u ciecia. Poruczenie naszego szlachetnego obywatelstwa, zostało przyjęte z mirem i serdecznością, ale o tym przy następnej okazji ;)


10 komentarzy:

  1. oj tak takie stare konstrukcje z czerwnej cegły i ja lubię:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klasyka średnich wieków, ot co. Nie wiem czemu, ale lubię tę epokę, szczególnie w Polsce.

      Usuń
  2. Ładnie tam. Powiedz, że nie tęsknisz za polskimi zabobonami, no powiedz:P Lubię też czerwoną cegłę, ale równie dobrze lubię szary kamień i paskowe kamienie na Malcie. Taka jestem multi kulti.

    Trzasnęłam nową notkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, lubię te polskie miejsca, te wyjątkowe szlaki, które przemierzałam nie raz i nie dwa. Multi kulti? Grecja też jest piękna ;)

      Usuń
    2. Grecji jeszcze nie widziałam, a stała się modna ostatnimi czasy!

      Usuń
  3. Piękne miejsca sobie pozwiedzaliście, jak widzę, to jeszcze podczas Waszej podróży poślubnej?
    Rzeczka mnie też urzekła. No i kawał historii się kryje za tymi miejscami.
    Pozdrowienia :)!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to z podróży poślubnej. I zostało jeszcze trochę do opowiedzenia, choć i tak nie da się w pełni oddać tego, co czułam. Staram się namalować słowami emocje jak obraz, jednak nie chcę ciągle pisać, że gdzieś się wzruszyłam, bo wyjdzie, że cały pobyt na Mazurach i Warmii nic tylko płakałam :P
      Jeszcze trochę i znów wrócę do szwajcarskich opowieści, mam spore zaległości, bo druga część naszej podróży dotyczy właśnie Szwajcarii.

      Usuń
  4. Ach, i na koniec ten piękny podbojowy akcent. Dziękuję za niego <3
    Nigdy nie zwróciłam uwagi akurat na tę funkcję wież. Może dlatego, że większość wież na które wchodziłam, to te, na które wchodzą wszyscy i zawsze jest tłum. Ale przypominam sobie mieszkanie mojej koleżanki, w bloku, na 10 piętrze. Nie było to ciasno zabudowane osiedle, więc jak wyszło się na balkon, to wokół był tylko wiatr, i niebo... Tak, to było niesamowite wrażenie tam stać

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mieszkałam do niedawna na 9 piętrze i to w szczycie bloku, więc wiało niemiłosiernie, kwiatka spadały :P
      Funkcja wież... czy ja wiem... myślę, że człowiek zbudował - człowiek zastosował i zawsze tak będzie. Przeznaczenie może nuć wg każdego z osobna inne. Ja np lubię się na wieżach chłodzić w letnie upały ^_^

      Usuń
  5. Czasami warto zboczyć ze szlaku, aby zobaczyć taką perełkę :)

    OdpowiedzUsuń

Notuj śmiało każdą swoją myśl. Liczę, że wpisy będą na temat, puste spamy kasuję.
Bądźmy kulturalni, o tym nigdy nie zapominajmy, wszak słowo obrazuje naturę człowieka.